Gdy gasną światła

To moje pierwsze opowiadanie, więc licze na trochę konstruktywnej krytyki.

Dominic

 

Wszystko zaczęło się 2 lata temu (w 1980). 3 lata temu zacząłem ćpać. Nie miałem nic na czym by mi zależało, więc nie czułem specjalnych oporów. Wcześniej byłem tylko robolem na budowie, bez żony, pieniędzy, celu w życiu czy chociaż garstki kolegów po kieliszku. Moja pierwsza strzykawa leżała na chodniku obok zarzyganego menela. Pomyślałem tylko "a, dlaczego by nie" i wbiłem sobie igłę w żyłę. Gdy menel się obudził i zobaczył mnie zaproponowanował więcej cukru. Zgodziłem się, a wtedy się zaczęło. Hera, koka, hasz, LSD, krak, meta, hera, marycha, grzyby, każde możliwe gówno. Dużo słyszałem o prochach, ale nie myślałem że w rok mogą doprowadzić człowieka do takiego stanu. Leżałem nieraz na ulicach, lub pod mostem bez pieniędzy, wyglądając jak obraz nędzy i rozpaczy, który aż błaga by ktoś go dobił. Gdyby nie przypadkowa pomoc członka Caritasu dziś byłbym już w grobie. Dzięki rozmowie z nim, a także jego wsparciu finansowym trafiłem na leczenie, w kompleksie dla osób z najróżniejszymi odchyleniami od normy. Przez sześć dni w tygodniu, spędzam tam po kilka godzin dziennie i wracam do domu. Znalazłem tu prawdziwych przyjaciół.

Dogera, który pracuje tu jako cieć (a nie, przepraszam "konserwator" bo on naprawdę się wkurza gdy nazywam to normalnie).

Alexa który wciąż walczy z depresją po śmierci swojej narzeczonej. Swoją drogą to kurewstko trudne patrzeć spokojnie na te jego antydepresanty które wszędzie ze sobą nosi. Czasem myślę, że jest pieprzonym farciarzem.

Mary, która ma jakąś dziwną obsesje, ale tylko Dogerowi i terapeutą zwierzyła się z tego na czym ona polega.

Sam, która cierpi na schizofrenię, i ponoć słyszy czasem głosy. Zdarza się, że naprawdę się jej boje.

Poza tym spotkałem tu Wendy która jest nałogową alkoholiczką. W sumie dobrze się z nią rozumiem, bo sam mam podobną przypadłość.

Nie rozumiem za to Neala, którego wogóle nie powinno tu być, bo nie jest na nic chory. On jest po prostu dupkiem. Nazywa to "kompleksem wyższości", żeby jakoś usprawiedliwić to, że ma się za lepszego od innych, ale to tylko takie pieprzenie. Och, jak ja go nienawidzę.

A ostatnio dołączył do nas nowy pacjent. Ma na imię Tom i panicznie boi się innych ludzi. Ma dopiero 17 lat, ale gdy tylko otwierał usta, nagle wszystkim wydaje się że rozmawiają z przedszkolakiem. Nawet jeżeli w ogóle się odzywa, to jaką się, mówi ledwo dosłyszalnym głosem, z trudem dobiera słowa i cały czas patrzy się na swoje buty. Na taki widok wszystkim robi się go żal. A szkoda, bo miewa naprawdę świetne pomysły. W końcu to on to zaproponował.

 

Tom

Cieszę się że udało mi się to powiedzieć. Układałem sobie te słowa w głowie przez cały wieczór poprzedniego dnia. Byłem pewien że wyjdzie z tego świetne, śmiałe przemówienie, które pokaże jakie postępy robię, ale nie do końca wyszło. Jednak grunt że to powiedziałem. Usiadłem wtedy na skraju ławki w stołówce i ze wszystkich sił starając się patrzeć na ich twarze powiedziałem:

-Wiecie, ja...

- Tak Tom? - spytała Sam, ze wzrokiem tak pobłażliwie delikatnym jakby rozmawiała z dzieckiem. Nie cierpiałem tego wzroku. - Co chcesz nam powiedzieć?

-J-Ja...Ja pomyślałem sobie... znaczy uważam że - Coraz ciężej było mi nie patrzeć na ławkę i czułem że mówię coraz ciszej- no bo mój terapeuta mówił mi, że... ja muszę leczyć się też poza ośrodkiem... i że trzeba, znaczy że dobrze jest być na świeżym powietrzu bo, bo, bo to pomaga - zrobiłem pauzę, wciągnąłem więcej powietrza żeby powstrzymać łzy i pomyślałem sobie przelotnie że niepotrzebnie w ogóle się odzywałem, spróbowałem jednak dokończyć - więc...

-Tak Tomuś? -Teraz dopytywała Mary. Ona też traktowała mnie jak nierozgarnięte dziecko.

-Więc może jedźmy na wspólny biwak w ten weekend? - wyrzuciłem już jednym tchem. - C-co wy na to?

Na szczęście wszyscy się zgodzili. To miał być wyjazd rekreacyjny. Mieliśmy spędzić tam czas na rozmawianiu o naszych problemach i historii, pomóc sobie nawzajem.

Gdy tylko dojechaliśmy na miejsce zaraz poczułem i zawód i ulgę. Choć Neal mówił nam że jego domek letniskowy jest położony zaledwie 500m od cywilizacji, a do tego godny króla to i tak, mimo tego, że przez pół drogi opowiadał jaka ta chatka jest duża, wygodna, przestronna i jakie niesamowite rzeczy się w kiedzyś działy, (nim Dominic kazał mu się zamnąć, czemu chciałem się sprzeciwić, bo mi się podobało, ale bardzo się boje Dominica i Mary) to i tak spodziewałem się rudery na poziomie "Martwego zła". Okazało się jednak, że Neal wcale nie przesadzał zbytnio przy opisie domku. Drzwi, okna, dachówki i cała reszta była w porządku, farba była całkiem świeża, żadna huśtawka nie bujała się samodzielnie, uderzając rytmicznie w ścianę i całość prezentowała się naprawdę ładnie. Też chciałbym mieć taki domek jak Neal. W ogóle chciałbym być taki jak Neal. Podziwiany w nim jego śmiałość, zaradność i pewność siebie. Tak gładko sobie ze wszystkim radzi. Tak więc weszliśmy do domku, rozejrzeliśmy się, ustaliliśmy, że pierwsza zbiórka wieczorem i poszliśmy do pokoi, żeby się rozpakować.

 

Wendy

O 9.00 zebraliśmy się w sporej, całkiem ładnej sieni i usiadliśmy przy stole. Neal, choć bywa irytujący, to wcale nie przesadzał w opisie swojego domku. Nie zmienia to jednak faktu że irytujący z niego drań. Naprawdę mi ulżyło gdy Dominic wreszcie go uciszył w czasie naszej drogi tutaj. Polubiłam Dominica. Jest taki twardy, opanowany i bezpośredni, a do tego naprawdę rozumie mnie i moje problemy. Tak więc zebraliśmy się przy stole i czekaliśmy aż ktoś się odezwie. Pierwszy zrobił to Neal.

-A więc zebraliśmy się tu, by wspólnie omówić problemy każdego z nas. Tak więc proponuje takie ćwiczenie - na stół upadło kilka białych, podłóżnych pigułek - każdy z nas łyknie po jednej, weźmiemy się za ręce, zamkniemy oczy i przedstawimy się tak jakbyśmy po raz pierwszy byli na terapii.

-Co? - zdziwiłam się - chcesz nas naszprycować?

Ale... my chyba... - mruczał cichutko Tom

-ODPIERDOLIŁO CI !!!?- przerwał to dukanie Dominic - PRZECIEŻ WIESZ ŻE W OGÓLE TU JESTEM PO TO ŻEBY PRZESTAĆ ĆPAĆ! Jak w ogóle możesz proponować coś takiego !?

-Nie unośmy się - próbował załagodzić sytuację Alex do którego chyba dopiero teraz dotarło co się dzieje. - ja biorę podobne i...

-stul pysk! - powiedział Dominic - nie obchodzą mnie twoje piguły nie będę brał tych śmieci!

-To nie są śmieci - obraził się Neal - to wyjątkowe leki które apecjalnie dla was przygotowałem

-Słuchaj no... - zabrała głos Sam, ale Neal nie dał przerwać sobie po raz drugi.

-Te leki są psychoaktywne, to fakt, ale nie mają substancji uzależniających Domi. - udał że nie widzi jak Dominic pali go wzrokiem. To cud że nie zabił go za tego Domiego - I w przeciwieństwie do leków Alexa nie można się nimi "naszprycować" jak to ujęła Wendy. Do tego mają na celu pomóc mi w terapii. Ktoś chciałby coś dodać? Może ty Tom? - spojrzał na Tomiego, który widocznie zbierał się w sobie, ale Neala na niego nie poczekał - Nikt? Świetnie. Tak więc dzięki tym pigułka nie zapomnimy absolutnie niczego z tego wieczoru, dzięki czemu terapia będzie skuteczniejsza. Po prawdzie powodują zanik pamięci poruchowej (termin zmyślony), ale gdy przestaną działać, czyli - Neal spojrzał na zegar - o północy, to wasza pamięć o dzisiejszej nocy będzie krystaliczna.

-Zanik pamięci poruchowej? - powtórzyła Mary - to znaczy że mogę zapomnieć co robiłam chwilę temu? Na przykład mogę coś zjeść, popłakać się, lub kogoś zabić u o tym nie pamiętać?

- T-tak - odpowiedział zbity z tropu Neal. Wszyscy poza wyraźnie przestraszony Dogerem zdziwili się tym pytaniem o morderstwo - Szczególnie jeżeli będziesz się starała sobie coś przypomnieć. Ale przypomnisz sobie wszystko jeżeli znajdziesz się dwa razy w tej samej sytuacji.

Po tych słowach wszyscy spojrzeli na siebie przestraszeni z nową niepewnością. Gdy jednak Neal łyknął swoją pastylkę, a Tom poszedł w jego ślady, wygłodniały z braku prochów Dominic pękł, co pociągnęło mnie, Dogera i Sam. Alex łyknął swoją jak zawsze obojętny na wszystko wokół, a na końcu po namowie zniecierpliwionego Neala pigułkę połknęła także Mary. Gdy już mieliśmy zaczynać Tom bąknął coś o toalecie i poleciał w krzaki przed domem. Neal wyglądał jakby miał wyjść z siebie, ale czekał.

Nagle usłyszeliśmy rozpaczliwy krzyk i chwilę potem zobaczyliśmy Toma, który biegł do nas krzycząc przeraźliwie.

-Niedźwiedź! Niedźwiedź! POMOCY TU JEST NIEDŹWIEDŹ!!!

Wtedy zobaczyliśmy wspomnianego misia, którego Tom najwyraźniej obudził. Przerażeni patrzyliśmy jak ucieka zwierzęciu, a wśród nas trwa beznadziejny chaos. Alex płakał, Dominic szukał strzelby, Mary patrzyła się dziwnie, a reszta po prostu stała w bezpiecznej odległości. W końcu jednak Tom cudem wręcz dopadł do drzwi, ale jego prześladowca był niepowstrzymany. Zniszczył drzwi, ryknął i wpadł do sieni.

-Piwnica! Wszyscy do piwnicy! - to Doger krzyczał, widząc jak Neal wchodzi w jakieś drzwiczki. Wskoczyłam za nim, ciągnąc za sobą zapłakanego Alexa, który powtarzał: "Teraz moja kolej!", "Dziś do niej dołącze!", "Teraz ja!".

Każdemu udało się dopaść drzwi i nagle wszyscy znaleźliśmy się w wielkiej, zatęchłej, szarej i pełnej gratów piwnicy, której jedynym źródłem światła były 3 żarówki zwisające z sufitu.

-To twoja wina! - krzyknął Neal na Toma i uderzył go w twarz. Chciał zrobić to znowu, ale przytrzymaliśmy go. - Gdyby nie ty ten niedźwiedź wciąż jeszcze by spał!

- A skąd miałem wiedzieć, że akurat za tym krzakiem będzie niedźwiedź?! - łkał Tomy. Choć i tak był jak na jego standardy naprawdę śmiały. - to nie przeze mnie. Co właściwie robił miś tuż obok twojego domu?

Neal chciał się odciąć, lecz zanim odpowiedział głos zabrała Sam. Umie być naprawdę zaradna kiedy nie gada do ścian.

- No dobra, starczy tego. Jesteśmy tu uwięzieni, a wasze spory tego nie zmienią. Cieszcie się, że przynajmniej jesteśmy bezpieczni. A teraz pomyślny lepiej jak się stąd wydostać. Neal, czy jest stąd inne wyjście?

-Myślisz że siedziałbym tu z wam... - przerwał, bo światło zaczęło nagle migać, a potem zgasło. Stałam w ciemności, wsłuchując się w zdenerwowane głosy pozostałych, bojąc się zrobić krok, żeby się o coś nie potknąć, gdy nagle, w mroku, poczułam, że coś dotyka mojego karku.

 

Doger

A mogłem siedzieć w domu. To było pierwsze co pomyślałem gdy zobaczyłem zwłoki Wendy, rozciągnięte na podłodze.

Ktoś uderzył ją w kark leżącym obok ciała pogrzebaczem, kiedy światła były zgaszone, a ja nawet nie wiem co wtedy robiłem. To na pewno przez te leki Neala. Mstrzykawkeże możemy nie pamiętać co robiliśmy.

Wtedy nagle wszystko zrozumiałem.

I wezbrał we mnie gniew.

Neal! Ty skurwysynie! - nawet nie pamiętam w której chwili zacząłem okładać go po twarzy. - To twoja robota! Ty dałeś nam te piguły! To twój dom! Ty mogłeś ostrzec nas przed niedźwiedziami, ale nie zrobiłeś tego! To ty za tym stoisz! Ty ją zabiłeś!

-Gówno prawda! - gdyby nie szybkie bloki Neala, już dawno byłby martwy - To na pewno Sam! To przez te jej pierdolone głosy! One kazały jej to zrobić! - Neal mi się wyrwał i podszedł do schizofremiczki. -Przyznaj, że to byłaś ty! Cały czas je słyszysz prawda? Podoba ci się to, chcesz być posłuszna tym swoim duszkom, co nie?

-Głosy były cicho - Sam niemal zaniemówiła po tym oskarżeniu.

-Nie, to był Dominic! - tym razem krzyczał Alex - zabije go! Już drugi raz straciłem bliskich i nie dam umrzeć kolejnym! - Były to dość odważne słowa jak na niskiego, wychudzonego człowieka który większość dni spędza na płaczu. Szczególnie że jego przeciwnik był barczysty, wysoki i umięśniony a do tego często walczył w barach. Potem Mary krzyknęła dziwacznie i wybuchł chaos. Tu też mam dziurę w pamięci. Wiem tylko że wszyscy w koło, w tym także ja, krzyczeli, oskarżali i bili siebie nawzajem. Tom chyba starał się coś powiedzieć, ale znów nikt go nie słuchał.

A potem, jakoś tak nam przeszło. Killa osób miało różnego rodzaju obrażenia, ale nikt przesadnio nie krwawił. Usiedliśmy wspólnie pod ścianą, wygrzebałem kilka konserw i siedzieliśmy tak w milczeniu. Zacząłem myśleć o tym jak powstała nasza paczka. Gdy po raz pierwszy trafiłem do kompleksu apantire SC. Byłem wtedy równie niechętny do życia co Dominic, mimo że byłem w o wiele lepszej sytuacji niż on. Chyba dlatego tak łatwo nawiązaliśmy dialog. Po prawdzie miałem żonę z którą się dogadywałem, troje dzieci które w miarę rozumiałem, sporo dobrych znajomych, a finanse były u nas w porządku, szef też nie był draniem. Mimo to nie czułem żadnej radości ze swojego życia, głównie dlatego że pracowałem jako konserwator. Czułem że to takie niewdzięczne, obrzydliwe, bezsensowne zajęcie, a przez to wszyscy śmieją się ze mnie za moimi plecami. Gdybym to ja znalazł strzykawke na chodniku, to też nie czułbym specjalnych oporów. Dopiero gdy spotkałem Dominica zmieniło się moje nastawienie do życia. Opowiedział mi swoją historię, jak ciężko mu było i jak żałosny się stał. Poczułem wtedy, że wszystkie moje narzekania nie mają sensu, a wiele osób ma o wiele większe problemy niż ja. Od tego czasu często rozmawialiśmy. Potem dołączyła do nas Wendy. Bardzo się różniła od kobiety która dziś zginęła. Była opryskliwa, irytująca i uważała się za pępek świata. Jednak jakoś się dogadaliśmy. Zaczęła się z nami przyjaźnić głównie przez Dominica. To dzięki niemu tak się zmieniła. Widać było że go lubi, ale dzisiaj to już chyba bez znaczenia. Potem dołączył do nas Alex, który jako jedyny prawie się nie zmienił w czasie tych 2 lat. Teraz płacze mniej niż kiedyś, ale po za tym niczym się nie różni od tamtego mężczyzny którego znaleźliśmy (tak, znaleźliśmy to dobre słowo) zapłakanego w koncie. Kilka miesięcy później Sam i Mary. Są ze sobą spokrewnione, ale w sumie nie łatwo jest się tego domyślić. Sam i Mary nie mają prawie żadnych wspólnych cech, poza tym, że wtedy jeszcze nie chciały rozdzielić się na dłużej niż kilka minut. Mary nikomu poza mną nie powiedziała o naturze swojej obsesji. Mnie zaufała tylko dlatego, że nie mogła dłużej znieść moich wypytywań. Byłem pewien, że niedługo wszyscy się o niej dowiedzą, lecz okazuje się że ona maskuje się niemal doskonale. I chyba dobrze zrobiła. Poza tym obie z początku wydawały się kompletnie nieobecne i chyba nie obchodziła ich reszta grupy. Ciężko powiedzieć kiedy zjawił się Neal. Chyba już gdy było nas trzech uważał się za szefa grupy, ale tak naprawdę nikt na niego nie patrzył. Musiało minąć mnóstwo czasu nim zrozumiał, że nie jest tu najważniejszy i tylko robi z siebie pośmiewisko uważając, że jest inaczej. A Tom dołączył do nas dopiero miesiąc temu. Najpierw w ogóle nie chciał mieć z nami nic wspólnego. Spytał tylko o drogę do jakieś sali, ale gdy go zobaczyliśmy wiedzieliśmy, że nie możemy go tak zostawić. Aż ciężko było patrzeć na biedaka.

Rozyślałem tak jeszcze chwilę, po czym ze wspomnień wyrwał mnie nagły komentarz Mary.

- Masz piękny domek Neal

- Dz-Dziękuje - Widać było, że Neal także chwilę temu był pogrążony w rozmyślaniach - Zbudował go mój ojciec trzydzieści pare lat temu. Od dnia gdy go ukończył niemal co weekend chodziłem tu z rodzicami i odpoczywaliśmy razem na łonie natury. Mój tata cierpiał po prawdzie na zbieractwo, stąd tu tyle gratów, ale dzięki tej piwnicy nikt się tym zbytnio nie przejmował. Razem z nim zebrałem tu to wszystko. W sumie nie było to głupie. Teraz możnaby znaleźć tu towarów jak na ruskim bazarze. - Jakby na potwierdzenie tych słów przerwał żeby dokończyć trzymaną konserwę. - Jeśli dobrze by poszukać można by znaleźć sporo ciekawych rzeczy. Tylko o czymś na niedźwiedzie nie pomyśleliśmy. Tata miał dziwną odrazę do wszystkich rodzajów broni palnej. Ale poza tym jest tu chyba wszystko. Kiedyś umieściłem tu nawet pokaźną paczkę shurikenów i kunai. Ech, złote lata. Mój ojciec nie jest aż taki jak ja, ale dobry z niego człowiek.

- A czy on tutaj... - zaczęła Mary ostrożnie.

-Co tutaj?

-No, czy on tu... zmarł. - Mary aż się skuliła ze strachu przed wybuchem.

On jednak tylko uśmiechnął się pogardliwie.

-Taa, duchy, demony, kosmici i diabły. Moi rodzice wciąż jeszcze żyją, choć od dawna tu nie przyjeżdzają. Nigdy nie było tu czarnych mszy, ani innych takich imprez, poza dwoma bójkami nikomu tu nigdy nie stała się krzywda, no do dzisiaj, UFA tu nie znaleźliśmy mimo wielkich fundamentów, a cały budynek jest poświęcony, błogosławiony i w ogóle. Mama jest bardzo przesądna. Ktokolwiek załatwił Wendy ten jest wśród nas.

Te słowa dziwnie mną wstrząsnęły. Jakbym dopiero teraz uświabomił sobie w jakim niebezpieczeństwie jesteśmy. Czy to ja mogłem być temu winny? Nie wydaje mi się to prawdopodobne. Lubiłem każde z nich i zawsze bałem się śmierci. Może Neal? Zawsze myślał, że jest lepszy niż reszta, więc cierpienia innych go nie wzruszały. Poza tym to jego dom, miał sposobność, a Tommy go podziwia więc mógł go przekonać do powiedzenia "swojego" pomysłu. Tylko po co? Gdy pomyślałem o tym trzeźwo uświadomiłem sobie że, nie mogłem mu wymyśleć żadnego motywu. Mógła to też być Sam od tych swoich głosów, ale i to mnie nie przekonywało. Niektórzy naprawdę się jej bali, ja jednak nie wierzyłem by mogła być temu winna. Była raczej łagodna i nie wydaje mi się, żeby te jej głosy naprawdę były takie silne. Tom i Alex są chyba poza podejrzeniem. Jest jeszcze... Moment! Jak mogłem zapomnieć o czymś takim? To przecież oczywiste. Tylko czy mogę o tym powiedzieć? Jeżeli się mylę skaże Mary na śmierć. Czy powinienem to zrobić?

 

Neal

Mam już tego naprawdę dość. Sam już nie wiem jak długo siedzę tu z tą bandą nieudaczników. Nie wiem jak w ogóle mogłem zgodzić się na to by jakiś pieprzony psychopata wlazł mi do domu. Zresztą każdy z nich jest jak psychol. Przygotowałem dla nich nawet specjalne leki i co dostaje w zamian? Mordują się wzajemnie, wywołują niedźwiedzia, oskarżają mnie o zabójstwo bez żadnych podstaw i przez tyle czasu żaden z nich nie było w stanie wymyśleć jakiegokolwiek planu. Otaczają mnie idioci. I co jest nie tak z tym miśkiem? Cały czas czatuje pod tymi pieprzonymi drzwiami. Nie może wrócić na legowisko? Nie mogę już wytrzymać patrzenia na jego szary pysk.

-Dobra słuchajcie! - Tom ni z tego ni z owego się odezwał. Skąd w ogóle taki głos u tego zapłakanego dziecka? Drgał lekko, ale i tak powiedział właśnie bez pauzy więcej niż kiedykolwiek - Mam dość tego że nikt mnie nie słucha! Od dłuższego czasu próbuje wam powiedzieć że mam plan i...

Dobrze Tomuś uspokój...- spróbowałem zachamować jego zapędy.

- Zamknij się! Nikt mi nie przerwie, nikt nie nazwie mnie Tomusiem, wszyscy zamknąć mordy! Neal jaki jest kod do tego? - wskazał na sejf wiszący na nie dalekiej ścianie

- A po co ci ten kod?

- Coś mi się przypominało.

- 6294 - uznałem, że nie ma sensu tego zatajać.

Tom wpisał kod a naszym oczom ukazały się: sztabka złota, platynowy zegarek, dwie bursztynowe bransoletki, kilka małych diamentów, jakieś stare monety i... tunel. Mój ojciec wspominał mi o ukrytych tu kosztownościach, ale ten tunel widziałem po raz pierwszy.

-Tak jak myślałem. Twój tata zbierał na czarna godzinę?

-T-t-ta-t-tak... - Wyjąkałem. Przez chwilę nie mogłem wyjść ze zdziwienia na widok tunelu. -Ale nawet ja nie wiedziałem o tunelu skąd ty...?

-To proste. Kiedy tu przyjechaliśmy zobaczyłem wielki kamień z boku domu. Zdziwiłem się, że nikt go nie sprzątał mimo że wyraźnie przeszkadzał w uprawianiu ogródka. W dodadku z tego co powiedziałeś wywnioskowałem, że to miejsce i to co w nim było, miało dla niego olbrzymią wartość. Wiedziałem, że ktoś kto ma takie skłonności będzie chciał zabezpieczyć się przed stratą wszystkiego. Tak więc teraz wystarczy, że przez niego przejdziemy.

-Genialnie Tom. - odezwał się Doger. Oczywiście o geniuszu mojego taty nikt nie wspomniał. - Ale ten tunel jest bardzo wąski i mógł się zawalić.

-Dlatego pójdzie jedna osoba która wezwie pomoc . Przywiążemy jej line do nogi, więc będzie mógła wrócić. Tylko kto to będzie?

-Ty albo Sam - Doger nie dał nam czasu na myślenie. Ty jesteś młody, a Sam chuda. To musi być któryś z was.

-Ja - Sam okazała się naprawdę ofiarna. - On wymyślił ten plan więc ja powinnam go wykonać.

-Nie. Wiesz chociaż gdzie iść?

-Yyy. Do...

-Właśnie. A co musisz zrobić przed wejściem?

-Muszę -Y...Muszę...

-Obwiązać nogę liną. - miałem nadzieję że po prostu nie zrozumiała pytania, ale jej mina wyraźnie wskazywała na coś innego. - a gdzie będziesz jak opuścisz tunel?

-...

-Przez cały czas mówiłaś do ścian prawda? - jej wzrok nie pozostawiał większych wątpliwości. - Nie pozwolę, żeby ona decydowała o życiu nas wszystkich.

- Tak jak zadecydowałeś o tym żebyśmy wzięli te tabletki? Twoim decyzją można ufać Neal nie ma co. - powiedział Doger.

- Nie zmieniaj tematu - Warknąłem. To Tom powinien iść i koniec.

-Tom sam sobie nie poradzi. I tak dość się nam przysłużył

-Ty tylko chcesz się pozbyć Sam. Boisz się jej.

-Mówisz tak bo nie chcesz przyznać m...

-A może pójdziemy obaj? - Tom spojrzał na Dogiego jak na debila. - Tak chyba będzie najlepiej. - Teraz patrzył na mnie szukając aprobaty. To mnie lekko zdziwiło.

-Tak, w ten sposób będzie najlepiej.

Przez następne kilka minut tłumaczyłem im gdzie, co i jak, podczas gdy reszta wywalała kosztowności z sejfu i wiązała Toma, który miał iść przodem. Gdy tak patrzyłem na tego dzieciaka włażącego do sejfu z ukrytym tunelem, musiałem chcąc nie chcąc przyznać, że dzisiejsze wydarzenie naprawdę dobrze na niego wpłynęło. Dzięki niemu w końcu przełamał się i stał o wiele śmielszy. Zawsze czułem, że jest inteligentny, ale nigdy nie był w stanie podzielić się swoimi myślami, więc w sumie co mu z tego? Dziś jednak opracował plan dzięki któremu dwóch z nas jest już bezpiecznych a reszta niedługo będzie. O ile oczywiście przeżyjemy do ich powrotu. Będę musiał uważać na Dominica. Na pewno on lub jego kolega cieć za tym stoją. Ale ja nie dam się zabić. Na mnie jeszcze nie czas. Tym bardziej, że mam wrażenie iż Tom mnie szanuje. A dobrze byłoby mieć przyjaciela tak inteligentnego, a do tego zaradnego co on. Chyba w końcu znalazłbym kogoś równego mi umysłem. Gdy tak patrzyłem jak chłopak przeciska się powoli przez ciasny otwór sejfu do nieco szerszego tunelu ogarnęło mnie uczucie, że wcale nie było aż tak ciężko jak na początku mi się zdawało.

Ale potem znowu zgasło światło.

 

Doger

Tym razem prądu nie było dłużej. A gdy wrócił, gorzej. Ktoś uderzył Toma siekierą w obie nogi. Gdy prąd wrócił on jeszcze żył, ale krwawił bardzo obficie. W tym bałaganie były pewnie jakieś bandaże, ale nim je znaleźliśmy nasz niedoszły wybawca skonał z krzykiem. Teraz tunel był nie do przejścia, a nikt nie był w stanie zmusić się do dotknięcia zwłok, nie mówiąc już o wyciąganiu ich. Staliśmy tak, przy jego truchle, nie wiedząc co zrobić,co powiedzieć, ani jak zareagować. Sam patrzyła niewidzącym wzrokiem, Alex płakał przez zaciśnięte zęby, Mary jakby biła się z myślami, a reszta stała. Nic nie mówiła i nic nie robiła, po prostu stała. Poczułem że czas to powiedzieć. A już miałem nadzieję, że będę mógł dotrzymać słowa.

-Gdy Tom zabrał głos ucieszyłem się, gdyż z jego słów wynikało, że nie będę musiał tego robić - zacząłem dość niezgrabnie - ale, chyba już czas żebyście się dowiedzieli. Tylko ja znam sekret Mary. Tylko mnie go powierzyła. Jednak nie mogę dłużej go ukrywać - spodziewałem się sprzeciwu Mary, ona jednak tylko czekała już rozumiejąc, że to nieuchronne, że tak będzie lepiej. - Widzicie Mary ma obsesję na punkcie... śmierci.

Wszyscy chwilę trawili te słowa w zaskoczeniu. Potem Mary zaczęła mówić.

- Doger ty naprawdę uważasz że ja... Że byłabym gotowa... Ty

-Nie mogłem tego dłużej ukrywać. Stawką jest pięć żyć. Przepraszam.

- Ale Wendy i Tom i... - na jej twarzy pojawiły się łzy - to naprawdę byłam ja? - nie mogłem znieść jej zrozpaczonego wzroku - a czemu miałabym tego nie robić? Przecież mam obsesję, jestem wariatką.

-Nie mów mów tak - powiedziała Sam bez przekonania - każdy z nas ma problemy, przecież dlatego tu przyjechaliśmy.

-Nie rozumiesz. Ja nie mogę tak was narażać.

Błyskawicznie złapała linę którą zabójca odciął wcześniej od Toma. Nim ktokolwiek zdążył zrozumieć co się dzieje miała już w ręce stryczek. Pewnie nie po raz pierwszy go wiązała. Chwyciła stołek i pobiegła przed siebie. Dopiero wtedy zaczęliśmy wracać do zmysłów. Ruszyliśmy za nią. Ona jednak zdążyła już wskoczyć na stołek i przerzucić linę przez belkę i swoją szyję a teraz wiązała górną część. Nigdy bym nie pomyślał, że jest taka szybka. Gdy do niej dobiegliśmy była już gotowa targnąć się na swoje życie.

-Nie musisz tego robić! - łkała Sam

-Nikt nie chce twojej śmierci! - mówił Dominic

-Nie każ mi znowu na to patrzeć. - błagał Alex

-Przcież możemy po prostu cię związać - zasugerowałem

Tylko Neal milczał. Bał się jej pomóc. A Mary pozostała głucha.

-I ryzykować, że ucieknę? Ta lina to i tak tylko skrawek, nic tym nie zrobisz.

Dominic próbował powstrzymać ją siłą, ale solidny kopniak pozbawił go na chwilę sił. Mary zawisła. Chciałem łapać ją, odciąć linę, podstawić stołek spowrotem, zdjąć, chwycić i spytać co strzeliło jej do głowy, przytulić i prosić by i ona mnie nie zostawiała, powiedzieć jak ją kocham, ale nie mogłem. Nie po tym co zobaczyłem w na jej twarzy. Mary uśmiechała się mimo bólu. Nie był to jej zwykły, wygłodniały, przerażający uśmiech, pełen dziwacznej żądzy. Uśmiechała się tak po prostu szczęśliwa, że może nam pomóc. Że teraz nikt już nie ucierpi. Szalona Mary po raz pierwszy szczerze się uśmiechała.

Potem zgasły światła, lecz to nie miała już dla mnie znaczenia. Ona z uśmiechem oddała życie za nasze bezpieczeństwo i teraz nic nie mogło wyrwać mnie z rozważań na temat jej czynu.

Nawet nóż, który ktoś wbił mi pod mostek.

 

Alex

Ledwo skonał Tom, już mamy kolejne ofiary. Byłem taki wściekły. Łyknąłem kilka tabletek anty depresyjnych, ale wcale mi to nie pomogło. Miałem ochotę krzyczeń, biec, walczyć, zrobić cokolwiek, ale czułem się jakbym był sparaliżowany. Łzy powoli płynęły mi po twarzy. Myślałem o swojej narzeczonej. Pamiętam te chwilę kiedy widziałem ją po raz ostatni. Ślub był już gotowy, a my dopinaliśmy ostatnie guziki. Niestety w przeddzień ślubu, gdy budziłem Miriam zauważyłem, że nie oddycha. Zadzwoniłem po karetkę, ale było już za późno. Miriam była od dawna chora, na nowotwór. Nikt tego nie wykrył i zmarła we śnie. Przynajmniej miała spokojną śmierć. Gdy byłem na jej pogrzebie czułem, że chce do niej dołączyć. Nie chciałem kochać już nigdy więcej. Byłem niemal szalony z rozpaczy. Gdyby moja matka na czas nie zapisała mnie na leczenie, nie wiem jak długo jeszcze bym pociągnął. W ośrodku spotkałem jednak nowych przyjaciół, którzy pomogli mi zachować zdrowy rozsądek i chociaż na chwilę zapomnieć o bólu. A teraz niemal wszyscy nie żyją. Spojrzałem na tych którzy jeszcze przetrwali. Na Sam, która za wszelką cenę starała się nie słuchać głosów. Na Neala, który nie wiedział co zrobić. I Dominic, najtwardszy z nas wszystkich. Tylko on starał się pozostać w ryzach. Któryś z nich to nasz oprawca.

Nagle Dominic spojrzał na mnie, a ja zobaczyłem w nim coś co mnie przeraziło. Chciwie spoglądał na moje pudełeczko z lekami antydepresyjnymi.

Raz już poczęstowałem go nimi i nie skończyło się to dobrze. Spojrzałem na pudełko. W środku było około 80 tabletek. Za dużo, żeby mógł wziąć je wszystkie i przeżyć, a już wiem, że tak jak poprzednio nie przestanie dopóki nie zje wszystkich. Ech, jak mogłem o tym nie pomyśleć. Noś większe pudełko, mówili, bedziesz rzadziej musiał chodzić do apteki, mówili. Jak mogłem być na tyle głupi by ich posłuchać. Tym czasem Dominic zaczął do mnie podchodzić.

-Alex podzielisz się ze mną lekami prawda? - widać było że był na olbrzymim głodzie

-D-Dominic one ci szkodzą.

-Nie pierdol. Po tym co się stało każdy potrzebuje odpoczynku. Zabiłbym za trochę relaksu.

Widząc co się święci, reszta starała się mi pomóc. Sam przemówiła.

-Pamiętasz z co było ostatnim razem kiedy Alex cię poczęstował? Omal go nie zabiłeś, zacząłeś wariować, trzeba było 3 ochroniarzy żeby cię powstrzymać.

-Dawno i nie prawda. Przez 2 lata nauczyłem się kontrolować - był już przy mnie niebezpiecznie blisko. Nie obraziłbym się teraz o kolejną awarie światła. Zresztą z tego co wiem o zaniku pamięci poruchowej, to gdy wracamy do tej samej sytuacji wszyscy przypominają sobie co robili przy poprzednim wypadku. Każdy patrzył przerażony, a Dominic był już tylko o metr ode mnie.

-To dasz te prochy? - Spytał ostro już zdenerwowany. Czas mi się kończył. Zacząłem płakać.

-Mam już dość ciebie i twojego beczenia! Oddawaj to ty cioto! - chwycił moje pudełko. Nie puściłem więc przyłożył mi w brzuch. Z trudem złapałem powietrze. Następnym mocnym ciosem złamał mi nos. Próbowałem mu oddać, ale on ledwo poczuł mój cios. Poszukałem wzrokiem noża, ale ten leżał pod jego stopą. Prawie nieprzytomny wypuściłem pudełko. Dominic otworzył je i chwycił garść pigułek. Wtedy Neal przywalił mu sztabką złota z sejfu. Upadł, ale po chwili wstał. Wkurzony, oddał cios, ale Neal zdążył zasłonić się sztabką, przez co nadgarstek Dominica złamał się na złotej tarczy. Sięgnął więc po nóż i drugą ręką prawie wbił go w bok Neala, ale Sam pobiegła go bronić, a ja stałem w miejscu, patrząc na to. Udało się jej wyrwać mu nóż, jednak przyłożył jej pięścią. Następnie po krótkim barowaniu z Nealem powalił przeciwnika na ziemię i wrócił do tabletek. On może zaraz umrzeć. Znów zaczynałem płakać. Nagle jednak poczułem gniew.Po prostu nie mogłem pozwolić żeby tak się to skończyło. Już od 2 lat jestem bezużyteczny. Postanowiłem to zmienić. W przypływie sił kopnąłem Dominica w twarz i zabrałem moje pigułki. Przez chwilę nie wiedziałem co robić. A potem nagle miałem plan. Zawartość trzymanego w dłoni pudełka chciałem wyrzucić na podłogę i dać Dominicowi resztki, żeby go uśpić, wtem jednak coś sobie przypomniałem. Rzuciłem pudełko w jego ręce i zacząłem się śmiać.

 

Sam

Spojrzałam na leżący obok mnie platynowy zegarek. Była minuta po północy. Neal z pewnym trudem się podniósł i obserwował teraz dziwaczne zachowanie Alexa. Podniósł on z ziemi łom, który odebrał życie Wendy i śmiał się teraz dziwacznie. Nawet Dominic zawachał się i przestał jeść to o co przed chwilą tak walczył. Wszyscy patrzyli teraz na Alexa. Na jego roześmianą twarz. Zarzmi to absurdalnie, ale moją pierwszą myślą było zdanie "to on umie się śmiać!?". Wiem, że to głupie, ale po prawie dwóch latach słuchania go miało się wrażenie, że ma tylko dwa tryby: mówienie i płakanie, a przez resztę czasu jest wyłączony. Wszyscy patrzyli nie wiedząc co mu się stało. A ja powoli zaczęłam rozumieć.

-Alex. Ty... Przez cały ten czas... Ale... Przecież...

-Dokładnie. To ja ich zabiłem. Nie podejrzewałaś mnie prawda? Też nie pamiętałem jak pozbawiałem ich życia. Jak z trudem uskakiwałem przed krwią, żeby nikt nie zobaczył, że mam brudne ręce. Jak wbijałem ostrze w nogi Toma i mostek Dogera. Jak łamałem kark Wendy. Ale teraz już pamiętam. I nareszcie jestem szczęśliwy.

-Ale dlaczego?

-Dla niej. Kochałem ją. Tak bardzo chciałem żebyśmy byli razem. Już byłem gotowy gdy mnie spotkaliście. Miałem się zabić zaraz po powrocie do domu. Ale wy to zmieniliście. Pokochałem was wszystkich. I nie mogłem wybrać między wami a nią. Żyłem niezdecydowany aż do dziś. Gdy zobaczyłem niedźwiedzia próbującego dopaść Toma nagle mnie oświeciło. Przecież wy też umrzecie. Mogę najpierw was zabić a potem siebie i wszyscy będziemy razem. Ja, moi przyjaciele i moja żona. Razem. Genialne, a takie proste. - Uniósł pogrzebacz z przerażającym uśmiechem. - Aż mi wstyd że nie wpadłem na to wcześniej. A teraz chodź tu. I wszyscy będziemy razem. - Nie poruszyłam się. Wtedy ruszył na mnie z pogrzebaczem.

Chciałam krzyknąć, ale nie zdążyłam. pogrzebacz świsnął obok mojego ucha. Złapałam za jego koniec, z nadzieją że ktoś mi pomoże. Neal jednak stał zamroczony, a Dominic nadal był rozkojarzony przez narkotyki. Ledwo rozumiał co się dzieje. Po chwile Alex wyrwał mi pogrzebacz i uderzył mnie w głowę. Nie włożył w to całej siły, ale i tak bolało okropnie. Następnie otrzymałam kilka ciosów w brzuch. Zwymiotowałam. Alex najwyraźniej uznał że nie żyje, bo zostawił mnie i zaczął mówić.

-Widzicie? Sam jest już szczęśliwa. Z przyjaciółmi. To wcale nie jest takie złe. Teraz twoja kolej, Neal. Podszedł do niego łomem w ręku i przygotował do uderzenia, ale nim go opuścił Neal chwycił pogrzebacz w rękę i przyłożył mu pięścią w brzuch. Przez chwilę trwała walka. Potem udało mi się wstać.

Lecz było o sekundy za poźno. Alex podniósł nóż i dźgnął nim Neala. Wściekła rzuciłam się na tego psychola. Chwyciłam go za głowę i nie zważając na nóż w jego ręce zaczęłam tłuc tym jego łbem o podłogę. Nagle wszystko rozmyło się od głosu ze ściany. To Tomy krzyczał.

-Choć do nas Sam. Tu jest pięknie. Dołącz do nas.

Chciałam ich posłuchać, znów był im po prostu posłuszna i szczęśliwa, ale wtedy pomyślałam o latach w słabości, o wszystkim tym przez co przeszłam, by być od nich niezależna. Zostanawiałam się wtedy czy ma to sens skoro sprawia mi cierpienie. Dzisiaj nagle poczułam, że cały czas miało, bo gdyby nie to całe moje życie musiałabym ich słuchać. Każdy musi móc dokonywać wyborów. Niezależnie czy ma z tego radość. Bo człowiek bez własnej woli jest człowiekiem nic nie wartym.

Cała to konkluzją trwała może dwie sekundy. Potem Alex powalił mnie na ziemie i po mimo całego mojego oporu przystawił nóż do gardła. Siłowałam się z nim, wszystko wskazywało jednak na moją porażkę. Minęła minuta. Potem druga. I kolejna. A nóż wciąż zbliżał się do mojego gardła. Straciłam już całą nadzieję. Pomyślałam o Nealu, który właśnie wykrwawił się na podłodze tej pieprzonej piwnicy. O Tomie, który skonał z krzykiem zaraz przed jak byłby bezpieczny. O Mary, która oddała życie by nam pomóc i Dogerze który nie mógł jej powstrzymać. Ostatni raz poczułam metal na szyi, nagle Dominic wskoczył na nas. Nasza trójka szmotała się tak czas jakiś, aż nagle poczułam, że to ja mam w ręku nóż.

To nie był wybór. To był po prostu instynkt.

Chwila gdy poczułam krew z przebitego ciała Alexa była wręcz piękna. Teraz nareszcie wszyscy byliśmy bezpieczni. Spojrzałam jeszcze raz na jego ciało, a potem na bandaże, którymi mieliśmy obwiązać nogę Toma. Mogłabym go ocalić. Ale przecież on próbował nas zabić, prawie mu się udało, zabrał na tamten świat tylu naszych przyjaciół. Dlaczego miałabym mu pomóc. Jednam czy będę od niego lepsza jeżeli tak go porzucę? Ściskałam w dłoni bandaże i opatrunki, nie wiedząc ci zrobić. Miałam na rękach jego krew. Mogłam ją jeszcze zmyć. Mogłabym go związać. Mogłabym go ocalić. Część mnie chciała go dobić, a druga beształa mnie za takie myśli. Podeszłam tuż do niego. Wciąż nie byłam pewna co zrobić. Nie wiem jaka byłaby moja decyzja, gdyby nie złapał mnie za rękę i spojrzał swoimi zrezygnowanymi oczyma.

-Wygrałaś. Zostań i cieszył się życiem. Ja odchodzę.

-N-Nie. Alex mogę ci pomóc. Mam bandaże i opatrunki. Mogę...

-Nie możesz. - wydawał się już zirytowany tą rozmową. - Przebiłaś mi płuco. A ja i tak nie chcę dalej żyć. Już ci to mówiłem. To koniec. Pora zatańczyć ze śmiercią.

Po tych słowach oddał ducha przed moją twarzą. Rozejrzałam się, nie wiedząc co teraz. Dominic dalej pochłaniał pigułki, ale z tym się już pogodziłam. Wiedziałam, że tylko ja wyjdę stąd bez trumny. Gdy on tracił już świadomość ja usłyszałam stłumiony kaszel. Nie nogłam w to uwierzyć. To był Neal! Ostrze przebiło mu brzuch, ale organy były całe. Szybko zatkałam, obmyłam i zabandażowałam ranę. Zdążyłam. Stracił mnóstwo krwi, ale żył. Ledwo co, ale jednak. Pocałowałam go, sama nie wiem dlaczego. Zaczęliśmy rozmawiać.

-Sam. To mogłem być ja.

-Co? O czym ty mówisz? Przecież to Alex ich zabił.

-Tak, ale wtedy, w piwnicy, jeszcze kiedy Wendy żyła... Chciałem zrobić to samo. Byłem gotów zaatakować Toma. Wściekłem się na niego, bo wywołał niedźwiedzia. Już szukałem broni. - ku mojemu olbrzymiemu zaskoczeniu zaczął łkać. - Teraz to widzę. Przez tyle lat byłem takim dupkiem. Miałem się za pępek świata, w ogóle nie dbając o kogokolwiek wokół. Zdziwiłabyś się gdybym opowiedziałci co robiłem w przeszłości. - na dobre się rozpłakał.

To był taki dziwny widok. Wręcz ciężko było w niego uwierzyć. Neal płakał. Ten Neal, który wiecznie pogardzał każdym w okół. Neal pyszałek. Ten Sam Neal, który po tyrekroć wyśmiewał słabość i brak odwagi innych ludzi, a łzy uważał za przejaw samej słabości. Ten sam Neal płakał teraz w moich ramionach. Nie wiedziałam co mu opowiedzieć. Po prostu przytuliłam się do jego obandażowanego ciała, słuchając dalej jego spowiedzi. Tak mimęła reszta nocy.

Kilka godzin później wyszliśmy z piwnicy, po zobaczeniu, że niedźwiedź już odpuścił. Pojechaliśmy całą trójką na pogotowie. Po usłyszeniu naszej historii długo byliśmy nie małym fenomenem, ale nie mogli nas trzymać zbyt długo, bo nasze obrażenia były raczej średnie.

Po kilku dniach ja i Neal byliśmy już wolni. Powiadomiliśmy o wszystkim rodziny ofiar jeszcze gdy byliśmy w szpitalu, więc dziś czekał je naprawdę piękny pogrzeb. Przyszły tabuny ludzi. Szczególnie dużo było "fanów" naszej historii. Bo jak wspomniałam była ona sporym fenomenem.

Kilka tygodni później Dominic także wyszedł ze szpitala. W życiu bym się tego nie spodziewała, ale okazało się że dzięki temu, iż tabletki antydepresyjne były rozrzucone po całej podłodze, nie zachował zdolności motorycznych dość długo by zniszczyć wszyskie ważne organy. To była najlepsza wiadomość od bardzo dawna.

Kilka miesięcy później Neal mi się oświadczył. Kiedyś była bym przerażona, ale dziś był innym człowiekiem, a ja inną kobietą.

Kilka lat później, lub jak kto woli dzisiaj mamy czwórkę dzieci, nowy piękny dom i tworzymy zgrany, szczęśliwy duet. Do dziś często przychodzą do nas fani, aby zadać kilka pytań i usłyszeć naszą relację z tego co się tam stało. Czasem się zgadzamy, czasem nie. Historia do dziś pozostała wielkim hitem. Głównie dzięki Dominicowi, który napisał o niej książke. Na podstawie tej książki powstał film, na podstawie filmu sequel, na podstawie którego powstała gra, potem remake i tak dalej. A Dominic jest dziś szczęśliwy. Nie ożenił się, ale to mnie nie dziwi. Na zawsze gdzieś w głębi serca pozostanie ćpającym robolem. Dziś jednak jest sławnym wydawcą, który nie może na nic narzekać. Jego problemy z którymi mierzył się w kompleksie Apantire SC zniknęły. Tak jak nas wszystkich.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • NataliaO 14.02.2015
    Zacznę od tego, że nie wiem jaka to będzie krytyka. Jeśli chodzi o błędy, interpunkcje itp. to ja się nie znam. Zwracam uwagę na treść, całość historii. Na początku fragment o wymienianiu narkotyków skojarzył mi się z piosenką, którą kiedyś słyszałam. Początek wydawał się takim wprowadzeniem, trochę niespójnym ale im bardziej czytałam byłam zadowolona z kreowanych postaci, przedstawieniu ich, relacji łączących. Było naturalnie, lekko i przyjemnie. Ciekawy pomysł i przedstawienie. Najbardziej przypadł mi Tom, a to jak go przedstawiłeś smutno ale takie osoby kryją w sobie najwięcej, ze tak powiem inteligencji. Chętnie dałabym 10 ale nie mogę więc duża 5 :)
  • Artbook 4 miesiące temu
    Czytano 550 razy, a pierwsze twoje opko to 2015 rok...
    Robi wrażenie, bo mamy 2020 rok.
    Gratulacje Abbadon!
    Pozdrawiam!
  • Abbadon 4 miesiące temu
    Dziękuję, dziękuję. Choć, trzeba tu też wziąć pod uwagę inne czynniki. Krótka poezja rozchodzi się lepiej niż długa proza, horrory mają tu większy popyt niż np. książki dla dzieci, a raz popularne opowiadanie może stać się przyczyną tzw. owczego pędu. Poza tym, wielu autorów usuwa swoje stare dzieła, więc trudno na pewno powiedzieć, ile to dużo, a ile mało na tej platformie

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania