Frau Schwarz : Nie wybaczyłabym sobie

 

Niedziela 2 Lipca 1930 roku w Berlinie, Boxhagener Platz. 118, godzina 06.30 rano.

 

Czuje wstyd gdy myślę o wczorajszej nocy, próbuje odgonić te myśli i biore lampkę tego wina co mi nalał, zanim się na mnie rzucił. Zakładam buty na nogi, podciągam pończochy, wciskam się w sukienkę i patrzę na niego ostatni raz. Najpierw rozkoszowałam się jego wzrokiem, jak gdyby był moim ostatnim klientem a potem zapragnęłam więcej. Czy moze to on mnie uwiódł, tylko patrząc ? Zapragnelam rzucić się w jego ramiona, oddać mu się. Nie zniosę jednak jego wzroku z rana. Sama sobie wezmę te głupie marki. W końcu sama. Wy mezczyzni zawsze poniżacie takie jak ja choć nie potraficie się oprzeć. Próbuje otworzyć drzwi żeby nie obudzić nikogo w mieszkaniu, wychodzę na przedpokój, wstaje z kolan i kieruje się na obcasach w kierunku drzwi. To był błąd. Kiwam się na boki. Na dole, wschód słońca ale ja już w myślach nie moge doczekac sie kąpieli w wannie, zapachu mojej pościeli, chwili samotności. W końcu, w domu, w rogu tulę w sobie się.  

Niedziela 2 Lipca 1930 roku w Berlinie, Markisches ufer. 49 a, godzina 08.45 rano.

 

Wyciągam kluczyk na klatce i wchodze po cichu po schodach jakbym nie była u siebie, na paluszkach. Schody skrzypią. Mam wrażenie że moje obcasy uderzają jak młot. Wciaz czuje od siebie alkoholowa won. Boje się jakbym mieszkała wciąż z nim. Wkladam kluczyk i robie pierwszy krok w domu. Po cichu zamykam drzwi i szybko rozbieram się do bielizny. Zimno. Włączam sobie piecyk, wstawię wodę, policzę siniaki na udach. Pod oknem stoi biurko. Siadam. Wyciągam z szuflady długa czarna rurkę, papierosa i czarny notes. Odpalam i zapominam sie na chwile w kłębach dymu. Odpinam pończochy od pasa, jedna noga na biurku. Napelniam wannę stojąca z boku ciepłą woda i wrzucam dwa mydła do środka. Druga pończocha sama zsuwa mi się z nogi. Jeszcze tylko … i kładę się w wannie wypełnionego dymem pokoju. Zamoczyłam mój notes w którym to pisze, zaraz opowiem wam co się stało wczorajszej nocy.

Sobota 1 Lipca 1930 roku w Berlinie, Schiffbauerdamm 1, 10117 Berlin Murphy`s Irish Pub, godzina 16.45 wieczorem.

Prawie wpadłabym do wody, chciałam zwymiotować dlatego wyszłam, kilka kroków, od wejścia jest rzeka. Wypiłam pięć piw i trzy setki wódki. Jeśli dobrze pamiętam. Stoję i trzymam się barierki bo boje się że upadnę. Kręci mi się w głowie. Widzę podwójnie. Przydalby sie jakis meski płaszcz na ramionach.   Muszę wrócić bezpiecznie do domu, przebrać się. Rozpięłam połowę mojej bordowej bluzki, podniosłam spódnice do krocza i weszłam do środka. Dałam się gościowi złapać za - Teraz już nie puszczaj - powiedziałam i wyszłam z nim z lokalu. Wzieliśmy taksówke i pojechaliśmy do mnie. 

Niedziela 2 Lipca 1930 roku w Berlinie, Markisches ufer. 49 a, godzina 09.30 rano.

Właśnie. Czy on tu wciąż jest ? 

Wychodzę nago z wanny i owijam się lekkimi przezroczystym materiałem. Nie wycieram się. Siadam mokra do biurka, odpalam papierosa i patrzę przez chmury konopii, szukam wzrokiem tego co ubiorę. Kładę nogi na biurku. Wyobrażam sobie … To takie podniecające uczucie, być … Na ulicy. Wszystkie światła samochodów na mnie. Czuje temperaturę. Po chwili jestem cała mokra, zupełnie jak teraz w wannie. Spływa po mnie na podłogę. Ten wzrok sprawia że jestes uzależniona. Chce więcej. Nie moge się doczekać kolejnego klienta. 

Sobota 2 Lipca 1930 roku w Berlinie, Markisches ufer. 49 a, godzina 17.30 wieczorem.

 

Zabiera mnie z taksówki do siebie. Udaje teraz pijana.  Wykorzystuje jego słabe strony. Niech leży na plecach, odpręży się po całym tygodniu . Ściągam z niego garnitur, zabieram się do niego. Zachowuje się jak szalony, szarpie liże, robi mnie. Na koniec zmęczony niedźwiedź śpi.  

...ubieram się w czarny zestaw z pasem i kabaretkami. Zakładam dluga spodnice, okulary na nos i udaje nieśmiała. Niech śpi dalej. Zostawiam klucze w widocznym miejscu, kilka papierosów i kartę z buziakiem. Aha, biorę jeszcze swoje, żeby żyć. To jest silniejsze ode mnie. Ktoś musi zarobić jeszcze dziś. 

Sobota 1 Lipca 1932 roku w Berlinie, Nollendorfplatz. 11 a, godzina 20.30 wieczorem.

 

Biore pociąg do warschauerstr., przesiadam się na u1 i jadę na Nollendorfplatz. Na stacji odpalam papierosa i powoli kieruje się do pracy. Młodzi mężczyźni oblepiają mnie wzrokiem. Czy mi się wydaje ? Jestem napalona do czerwoności. Uwielbiam gdy mnie tak pożerają wzrokiem. Ciągle o tym myśle. Schodzę do piwnicy lokalu. Tym razem starsi mężczyźni, zaprzyjaźnieni z wódką, mijają mnie, też oblepiając wzrokiem. Podchodzę do baru, prosze o setkę czystej. Rozglądam się po sali, dostaje swój kieliszek. Obok mnie  już stoi on. 

Dość wygłupów - wracaj do pracy. 

Sobota 1 Lipca 1930 roku w Berlinie, Nollendorfplatz  11, godzina 23.30 w nocy.

Poczekać na panią przed lokalem ? 

Żartujesz ? Pania ? Mam wrazenie ze ten dzieciak się gdzies zapodziala swojemu ojcu. Nie umie postępować z kobietami. Trzeba mu pokazać. Zabieram go do swojej garderoby, tańczę przed nim mocząc usta w wódce. Gdy się kończy, idziemy do baru i wysłuchuje opowieści o byłej dziewczynie ze szkoły. Wstydzi się nawet mnie dotknąć. Młody, skromny, cichy ale bajecznie przystojny. Bierzemy taxi do niego. Skradamy się powoli do jego mieszkania, śmiejemy się w łóżku. Chyba byłam za głośno, obudziliśmy jego rodziców.

Niedziela 2 Lipca 1930 roku w Berlinie, Markisches ufer. 49 a, godzina 11.30 rano.

Dwóch śmiałków zanurzyło się we mnie, po czym uciekło. Znów jestem sama. Ogrzewa mnie piec, patrzę jak strzela w nim drewno. Mam sie oddac jednemu zwyrodnialcowi na całe życie ? Robić mu dobrze oralnie, wkładać kolejne kawałki kartofelsalad do ust. Będę mu prać koszule na bankiety przed kobietami z którymi będzie mnie zdradzał. Wciskał wkurzonej dolary w rękę, pierścionek ? Zapewni mi bezpieczeństwo ?

Na ulicach latają plakaty partyjne. Po mieście kręcą się młodzi bezrobotni. Coraz częściej uzbrojeni. W Berliner Tageszeitung piszą że na Schlesischer Bahnhof grasują i walcza miedzy soba w lokalach. Podobno giną ludzie. Zakładam długi wełniany sweter, kładę nogi na krześle i wkładam go na kolana. Boje się. Biore do reki francuski i czytam na głos. 

Niedziela 2 Lipca 1930 roku w Berlinie, Markisches ufer. 49 a, godzina 19.30 rano

 

Biją dzwony w kościele, widzę przez okno jak kaczki wykłócają się o kolejny kawałek chleba który dostały od starszej pani na ławce. Mam wątpliwości, gryzie mnie sumienie, zastanawiam się i próbuje sobie wytłumaczyć co zrobilam. Wmawiam sobie że wszystko jest dobrze. Otwieram czerwone wino i nalewam do lampki. Czuje się samotna. Może tego chcialam. Dlaczego teraz mam wątpliwości ? Przegryzam wargę i czuje wino na ustach. Jedna butelka nie wystarczy na dzisiejszy wieczór. Przebieram się w swoje ciuchy na ulicę, stara kolekcje mojej mamy. Czy ja nie zasługuje na blask tak jak ona ? Gdzie jest w tym wszystkim satysfakcja ? Mężczyźni wciąż nie potrafią zaspokoić mnie, nie wystarczy że się na mnie rzuca. Brzydzę się nimi zaraz po wszystkim. Czy ja jeszcze będę szczęśliwa ? Może skocze gdzieś, tam, zostawię po sobie tenże wiersz.

Niedziela 2 Lipca 1930 roku w Berlinie, Markisches ufer. 49 a, godzina 19.30 rano

 

Wyszłam po raz kolejny to zrobić. Zatrzasnęłam za sobą drzwi, położyłam klucz na parapecie i schodze na dol. Próbuje odgonić myśli o przeszłości. Kupuje paczkę papierosów w kiosku i idę przed siebie na metro. Wszyscy się na mnie patrzą, jak gdyby chcieli mi coś powiedzieć ale milcza. Rzęsy, krótka spódniczka może moje długie nogi. Specjalnie  zwracam na siebie uwagę, zarzuciłam włosami na prawo i lewo, trzymam się poręczy i udaje ze nic mnie to nie obchodzi. Zaraz wysiadam. Trudno się schodzi po schodach na tak wysokich obcasach. Gdybym się wywróciła, skręciła kostkę, stracilabym kolejna szanse. Nie wybaczyłabym sobie.

 

Średnia ocena: 3.4  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania