Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Həyatı Yaradan

Niska, dwudziestoletnia dziewczyna nerwowo odpaliła papierosa. Cisza pustego miasta sprawiła, iż zamojska perła renesansu wydała się całkowicie opuszczona przez ludzi. Dygocząc z zimna, Nadia poprawiła torebkę, która regularnie zsuwała się z ramienia. Ponura, gwieździsta noc nasunęła jej wspomnienia z czasów dzieciństwa, kiedy mając dwanaście lat, często wymykała się potajemnie z domu, aby obserwować na niebie spadające gwiazdy.

Dziewczyna przyśpieszyła kroku. Do mieszkania zostało ponad dwadzieścia minut drogi, a stopy, po całym dniu pracy, paliły ją jakby przebiegła maraton. Odruchowo rozglądając się po okolicy, sprawdziła, czy nikt jej nie śledzi – w pobliżu nie było jednak żywej duszy.

Światła miejskich latarni migotały w ciemności. Chroniąc się przed zimnem, Nadia włożyła skostniałe dłonie do kieszeni kupionej na wyprzedaży kurtki. Nie przerywając szybkiego marszu, minęła zamknięty sklep obuwniczy, po czym skręciła w ciemną, pokrytą brukową kostką uliczkę, aby skrócić sobie drogę. Kątem oka zauważyła stojącego nieopodal mężczyznę odzianego w długi, czarny płaszcz oraz stary, zniszczony kapelusz z rondem.

Nieznajomy wyprostował się na widok Nadii.

– Dokąd tak pędzisz, czarnowłosa? – zapytał, obleśnie oblizując wargi.

Nadia odruchowo stanęła w miejscu. Nie miała ochoty na rozmowę z nieznajomym, zwłaszcza o tak późnej porze. Mimowolnie spuściła wzrok i szybkim krokiem przeszła na drugą stronę ulicy.

– Zapytałem, dokąd idziesz! – wrzasnął mężczyzna z wyraźnym niezadowoleniem.

Serce Nadii zabiło mocniej, powodując rwący ucisk w gardle. Ignorując zaczepkę, dziewczyna przyśpieszyła kroku. Ostatnie czego jej było trzeba, to rozmowa z jakimś psycholem, polującym po nocach na młode, atrakcyjne kobiety. Już wystarczająco wiele nasłuchała się, pracując za barem, w szczególności od pijanych, napalonych samców alfa. Na jej nieszczęście, przyciągała świrów jak magnes.

Nadia odwróciła ostrożnie głowę w kierunku nieznajomego, oddalonego teraz o jakieś dziesięć metrów. Mężczyzna, poprawiając staromodny kapelusz, splunął paskudnie na ziemię. Najwidoczniej pogodził się z nieskutecznością swojego tekstu na podryw. Jego twarz, choć ledwie dostrzegalna, naznaczona była złowrogim, rozciągającym się od ucha do ucha, uśmiechem. Stał tak przez dłuższą chwilę, po czym odwracając się na pięcie, ruszył w przeciwnym kierunku, wprost ku słynnej na całe miasto restauracji “Bohema”. Nadia, biorąc głęboki wdech świeżego powietrza, odetchnęła z ulgą. Nie przerywając marszu, nerwowo odpaliła kolejnego papierosa. Odkąd skończyła szesnaście lat, paliła paczkę dziennie – zawsze był dobry powód, aby zasmakować cienkich marlboro.

Długa ulica, niczym rozciągający się wszechświat, zdawała się nie mieć końca. Szum poruszanych wiatrem drzew budził w Nadii niepokój. Dziewczyna zaciągnęła się po raz ostatni, po czym, oddychając głęboko na rozluźnienie, wyrzuciła niedopałek w krzaki. Tętno wracało już do normalnego rytmu, a dłonie przestały się trząść z nerwów. Wiedziała, że niedługo będzie w domu.

Dzisiejszy dzień nie należał do udanych: najpierw problemy z szefem, później dwie skargi od klientów, a na koniec jakiś dupek zaczepia ją w środku nocy, marząc pewnie o włożeniu swojej cuchnącej dłoni między jej nogi. Miała dosyć na dziś przygód.

Kontynuując marsz, dziewczyna regularnie oglądała się za siebie, aby upewnić się, że nieznajomy definitywnie dał jej spokój. Miała nadzieję, że limit problemów na dziś został wyczerpany. Myliła się. Sięgając po schowany w kieszeni telefon, zorientowała się, że padła jej bateria.

„Pięknie” – pomyślała.

Ze spuszczoną głową spoglądała na wyłączonego iPhone'a, jakby to miało sprawić, że wyświetlacz zabłyśnie jasnym światłem, ukazując w pełni naładowaną baterię. Nadia przestała zwracać uwagę na to, co dzieje się dookoła. Maszerując żwawym krokiem, przeklinała złośliwość rzeczy martwych.

Nagle uderzyła o coś twarzą, po czym upadła z impetem na ziemię. Podnosząc ostrożnie głowę, dostrzegła, że tuż przed nią stoi tajemniczy nieznajomy w czarnym płaszczu. Zadrżała. Mężczyzna wpatrywał w nią ciemne, mroczne ślepia, uśmiechając się przy tym drwiąco. Nie odrywając wzroku, zrobił krok naprzód.

– Znowu się spotykamy, czarnowłosa – powiedział.

Nadia otworzyła ze zdumieniem usta. W kącikach oczu zebrały jej się łzy. Szybkim spojrzeniem zmierzyła mężczyznę – jego wysoka, postawna sylwetka sprawiła, że poczuła się bezbronna niczym małe dziecko. Instynktownie chwyciła leżącą obok torebkę i wspierając się łokciami, próbowała wstać.

Mężczyzna, przyglądając się przez chwilę jej nieporadnym ruchom, chrząknął i wymierzył porządny sierpowy, niczym zawodowy bokser. Pięść dosięgła jej twarzy, rozrywając skórę na policzku. Nadia, rażona siłą ciosu, upadła ponownie na ziemię. Napastnik zamlaskał ohydnie, po czym wymierzył kolejne uderzenie, tym razem podeszwą twardego buta prosto między oczy. Jej nos eksplodował krwią. Nadia zawyła z bólu. Chciała uciec, lecz mężczyzna złapał ją za włosy i zaczął ciągnąć po ziemi. Krzyczała, jednak nikt nie przybył z pomocą. Ostatkiem sił próbowała się uwolnić. Nadaremnie. Nieznajomy rzucił nią przed siebie, po czym dosiadając okrakiem, wymierzył kolejny cios pięścią, i kolejny… Nadia zalała się łzami, słysząc trzask pękającej kości jarzmowej. Wiedziała, że nikt jej nie pomoże.

Napastnik sprawiał wrażenie, jakby dopiero się rozkręcał. Ból, który sprawiał kobiecie, napawał go nieopisaną radością. Po chwili szybkim ruchem dłoni rozpiął jej kurtkę. Następnie, patrząc Nadii prosto w oczy, zerwał z niej koszulkę z logiem Slayera. Jego oczom ukazał się czerwony, koronkowy stanik. Ofiara wiła się niczym wąż. Nie miała żadnych szans uwolnić się spod ucisku agresora.

Mężczyzna zaczął ściągać z niej dżinsowe spodnie. Jego szaleńcze spojrzenie i potworny śmiech przerażały Nadię. Czuła bijącą od niego nienaturalność, coś nieludzkiego. Wiedziała, że ma do czynienia z psychopatą. Łzy spływały jej po policzkach na myśl, że dziewictwo straci z gwałcicielem.

– Podobasz mi się – wyszeptał. – Lubię, gdy stawiacie mi opór.

Wokół nie było absolutnie nikogo. Miasto, pogrążone we śnie, zdawało się ignorować cierpienie Nadii.

Mężczyzna rozpiął rozporek i zerwał z niej dolną bieliznę. Śliniąc się obleśnie, silnym ruchem rozchylił jej kościste nogi na znak victorii. Po chwili, wykonując ordynarne ruchy językiem, chwycił w dłoń członek, twardy i sztywny. Dziewczyna próbowała się opierać, lecz była za słaba. Napastnik splunął na penisa, po czym wszedł w swoją ofiarę. Nadia pisnęła. Ból spowodowany silnymi pchnięciami oraz pękającą błoną dziewiczą sprawił, że zalała się rzeką łez. Mężczyzna zdawał się niesamowicie podniecony wyrządzaną krzywdą. Gwałcąc, jego ciało aż drżało z rozkoszy. Po chwili charknął głośno i splunął jej w twarz. Nadia zemdlała…

Minęło kilka minut, zanim wypełnił swoją ofiarę nasieniem. Dziewczyna leżała nieprzytomna. Nie czuła już bólu.

Nieznajomy zapiął rozporek, po czym omiótł wzrokiem zmasakrowane ciało. Przybliżył się i pocałował bezwładne usta dziewczyny. Jego język wypełniał każdy zakamarek jamy ustnej. Po chwili, z kieszeni płaszcza, wyciągnął składany nóż wojskowy. Starannie nacinając skórę na prawym udzie ofiary, zostawił jej krwawą pamiątkę: inicjały H.Y.

* * * *

Nadia przebywała w szpitalu im. Jana Pawła II. W jej myślach kłębiły się wizje tragicznej nocy. Przez jedno zdarzenie, przez jednego mężczyznę, cały świat legł w gruzach. Nie miała nikogo, kto mógłby okazać się dla niej wsparciem w tych trudnych chwilach. W jej życiu nie było ani przyjaciół, ani chłopaka. Z rodziną nie utrzymywała kontaktu, odkąd ukończyła osiemnasty rok życia. Nie mogła znieść ciągłych kłótni i awantur, gdy ojciec wracał pijany do domu.

Z samego rana po gwałcie znalazł ją staruszek, który wyszedł na spacer ze swoim czworonogiem. Nadia przeżyła, choć jej stan był z początku tragiczny. Na szczęście młody, silny organizm dość szybko się regenerował. Po tygodniu dziewczyna wypisała się na własne życzenie. Miała dość widoku szpitalnianych łóżek i narzekań przebywających z nią pacjentek, które przyprawiały ją o zawrót głowy. Chciała wrócić w końcu do domu.

Mijały tygodnie, a życie Nadii zaczęło wracać do względnej normalności. Większość ran zdążyła się już zagoić, pozostawiając jedynie niewielkie blizny na twarzy. Doskwierał jej regularny ból głowy i brak okresu, spowodowany uszkodzeniem narządów rozrodczych. Lekarze twierdzili, że potrzeba sporo czasu, zanim organizm osiągnie stuprocentową sprawność.

Nadia po miesiącu wróciła do pracy za barem. Choć wciąż nie mogła pogodzić się z tragedią, której doświadczyła, chciała odzyskać stracone życie. Nocami nie mogła spać, gdyż śniła koszmary o tajemniczym mężczyźnie. Za dnia zaś bała się, że kiedyś znowu spotka go na ulicy. Policja, choć podeszła do sprawy niezwykle poważnie, była bezradna. Brak świadków i jakichkolwiek poszlak skutecznie utrudniał śledztwo. Gwałciciel wciąż pozostawał na wolności.

Tygodnie mijały, a okres nie przychodził. Co gorsza, dziewczyna zaczęła odczuwać nudności i męczące wahania nastrojów. Miewała już kiedyś podobne objawy w wieku czternastu lat, jako skutek brania leków na problemy z wątrobą. Jej dłonie zaczęły pocić się z nerwów, a głowa przesiąknięta była myślami o niechcianej ciąży. Nadia zaczęła panikować – nie tak wyobrażała sobie dorosłe życie.

Chcąc mieć absolutną pewność, kupiła w pobliskiej aptece test ciążowy. Już sama myśl o dziecku poczętym z gwałtu sprawiła, że żołądek podszedł jej do gardła. Po powrocie do domu od razu zamknęła się w łazience. Przełykając głośno ślinę, zapoznała się pobieżnie z treścią instrukcji. Z nerwów zaczęła zgrzytać zębami, a dłonie mimowolnie zacisnęła w pięść. Ku jej przerażeniu, wynik okazał się pozytywny. Dziewczyna miała mroczki przed oczami. Twarz, wykrzywiona w grymasie, pobladła w ułamku sekundy. Wizja bycia matką przyprawiła ją o zawrót głowy.

– Nie mogę być w ciąży, nie w tym wieku, nie z tym kimś! – krzyczała.

Łzy spływały jej po policzkach na myśl, iż w ciele rozwija się niechciany płód. Nadia była zrozpaczona. Kierując wzrok ku górze, zaczęła przeklinać dzień, w którym została zgwałcona. Krzyczała, nie zważając na reakcję sąsiadów. Z bezsilności osunęła się na podłogę, przyjmując pozycję embrionalną. Po chwili delikatnym ruchem dłoni pogładziła się po brzuchu. Jako ofiara gwałtu, miała przecież prawo do aborcji…

* * * *

Z każdym dniem samopoczucie Nadii ulegało pogorszeniu. Codziennie biła się z myślami czy urodzić, czy może jednak usunąć ciążę. Wolne chwile spędzała na rozmowach z psychologiem, dzwoniąc na niebieską linię. Pomimo trudnej sytuacji, dziewczyna postanowiła urodzić. Pogodziła się z myślą, iż mały Michał – bo tak go nazwała – każdego dnia będzie jej przypominał o tamtej nocy. Była to najtrudniejsza decyzja w jej życiu.

– Dziecko nie jest przecież niczemu winne – powtarzała znajomym. Z jakiegoś powodu czuła, że musi zaopiekować się maleństwem. Nie może go zabić. Jej stan psychiczny, choć wciąż mocno osłabiony, powoli się poprawiał. Nieocenionym wsparciem okazały się rady od psychiatrów i rozmowy z innymi ofiarami gwałtu. To pomogło jej oswoić się z tą sytuacją. Nadia, choć wciąż bardzo młoda, cechowała się niezwykłą dojrzałością. Ciąża diametralnie zmieniła jej życie.

Z początku rozważała oddanie dziecka do adopcji, jednak delikatne kopnięcia i widok powiększającego się brzucha, skutecznie przekonały ją do zmiany zdania. Nie miałaby tyle odwagi, aby rozstać się z niemowlęciem. To w końcu będzie jej syn, jej mała cząstka. Fakt, iż dziecko poczęte zostało z gwałtu, z każdym dniem tracił na znaczeniu. Nadia, choć jej samej trudno w to uwierzyć, chciała zostać dobrą matką. Zamierzała poświęcić się opiece nad dzieckiem. Sądziła, że skoro ona nie może wieść szczęśliwego życia, to zrobi wszystko, aby chociaż jej syn był szczęśliwy.

W trzydziestym dziewiątym tygodniu, podczas pobytu w szpitalu, odeszły jej wody. Długi, sześciogodzinny poród, pomimo wstydu spowodowanego niechcianą ciążą, sprawił młodej matce cudowny prezent – dał jej syna. Nadia pokochała go całym sercem, gdy tylko się urodził. Wiedziała, że jest wyjątkowy, oddałaby życie za swoje maleństwo. Choć z tyłu głowy cały czas dręczyły ją myśli, iż dziecko zrodziło się z gwałtu, Nadia zdawała się je ignorować. Wciąż czuła obrzydzenie i lęk do nieznajomego. Pomimo że szarpały nią torsje na wspomnienie o tamtej nocy, obecnie nie miało to żadnego znaczenia. Najważniejszy cel stanowiło wychowanie syna na dobrego człowieka. Opieka nad maleństwem stała się dla Nadii sposobem na psychiczne poradzenie sobie z gwałtem, które pomimo czasu nie przyszło jej ani łatwo, ani szybko.

* * * *

Miesiące mijały, a mały Michałek rósł jak na drożdżach. Jego malutkie ciałko było niezwykle rozwinięte fizycznie. Prawdopodobnie przyczyniły się do tego odpowiednie żywienie, geny po ojcu bądź silna wola życia… Pewne jest jedno – dla młodej matki dziecko było najważniejsze. Jej dotychczas puste, pozbawione sensu życie wypełniło się miłością. Przykładając dłoń do jego klatki piersiowej czuła, jak malutkie serduszko wybija najpiękniejszy rytm na świecie.

Kalendarz wskazywał czwarty lipca. Na zewnątrz, dekorując pochmurne niebo piorunami, szalała intensywna burza. Deszcz stukał w okna, ozdabiając szyby spływającymi kroplami wody. Nadia spała smacznie na wygodnym, rozkładanym łóżku. Wynajęta za grosze, surowo urządzona kawalerka zdradzała oznaki zaniedbania. Brudne okna i sterty porozrzucanych ubrań traciły na znaczeniu, gdy w grę wchodziła opieka nad dzieckiem.

Zbliżał się kwadrans po trzeciej. Nadia obudziła się, czując ogarniający ją niepokój. Zaspane oczy potrzebowały czasu, aby przyzwyczaić się do ciemności. Dziewczyna wstała i ostrożnie, z wyciągniętymi przed siebie dłońmi, zaczęła szukać włącznika od lampki. Dopiero po dłuższej chwili dostrzegła mężczyznę stojącego nad łóżeczkiem Michałka. Długi, ciemny płaszcz zwisał mu prawie do kostek. Nadia stanęła jak wryta, mimowolnie wytrzeszczając oczy. W pomieszczeniu unosił się zapach tymianku i palonego cynamonu.

Nieznajomy zdawał się zupełnie ignorować obecność Nadii. Trzymając swoje szorstkie dłonie na szczeblach łóżeczka, szeptał do dziecka coś w niezrozumiałym języku. Kobieta, przełamując strach kotłujący się w jej wnętrzu, podbiegła do nieznajomego. Mężczyzna nawet nie drgnął. Dynamicznym ruchem wyciągnął jedynie rękę z otwartą dłonią w kierunku biegnącej Nadii. Czas jakby zwolnił. W ułamku chwili dziewczyna zastygła w miejscu. Jakaś niewidzialna siła sprawiła, że straciła kontrolę nad własnym ciałem. Coś skutecznie blokowało jej ruch. Mężczyzna zacisnął pięść. Nadia, rażona jakąś nieznaną mocą, odleciała w tył, uderzając boleśnie głową o ścianę. Pulsujący ból rozrywał jej czaszkę. Koszmarna blizna na udzie, na wzór liter H.Y., zaczęła piec ją niemiłosiernie. Próbując wstać, uniosła głowę w kierunku nieznajomego. Dziecko, jakby uradowane niezwykłym widowiskiem, zaczęło śmiać się i machać rączkami na wszystkie strony.

Mężczyzna stał nad łóżeczkiem maleństwa, powoli unosząc dłonie. W chwili, gdy jego powieki się zamknęły, pod stopami zaczął kłębić się dym. Nadia, jakby zahipnotyzowana, nie mogła oderwać od niego wzroku. Jego dotychczas wyprostowana sylwetka w ciągu sekundy zaczęła przybierać kształt dzikiego zwierzęcia. Nieznajomy wił się na wszystkie strony, po czy ryknął, jak gdyby obdzierano go żywcem ze skóry. Długi, czarny płaszcz wylądował na podłodze. Widocznie zarysowane mięśnie brzucha i klatki piersiowej zaczęły pokrywać się nienaturalnym owłosieniem, przypominającym futro niedźwiedzia. Z jego czoła wyrosła para długich, zakończonych ostrymi szpikulcami, rogów. Mężczyzna przepoczwarzał się w coś nieznanego, w coś nie z tego świata.

Nadia zakryła usta dłońmi, powstrzymując się od krzyku, aby nie straszyć dziecka. Serce waliło jej jak młot. Chciała wstać, lecz nogi odmawiały posłuszeństwa. Nie mogła uwierzyć w to co widzi. Jak absurdalnie by to nie brzmiało, jej oczom ukazał się demon. Istota z piekieł.

Potwór zastukał kopytami. Jego długie, ostre jak brzytwa pazury zdawały się połyskiwać w blasku księżyca. Rozdziawiając szeroko paszczę, demon zaryczał. Iskrzące się płomieniem ślepia zwróciły się ku dziewczynie. Nastąpiła pełna transformacja – człowiek przemienił się w bestię.

– Jam jest Həyatı Yaradan, stwórca życia! – wrzasnął stwór piekielnym głosem.

Nadia milczała, wpatrzona w nieludzki byt. Nie była w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa. Uczucie gorąca zaczęło palić jej skórę.

– Czego chcesz?! – krzyknęła drżącym głosem, przełamując strach.

Demon zarechotał, rad widać z wrażenia, jakie wzbudzał.

– Przyszedłem po mojego syna.

Nadia wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. Drżąc ze strachu, poczuła, jak przerażenie chwyta ją za serce. Po chwili zrozumiała, że padła ofiarą gwałtu samego szatana, co niemal przyprawiło ją o zawrót głowy. Przez dziewięć miesięcy nosiła w sobie diabelskie nasienie.

Momentalnie zrobiło się jej niedobrze. Nie mogąc powstrzymać obrzydzenia, zwymiotowała na podłogę.

– Zadałem ci ból, który zmieniłaś w radość – kontynuował potwór. – Cierpienie, którym cię naznaczyłem, stało się twoim jedynym źródłem szczęścia. Zostałaś wybrana, aby zostać matką şeytanın uşağı. Potomek szatana musi zrodzić się z ludzkiego ciała. Tak zostało zapisane. – Demon przestąpił z nogi na nogę. – Przybyłem, aby zabrać go tam, gdzie jego miejsce.

Nadia czuła się bezsilna. Nie zamierzała oddać swojego synka bez walki. Chciała coś zrobić, cokolwiek, aby ocalić swoje dziecko… Nie była w stanie. Jakaś magiczna siła przytwierdziła ją do podłogi. Chowając twarz w drobnych dłoniach, zaczęła mimowolnie płakać. Jej oczy zamknęły się pod naciskiem cierpienia. Mózg nie był w stanie ogarnąć potworności tego co się dzieje. Powoli czuła, że odchodzi od zmysłów. Krzyczała z całych sił, aż do utraty tchu.

Potwór stał niewzruszony. Ludzkie słabości wydawały mu się takie żałosne… Ignorując dziewczynę, spokojnie nachylił się nad łóżeczkiem, aby wziąć na ręce niemowlę. Dziecko, wpatrzone w demona, nie wydobyło z siebie żadnego dźwięku. Uśmiechało się tylko nieznacznie, nie zdając sobie sprawy z potworności zaistniałej sytuacji.

Po chwili zapach tymianku i cynamonu zniknął. Nadia otworzyła przepełnione łzami oczy. W mieszkaniu nie było już nikogo. Ciasny pokój wypełniały jedynie sterty ubrań i puste łóżeczko. Po demonie nie było śladu. Dziewczyna poczuła ogarniającą ją samotność i wyjąc z rozpaczy, osunęła się na podłogę. Znów była sama. Nie miała nikogo.

* * * *

Zegar wskazywał czwartą piętnaście – miasto powoli budziło się do życia. Nadia bezwładnie siedziała oparta plecami o ścianę. Czuła jak żołądek podchodzi jej do gardła. Spoglądając ślepo przed siebie, dzierżyła w dłoni kuchenny nóż. Cisza pustego mieszkania doprowadzała ją powoli do szaleństwa.

Nadia z żalem spojrzała na stojące w rogu pokoju puste łóżeczko dziecięce. Łóżeczko, w którym co noc usypiała swojego synka. Pragnęła znów poczuć bliskość jego małego ciałka. Jej twarz nabrała koloru purpury. Drżącą dłonią, centymetr po centymetrze, przybliżała ostrze do nadgarstka. Czubek noża wbił się delikatnie w skórę, powodując niewielkie krwawienie. Dziewczyna zasyczała.

Zszokowany umysł pod wpływem stresu przypomniał jej o słowach księdza, które zakodowała w pamięci, będąc małym dzieckiem:

“Według wykładni kościoła samobójstwo to prosta droga do piekła” – a więc do miejsca, które dla Michałka stało się nowym domem. Nadia, modląc się po cichu, zamknęła oczy.

– Idę do ciebie, synku – powiedziała z uśmiechem, podcinając sobie żyły…

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Znakomite. Szczególnie mi się podoba, że w tym opowiadaniu odszedłeś od lukrowanego wizerunku szatana, jako istoty skrzywdzonej, czyniącej moze i zło ale w gruncie rzeczy w sposób usprawiedliwiony i tyczący się złoczyńców. Pokazałeś diabelskość, która dopada niewinnych i nie ma dla nich litości. Opisany tu szatan nie ma żadnej cząstki dobra w ludzkim rozumieniu, chyba że ktoś chce za taką przyjąć jego bezgraniczny egoizm.
    Tak, ten szatan jest prawdziwie zły. Czarny, nie szary.
    A pomysł na szukanie synka? Cóż, można i tak, w bajkach też niejeden bohater szedł do piekła po sprzedaną duszę i zwykle wracał ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania