Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

"Gulu. Pamiętne lato" (fragment powieści) - Przebłyski geniuszu

Przebłyski geniuszu

 

– Auuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu!!! Bójcie się, skurwysyny,

idę po wasze dzieci! Auuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu!!! – Głos

zawył powtórnie, z większą siłą.

– Auuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu!!! – zawtórował mu

drugi głos. – Kto zostanie, spłonie żywcem!

– Polejemy was moczem i benzyną!

– Zagrzebiecie się we własnych… szmatach!

– Co?

– Yyy… co co?

– No, co to znaczy?

– Nie wiem, ale pozytywnie się to nie kojarzy, nie? He, he.

– Właśnie, zagrzebiecie się we własnych szmatach! – wykrzyczał

Stanley Heartfield, wysoki, ciemnoskóry punk z dużym irokezem,

ubrany w czarną skórzaną kurtkę. Mocno odchylił do tyłu głowę i pociągnął

z butelki dużego łyka Beer Co. Hole.

Drugi punk, o białym kolorze skóry, miał mniejszego irokeza, był

niższy, ale miał więcej ciała od tego pierwszego.

Stali, chwiejąc się na niewielkim wzgórzu w pobliżu cmentarza,

i obserwowali pogrążone w ciemności domy i ulice Belmont Bay. W oddali

swą mroczną, niespokojną powierzchnią lśniło w świetle księżyca

jezioro Mountain Lake.

– Bo, słuchaj Al, cały ten bunt jest wartością, wiesz? Ta filozofia,

nasza postawa, ubiór i zachowanie… wszystko, co wyraża ta muzyka…

słuchanie jej jest wartością i śpiewanie też jest… – Nie skończył, bo

przerwał sobie nagłym, głośnym beknięciem.

– Wartością…? – wybełkotał Al.

– Tak. Nawet to piwo, nasza rozmowa, ta noc i wszystko, co prowadzi

nas w ten bunt, jest wartością absolutną, dającą nam wyobrażenie

świata, do którego stworzenia chcemy dążyć.

– A jak zwymiotuję to piwo, Stan? – spytał Al.

– To tak samo, tylko że będzie to zwymiotowana wartość. Muzyka

punkowa bez piwa to jak… koncert bez głośników… jak samochód

bez kierownicy!

– Jak dziewczyna bez pośladków!

– Dokładnie! Słyszycie, umarlaki?! – krzyknął Stanley i beknął

naprawdę głośno.

Obaj dopili piwa, rzucili butelki za plecy i otworzyli kolejne, które

stały w zgrzewkach u ich stóp. Pociągnęli kilka łyków. Przyglądali się

domom, położonym przed nimi, w dole.

– Śpią obiboki.

– Wiesz, ci bogaci nie słuchają punka, bo nie muszą się buntować,

mają swoje zafajdane pieniądze i wszystko im pasuje.

– Ale dlaczego oni wciąż chcą się bogacić? Mają swoje stołki i tyle

pieniędzy, że sami nie wiedzą, ile. Forsa jest dla nich jak tlen – po prostu

jest i nawet jej nie liczą. Powinni rozdać ją biednym, a nie cały czas

powiększać swoje zyski.

– No to coś ci powiem, Al. Grałeś kiedyś w Monopoly?

– No pewnie, że grałem!

– I podobało ci się, jak inni gracze stawali na twoich polach i musieli

ci płacić?

– To było najlepsze, stary.

– No właśnie, bogaci bawią się tak samo, tyle że ich planszą jest…

prawdziwy świat!

– No tak… ty to masz łeb. – Al zamyślił się ze smutkiem. – A my

pracujemy dla nich…

– Myyy… i dlatego widzimy życie takim, jakie jest. Jesteśmy na samym

dole tej cuchnącej machiny systemu i widzimy prawdę każdego

dnia. Dlatego się buntujemy. Dlatego ta muzyka jest taka głośna. Cały

ten Seeex… – beknął Stan.

– Wreszcie mówisz konkretnie – powiedział Al.

– …Pistols…

– Aaa…

– Powstał po to, aby obalić tę zasraną władzę – źródło cierpienia,

niesprawiedliwości i braku tolerancji. Rząd i całe to państwo zawodzą

nas – zwykłych ludzi, którzy stali się samotni w społeczeństwie. Taka

jest pieprzona prawda. Poprzez zakazy i nakazy chcą nas uzależnić od

siebie, skrępować i kontrolować, a jak ich nie posłuchamy, to nas zniszczą.

Al, a wiesz, co jest najśmieszniejsze?

– Co?

– Że te krawaciarskie cioty boją się naszych ćwieków.

– Ćwieków?

– Tak! Jak założę swoją skórę z ćwiekami, to te cioty boją się nawet

na mnie spojrzeć. Kiedyś, gdy po pracy poszedłem z Rudym Jakiem

na górę w klubie Stairway To Heaven, to napatoczył się taki jeden laluś,

spieszył się gdzieś i wiesz, szturchnąłem go, bo przeciskał się na

schodach, a wiesz, jak ciasno tam jest… no możesz nie wiedzieć, bo

my przecież nie chodzimy na te wiejskie balangi dla stetryczałych

sklerotyków… ale ja musiałem zanieść tam paczkę od Humphreya

„Mutanta”… no i szedł ten konus, pewnie się bał nas dotknąć tym

wyglancowanym garniakiem, bo przeorał swoją marynarkę o jakieś

betony czy tynki na ścianie, wiesz, jak tam jest… no nie, nie wiesz…

no i mijając nas, słyszałem, jak zaklął pod nosem, a ja mu jak z karabinu,

bo mnie ten kurdupel wkurzył, poza tym, znasz mnie, ja nie lubię

garniturów i krawatów, no i byłem na wkurwionym kacu, a tego dnia

Humphrey opieprzył mnie za jakąś moją przypadkową fuszerkę, he,

he, co wzmogło mój podły nastrój, no, trochę za bardzo mnie poniosło.

„Cotozakurwasłownictwojegopierdolonamać”!? On spojrzał na mnie,

niski był, to musiał wysoko podnieść głowę, no i powiedziałem: „Przeproś

nas, palancie, bo nie naliczysz bluzg, jakie wypowie lekarz, jak

cię zobaczy”, a on spojrzał, jakby miał się za chwilę zesrać i przeprasza

swoim ciotowatym głosem, bo wiesz, te ćwieki to ważyły ze dwa kilo

na mojej ramonesce. Oni boją się błysku tego żelastwa, mówię ci, Al.

– Ćwieki ćwiekami, ale jak potem Humphrey się dowiedział, że

nastraszyłeś jego prawnika, to sam wiesz, jak było, z nim to podobno

krótka piłka.

– Al, ale to nie za to mnie wywalił.

– Cooo?

– Słuchaj, to była historia. Właściwie to nie wywalił, po prostu

jako pracownik przestałem dla niego istnieć, bez żadnych łez, bez

słów pożegnania.

– Masz – rzekł Al i podał mu butelkę, głośno przy tym bekając.

Nocną ciszę rozproszyło syknięcie otwieranego piwa, a Stanley

kontynuował:

– Humphrey dał mi auto swojej kobiety – Loretty – żebym je odpicował,

bo miała jakieś spotkanie w szkole po latach, czadowy buick

wildcat z 1963 roku, co za maszyna. Al, a w ogóle to wiesz, dlaczego na

tych spotkaniach pojawia się tak mało ludzi?

– Bo nie mają czasu?

– Nieee… bo przychodzą tylko ci, którym coś się w życiu udało, he,

he! Ci, których nie przekosiła i nie przeżarła jeszcze państwowa machina

oblężniczo-uciemiężająca. Pozostali nie mają się czym chwalić.

Dobre, nie? No i podjeżdża ta lalunia… Al, nie mówię, że coś się jej

udało, no… może te cycki…

– He, he, więc ona idzie tam pochwalić się swoimi cyckami…

– Dobrze mówisz, Al, twoje zdrowie. – I obaj pociągnęli po łyku. –

A… no i trafiła w dodatku na niezłego kolesia, bo Humphrey raczej

na niej nie oszczędza, chcąc chociaż w taki sposób przykryć kwestię

swojego wyglądu. Skąd on, do cholery, ma te paskudne blizny na twarzy…?

Więc tak: Loretta wychodzi z buicka, sam wiesz, bo ją kiedyś

widziałeś, obcisła bluzka, dekolt jak Zatoka Meksykańska, krótka czerwona

spódniczka, skórzane buciki za siedemdziesiąt dziewięć dolców,

no po prostu jak najlepsza dziwka Nowego Jorku! Chmura feromonów

ciągnie się za nią jak sznur psów za suką i daje mi kluczyki ze słowami:

„Teraz jest twój, kowboju”, a ja poczułem się jak jakiś zasrany żigolak,

no nie powiem, że chętnie bym spędził z nią chwilę, za które takie panie

rozdają auta, ale sprzedawanie własnego ciała nie wchodzi w grę!

Przecież mam swój honor! Utopiony w piwie, ale mam!

No i wziąłem się do roboty, czyściłem, pucowałem, dmuchałem

i chuchałem na to cacko. Humphrey z damą poszli i powiedzieli, że wieczorem

wrócą po furę, a ja dalej swoje. Wyszło tak, że mucha nie siada.

Po półgodzinie zajechała do mnie Brooklyn, jak zwykle paradując

prawie na golasa, powiedziałem: „Mam robotę, kochanie”, ale ona

nawet nie rozejrzała się, czy jesteśmy sami. W zakładzie na szczęście

nikogo więcej nie było… i napierała. Jako były chłopak czułem

się zobowiązany, żeby odwzajemnić jej uczucia, nie? Al, kto by się

oparł, człowieku, a ona rzuciła, żebyśmy to zrobili w tym samochodzie,

no nie? Powiedziałem: „To auto… nie ma mowy, kochanie”.

Ale stary brachu, Al, kto by się oparł takiej wariatce! Zamknąłem

garaż i wskoczyliśmy do środka. Buick aż skrzypiał, tak mu się podobało,

a kiedy skończyliśmy, usłyszałem klakson – to Perry „Śmigacz”

pewnie przyjechał po paczki, bo Humphrey handluje również

częściami, na pewno to on. Czemu ten palant nie przyjechał chwilę

później, może bym uniknął tego, co się potem wydarzyło? Ale nic,

trudno się mówi… wyskoczyłem z garażu i pobiegłem, a jak Perry

odjechał z paczkami, Brooklyn już wsiadała do swojego chevroleta

– buziaki i po chwili opony jej samochodu z głośnym piskiem

zdzierały autostradę.

Brooklyn, wooow, co za imię, po nocach z nią czułem się, jakbym

przeleciał cały nowojorski Brooklyn, wiesz, o czym mówię, prawda, Al?

Po południu, gdy przyszedł czas zdania wozu, przypomniałem

sobie o prezerwatywie, którą zostawiłem – Chryste! – na desce rozdzielczej!

Biegnę do auta, a tam nic, rozumiesz, stary? Przeszukuję

cały samochód, schowki, nie schowki, pod siedzeniami, półkami,

a gumka pełna moich mikropotomków zniknęła! No dobra, to pewnie

Brooklyn ją wzięła, ja pierdolę, mam nadzieję. Humphrey przywiózł

swoją cizię, która wlazła do Buicka i spoko, rozsiadła się wygodnie,

sprawdzała fotel i różne duperele, a ja rozmawiałem z Humphreyem

o tym wozie jak z nieba. Widziałem swoje błędne oczy odbijające się

w jego okularach przeciwsłonecznych i niemalże dostrzegłem w nich

bujające się na mnie ciało Brook. Ach, ta wariatka! On coś mówił do

mnie, a ja wciąż cholernie cicho zadawałem sobie pytanie, które zostawało

nadal bez odpowiedzi: gdzie jest gumka? Uśmiechałem się

i przytakiwałem, a tu nagle krzyk – ten krzyk; przecież wszystko szło

dobrze, miało nie być żadnego krzyku! Pobiegliśmy tam, a Loretta siedziała

nieruchomo, z rękami rozłożonymi po bokach, a na spódniczce,

tej pieprzonej czerwonej spódniczce, leżała cieknąca, rozwalona jak

ranny ślimak ta p i e r d o l o n a g u m k a!

Loretta z otwartą buzią patrzyła to na mnie, to na Humphreya, a nad

nią odchylona zakładka z lusterkiem. Kurwa, tam nie sprawdzałem!

Brooklyn, pieprzona Brooklyn, wsadziła kondoma za osłonę przeciwsłoneczną

pod sufitem! Al, już wiesz, jak ta Brooklyn jest popieprzona!

Humphrey powoli wlepiał swoje spojrzenie we mnie i jakie szczęście,

że nie widziałem jego oczu zza tych okularów, bo na pewno bym

padł ze strachu, jak młody świstak przed tyranozaurem. Miałem wrażenie,

że te jego koszmarne blizny pulsowały coraz bardziej i za chwilę

pokryją mu całą powierzchnię twarzy, zamieniając go w prawdziwego

mutanta. Co za wtopa – pomyślałem – ale w przebłysku geniuszu,

moim cudownym przebłysku geniuszu, wyrwało mi się:

„Tam nie sprzątałem, szefie” – i podniosłem ręce w geście poddania.

Humphrey przeniósł wzrok na Lorettę, a ona na to:

„Kochanie, czy myślisz, że krzyknęłabym, gdyby to było… yyy…

mojjje?”

Wielki gość numer jeden niewykluczone, że uznał ten argument za

logiczny, gdyż teraz przeniósł z kolei wzrok na moją kurewsko winną

osobę, a ja poczułem, jakby spojrzał na mnie przywódca stada goryli,

którego wirus wścieklizny dopiero zaczął rozchodzić się po krwiobiegu;

nieomal słyszałem to skwierczenie w żyłach, które przyjmowały dawkę

skażenia odpowiednią, abym za sprawą wściekłego małpiego olbrzyma

przestał istnieć w sposób najokrutniejszy z możliwych.

„Ktoś tu zrobił niezły dowcip” – powiedziałem, opanowując nerwy,

i zobaczyłem, jak mojemu wielkiemu szefowi napinają się wszystkie

mięśnie.

„Czyli nic na ten temat nie wiesz, Stan?” – zapytał Humphrey oskarżycielskim

tonem.

„Nic a nic” – odpowiedziałem jak niewiniątko, ale z dużą dozą

pewności siebie.

„Czy przysięgasz na swoją matkę?”

„Tak” – Słyszę chichot mojej świętej pamięci mamusi.

„Na ojca?”

„Tak” – Na niego to mogę przysięgać, świat ucieszyłby się, gdyby

zniknął.

„Na całą swoją rodzinę?”

„Tak, szczególnie na kuzynów ze strony ojca”.

„Co?”

„Bardzo ich lubię…”

…bić, he, he.

„No dobrze – powiedział Humphrey i wyczułem nagłe podniecenie

w głosie mojego szefa. – Sprawdzę w koszu na śmieci, zwykle tam

wyrzuca się opakowania po gumkach, prawda, Stan?”

„Jasne, szefie, ale tam nic nie ma” – odparłem z uśmiechem i poczułem,

jak mój mocz zaczął napierać na ścianki, kurwa, pęcherza.

Loretta w aucie słuchała naszej rozmowy, siedząc z moją spermą

na kolanach. Al, myślałem, że pęknę ze śmiechu, ale na szczęście moje

usta nawet nie wygięły się lekko, bo bliżej mi było do śmierci ze strachu.

Pomyślałem, że nie powinno być mi do śmiechu, bo ja przecież do

tego kosza na śmieci, do którego zbliżał się Humphrey, wyrzuciłem ten

pieprzony papierek. Jezu, porządniś ze mnie nieprzeciętny! Ale zaraz,

wcisnąłem go głęboko, a potem jadłem loda i wyrzuciłem „Forbesa” po

przeczytaniu, bo trzeba coś robić, opierdalając się, nie, Al? Zapytasz się:

dlaczego czytałem to barachło? Dobre pytanie, brawo, Al! No cóż, żeby

pokonać tę burżuazję, trzeba się o niej dowiedzieć jak najwięcej, mam

rację? No pewnie, Al! W przypływie rozpaczliwej nadziei pomyślałem,

że Humphrey nic nie znajdzie, w końcu to opakowanie po gumce nie

jest aż takie duże. Spoglądałem w jego kierunku, a on tak sprawnie wywijał

łapami i grzebał w tym koszu, jakby był na mistrzostwach świata

bezdomnych! Humphrey szukał i szukał, a ja pomyślałem, że gorące

krople potu chciały mi rozorać policzki i czułem się jak w kolejce na

lotnisku z heroiną w dupie. Al, ja naprawdę czułem, że zaraz zejdę,

ten Humphrey to cholernie wielki gość, większy od naszych ojców

razem wziętych, bo podobno kiedyś przedawkował hormon wzrostu,

a groźniejszy jest od głodnego aligatora amerykańskiego. Ja tymczasem

zastanawiałem się, w którą stronę będę biegł. A tu pięć chwil później

zobaczyłem, jak Humphrey szedł, wyszczerzony, Jezu, jak on był wyszczerzony!

Przecież on nigdy się nie uśmiecha!

„W porządku, Stan, to musiał być jakiś brzydki żart” – powiedział

z daleka.

No i zbliżał się do mnie niebezpiecznie, a ja próbowałem wydedukować,

co autor tej miny ma na myśli. Zza tych pieprzonych okularów

gówno było widać, a ja za chwilę mogłem stać się pokarmem dla jego

rybek i patrzyłem, patrzyłem i widziałem, że coś trzymał w dłoni, no,

coś tam było, coś miętolił i obracał w tych swoich tłustych paluchach,

a Loretta siedziała w swoim aucie z gumką na kolanach i czyżby ona

czekała na właściciela? Co za komedia! Albo raczej komediodramat,

bo Humphrey był już naprawdę blisko, cholera jasna, podniósł rękę

w geście poklepania mnie po plecach.

„Chodź, synu, pomożemy tej pięknej damie pozbyć się…”

Ale on nigdy dotąd nie powiedział do mnie „synu”, ostrożnie więc

przekręciłem się do niego bokiem, gotowy do uniku, a on skończył

zdanie:

„…takiego zawszonego pędraka, jak ty!”

Wtem poczułem jakiś świst powietrza, kątem oka ujrzałem, jak olbrzymia

dłoń Humphreya sunęła w moim kierunku, a ja, na szczęście

przygotowany i czujny, wciąż z resztkami uśmiechu, zrobiłem unik,

wielka łapa musnęła moją głowę, zaczesała mi włosy i przecięła powietrze,

jak piła, pieprzona piła, spiesząca do Teksasu na krwawą masakrę!

Bez dwóch zdań chciał mi ściąć głowę, rany, Jezu, schyliłem się, widząc,

jak papierek od kondoma upada na ziemię i spierdalałem… Al, jak ja

spierdalałeeem, jakby goniło mnie całe stado humphreyozaurów, mało

nóg nie pomyliłem. Nie oglądałem się do tyłu, zamiast tego pędziłem

do światełka w tunelu, aż się kurzyło i nie dogoniłaby mnie nawet kanadyjska

policja konna. Minąłem kilka tych aut, na które każdego dnia

miło było patrzeć, jak przychodziłem do pracy. W biegu pożegnałem się

z pięknym chevroletem monte carlo, a obok niego spoczywał cudowny

czerwony ford maverick z 1970 roku, którego sam malowałem. Aż żal

mi było patrzeć na nie ostatni raz. Albo na pięknego dodge’a monaco,

jakby przyjechał prosto z planu „Blues Brothers”. Oprócz nich stało tam

kilka zdezelowanych cacek, jak dodge dart swinger czy dodge charger.

Gdy zbliżałem się do bramy wjazdowej do warsztatu, nagle zobaczyłem

na drabinie Nathana Carsona, pracującego na popołudniowej

zmianie i przykręcającego nad wjazdem nowy, piękny szyld naszego

zakładu. Widziałem, jak majstrował tam w czymś i nawet mnie nie widział.

Ten lizodup z każdą pierdołą chodził do szefa. Po prostu skarżył

jak w szkole, cwaniaczek. Normalnie to koła nie potrafił zmienić, no

ale jakiś wazeliniarz musi być w zakładzie, co za gnida, do licha ciężkiego!

Taki służalczy matoł zasługuje jedynie na wysłanie na bruk, ale

jeśli chodzi o te rzeczy, i to dosłownie, to nie ma w Belmont większego

specjalisty od Stana Heartfielda! W drugim przebłysku geniuszu odpłaciłem

mu za wszystkie poniżenia i z całej siły jak przywaliłem nogą

w tę drabinę… potem utykałem do wieczora, no, ale liczy się sprawa.

Al, ten lizodup Carson wywinął takiego orła tam na górze, zupełnie

jakby uczył się latać! Nabrał w dłonie powietrza i z tą składającą się

drabiną wylądował na tej cudownie nisko położonej ziemi z głośnym

trzaskiem tego szyldu, który złamał się na trzy części, a ja, lekko utykając,

nic, tylko w nogi. Nawet nie czułem bólu, dumny z tego, że ten

popierdolud dostał to, na co zasłużył.

„Ty huju!” – usłyszałem z tyłu głos Humphreya, brzmiący tubalnie

jak Darth Vader, ale co za plecami, to z głowy, pomyślałem. Po

kilkunastu metrach zwolniłem i odwróciłem się. Humphrey, cały czerwony

ze złości, nie wiedział, czy biec do Carsona, czy za mną, czy do

psychiatry, czy do swojej laski, no właśnie, a tamta pudernica cały czas

tam siedziała, rozumiesz, Al? Ale teatr, parodia pierwsza klasa! Chyba

patrzyła, jak wiły się roje moich punkowych, pijanych plemników.

Więc żeby dobić tego olbrzyma… wiesz, Al, że lubię dobitnie zaznaczyć

swoją obecność i często mnie ponosi, przekraczanie granic to

ja mam w genach po dziadku samobójcy, to była historia, ale o tym

kiedy indziej… ściągnąłem spodnie i pokazałem mu moją bladą jak

ściana dupę w całej swojej punkowej okazałości. Carson leżał niedaleko

i jęczał jak przyszła padlina. Ja świeciłem dupskiem w słońcu, a światło

odbijało się prosto od niej w te wielkie okulary przeciwsłoneczne. Stał

w nich człowiek, który powoli przestawał być moim szefem i wyglądał

jak najbardziej krwiożerczy agent w historii FBI. Pochylałem się głęboko

i spomiędzy nóg zobaczyłem idącego, rozjuszonego Humphreya,

który wyzwał mnie od najgorszych i groził mi ręką. Ale teraz słuchaj,

bo w trzecim przebłysku geniuszu odpieprzyłem numer, jakich mało.

Zważając na to, że Humphrey jest daleko, zacząłem się napinać i wyciskałem

siódme poty, jakbym miał za chwilę urodzić swojego doskonalszego

następcę. Parłem ze wszystkich sił i tak to się zdarzyło, dzięki ci

Panie, że tego dnia jeszcze nie robiłem dwójeczki! Posadziłem grzyba

przed oczami Humphreya Mutanta w bramie wjazdowej jego zakładu!

Stary, ale Humphrey zaczął wariować! Pochylony do przodu, widziałem,

jak biegł w moim kierunku niczym nabuzowany nosorożec, jak ziemia

dudniła pod jego ociężałym cielskiem, które bujało się na wszystkie

strony i próbowało złapać długonogiego Stana. Wściekłość spływała

z niego jak woda w Niagarze, widziałem, że był wkurwiony bardziej

niż mistrzowie z filmów kung-fu o Shaolin.

„Ty cioto jebana, zeżresz to gówno!” – wybełkotał gniewnie mój

szef.

„Myślę, że nie-e!” – wykrzyknąłem i szybko podciągnąłem spodnie,

a niech to, nie ma czasu na podcieranie, liczy się sprawa. Wziąłem

nogi za pas i już na dobre opuściłem ten przybytek Sodomy i Gomory,

biegnąc w stronę słońca.

Stan widział, że Al leżał na ziemi i mało się nie udusił ze śmiechu.

– Chryste, ty nie jesteś Stanley, nadaję ci nowe imię, bluźnierczy

synu chaosu, od teraz jesteś S a t a n l e y!!! Mianuję cię moim ojcem

chrzestnym, słowo daję! Co mogę dla ciebie zrobić, ojcze Satanley,

he, he?

– Imienia się nie wybiera, niech tak będzie! Marzy mi się dokonanie

czegoś wielkiego, żeby ludzie obudzili się z tego letargu.

Al podążył wzrokiem za nietoperzem, który po krótkim locie zniknął

za wieżą kościelną.

– No to możesz ich dosłownie obudzić, Stan.

– Yyy…?

– Możemy pójść nad urwisko porzucać butelki na miasteczko.

Stanley skierował wzrok na wieżę i utkwił w niej spojrzenie na

dłużej.

Dzwonnica.

Wbijała się w niebo po to, aby jak najlepiej było ją słychać.

Żeby usłyszeli ją wszyscy. Wszyscy!

Wtem Stana przeszło jakieś ciepłe, przyjemne uczucie, bo zaświtała

mu w głowie myśl tak odważna, tak wspaniała, że aż w swoim pijanym

zdumieniu otworzył usta.

– Albo zrobić coś lepszego. Chodź, Al, znowu mam p r z e b ł y s k

g e n i u s z u.

Poszli, mijając folie, kartony i butelki, czyli pozostałości po trzech

sześciopakach piw.

– Stan, jak chcesz to zrobić?

– Wywalimy jakoś te drzwi.

– Powodzenia, kolego, i chodźmy do czołgu, ale gdzie go zaparkowaliśmy…

– Al, daj mi… jakiegoś pręta… przydałby się łom.

Al rozejrzał się dookoła.

– A kamień?

– Dawaj!

Stan wziął od kolegi potężny kamień i uderzył w zbrojone szkło

okienka znajdującego się obok drzwi. Poszło lepiej, niż się spodziewał.

Może się udać. Żebyśmy tylko nie narobili hałasu. Jeszcze nie teraz…

Stan uderzył kilka razy i gruba szyba rozsypała się na kawałki.

– Dobry ci załatwiłem kamień, co?

– Taa… ale załatw mi jeszcze dobrą piłę, no nie musi być taka dobra,

wystarczy, żeby po prostu była. – Stanley pociągnął za cienki, mocny

drut i popatrzył zrezygnowany.

– Nic z tego, zbrojenie szkła to solidna przeszkoda, kiedyś pracowałem…

ale, Stan, nie wystarczy rozchylić te pręty i wtedy udałoby

nam się sięgnąć do środka?

Wzięli ten sam kamień i zaczęli na zmianę walić w druty, które po

pewnym czasie ugięły się i rozciągnęły, a jeden z nich pękł. Stan włożył

do środka rękę.

– Nie dam rady. Ty spróbuj, może masz dłuższe ręce?

– Tylko musimy pozbyć się odcisków palców. Ostatnio w Aniołkach

Charliego pewien morderca miał z tym problem.

– Nie muszę oglądać jakichś kretyńskich seriali, żeby o tym

wiedzieć.

Al sięgnął najdalej, jak mógł, i przyparł policzkiem do muru. Po

chwili na twarzy wykwitł mu grymas bólu rozpromieniony nagłym szerokim

uśmiechem i pustym pomieszczeniem targnął metaliczny trzask.

– Jest! Udało nam się, Al! – Stanley klepnął mocno kolegę po plecach

i nacisnął ostrożnie klamkę.

Drzwi otworzyły się, ukazując ich ciekawskim oczom mroczne

wnętrze kościelnej dzwonnicy.

– Al, jesteś gotowy na koniec świata?

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania