Info + Czarne Diabły cz.1( z poprawkami)

Specjalne podziękowania dla użytkowników krajew34, Kapelusznik oraz Ozar. Dziękuję też wszystkim co, konstruktywnie krytykowali moje teksty, uświadomiliście mi co w tych tekstach nie gra. To dzięki wam te teksty zyskają dużo. Postanowiłem, że naniosę konieczne poprawki na wszystkie części i je kolejno wrzucę. Oczywiście linki do wersji bez poprawek będą tutaj też podane, aby czytelnik mógł zobaczyć różnicę. Oczywiście nie wszystkie części przejdą znaczący zmianę. Miłej lektury :)

P.S Całkowicie został zmieniony koncept fabuły diabłów, a ze względu, że nie chcę dodawać kolejnych tekstów z tym samym tytułem po prostu zmienię wszystkie części z dopiskiem poprawki.

 

— Stalkerzy wracają!! – krzyknął ktoś.

Ze zgrzytem zaczęły otwierać się wielkie metalowe drzwi. Trzeba było czekać aż pięć minut, aby otworzyły się całkowicie. Do wnętrza schronu weszli dwaj ranni stalkerzy.

— Co się stało? — zapytał Naczelnik — Gdzie jest reszta?

— Dopadł nas Zbigniew, a potem uciekając wpadliśmy do gniazda Szablaków…

Zbigniewem przyjęło się nazywać mutanta zamieszkującego dawny gazo port w Świnoujściu. Przez pierwsze dni nie atakował ludzi, lecz ostatnio jego zachowanie się zmieniło. Zniszczył kilkanaście karawan idących wybrzeżem morza z Międzyzdroji do Ahlbeck. Szablakami nazywano koto podobne mutanty, które najprawdopodobniej zmutowały z kotów domowych.

— Wszystko jasne. Idźcie do Doktorka, on was połata — odparł zmartwiony Naczelnik.

Obaj ruszyli korytarzem prosto do lazaretu. Naczelnik poszedł do swojego gabinetu i wezwał Marka.

— Co inne enklawy mają zamiar zrobić, aby unieszkodliwić Zbigniewa oraz to gniazdo?

Marek dwa dni wcześniej został wysłany jako posłaniec do reszty frakcji w Świnoujściu, aby zawiadomić ich o zagrożeniu znajdującym się w gazo-porcie. Oprócz Podziemnego Miasta istniało jeszcze kilka grup takich jak Portowcy, Kościelni, Pogranicznicy, Kanibale. Podziemne Miasto władało terenami leżącymi od Baterii Vinety do Fortu Anioła i Stawa Młyny na zachodzie, bez terenów portu, a na południu do Świnoujścia Przytór, zaś wschodnia granica kończyła się w lesie międzyzdrojskim.

— Hmm... Jakby to Ci powiedzieć…— zamyślił się Marek, a potem rzekł wściekle — O mało mnie nie zatłukły skurwysyny. Kanibale chcieli zjeść, a Kościelni spalić na stosie…

Naczelnik otworzył usta ze zdumienia.

— Mamy umowy z nimi…

— Przerwę Ci. Zmienili się przywódcy w obu grupach. Przestali respektować nasze umowy — powiedział spokojniejszym głosem Marek.

,, Kurwa mać! Kolejny jebany problem! Super kurwa! Super!” — klną w duchu Naczelnik.

Kanibale mimo używania tylko prymitywnej broni, byli bardzo zawzięci, zawsze walcząc z nimi, ponoszono ciężkie straty. Kontrolowali spory kawałek miasta. Do ich terytoriów należały tereny leżące między dawnym Hotelem ,,Trzy Wyspy”, Parkiem Chopina, portem jachtowym, a ulicą Uzdrowiskową. Mniejszym kłopotem byli Kościelni, którzy kontrolowali znacznie mniejszy teren i mniej niebezpieczny. Na terytorium Kanibali znajdowała się największa wylęgarnia mutantów w okolicy. Pokonanie Kanibali zajęłoby bardzo dużo czasu i kosztowało wiele istnień. Tylko użycie ciężkiego sprzętu mogło pozwolić na bez stratne zwycięstwo, ale po Ataku ciężki sprzęt stał się praktycznie niedostępny.

— A co z Pogranicznikami i Portowcami? — zapytał łagodnym tonem Naczelnik.

— Portowcy, tak samo, jak Pogranicznicy chcą, abyśmy z nimi podjęli jakieś działania, jutro przyślą posłańców w celu ustalenia

konkretów — odpowiedział mu już spokojnie Marek.

— Poślij Ryka po Szramę i Spryciarza muszą mi powiedzieć więcej informacji na temat dzisiejszego ataku.

*

Tymczasem Wojtek siedział w kuchni jako pomoc kucharza. Nazywano go Głąbem, Zjebem, Niedojebkiem przez to, że był małomówny i wstydliwym człowiekiem, często mylono jego przysposobienie z niepełnosprawnością. Dziwiono się również czemu, go nie zabito zaraz po urodzeniu, aby mu oszczędzić cierpienia. Nie pamiętał swoich rodziców. Zmarli niedługo po jego narodzinach. Odkąd sięgał swoją pamięcią, opiekowali się nim Szrama i Spryciarz. Obierał właśnie ziemniaki, gdy do kuchni wparował Alvaro.

— A Ty wypierdku Sarlaka znowu przy garach — zaśmiał się wrednie Alvaro.

— Tak, a co… — odpowiedział mu nieśmiało.

Zanim zdążył, odpowiedzieć chwycił go za włosy i pociągnął za sobą w kierunku latryn. Kiedy tam dotarł, wybrał najbardziej uwaloną latrynę oraz próbował włożyć głowę Głąba do muszli.

— Błagam, kurwa nie!!! — krzyczał przerażony Wojtek.

— Morda frajerze.

Wojtek niestety był słabszy i przez to bardzo szybko jego głowa znalazła się w muszli.

— No bratku koniec naszej zabawy, teraz muszę iść, bo czeka na mnie Ola. Wiesz, która… – zaśmiał się Alvaro.

,, Nienawidzę Cię chuju, obyś długo zdychał ” — mówił pełen nienawiści w duchu.

Ruszył w kierunku natrysków, które były przy grodzi, aby się obmyć z gówna. Po drodze wstąpił do swojego pokoju aby zabrać w miarę czyste ubrania. Wybrał starą bluzę od munduru Bundeswery i wytarte niebieskie jeansy.

,,Jak ja Cię nienawidzę gnoju. Kiedyś utopię to ścierwo w tym gównie…” — mówił wściekle w myślach Wojtek.

Doszedł w końcu do natrysków. Było to średniej wielkości pomieszczenie wyłożone pożółkłymi białymi kafelkami. Prymitywne kabiny prysznicowe zostały ustawione w rzędzie przy ścianie. Podzielone były podniszczonymi niebieskimi parawanami, które sięgały aż do sufitu. Same ,,prysznice" to popis postapokaliptycznej inżynierii. Zrobione z przerdzewiałych rur, części od konewek, pokręteł regulacyjnych. Zawiesił czyste ubrania na wieszaku. Wszedł do kabiny znajdującej się w rogu pomieszczenia. Zasunął kotarę. Chwycił za rączkę i ją przekręcił. Woda poleciała bardzo wąską strużką. Wziął szare mydło, które leżało na małej półce znajdującej się obok. Po umyciu skierował się w stronę lazaretu. Idąc tam, ciągle rozmyślał na różne tematy. Jego myśli kłębiły się głównie w oku Oli, dziewczyny, którą kochał od wielu lat, lecz ona miała go głęboko gdzieś. W końcu stanął przed drzwiami lazaretu. Wszedł do środka i zobaczył obydwóch swoich opiekunów siedzących na kozetce. Obaj byli właśnie opatrywani przez Doktorka oraz jego córkę Julię.

— Szrama, Spryciarz!! Co się stało?!!? — zawołał zszokowany przerażającym widokiem poturbowanych opiekunów.

Zwyczaj nadawania ksyw był bardzo powszechny w całym

postapokaliptycznym świecie. We wielu miejscach ksywy wyparły prawdziwe imiona.

— Zbigniew i Szablaki… — odparł przygnębiony Szrama.

Szrama, będąc bardzo wysokim i dobrze zbudowanym mężczyznom z potężną blizną idącą od prawej skroni przez cały policzek do warg ledwo się mieścił w bardzo małym pomieszczeniu lazaretu. Spryciarz był jego totalnym przeciwieństwem niski, o drobnej budowie często przez obcych kupców był brany za trzynastolatka, a nie czterdziestoletniego faceta. Obaj przyjaźnili się od liceum, razem przeszli bardzo dużo.

— Hej Wojtek — uśmiechnęła się szczerze Julia.

Była rok młodsza od niego, średniego wzrostu i przeciętnej urody, lecz jej usposobienie do ludzi szybko wzbudzało sympatię drugiej osoby.

— Hej.

— Co taki smutny? — spytał opiekuńczo Spryciarz — I czemu żeś się przebrał?

Wojtek milczał. Po chwili odburknął.

— Kucharz mnie wysłał do świniarni po mięso. Poślizgnąłem się i wpadłem w łajno.

— Siadaj biedaku — powiedział, uśmiechając się Doktorek, mówiąc to, wskazał jedno z krzeseł stojących obok stołu.

Wojtek usiadł we wskazanym miejscu.

— Julia zaraz poda kompot. Nakryje do stołu. Zjemy, pogadamy sobie trochę. Tylko najpierw dokończę opatrywać Twoich wujków — powiedział lekarz ciepłym wręcz ojcowskim tonem.

Dziewczyna wzięła duży kolorowy obrus z szafy znajdującej się w prywatnym pomieszczeniu lekarza, bardzo szybko nakryła stół oraz przyniosła zastawę wraz z jedzeniem. Tymczasem Doktorek dokończył opatrywanie stalkerów.

— No Panowie do stołu — powiedział radośnie lekarz.

To nie był ich pierwszy taki obiad u Doktorka. Około pięciu lat temu uratowali życie Julii, zabijając stado młodych Szablaków, które ją zaatakowało. Od tamtej pory jej ojciec zapraszał całą trójkę co tydzień w niedziele.

— Jakieś nowe wieści ze świata? — zapytał zaciekawiony lekarz.

— Zbigniew się panoszy doktorze tylko takie. Rozwalił kolejną karawanę, a Szablaki dopełniły jego dzieła… Straciliśmy sześciu ludzi, a Ci z karawany wszyscy zdechli… Dodatkowo wracając, wpadliśmy im do gniazda. O mały włos, aby nas rozszarpały — powiedział przygnębiony Szrama.

Doktor otworzył usta, aby coś powiedzieć, lecz do lazaretu wpadł zdyszany Ryk.

— Szrama, Spryciarz jesteście wzywani do Naczelnika.

*

Nie minęło dziesięć minut, a obaj byli już w jego gabinecie. Stanęli przed wielkim biurkiem, za którym siedział Naczelnik.

— Powiedźcie wszystko na temat ataku — powiedział spokojnie.

— Byliśmy na wysokości gazu portu, kiedy do niego doszło. Najpierw przytomność straciło sześciu karawaniarzy i dwóch naszych. Bardzo szybko potem pojawił się Zbigniew, utworzyliśmy okrąg, od razu przygotowaliśmy mołotowy — zaczął relacjonować przygnębiony Spryciarz.

— I co dalej?

— Rzuciliśmy młotowy, aby go odgonić, jednak zdołał zabrać wszystkich tych, co stracili przytomność. Potem pojawiły się Szablaki. Zabiły dwóch karawaniarzy. Zagnały nas prosto do swojego gniazda, a tam rozpoczęły masakrę. Tylko my dwaj przeżyliśmy… — powiedział, patrząc w ziemię Spryciarz.

— Szablaki są chyba coraz inteligentniejsze z każdym pokoleniem. Jeszcze trzy lata temu nie byłyby w stanie zmusić człowieka do tego, aby wpadł prosto im do gniazda. Zniszczyć go aktualnie nie damy rady — zauważył Marek.

— To człowiek bardziej w tych czasach głupieje. A rozwalenie tego to bułka z masłem — powiedział hardo Naczelnik, gładząc swojego wąsa, który bardzo przypominał tego Piłsudskiego.

— A przed Atakiem nie głupiał? Przez głupotę ludzką rozpętała się wojna atomowa. Mylisz się Naczelniku. Marek ma tu rację. Wątpię, aby ktokolwiek był w stanie rozwalić to gniazdo. Musiałby mieć ciężki sprzęt, tylko wtedy jest to możliwe — skontrował rozdrażniony Szrama.

Nagle ściany schronu zaczęły drżeć i słychać było odgłosy strzałów oraz wybuchów.

— Co do licha?! — wrzasnął przerażony Marek.

— O nie… Kanibale oraz Kościelni chyba atakują nasze posterunki albo sojuszników…

— Co?! — zdumieli się Szrama i Spryciarz — A umowy?!?

— Nie respektują ich już... - odparł Naczelnik.

— No super. Kurwa mać… - powiedział Szrama

— Ruchy! Idziemy do radiostacji!

*

Znajdowali się teraz w małym pomieszczeniu o popękanych oraz zawilgotniałych ścianach, które za czasów niemieckich było składzikiem. Z sufitu smętnie zwisała żarówka. Jedynymi meblami tutaj były chałupniczo zrobione drewniane stół wraz z krzesłem, ustawione przy jednej ze ścian.

— Dziwne… Posterunki zgłaszają, że u nich czysto. Twierdzą również, że odgłosy dochodziły z terytorium Kanibali, Kościelnych oraz południa — zameldował Marek.

— Przecież oni nie mają broni palnej ani materiałów wybuchowych — odparł pogrążony w zadumie Naczelnik.

— Może znaleźli coś dużego po Niemcach i im to jebło przypadkiem – powiedział zamyślony Spryciarz.

— To nie tłumaczy wystrzałów, a poza tym w dwóch enklawach naraz i na południu? – zauważył Naczelnik.

— Może po prostu to był jakiś tunel wypełniony amunicją po brzegi i ciągnął się tak? — powiedział z nutą nadziei w głosie Szrama.

Nienawidził on Kanibali oraz Kościelnych. Widział, do czego oni są zdolni. Uważał ich za najgorsze wynaturzenia nowego świata. Dobrze pamiętał tamtą wojnę, której kulminacją była bitwa o dawny warsztat samochodowy pomiędzy Fortem Anioła a Fortem Zachodnim. W tej potyczce Podziemne Miasto straciło prawie czterdziestu ludzi, a Kanibale i Kościelni swoich przywódców wraz z prawie jedną trzecią populacji swoich enklaw. Po tej bitwie członkowie frakcji stwierdzili, że wybiorą swoich przedstawicieli, którzy rozpoczną rokowania pokojowe, bo jak tak dalej pójdzie to, wybiją się co do jednego. Tydzień później doszło do rozmów. Ustalono umowy, które obowiązywały do dzisiaj.

— Raczej mało prawdopodobne. — odrzekł, zastanawiając się Naczelnik — Marek zwołaj Radę oraz wszystkich wolnych stalkerów.

— Tak jest! — krzyknął i wybiegł z pomieszczenia.

— Masz półgodziny przerwy — odezwał się po chwili Naczelnik łagodnym tonem do radiotelegrafisty.

Mężczyzna ubrany w podniszczoną pomarańczową bluzę sportową oraz dziurawe czarne kiedyś dresy wstał. Skierował się do drzwi. Gdy tylko zniknął za drzwiami przywódca enklawy odezwał się zmęczonym głosem do stalkerów.

— Co do waszej prośby. Nie wiem czy powinienem się na to zgadzać. Wojtek najprawdopodobniej zginie przy pierwszym wyjściu na powierzchnię.

***

Ciąg dalszy nastpi

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • slawko00 8 miesięcy temu
    Ehh i jak zwykle nie uwzględniło wszystkich przerw.
  • krajew34 8 miesięcy temu
    młotowy - mołotowy (koktajle mołotowa)
    Zwyczaj nadawania ksyw był bardzo powszechny w całym
    postapokaliptycznym świecie. We wielu miejscach ksywy wyparły prawdziwe imiona - tu chyba za duży odstęp. Moim zdaniem wyszło lepiej, ale nie wiem, jak dla innych.
  • krajew34 8 miesięcy temu
    Teraz to musisz odpowiednio poprowadzić. No i chodź czytać i komentować szczerze teksty innych. Tak można ściągnąć czytelników.
  • slawko00 8 miesięcy temu
    Poprawię ten błąd. Nie zauważyłem, że o zjadłem
  • Kapelusznik 3 miesiące temu
    Ok...
    Jestem

    "Zbigniewem przyjęło się nazywać mutanta zamieszkującego dawny gazo port w Świnoujściu. Był to stwór przypominający nieco z sylwetki człowieka, ale z nienaturalnie dużą głowom, wyższy prawie dwukrotnie. Jego ciało pokrywały jakieś guzy. Dysponował również nieznaną nikomu siłą mentalną, która prowadzała do utraty przytomności. Dzięki temu mutant podchodził, łamał ofierze kręgosłup i pożerał. Nikt nie wiedział, z jakiego stworzenia zmutował. Pojawił się tak po prostu pewnego dnia. Przez pierwsze dni nie atakował ludzi, lecz ostatnio jego zachowanie się zmieniło. Zniszczył kilkanaście karawan idących wybrzeżem morza z Międzyzdroji do Ahlbeck. Szablakami nazywano koto podobne mutanty, które najprawdopodobniej zmutowały z kotów domowych. Były ogromne przypominały wyglądem tygrysa szablo-zębnego pokrytego czymś w rodzaju pancerza chitynowego."
    - to wszystko - Wyciąć
    Wiem że zabrzmi to głupio - ale wytnij - "strach przed nieznanym" - całkowicie usuwasz. Jednym z sił Glukowskiego i Metra 2033 był właśnie strach przed nieznanym - zaledwie imię, a nie opis, by wystarczył

    Scena z Markiem dziwna - jeszcze z nim nie gadał? Kiedy wrócił? Gdyby wszedł wraz ze Stalkerami, bo ich spotkał w drodze powrotnej, to miałoby to jeszcze sens

    Scena z naczelnikiem nadal z perspektywy początkującego czytelnika nie ma większego sensu
  • slawko00 3 miesiące temu
    Uwagi przyjęte :D w wolnym czasie to zmienie

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania