Gwiezdna melodia

Czasem zdarzają się takie noce, gdy zmartwieni jakimś problemem najpierw nie możecie zasnąć, a gdy w końcu zaśniecie sen jest urywany i męczący. Przychodzą wtedy sny raczej dziwaczne i niepokojące niż kojące. Właśnie taka noc dla Celestyny zaczyna tę historię. Ostatnio zdarzały się takie coraz częściej mimo, że trzy lata w akademiku nauczyły ją zasypiać nawet w bardzo niekomfortowych warunkach - basy dudniące z sąsiedzkich imprez, głosy dyskusji prowadzony do późna w noc na wspólnym korytarzu, światło lampy współlokatorki uczącej się do kolokwium. Tej nocy jednak nic z tych rzeczy nie mąciło spokoju pokoju na piątym piętrze. Był to czas tuż przed sesją i mieszkańcy solidarnie hamowali swoje zapędy do robienia hałasu. Celestyna wsłuchiwała się w szum deszczu za oknem i odległy, nie wiadomo skąd pochodzący dźwięk saksofonu. Wpatrując się w pomarańczowe cienie firanki grające na suficie rozmyślała o tym czy oblać jutrzejszy egzamin? Czy może jednak nie? Oblanie egzaminu wpisywałoby się idealnie w jej strategię prokrastynacji.

 

Celestyna była mistrzynią w odkładaniu rzeczy do zrobienia na później. Mistrzostwo to nie polegało na tym, że odwlekała dużo rzeczy, ale na tym, że odwlekała rzeczy ważne. W szkole gdy jej rówieśnicy specjalizowali się w odkładaniu nauki do klasówki, ona odwlekała porzucenie zabaw pluszakami i odpowiedź na pytanie "Kim chcesz być kiedy dorośniesz?". Było to bardzo wygodne, bo o to w zasadzie nikt nie miał do Celestyny pretensji. Wystarczyło być skrupulatnym w drobiazgach, jak praca domowa czy porządki w pokoju, by nie budzić niepokoju otoczenia. Była w owym odwlekaniu niezwykle skuteczna, aż do pierwszego kryzysu w klasie maturalnej. W październiku kiedy jej koledzy i koleżanki stresowali się przygotowaniami do egzaminów na studia, ona stresowała się tym że zupełnie nie ma pomysłu jak na później odłożyć maturę i decyzję o studiach. I podkreślmy tutaj że Celestyna nie odwlekała spraw z lenistwa, czy głupoty. Po prostu według niej nie nadszedł jeszcze właściwy dla niej czas, droga życiowa nie raczyła się objawić.

Z problemu wybawił ją ulubiony matematyk.

- Wybierzcie matematykę! To królowa nauk. Otworzy wam drzwi do rynku pracy. W dzisiejszych czasach jest wiele zawodów do których nie przygotowują żadne studia! O matematykach panuje przekonanie, że są w stanie nauczyć się wszystkiego. Po matematyce możecie zostać kim tylko zechcecie! - argumentował na jednej z lekcji.

Wybrała matematykę. Dało jej to możliwość prokrastynowania decyzji o przyszłości na kolejna lata.

Lecz dziś cztery lata później problem powrócił. Kończył się licencjat, trzeba było wybrać specjalizację, a i coraz trudniej było ignorować pytania "a co będziesz robić po studiach?". Tymczasem złośliwie przeznaczenie nie raczyło się samo z siebie objawić, czas nadal nie był dobry. Bawiła się myślą o celowym zawaleniu sesji i powtórce 3 roku, ale podskórnie czuła, że tym razem prokrastynacja nie ujdzie jej płazem.

 

Wpatrywanie się w sufit nie przyniosło objawienia w postaci decyzji. Celestyna wsłuchała się więc w odległą melodię, próbując wyłowić słowa piosenki. Powoli zapadła w niespokojny sen, nie zauważając nawet kiedy, bo śledzona na jawie melodia grała nadal w jej śnie. Było to ni pole, ni polana. Gdzieś w dole wiła się droga, a może to była rzeka. Krajobraz znajdował się gdzieś na granicy postrzegania, a całą uwagę Celestyny pochłaniało niebo. Na atłasowo granatowym sklepieniu jedna po drugiej zapalały się gwiazdy. Zapalały się w rytm melodii jakby ktoś chciał zapisać nuty na nieboskłonie. Melodia miała w sobie energię i obietnicę spełnienia. Ostatnia gwiazda rozbłysła nisko nad tą nieuchwytną wstęgą u stóp dziewczyny. Melodia ucichła. Celestyna chciała rzucić się biegiem widmową drogą, chciała pognać do jej końca czując, że skrywają się tam skarby lub odpowiedzi. Chciała odbić się stopami od drogi lecz w tym momencie droga rozprysła się, a dziewczyna zaczęła spadać. Wyciągnęła rękę w kierunku nieba, na którym skrzyły się znanej jej konstelacje, niedźwiedzicy, smoka. Obudziła się siwym porankiem z uczuciem że zabrano jej coś cennego, odpowiedź kryjącą się w śnie. Mocno zaciskała powieki starając się zapamiętać wygląd sennego nieboskłonu. Nie chciała pozwolić mu wymknąć się ze świadomości, jak to sny mają w zwyczaju.

 

Celestyna zdała wszystkie egzaminy. Nie dlatego, że tak postanowiła, tylko dlatego, że z rzeczywistością radziła sobie na zasadzie inercji czy też płynięcia z prądem. Po prostu robiła to co podsunięto jej pod nos. Skoro terminy egzaminów ogłoszono, to na nie poszła. Skoro zadano pytania to odpowiedziała. I tyle. Starała się zbyt wiele nie myśleć. To za każdym razem prowadziło do tego okropnego uczucia, że jakiś potwór usiadł jej na karku i niemalże wywoływało nerwowe mdłości. Czasem myślała, że jeśli ktoś jeszcze raz spyta "wybrałaś już specjalizację?" to wybuchnie albo histerycznym szlochem, albo równie histerycznym śmiechem szaleńca. Wracała do swojego pokoju na piątym piętrze i siadała przed biurkiem usianym wydrukami z programu astronomicznych i astrologicznych, zabazgranych teraz jej notatkami. Drobne, ściśnięte czerwone litery tuż obok równych, wydrukowanych nazw gwiazd. Na samym wierzchu leżała kartka z zeszytu nutowego. Wyglądała trochę jakby ktoś narysował na kartce losowe kropki. Celina gapiła się w ekran komputera i przeglądała kolejne strony. Szukała piosenki która zawierałby choćby małą sekwencję nut z jej notatki. Nic. Od tygodni nic. Bezsilnie walnęła czołem w blat biurka i westchnęła ciężko.

 

Justyna podniosła głowę z nad czasopisma, jej wzrok zatrzymał się na ekranie komputera widocznym nad zgarbionymi plecami koleżanki.

- Celina, ty znowu siedzisz nad tymi nutami?

odpowiedziało jej z duszone

- Yhy

- Nie uważasz że bierzesz to zbyt poważnie, siedzisz nad tym całą przerwę międzysemestralną i wzdychasz jakbyś zakuwała do najważniejszego w życiu kolokwium i ...

- No bo to trochę tak jest - przerwała Celestyna

- I co ci z tego przyjdzie? Poszłabyś do biura karier albo na ...

- Łatwo ci mówić panno "od przedszkola wiem że chce zostać nauczycielką" - warknęła. Złapała kartkę z nutami zmięła ją w kulkę i cisnęła w Justynę.

- Gdzie jesteś do cholery piosenko, przeznaczenie, znak, cokolwiek - myślała z irytacją patrząc koleżance przez chwilę prosto w oczy. Celiny roziskrzone spojrzenie pod zmarszczonymi brwiami napotykało szeroko otwarte oczy Justyny. Aż przymknęła powoli powieki i rozpłakała się zakrywając twarzą dłonie.

Justyna wzięła zmiętą kartkę, która spadła obok niej na tapczan i zaczęła rozprostowywać ją na kolanie.

- Słuchaj, a może pomogłoby Ci gdyby ktoś to dla Ciebie zgrał? - powiedziała podchodząc do Celestyny i zwracając jej nuty.

 

Celestyna miała wrażenie, że jej westchnienie zadudniło w pustym korytarzu akademika. Podniosła prawą rękę i zagarnęła włosy za ucho choć zupełnie nie było takiej potrzeby. Już miała zupełnie opuścić dłoń, ale jednak niemalże w pół gestu zdecydowała się zapukać.

- Proszę - przebiło się ponad chaotyczne dźwięki strzałów i wybuchów dochodzących zza drzwi - ach Celina - powiedział chuderlawy szatyn, po tym jak błyskawicznie zerknął na drzwi i z powrotem odwrócił się do monitora.

- "Tak to Celina, Celina, Celina jest…" - zaintonował miękkim rockowym głosem nie przestając bębnić w klawiaturę - zaczekaj chwilę, tylko skończę rundkę.

Celestyna usiadła na bordowym tapczanie, położyła na złączonych po pensjonarsku kolanach telefon i zmiętą kartkę. Zatrzymała wzrok na stojącej opodal biurka gitarze i mocniej zacisnęła dłonie na kartce. Po nieznośnie długiej chwili z komputera rozległ się dźwięk fanfar i Michał oderwał się od komputera.

- Co tam? spytał obracając się na biurowym krześle i opierając przedramiona na kolanach.

- Chciałam Cię prosić...może mógłbyś to dla mnie zagrać? - szybko wyciągnęła w jego kierunku kartkę.

Nonszalanckim ruchem sięgnął po gitarę, oparł ją sobie na biodrze i dopiero wtedy sięgnął po kartkę. Przebiegł po niej wzrokiem

- Skąd to masz?

Nie odpowiedziała.

- Żartujesz sobie ze mnie? Przecież to wygląda jakby ktoś się wyrzygał na pięciolinię.

Poderwała głowę.

- Kto to napisał? - spytał ostro, machając kartką w wyciągniętej ręce - Kto cię podpuścił, żebyś ...

- Ja. To ja to napisałam! Ja... - teraz poderwała się już na nogi, chciała chwycić kartkę i wyjść stąd jak najszybciej, ale Michał cofnął dłoń i ponownie wczytał się w nuty.

- Żeby pisać najpierw trzeba grać - mruknął pod nosem, odwrócił się bokiem, położył kartkę na biurku pochylając się nad nią i gitarą - Nic tu nie ma sensu, nie ma melodii ani rytmu - zagrał kilka dźwięków, które wydawały się od siebie odległe jak dwie galaktyki i brzmiały fatalnie. Patrzył w kartkę ze zmarszczonym czołem i kilka razy jeszcze trącił struny gitary, krzywiąc się za każdym razem.

- Nie, sory Celina - powiedział odwracając się i podając dziewczynie kartkę - nic tu nie ma. Nie będę tym katował swoich uszu. Jeśli wydawało Ci się że w jakimś szalonym narkotycznym transie napisałaś arcydzieło, to niestety, ale nic z tego.

 

- Jakby ktoś się wyrzygał na pięciolinię - westchnęła Celestyna zamykając kolejnego maila. Oparła łokcie o stół i ukryła twarz w dłoniach. Każda odpowiedź, którą otrzymała, a nie było ich wiele, w mniej lub bardziej eleganckich słowach parafrazowała opinię Michała. Jedna, która tego nie robiła, sugerowała jej, oględnie mówiąc, konsultacje psychiatryczną. Choć wysłała zeskanowane nuty pod wiele adresów - maile dydaktyków Akademii Muzycznej, nauczycieli gry na różnych instrumentach, których ogłoszenia znalazła w sieci, użytkowników forów muzycznych, nie dostała żadnej odpowiedzi, która poddałaby jej jakiś trop. Sięgnęła po wydruki map nieba, leżące na skraju biurka. Może powinna jeszcze raz przeanalizować swoje obliczenia, może przetestować inne podejście?

Na szczycie zadrukowanych konstelacjami i zabazgrolonych jej notatkami kartek a4 Celestyna spostrzegła kilka kolorowych ulotek. Rano jeszcze ich tam nie było. Jeden rzut oka wystarczył by domyśliła się kto je zostawił. "Biuro karier", "Targi pracy" takie tytuły nieomylnie wskazywały na Justynę, która na pewno chciała dobrze, ale zupełnie nie rozumiała istoty problemu. Celestyna oczekiwała czegoś na kształt objawienia, tego nie można znaleźć w jakimś śmiertelnie nudnym teście kompetencji, ani nie usłyszy się tego od rekruterki wbitej w śnieżnobiałą bluzkę i kuszącej przyszłych absolwentów cukierkami, darmowymi długopisami i przesadnie ubarwionymi opisami programów stażowych. Jeszcze raz westchnęła ciężko, podniosła swoje wydruki, a ulotki zsunęły się ze sterty spadając za krawędź biurka, gdzie stał duży kosz na papiery.

 

Tego wieczoru Celestynie nie chciało się wracać do akademika, skorzystała, że po zmierzchu przestało padać i snuła się zaułkami śródmieścia. Nie patrzyła jednak ani na stare kamienice, ani wystawy sklepów, lecz w czubki swoich butów, jakby to na nich mogła wyczytać odpowiedzi na dręczące ją pytania. Przystanęła w wylocie bramy prowadzącej na ślepe podwórze. W pierwszej chwili nie zdała sobie nawet sprawy, co ją zatrzymało, ale po chwili już wiedziała. Był to dźwięk saksofonu odbijający się wewnątrz studni dziedzińca. Weszła na szare podwórze szukając źródła melodii. Dźwięk dochodził z okienka sutereny. Kilka metrów na prawo od niego krótkie schodki prowadziły do obniżonych drzwi. Napis nad nimi sugerował, że prowadzą do klubu jazzowego. Celestyna niczym zahipnotyzowana, zeszła po schodkach i popchnęła ciężkie, drewniane drzwi.

 

-Panienko, przepraszam - zawołał za nią męski, niski i nieco chropowaty głos, gdy odchodziła od kasy po opłaceniu wstępu do klubu.

- Wypadła panience jakaś kartka.

Odwróciła się i zobaczyła niewysokiego, może jeszcze nie staruszka, ale już na pewno emeryta. Grzywka kompletnie siwej, ale jeszcze bujnej czupryny, opadała mu na oczy otoczone licznymi promieniami zmarszczek. Ruchem głowy wskazał w kierunku czegoś na podłodze. Zapewne wskazał by palcem gdyby nie to, że oburącz trzymał bongosy, a pod pachę miał wetknięty tamburyn. Celina zerknęła we wskazaną stronę i zobaczyła na wpół zgięty arkusik papieru.

- Moja gwiezdna piosenka! - pomyślała i wręcz desperacko rzuciła się podnosić zgubę. Jej palce zacisnęły się na rogu karteluszka - Ale właściwie po co mi ona? - zadała sobie w głowie pytanie. Podniosła arkusik i już dużo wolniej wyprostowała się mimowolnie ciężko wzdychając.

- Coś ważnego? - spytał nieco wścibsko lecz pogodnie starszy pan, gdy przytrzymywała mu drzwi, do wejścia na salę.

Wzruszyła ramionami.

- Piosenka, której się nie da zagrać.

- Nie ma takich. Wszystko da się zagrać, kwestia tylko, a może i aż, wyobraźni. - odpowiedział wyciągając szyję i próbując zajrzeć do Celestynie w kartkę, którą nadal trzymała w dłoni.

- Tej nie. A przynajmniej nie tak, żeby dało się jej wysłuchać - rozłożyła kartkę i zwróciła nutami w kierunku ciekawskiego dziadka, gdy już weszli do sali.

Przyglądał się jej przez chwilę uważnie lekko przekrzywiając głowę, najpierw zaczął się uśmiechać półgębkiem, po chwili cichutko i krótko zachichotał sam do siebie i Celestyna była pewna, że za chwilę albo usłyszy to co do tej pory wysłuchiwała na temat swoich nut, albo staruszek wręcz ryknie śmiechem. Już miała gniewnie cofnąć rękę by schować kartkę…

- Zagramy to - powiedział, uśmiechając się w sposób zarezerwowany raczej dla młodych łobuzów niż siwiuteńkich emerytów - doskonałe na rozgrzewkę - dodał patrząc na twarz dziewczyny, na której zagniewanie przechodziło teraz w szczere zdumienie. Zarzucając przez czoło siwą grzywkę wskazał jej stado malutkich okrągłych stolików tuż przed sceną i podreptał do drzwi, które prowadziły do garderoby dla muzyków.

 

Celestyna siedziała przed samą sceną, przy malutkim stoliczku. Na czarnym blacie obok jej bladej dłoni zaciśniętej na zmiętym karteluszku stała brązowa spocona butelka piwa, które kupiła w barze. Nie to, że miała ochotę siedzieć akurat przy tym stoliku. Po prostu to były ostanie wolne miejsca. Zarówno wielkie pufy pod ścianami jak i ławy przy dużych stolikach w głębi ciemnej sali, były zapełnione. Jakby mało kto miał odwagę narzucać się zespołowi czy czuć wystarczająco ważnym by siadać z przodu. A może zayczajnie pod scena było zbyt jasno dla zakochanych par?

Po dłuższej chwili na scenę w roli konferansjera wyszedł barman, krótko przywitał publiczność na jam session i od razu przeszedł do przedstawiania muzyków, którzy wychodzili po kolej na scenę i zajmowali swoje pozycje. Za fortepianem, za perkusją i przy wielkim kontrabasie. Młody saksofonista, swój instrument niósł ze sobą przypięty na pasku przewieszonym przez szyję. Na samym końcu wyszedł na scenę staruszek, powitany najbardziej gromkimi brawami z sali. Nie zasiadł jednak na małym stołeczku przy którym stały bongosy oraz leżał tamburyn i z pół tuzina innych instrumentów, przypominających grzechotki i kawałki bambusa różnej długości, tylko podszedł do Celestyny puścił oko i sięgnął po jej nuty. Stukając palcem w kartkę pokazał ją brunetowi, który skojarzył jej się z młodym einsteinem, siedzącemu za fortepianem i saksofoniście, który zaglądał mu przez ramię. Saksofon szepnął coś kontrabasiście, który zaczął na migi coś ustalać z młodzikiem siedzącym za perkusją. Zanim zakończyli ten muzyczny głuchy telefon staruszek zasiadł na małym stołeczku na środku sceny podniósł bębenki i umieścił je między kolanami, a do lewej dłoni wziął instrument z bardzo grubego kawałka bambusa. Spojrzał przeciągle na perkusistę i bardzo powoli obrócił bambusowa rurę. Wydała delikatny szeleszczący dźwięk, któremu od razu zaczęły towarzyszyć miękkie lecz metaliczne rytmy wygrywane miękką szczoteczką na talerzu perkusji. Celestyna nie zauważyła kiedy bardzo subtelnie dołączył się fortepian, ani nie zanotowała pierwszego uderzenia w struny kontrabasu. Ostatni melodię podjął saksofon, jakby wrysowywał swoją wyrazistą partię, na tło starannie przygotowane przez inne instrumenty.

Celestyna słuchała i niemalże zapominała oddychać. Melodia była dość prosta, pogodna i nawet skoczna. Kojarzyła się trochę ze znanymi szlagierami z lat 70, ale nie była żadnym z nich. Zmieniała się i wiła, gdy coraz to kolejny instrument wysuwał się na prowadzenie z własną wariacją na z grubsza ten sam temat. W miarę trwania utworu stawał się on coraz bardziej skomplikowany i wielowątkowy. Wiedziała już że odpowiedź tam jest, że jest w tej piosence. Nie umiała jej odczytać, czuła rosnącą w niej chęć działania. Całą sobą nastawiała się na odbiór, wyczekując napięta nie mniej niż struny w kontrabasie. Zacisnęła powieki. To już, to za chwilę muzyka przedrze się do jej wnętrza, do jej wyobraźni i namaluje pod powiekami obraz jej życiowego przeznaczenia. Czuła mrowienie w koniuszkach palców rąk, gdy saksofon grał długi opadający dźwięk, który kojarzył ze stawianiem kropki nad i. To jest to, już zaraz w rozbłysku kolejnego akordu wszystko zrozumie. Lecz dźwięk powoli opadł do szmeru grzechotek i ostatniej cichej zamykającej utwór nuty fortepianu. Wybuch jej rozczarowania zgrał się w czasie z wybuchem oklasków na sali.

 

- Te nuty się ze sobą nie łączą, więc zaimprowizowaliśmy wszystko pomiędzy nimi. - staruszek uderzył wierzchem otwartej dłoni w kartkę - To stare ćwiczenie - dodał nie widząc zrozumienia na twarzy Celestyny - szukasz skojarzeń do różnych motywów muzycznych i łączysz je w nowy sposób, resztę wypełniasz nowymi pomysłami, o które przy pięciu muzykach nie trudno, bo inspirujemy się nawzajem. Masz taką niepewną, obrażoną minę - podrapał się po siwej głowie ruchem przywodzącym na myśl uczniaka zastanawiającego się jak wyłgać się z konsekwencji popełnionej psoty - nie tego się spodziewałaś, co? Widzisz zasadniczy problem z Twoimi nutami jest taki, że to nie jest melodia. Ktokolwiek to napisał nie zawarł w tym żadnej treści, by to zagrać wszystko trzeba samemu stworzyć. Ktoś doświadczony może to zrobić na poczekaniu, ale ktoś kto dopiero zaczyna musiałby próbować różnych podejść wiele razy, do momentu aż znajdzie własny muzyczny temat. - spojrzał na nią, niepewny jak odczytywać jej dziwnie zamyślona minę. - Skąd masz te nuty?

- Z nieba - odpowiedziała markotnie.

- To w sumie nic dziwnego, że są bez sensu. - zachichotał - Z nieba samo nic wartościowego nie spada - staruszek nie dał się zbić z tropu jej dziwną odpowiedzią - takie to życie, wszystko trzeba wypracować - dodał nie widząc reakcji ze strony słuchaczki, westchnął i wyciągnął w jej stronę niebiańskie nuty. Nie wzięła ich, więc cofnął zbyt długo wyciągniętą dłoń, zmiął kartkę w kulkę i wrzucił do popielniczki najbliższego stoliczka. Poklepał Celestynę po ramieniu, westchnął po raz kolejny i odwrócił się by ruszyć w kierunku sceny gdzie reszta muzyków zbierała swoje instrumenty.

 

Celestyna stała na uczelnianym korytarzu oparta o parapet, obracała w ręku białą karteczkę, w sposób zdradzający niepewność. Jasne światło wielkich okien starego gmachu padało na podłogę, tuż przed nią. Wpatrywała się w nią starając się ignorować co raz to kolejne przechodzące korytarzem stopy, należące do ludzi, o których myślała, że wiedzą dokąd zmierzają. Zazdrościła im. Zerknęła na telefon. Zerknęła na karteczkę z zapisaną godziną i numerem pokoju. Wypuściła powoli powietrze z płuc, wyprostowała się odrywajac plecy od parapetu. Z nagle nabranym zdecydowaniem schowała telefon i karteczkę do torebki. Ruszyła do brązowych drewnianych drzwi, przed którymi stała. Zatrzymała się na chwilę. Niepotrzebnie odgarnęła włosy za ucho. Zapukała i weszła. Zamknęły się za nią drzwi, na których przybito tabliczkę z napisem "biuro karier".

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Robert. M 3 tygodnie temu
    Poziomko
    Jestem pod wrażeniem Twojego zamysłu na
    to powiadanie. Tak precyzyjnie utkałaś tą historię,
    że nie sposób tego nie analizować.
    Dodatkowo elokwencja, która nadaje temu
    elegancji, subtelnego wymiaru.
    Powinnaś spróbować napisać kryminalna zagadkę,
    taka matematyczną.
    Pomyśl o tym
    Takie pytanie, od jak dawna piszesz, tzn:
    powiadania?
  • Poziomka 3 tygodnie temu
    Dziękuję za komplementy (i za pomysł!).
    Ciężko powiedzieć od jak dawna piszę, bo nigdy nie robiłam tego regularnie, a mam już całkiem dużo lat na karku. Opowiadania pewnie na palcach jednej ręki można by policzyć. To jest pierwsze na tyle dopracowane, że odważyłam się na publikacje. Chciałabym pisać więcej, ale bywa u mnie różnie z odwagą do pisania. Mam jednak trochę wprawy w fabułach, bo sporo grałam i prowadziłam gry fabularne.
  • Robert. M 3 tygodnie temu
    Poziomko
    To właściwie piszesz od zawsze.
    I bardzo dobrze, że się odważyłaś, szkoda tylko
    że tak późno, liczę, że teraz to będzie już
    systematyczne i będę miał możliwość to sprawdzić
    w wielu dokończonych pracach?
  • Robert. M 3 tygodnie temu
    Poziomko,
    Odwagi i jeśli nie będzie to nader nachalne
    to jestem ciekawy, tego grania i prowadzenia
    gier.
    Uchylisz mi rąbka tajemnicy?
  • Poziomka 3 tygodnie temu
    Robert. M
    O tym czym są gry fabularne i jak w nie grać to najlepiej opisał mój jeden kolega na http://www.gryfabularne.pl/
    Ja o tym myślę, że to jest jak czytanie książek tylko lepsze, bo masz wpływ na fabułę. Doskonały trening i tworzenia postaci i wyobraźni. Jak gustuje głównie w klimatach fantasy i raczej heroicznych przygodach.
  • Robert. M 3 tygodnie temu
    Poziomka
    To w gruncie rzeczy ma wiele wspólnego
    z tworzeniem własnej historii przez pisanie.
    Jestem bardzo ciekaw, czy stworzyłabyś
    historię z kilkoma płaszczyznami fabuły,
    Rodzaj takiej sagi, gdzie rodzinne perypetie
    przeplatają się i tworzą kolejne wątki.
    To trudne, wiem bo próbowałem.
  • Poziomka 3 tygodnie temu
    Robert. M
    Hmm..nie wiem czy bym stworzyła, w sumie nigdy nie miałam myśli nawet o pisaniu czegoś w rodzaju sagi. W grach takie historie same wychodzą, bo jedna historia ma wielu autorów. W sumie często takie granie przypomina często serial.
    Nie mówiąc, że pewnie zajęła by taka historia lata, bo ja bardzo małymi kroczkami piszę. To opowiadanie zaczęłam w lutym i pisałam małymi zrywami, po czym jeszcze musiało przeleżakować. Na słowo saga to się oblałam zimnym potem. Na razie tylko marzę po cichutku, że uda mi się wypracować nawyki, które pozwolą tworzyć.
  • Robert. M 3 tygodnie temu
    Poziomko
    Zauważyłem, że wszystkie elementy składanki
    masz dopracowane w każdym calu,
    Nie można Ci zarzucić przeskoku, nie mówiąc o nieścisłości.
    Z tego też powodu ,nie bez kozery zapytałem
    o taki rozbudowany model historii.
    Ale tak natrętnie powiem, że dzięki takiemu graniu
    to masz rozbudowaną wizję, świat fantazji i
    inwencji twórczej, a tego nie da się zbagatelizować
  • Poziomka 3 tygodnie temu
    Robert. M
    Co do braku nieścisłości to się przyznaję że na rzecz tego opowiadania uprościłam sobie metodę płatka śniegu. Zaczęłam od zdania "Życiowo zagubiona dziewczyna szuka muzyka, który zagra piosenkę zapisaną na niebie." później streściłam sobie w jednym akapicie i każdy zdanie z tego akapitu później rozwijałam we fragmenty opowieści. (a tak w ogóle to wyszłam od inspiracji obrazkiem z internetu)
    Inwencji może faktycznie nie da się zbagatelizować, ale ja latami nie umiałam również bagatelizować miernych z polskiego kolekcjonowanych przez calutką edukację, ba nadal nie do końca umiem ;)
  • Robert. M 3 tygodnie temu
    Poziomko
    Aż musiałem sobie przeczytać to dwa razy by zrozumieć.
    jestem już Twoim fanem i zamierzam, to przeanalizować jeszcze raz
    czytając Twój tekst według tego schematu
  • Robert. M 3 tygodnie temu
    Poziomko
    czy Ty aby mnie nie wkręcasz?
    Mierny z polskiego, przy takiej elokwencji?
    Ale dla pocieszenia powiem Ci, że Fronczewski
    miał na półrocze 8 klasy same dwóje prócz
    muzyki plastyki i wf a kim został?
  • Poziomka 3 tygodnie temu
    Robert. M
    Uczciwie mówiąc zawsze jakoś się na koniec roku na dostateczny wyciągnęłam ;) Jak kończyłam podstawówkę to moja korepetytorka od polskiego załamywała ręce nad infantylnością moich wypracowań, a uzdrowić mnie z tego miało przeczytanie "Malowanego ptaka" Kosińskiego (chory pomysł, byłam w 8 klasie). Nie uzdrowiło i w efekcie większość korepetycji pisałam wypracowania pod dyktando. Nie ma jak trafić na "cudownych" pedagogów ;)
    Elokwencja przyszła z wiekiem, z liczbą przeczytanych książek i ogólnie z rozwojem osobistym.
    Fronczewski pewnie z tymi dwójami i sukcesem nie jedyny, chyba już tak bywa że nie każdemu po drodze ze szkołą.
  • Robert. M 3 tygodnie temu
    Poziomko
    Przyznam szczerze, że ja również wypracowania
    to przez pryzmat wstępu, rozwinięcia i kulminacji
    pisałem.
    Ja do dzisiaj infantylnie piszę, a bajka to moje drugie imię.
    To zapewne miało wpływ, ilość książek to i pamięć wzrokowa.
    Tak, czas uczy pokory, dystansu, a w młodości o to trudno
    więc i szkoła nie była priorytetem
  • Poziomka 3 tygodnie temu
    Robert. M
    Przeczytałam Twój "Portret życia", na razie się infantylności nie dopatrzyłam (będę śledzić, bo trafia w "mój klimat"). W sumie chyba nie ma co się infantylnością martwić, przynajmniej nie za bardzo.
    Teraz uciekam spać, a kiedyś się dopytam jak to robisz, że masz tak dużo tekstów.
    Dziękuję jeszcze raz za doping, może zadziała motywująco :)
  • Robert. M 3 tygodnie temu
    Poziomka
    W żadnym wypadku nie mam sobie za złe, że
    jestem dużym dzieckiem i dobrze prawisz
    by to przyjąć jak dobro.
    Zapewne nie raz będziemy mogli z tego dobytku
    inwentarza skorzystać, posiłkując się fantazją,
    której zapewne brak tym, którzy trzymają się
    wytycznych dla dorosłych.
    Dzięki temu mogę pozwolić sobie na hiper wentylację
    po przymusowym byciu mobilnym.
    Opowi, traktuję jak inny świat i wchodzę tu by odpocząć,
    odstresować się.
    Jak mam czas to, coś wymyślam, czasem życie mi podsunie pomysł
    i uzbierało się.
  • Wrotycz 3 tygodnie temu
    Fabularnie rozpisana prokrastynacja. Pomysł z melodią bardzo ją podkreśla. Brawo!
    Pozdrawiam. :)
  • Poziomka 3 tygodnie temu
    Dziękuję :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania