Iza

Powtórzenie tekstu z samego początku

 

Osobiście cholernie lubię ten tekst. Ale wiem, że może być dla kogoś nudny lub w jakiś sposób nieprawdziwy. Zależy mi na opinii, czy tekst wywołał na końcu emocje. Z góry dzięki.

 

* * *

 

Dziś wracam z objęć Morfeusza już po czterech godzinach snu. Błyskawicznie otwieram ciężkie powieki, zerkam na zegarek. Piąta dwadzieścia. Tykanie wdziera się do mojego mózgu, jakby to były krople wody roztrzaskujące się na czole. Czuję się zmęczona. Szczególnie rano tak miewam, kiedy jeszcze nie wejdę na obroty. Na nocnej szafce, jak zwykle, pali się lampka. Całą noc. Denerwujące, ale konieczne światło. Mogłabym spać dłużej, jednak dzisiaj jest to. Czekałam ponad piętnaście lat. Zbyt długo. I sama nie wiem, czy to przez czekanie, czy przez co innego, ale buzują mi myśli, których nawet nie jestem w stanie sprecyzować. Czekam, ale nerwowo zaciskają mi się mięśnie.

Śniło mi się ciasne, ciemne pomieszczenie bez klamki. Próbowałam wyjść, ale wszędzie były tylko zimne ściany. Jakaś izolatka? A może karcer? Nie pamiętam swoich uczuć, jedynie tę ciasnotę i ciemność.

Wczoraj wkurzył mnie sąsiad, bo mył samochód przed blokiem, a mydliny spływały na nasz trawnik. Idiota! A potem wszyscy narzekają, że betonowa pustynia! Ale sama święta też nie jestem, nieraz zrobiłam coś, czego potem żałowałam. Jak więc mam pielęgnować w sobie nienawiść czy niechęć, skoro robię podobnie? Nawet czytałam coś analogicznego, aby skupić się na sobie, zmieniać świat, zaczynając od siebie. Ale na dobrą sprawę nie musiałam tego czytać. Czułam to od zawsze.

Cieszę się, bo dwa dni wolnego w pracy, dla znajomych też mnie nie ma, liczy się tylko on. Ale to dopiero o pierwszej po południu. Potem, gdy go już spotkam, czas nie będzie się liczył. Przekręcam głowę w stronę nocnej szafki, widzę jego zdjęcie otulone półmrokiem. Jest na nim razem ze mną. Miałam wtedy czternaście lat i widziałam go tamtym razem tylko przez chwilę. Zdjęcie zrobiła mama, jak siedzimy przytuleni na kanapie. Wciąż czuję jego ciepło. Na dworze ciemno, głucho, a Misiek śpi w najlepsze z głową ułożoną na przednich łapach, wygląda, jakby o coś prosił. Ten zegarek kupiłam sobie sama, ale zawsze będzie mi się kojarzył z nim; dostałam od niego taki na rękę, gdy miałam sześć lat; już wtedy uczył mnie, jak czytać godzinę po wskazówkach. A potem już go nie było. Znaczy, był, ale nie przy mnie. Ciągle znikał na długie miesiące czy lata, a mama tłumaczyła, że wyjechał w delegacje i zajmuje się bardzo poważną pracą dla rządu. Na początku nawet nie wiedziałam, co to znaczy, ale po obejrzeniu kilku szpiegowskich filmów zrozumiałam. Czy jest takim drugim Jamesem Bondem? A może kimś jeszcze bardziej tajemniczym? W każdym razie dla mnie był niedostępny. A ja go potrzebowałam. Zawsze czekałam na jego powrót, nie odchodziłam od okna, wyglądałam. Zjawiał się na chwilę, a potem znikał znów na całą wieczność. I ponownie był niedostępny.

Biorę w rękę zdjęcie, dotykam kciukiem jego twarzy, próbuję poczuć kształt. I wydaje mi się, że jest przy mnie, że zaraz wyjdzie ze zdjęcia i usiądzie obok. Po chwili zbliżam je do nosa, wącham. Może wyczuję jego zapach? Głupia jestem. A Jolka mówiła, że to zdjęcie to tak naprawdę substytut. Ale świnia nie powiedziała, czego substytut. Choć domyślam się.

Mam przyjaciółkę, Anię. Czasem się spotykamy, obgadujemy, co się da, i za każdym razem mówi, że w moim wieku to już powinnam mieć męża. Ja jednak wiem swoje, nie spieszy mi się. Co z tego, że skończyłam w tym roku trzydziestkę? A bo to jedna wiązała się później? Ostatni był Andrzej. Kręcił się koło mnie dobre dwa i pół roku, ale w końcu dał sobie spokój, bo ile można. Lubiłam go, i zresztą nadal lubię, choć teraz to mnie unika – przechodzi na drugą stronę ulicy, gdy się mijamy, a jak mu wysłałam sms-a z pytaniem, co u niego, to nie odpisał i podobno zmienił numer. Jak się widzieliśmy po raz ostatni, to mówił, że kogoś spotkał. Byłam trochę zazdrosna i nawet chciałam ją poznać, ale w porę powiedziałam sobie nie. Choć mnie kusiło, bo Andrzej zasługuje na dobrą kobitę. Właśnie, czemu go nie chciałam? To dobre pytanie. Przecież jest przystojny, miał dobrą pracę, charakter trochę wybuchowy, ale serce najlepsze, jakie znałam.

Odkrywam kołdrę, przeszywa mnie dreszcz chłodu i patrzę na nogi, których nie goliłam już z miesiąc, bo i po co? Misiek tylko sapie, przewraca się na drugi bok i chyba myśli, że jego pani zwariowała, że tak wcześnie wstaje. Idę do łazienki umyć zęby, przepłukać twarz, skorzystać z toalety, a martwa cisza wdziera się do mojej głowy z siłą tajemnicy. Pstrykam kontakt, ale światło tylko błysnęło i zgasło. No tak, jeszcze żarówka się przepaliła. Przynoszę taboret, ostrożnie się na niego wdrapuję, ściągam nieco zakurzony klosz i nagle kręci mi się w głowie. Szum, mroczki i zawrót. Taboret wysuwa mi się spod stóp, przechylam się i po chwili uderzam barkiem w ścianę, a potem ląduję na podłodze w nieokreślonej pozycji przy koszu na brudną bieliznę. Jedyne, co poczułam, to uderzenie w tyłek i przedramieniem o sedes. Ale nie za bardzo boli. Pewnie dopiero zacznie. Widzę przed sobą roztrzaskany klosz na setki drobin, taboret leżący pod umywalką, a wszystko to przesłonięte przez brąz włosów, które opadły mi na oczy w trakcie upadku. Po chwili do łazienki wchodzi Misiek i skomle, czując, że coś jest nie tak. Odganiam go, aby sobie łap nie pokaleczył. Sama niespiesznie wstaję, uważając na te wszystkie odłamki. Ledwo je widzę, ale odrobina światła z przedpokoju skrzy się w nich. Co mi się stało, że tak poleciałam? Przecież nigdy nie miałam problemu z błędnikiem ani z równowagą w ogóle. Może to mała ilość snu, a może nadchodzące spotkanie?

Robię sobie kawę. Rozpuszczalną, bo ekspresu nigdy nie kupiłam. W sumie najważniejsze, aby pobudzała, a to, czy ma dobry smak, stoi na drugim miejscu. Czajnik rozpruwa ciszę głośnym szumem oraz miarowym rytmem trzasków. Wkrótce wychodzę z Miśkiem. Jest dość zimno, bo w końcu jesień. Silny wiatr przenika kurtkę, spodnie łopocą o łydki, a włosy wpadają mi do oczu. Sprzątam z trawnika po Miśku, wyrzucam do kosza i widzę przechodzącego sąsiada. Spaceruję krócej niż zwykle. Sama nie wiem czemu. Chyba boję się, że nie zdążę.

Po powrocie do domu Misiek się kładzie na swoim posłaniu, a ja siadam do komputera i zaczynam przeglądać internet. Na Onecie reklama bardzo ładnej sukienki. Kiedy kupiłam sobie coś szałowego? A może by tak dziś się wylansować? Może i ogolę nogi? W końcu mam sporo czasu, a i usiedzieć na czterech literach nie mogę, roznosi mnie. Rozbieram się ponownie, wchodzę do wanny. Płyn się podnosi, powoli rozgrzewa moje ciało, a ja zastanawiam się, kiedy ostatnio tak poleżałam w wannie pełnej wody. Zwykle nie mam na to czasu. Dziś jest wyjątek. Kiedy już zakręciłam kran, golę nogi, powoli, pociągnięcie za pociągnięciem, a po czole, łaskocząc, spływa kropla potu wywołana gorącą wodą. Ponownie się rozkładam w wygodnej pozycji i czuje ciepło każdym kawałkiem zanurzonego ciała. Wystaje mi tylko głowa. Kiedyś lubiłam kąpać się z pianą, otulona tylko światłem świec, ale ostatnio stałam się bardzo pragmatyczna. Zresztą unikam ciemności, zasypiam przecież przy zapalonej lampce. Kiedyś tak nie było, nasiliło się z wiekiem. Dziwne, bo to dzieci zwykle boją się ciemności... A co do pragmatyczności, to nawet ubrania kupuję takie, które są mi potrzebne, a nie ze względu na wygląd. Żakiety, garsonki, spodnie, bardzo rzadko spódnice, a nie sukienki. Dziś muszę zaszaleć. Bo nawet gdybym chciała, to nie mam w czym. A dla niego chcę. Wycieram się miękkim ręcznikiem, staję nago pośrodku łazienki, spoglądam w lustro i widzę uśmiechniętą twarz. Kiedy ostatnio ta gęba tak wyglądała? Zbliżam się do niej, przyglądam uważnie i widzę kurze łapki w kącikach oczu. Moja mama mówiła, że będę piękniała do dwudziestego piątego roku życia, a potem to już z górki. Ale nie martwię się, może trochę. Jak zareagowałby Andrzej na taki wygląd? Nadal by mnie chciał? Kusi mnie, aby spróbować go odnaleźć i pogadać. Lecz przecież obiecałam sobie – żadnego narzucania się. Jednak chciałabym poczuć, że jestem dla niego atrakcyjna, nadal jedyna. Chyba zawsze tego pragnęłam...

Pamiętam, jak Andrzej na mnie patrzył. Byliśmy raz nad wodą, nie miałam kostiumu, więc wykąpałam się w samym podkoszulku i majtkach. Jak wyszłam, spojrzał na moje ciało opięte mokrym ciuchem, wyraźnie uwidocznione piersi i widziałam, że miał ochotę za nie złapać. Ale ja byłam za bardzo wyniosła, aby jakiś napalony koleś się ślinił. Kurde, chciałam być dla niego atrakcyjna, a zarazem brzydziłam się jego reakcji... Lecz to minęło, została mi teraz praca i dzisiejsze spotkanie. Bo już nie pamiętam, kiedy się z kimś spotkałam na randkę, nie wspominając o stałym związku. Brakuje mi tego. Patrzę nadal na coraz mniej uśmiechniętą gębę i chyba umaluję rzęsy. Na co dzień tego nie robię. Matka, jak żyła, powtarzała, żebym się malowała, bo sama to robiła, ale tak widziałabym jeszcze więcej napalonych facetów. Ale dziś, dla tego, z którym mam się spotkać, zrobię sobie rzęsy.

W końcu robię kolejną kawę, włączam muzykę, dźwięki wypełniają melancholią całe mieszkanie i przez chwilę myślę, czy nie potańczyć. Kiedyś tańczyłam sama, ale teraz już nie. Może to starość, a może ten pragmatyzm? Powinnam zjeść śniadanie, zwykle to robię, ale nie dziś. Przed tym spotkaniem niczego bym nie przełknęła. Staję przy oknie i patrzę na już ogołocony z liści klon. Nagie konary wydają się martwe. Który to już raz porównuję jesień do swojego wieku? Koń by się uśmiał! Mam przecież dopiero trzydziestkę. Już jest całkiem widno, więc dostrzegam puste gniazdo blisko wierzchołka. Latem tylko docierało do mnie stamtąd kwilenie pisklaków, bo liście wszystko zasłaniały, a teraz mogę się przyjrzeć, ale po co? Przecież ptaki odleciały. Może tak jest w całym życiu, że to, co najpiękniejsze jest zakryte, niewidoczne, niedostępne? A to, co ordynarne i zwykłe na wyciągnięcie ręki? A może jest odwrotnie i to, co na wyciągnięcie ręki wydaje się prozaiczne?...

Prawie ósma, więc trzeba iść do Lidla po zakupy spożywcze. Zwykle robię to w sobotę, a gdy i tego dnia pracuję, to w niedzielę. Podchodzę do zdjęcia, przykładam je sobie do piersi. Biorę głęboki oddech. Robi mi się cieplej na duszy... Wychodzę. W sumie powinnam wysuszyć włosy, lecz chcę czuć jak najdłużej tę świeżość wilgoci. Nie przeziębię się. Bo kiedy ostatnio byłam chora? Pewnie ze trzy lata temu. Jak miałam kilkanaście lat, lubiłam biegać z mokrą głową. Wariatka byłam. Nawet matka mi mawiała: wariatka z mokrą głową. Pamiętam, jak on mnie wykąpał, umył głowę, ale suszyć nie chciał, bo stwierdził, że się uodpornię. I chyba miał rację. Wychodzę szybkim krokiem, spotykam Mariolę i zamieniam z nią tylko kilka zdawkowych słów. Spieszy się do pracy, więc rozumiem ten pośpiech. W końcu wchodzę do sklepu, zgarniam do koszyka, co potrzebne, mijam krzątających się i niewiedzących, co ze sobą zrobić ludzi, i staję jak wryta przed półką z dziecięcymi zabawkami. Nie mogę się ruszyć z miejsca, a przecież tak nie znoszę robienia zakupów... Ania to się ze mnie śmieje, że nie umiem jak normalna kobieta, muszę wszystko mieć poukładane, zorganizowane. To mi służy, odnajduję się w tym. Nawet Andrzej się dziwił, czemu jestem taka, jak to mawiał, mechaniczna. W końcu zaciskam zęby, spinam się w sobie i idę do kasy. Facet przede mną pakuje zakupy do torby. Jak wolno, jak nieporadnie. To jakaś ciota czy co? Następna jest babka około pięćdziesiątki, niewiele lepsza, lecz ona przynajmniej zaczęła pakować, zanim zapłaciła. Ale i tak to wszystko za wolno. Czy ci ludzie odnajdują przyjemność w takim ślamazarstwie? W końcu moja kolej. Zanim przyszło do płacenia, mam już prawie wszystko spakowane. I co, można? Zbliżam kartę, dopakowuję resztę, wbijam pin i wychodzę, nie czekając na paragon. Bo po co mi on? Wrócę z reklamacją, że kajzerki zbyt okrągłe albo banany powykrzywiane?

Czemu ja wszystko robię tak szybko? Nie potrafię jak człowiek? Jestem tym zmęczona. Bardzo zmęczona. Nie mam sił. Chciałabym usnąć i przespać kilka dni...

Zrobiła się prawie dziesiąta, więc pora jechać po sukienkę. Czy zdążę przed spotkaniem? Na pewno tak, tylko głupia panikuję. Zerkam na jego zdjęcie i chcę się do niego przytulać tak jak wtedy. Czuć bliskość, słyszeć ciepły głos. Wychodzę z domu, wsiadam w samochód i ruszam z piskiem opon. W sumie zdążę, bo mam jeszcze dwie godziny do wyjazdu, ale jakoś nie lubię tak wolno, statecznie. Chyba powinnam mieć jaja jak facet, ale, o dziwo, jeszcze nie urosły. Jadę do outletu, wyprzedzam po kolei samochody, hamuję przed światłami tak, że prawie ląduję na kierownicy, ruszam znów z piskiem i w końcu parkuję tyłem równolegle wzdłuż jezdni przy sklepie, bo reszta parkingu jest w remoncie. Idę do mojego ulubionego stoiska, rozglądam się, ale tam nie uwidzi sukienek – same garsonki, żakiety, trochę innych ciuchów. Ale czego się spodziewałam? Przemierzam cały outlet, zerkam na wystawy i w pewnym momencie przykuwa moją uwagę sukienka w kolorze błękitnym. Nie, to raczej morski. Jest śliczna. Wchodzę bez namysłu, pytam dziewczynę o mój rozmiar, dostaję do przymierzenia, ale sama nie jestem pewna, czy w ogóle to robić. Rozmiar to rozmiar. Ale z drugiej strony dziś muszę wyglądać idealnie. Wchodzę więc do przymierzalni i przywdziewam to cudo. Leży jak ulał. Bioderka zarysowane, talia podkreślona, a cycki lekko upięte i wypchnięte ciut do góry. Robię kilka kroków w te i nazad, sprawdzając, czy nie ogranicza ruchów, po raz kolejny spoglądam w lustro i nie dostrzegam kurzych łapek – widzę tylko szeroki uśmiech. Płacę ponad czterysta złotych i ruszam do domu. Pewnie znalazłabym tańszą, ale tak rzadko coś sobie kupuję, że kasa nie ma większego znaczenia. Wracam autem jeszcze szybciej, naładowana jak elektrownia atomowa. Aż dziw, że nie mam wypadku, bo ciągle zerkam na sukienkę.

W końcu docieram do domu. Misiek śpi przy samych drzwiach i nawet gdy przechodzę obok, nie reaguje. Ma już kochanek swoje lata. Co ja bez niego zrobię? Będę musiała znaleźć sobie chłopa. Tylko żaden mi nie pasuje. Nie to, że mam jakieś straszne wymagania co do facetów ogólnie, ale ten jedyny musi być idealny. Siadam do komputera, piszę do Zuzki zaległego maila, w którym pocieszam ją po tym, jak rozstała się z chłopakiem. Nawet go nie poznałam, a przecież kiedyś była mi dość bliska. I mieszka również w Krakowie, więc daleko nie mamy. Ale ta moja praca i praca. Zastanawiam się, kiedy tak bardzo odpłynęłam zawodowo. Wreszcie kończę, jest kwadrans do dwunastej, więc pora jechać. Czy zdążę?

Stoję w łazience, przebieram się w sukienkę, dokładnie się sobie przyglądam. Powinnam mu się spodobać. Jak to będzie cudownie go spotkać po tylu latach. Stęskniłam się. Poprawiam opięcie na biodrach, przekręcam ciało raz w jeden, raz w drugi bok; z profilu też wyglądam świetnie – widać biust, tyłeczek i prawie idealnie płaski brzuch. Przesuwam ramiączka tak, by leżały idealnie, podciągam nieco cycki. Znów rzucam okiem na jego podobiznę, wygląda na niej jak anioł stróż. Jestem taka samotna... Zabieram zdjęcie ze sobą, bo boję się, czy go rozpoznam po tylu latach.

Wychodzę z domu i kolejny raz ruszam z piskiem. Przejeżdżam obok stojącego sąsiada, kłaniamy się sobie. Muzyka z radia mnie drażni. Wyłączam. W końcu wyjeżdżam poza miasto – teraz będzie się jechało spokojniej. Mijam kolejne miejscowości i gdy dojeżdżam do Jerzmanowic, przypominam sobie, jak Andrzej zabrał mnie tutaj na cały dzień. Zrobił grilla, piknik i pokazał swoje ulubione, bielące się wśród zieleni skałki. Pamiętam, że rozmawialiśmy o tym, z którym mam się spotkać. Andrzej pytał, czemu się na niego nie wkurzę, czemu nie powiem, że nie chcę go znać. Tak mówił, aby mnie nakręcić, ale miał za dobre serce, żeby tak zrobić. Ja też tak nie zrobię. Kocham go i czekam na dzisiejsze spotkanie z niecierpliwością. Ale i nerwowo przyciskam gaz. Zerkam często na fotografię, próbując sobie wyobrazić, jak wygląda dziś.

Dlaczego nie umówił się ze mną w Krakowie, tylko na jakimś zadupiu? W sumie Olkusz to nie takie zadupie, ale dla mnie tak. Może będzie tam mieszkał u jakiejś kobity? To całkiem prawdopodobne. Bo jaka inna mogłaby być przyczyna? Jak nie ma gdzie mieszkać, to mu pisałam, że może u mnie, a w zasadzie to przecież bardziej jego niż moje. A może nie ma odwagi mi się narzucać po tych wszystkich latach?

Gdy dojeżdżam do Olkusza, widzę billboard o niestosowaniu przemocy wobec dzieci. Odwracam wzrok. To mnie nie dotyczy. Wszędzie o tym trąbią: w telewizji, radiu, internecie, na mieście. Zawsze się od tego odcinam. Jest za dwadzieścia pierwsza, więc mam jeszcze trochę czasu; wolę być wcześniej. Pędzę tak szybko, że nikt mnie nie wyprzedza. Wreszcie dojeżdżam do centrum, gdzie jest ta kawiarnia, parkuje samochód, rozpinam kurtkę, poprawiam sukienkę i nakręcona, ale i niepewna idę. Nogi mi się coraz bardziej trzęsą i są jak z waty. Szukam przez chwilę kawiarni, w końcu widzę z daleka napis: Rodzinna. Dobrze sobie to wymyślił, aby spotkać się w takim miejscu. Zajmuję stolik przy oknie, żeby było widać zbliżających się ludzi, ale wcale się nie odprężam. Serce wali, czuje to. Zdejmuję kurtkę, zostając w samej sukience. Nerwowo rzucam okiem na zdjęcie. Miałabym ochotę je walnąć przez okno, a przecież chcę spotkania. Co ze mną? Podchodzi kelner, zamawiam kawę i ciastko. W sumie nie jestem pewna, czy chcę to drugie, bo nie czuje głodu, ale trzeba coś zamówić. Kelner uśmiecha się, chyba mnie podrywa; mówi, że ślicznie wyglądam, a następnie, że jakbym czegoś potrzebowała, to jest na moje zawołanie. Trochę niedobrze mi się robi od takich słów, bo słyszę je od większości mężczyzn. Tylko Andrzej był inny. On nigdy nie powiedział, że jestem piękna, atrakcyjna, że mogę na niego liczyć – on, zamiast gadać, robił takie rzeczy, że sama o tym wiedziałam. To wyjątkowy facet. Ale i tak go nie chciałam. Czemu?...

W końcu widzę go. Idzie ze zwieszoną głową. Nawet nie spojrzał, czy już jestem. Nie tęsknił? A jeśli nie, to po co chciał się spotkać? Ubrany jest w jakieś stare dżinsy, brązową kurtkę i buty, których nowość minęła dawno temu. Otwiera drzwi, ja wstrzymuję oddech i patrzę mu prosto w twarz. Staje metr od nich i dopiero podnosi głowę. Nie wiem czemu, ale mam ochotę wyjść. Jak najszybciej. Te emocje są nie do zniesienia. Wreszcie mnie dostrzega, ale się nie uśmiecha. Rusza do mnie. Z nerwów strącam torebkę wiszącą na oparciu za mną. Ale jej nie podnoszę. Niech leży! Wstać, czy pozostać na siedząco? Powinnam się podnieść, ale nie jestem w stanie. Siada naprzeciwko mnie bez słowa, zerka mi w oczy, ale głowę ma spuszczoną. W końcu napinam wszystkie mięśnie i mówię:

– Cześć, tato.

– Dawno cię nie widziałem, wyrosłaś, ledwo cię poznałem.

– Jak się miewasz? – z trudem otwieram usta.

– Jakoś muszę przywyknąć do wolności. Po tylu latach to niełatwe.

– Brakowało mi ci... – nie jestem w stanie dokończyć.

– Naprawdę? – Marszczy czoło, przymyka oczy. – Nie byłem dla ciebie dobry.

Coś mi zaczyna świtać...

Jak to? Przecież jest i był moim ukochanym tatusiem...

Chcę coś powiedzieć, ale zaczyna mi szumieć w głowie. Sekundy mijają, a ja coraz bardziej mam ochotę wyjść. A tak bardzo szykowałam się do tego spotkania.

– A pamiętasz, jak mnie kąpałeś i zabraniałeś suszyć włosy? – wykrztuszam.

– Nie tylko to pamiętam. Ile razy zamknąłem cię w spiżarni, bo mi się coś nie spodobało?

– Cicho! – szepczę.

– I nieraz dostałaś w tyłek pasem.

– Nic nie mów! – nieco podnoszę głos.

– A po wywiadówce targałem cię za uszy.

– Przestań! – już prawie krzyczę.

– Poza tym chyba wiesz, że siedziałem za morderstwo – mówi bez emocji.

– Po co o tym mówisz?! – nie zmieniam tonu. – Było, minęło!

– Nie możesz zapomnieć o wyrodnym ojcu, musisz go nienawidzić.

– Ja cię ko... – znów słowa grzęzną, czuję gorycz w gardle. Tyle razy sobie powtarzałam, że go kocham, a teraz to nie może mi przejść przez gardło.

– Widzisz, nawet nie jesteś w stanie tego powiedzieć. Jesteś zbyt prawdomówna i uczciwa. Nie to, co ja.

Łzy zaczynają mi płynąć ciurkiem. Obraz się rozpływa. Nie widzę ani jego, ani nic dookoła. Ale nie mam ochoty na płacz. Tylko te łzy ciekną jak oszalałe.

– Dziękuję ci, że tu przyjechałaś, bo w Krakowie się nigdy nie pokażę, abyś była ode mnie wolna. Na zawsze – ciągnie.

– Tato, możesz do mnie przyj... – Rozpłakuję się na dobre. Nie ze względu na niego czy swoją przeszłość, którą tak dobrze mi przypomniał, ale na bezsilność. A może tak mi się wydaje...

– Wiem, że byś mnie nie wygoniła, ale nie chcę. Chociaż to może byłby dobry pomysł. Przynajmniej byś mnie szczerze znienawidziła.

– Zamknij się! – krzyczę przez łzy.

– Dobrze, wykrzycz się, to ci ulży, a może całkowicie minie.

Już nie wiem, co powiedzieć. Mam spuszczoną głowę, chusteczką wycieram nos i oczy, czuję w piersi ucisk, ale już nie mam ochoty wyjść. I odwagi spojrzeć mu w twarz. Kochany tatuś...

– To ja już pójdę – mówi delikatnie. – Sam nie wiem, po co chciałem cię zobaczyć. Ale musiałem. Ostatni raz.

– Tato! – Podnoszę głowę, lecz nadal omijam go wzrokiem.

– Niech ci się układa jak najlepiej i zapomnij o mnie.

– Tato! – wrzeszczę.

– Żegnaj Izuniu. – Wstaje, jeszcze raz mierzy mnie wzrokiem i wychodzi ze spuszczoną głową.

Nie mam siły, aby za nim pobiec. Nie mam siły na nic. Wciąż go kocham i będę kochała. Bo tak czuję. Bo to prawdziwa ja. Zamykam oczy i widzę ciemność spiżarni. Przerażającą. Boję się nawet płakać. Tylko duszę w sobie wszystko, wierząc, że po każdej nocy musi przyjść dzień...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • yanko wojownik 3 miesiące temu
    Wypożyczam do przeczytania offline.
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    Nie ma problemu, Yanku.
    Dzięki.
  • pkropka 3 miesiące temu
    Witaj Antoni,
    "Mogłam spać dłużej, bo przecież nigdzie mi się nie spieszy, jednak dzisiaj jest to." - jakoś nie czuję tego zdania. Jeżeli coś ma się wydarzyć, na co czekała tyle lat, to raczej nie mogłaby spać dłużej. Tym bardziej, że opisujesz nerwy. Plus "dzisiaj jest to" mi nie brzmi.
    "Śniło mi się ciasne, ciemne pomieszczenie bez klamki" - pomieszczenie bez wyjścia? Z drzwiami bez klamki? Albo się czepiam ;) ale sama dopiero wstałam.
    Ogółem masz dużo zaimków.
    "Jest dość zimno, bo w końcu jesień" - jest, nadeszła? Co myślisz?
    "Zgarniam do torebki kupkę Miśka" - mnie by bardziej pasowało coś w stylu "sprzątam po Miśku" ale to już kwestia gustu.
    "Ale ja byłam za bardzo królową, aby jakiś napalony koleś się ślinił" - byłam za bardzo wyniosła? Ale ja byłam królową, żaden napalony...? Jakoś mi nie gra to zdanie.
    "Czemu ja wszystko robię tak szybko? Nie potrafię jak człowiek? Jestem tym zmęczona. Bardzo zmęczona. Nie mam sił. Chciałabym usnąć i przespać kilka dni.." - ten akapit czuję bardzo.
    Wklejam, żeby nie wykasowało i czytam dalej ;)
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    PKRopko,
    już wiem, jak napiszę tekst głosem kobiety, to będę dawał Tobie do przeczytania. Bo kilka osób go czytało, ale nikt nie zwrócił uwagi na takie rzeczy. Co nie oznacza, że zgadzam się ze wszystkimi uwagami. Jedne biorę w ciemno, inne na pewno zostawię, jak były, a nad kolejnymi się zastanowię.
    1 - poprawię.
    2 - zostawię.
    3 - zastanowię się. Chcę, aby to brzmiało nieliteracko, jakby mówiła to do koleżanki.
    4 - zmienię, bo Twoje brzmi bardziej kobieco.
    5 - zmienię. Bo mimo iż chciałem, aby to brzmiało nieliteracko, jak naturalna wypowiedź, to jednak chyba zbyt dużego "neologizmu" użyłem.
  • pkropka 3 miesiące temu
    Zakończenie mnie wzięło. Myślę, że osiągnąłeś zamierzony efekt, bo jestem zaskoczona, ale jednocześnie był to smutny tekst.
    Spodziewałam się raczej, że pojedzie na czyjś grób.

    Tylko jedna rzecz mi nie pasuje. Biorąc pod uwagę z kim się spotkała, to czytając miałam w głowie biustonosz push-up. Czemu miałaby rozważać założenie go?
    Nawet jeżeli była też molestowana, na co wskazuje kilka rzeczy, to wciąż wydaje mi się to dziwne.

    Ogółem ode mnie masz 5. Podobało mi się.
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    A co to biustonosza to masz zupełną rację. Widzisz, ja jestem facet i myślę inaczej. I dzięki przede wszystkim za tę uwagę, bo właśnie zdałem sobie sprawę, że to mogło "zniesmaczyć" cały tekst.
    Cieszę się, że zakończenie podziałało, jak planowałem.

    Dzięki wielkie za tak wnikliwe pochylenie się nad tekstem.

    Pozdrawiam.
  • pkropka 3 miesiące temu
    Nie ma sprawy Antoni. Ogółem całość bardzo mi się podobała. Ładnie "zachachmęciłeś" historię, do końca nie wiedziałam czego się spodziewać. Tekst mnie wciągnął, nie dziwię się, że go lubisz. Wydaje mi się bardzo prawdziwy.
    No i pokazałeś inne realia kobiety skrzywdzonej przez ojca. Dużo mówi się o wybieraniu podobnego partnera, ale mało o samotności z wyboru.

    Swoją drogą, skoro chciałeś, żeby brzmiało nieliteracko, to połowę uwag cofam ;)
    Pomogę zawsze z chęcią, ale czy ja wiem czy moje oko jest takie kobiece? :p Poza tym dobrze Ci poszło.
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    pkropka
    jeszcze raz dzięki wielkie za słowa.
    Dla mnie to ważne, że ktoś, kogo uważam za jeden z autorytetów pisania tutaj, mówi pochlebne rzeczy.

    Pozdrówka!
  • pkropka 3 miesiące temu
    Antoni, schlebiasz mi bardzo. Dziękuję za uśmiech w gorszy dzień <3
  • Angela 3 miesiące temu
    Bardzo ładnie napisany, bardzo smutny tekst : (
    ***** Pozdrawiam
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    Starałem się, poprawiałem go wielokrotnie, a i tak nadal są braki.
    Ale cieszę się, że Tobie się podobało.
    I potwierdzasz, co piszą inny – to smutny tekst.

    Dzięki za przeczytanie.

    Pozdrawiam.
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    Teraz mam mieszane uczucia i przywróciłem zdania o biustonoszu. Po słowach PKRopki wywaliłem, ale sam nie wiem. Niech jeszcze jakaś kobieta mi podpowie, proszę.
    Te słowa to: "Może założyć biustonosz pushup? W końcu mam czym się chwalić. Idealnie by to wyglądało z tą sukienką. Ale nie, to byłaby przesada, przecież nie jadę na randkę."
    Wyjaśnienia są we wcześniejszych komentarzach.

    Dzięki.
  • Angela 3 miesiące temu
    Ubierając się starannie, z dbałością o szczegóły, bohaterka mogła chcieć po prostu dodać sobie pewności.
    Przynajmniej ja to tak odebrałam.
    Tak czułeś, tak napisałeś i moim zdaniem jest w porządku.
  • pkropka 3 miesiące temu
    Mną się nie przejmuj, to tylko opinie - jak zawsze. Jeżeli uważasz, że pasuje to zostaw.
    Angela pewnie ma rację, widać bardziej się wczułeś w kobietę, niż ja ;)
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    dziewczęta,
    przede wszystkim dziękuję za odpowiedź.
    Widzicie, nie czuje się alfą i omegą, aby być pewien, że to, co napisałem, jest dobre. Oczywiście zamkniętych całości (np. starych tekstów piosenek) zmieniał nie będę, mimo iż czasem nawet mnie się nie do końca podobają, ale prozę chcę dopracować. Ale wszystko w ramach wyczucia.
    W tym konkretnym przypadku sam nie wiem. Bo z jednej strony, jeśli Iza była podenerwowana, to mogłaby nawet w w tych nerwach założyć ten biustonosz, a potem żałować - tak mi się wydaje. A z drugiej pisanie to nie rzeczywistość. Musi być odrobinę zmieniona, podrasowana, inaczej to byłby, jak w przypadku obrazów namalowanych toczka w toczkę, kicz.
    Jeszcze się zastanowię.

    Pozdrawiam Was.
  • jesień2018 3 miesiące temu
    Antoni Grycuk ja bym w tym kontekście wyrzuciła biustonosz.
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    Skoro trzy niewiasty powiedziały, że biustonosz jest be, to... (Nie będę go nosił.)
    Jak już wszedłeś między wrony... ;)
    Dzięki, dziewczęta!
  • Francis - Gorzalka 3 miesiące temu
    Krótka scenka wyrwana z życia, poruszająca trudny temat. Zaznaczyłeś sporo emocji, sprzecznych odczuć i rozterek zawsze towarzyszących przy podejmowaniu trudnych decyzji. Poprawnie napisany tekst, ale jak dla mnie zabrakło głębi, która chwyciłaby za serce, i pozwoliła wejść w duszę bohaterki, aby poczuć to, co ona przeżywa. Daję 4+
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    Francis,
    masz pewnie rację z tą głębią. Dziś napisałbym to nieco inaczej. W końcu cały czas się uczę.
    Dzięki za kilka słów.

    Pozdrawiam.
  • jesień2018 3 miesiące temu
    Antoni, będzie Ci pewnie miło, jak Ci powiem, że czytałam już ten tekst i jak tylko zaczęłam, od razu sobie przypomniałam, co będzie dalej :) Czyli został.
    Ładny, naprawdę smutny.
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    Jesień,
    bardzo Ci dziękuję. Za czytanie kiedyś, za ponowne zajrzenie i za pamięć. I oczywiście za opinię.
    A chyba najbardziej dziękuję Ci za potwierdzenie słów PKRopki. Czyli kiepski ze mnie wczuwacz w rolę kobiecą, nie to, co Ty w męską :)

    Pozdrawiam.
  • Bożena Joanna 3 miesiące temu
    Od samego początku widać, że coś stanie. Kobieta myśli o swoim życiu i o dawnym ukochanym Andrzeju. Całość burzy wspomnienie klamki, celi lub karceru. Przygotowuje się na spotkanie z ojcem jak z ukochanym, nowa suknia i emocje, które nią targają. Druga część tekstu jest już inna, wspomnienia z dzieciństwa obojga. Widać, że ojciec ją kocha, ale ma wyrzuty sumienia, że niekiedy źle ją traktował, zamknięcie w spiżarni i ciemność pozostawiły trwały ślad w jej psychice. Spotkanie z ojcem nie przynLeży jak ulał. Bioderka zarysowane, talia podkreślona, a cycki lekko upięte i wypchnięte ciut do góry.osi ukojenia, stąd znana maksyma, "że po każdej nocy musi przyjść dzień" czyli lepsze czasy. Całość bardzo emocjonalna, może tylko jedno zdanie jest czysto męskie "że po każdej nocy musi przyjść dzień.
    Jeden fragment wydaje mi się iście męski, kiedy bohaterka patrzy na siebie, przymierzając sukienkę "Leży jak ulał. Bioderka zarysowane, talia podkreślona, a cycki lekko upięte i wypchnięte ciut do góry." Pozdrawiam serdecznie!
  • Bożena Joanna 3 miesiące temu
    To zdanie czysto męskie to "widać biust, tyłeczek i prawie idealnie płaski brzuch. Przesuwam ramiączka tak, by leżały idealnie, podciągam nieco cycki. Może założyć biustonosz pushup? W końcu mam czym się chwalić." Przepraszam za pomyłkę.
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    Bożena Joanna
    bardzo Ci dziękuję za pochylenie się nad tekstem i ten długi komentarz.
    Potwierdziłaś słowa poprzednich dziewcząt, że biustonosz nie pasuje.
    Fajnie było Cię gościć.

    Pozdrawiam.
  • Marek Adam Grabowski 3 miesiące temu
    Urzekł mnie tragikomiczny styl tego opowiadania. Niby smieszny, a naprawdę smutny. Przypomina mi to "Dzień Świra", chociaż tam było mniej pesymizmu. Dobre jest egzystencjalne rozpoczęcie. Potem przechodzisz w sarkastyczny opis naszej brudnej rzeczywistości. Niektóre opisy wręcz powalają. Gratuluje ci przy tym (z nutką koleżeńskiej zazdrości) dużej liczby przychylnych komentarzy. 5
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    Dzięki, Marku, za zajrzenie i kilka słów.
    Jak już wspomniałem, cholernie lubię ten tekst, bo...
    Bo jest o dobrym człowieku, jakim była Iza.

    Pozdrawiam.
  • Dekaos Dondi 3 miesiące temu
    Antoni Grycuk→Jako całość, sposób napisania i ogólny wydźwięk - łącznie z zakończeniem - jestem na Tak.
    Aczkolwiek trochę szkoda, że w międzyczasie, nie ma bardzo krótkich wstawek retrospekcyjnych, w sensie, że rozmawia z kimś, ale tak napisane, że nie wiadomo z kim. To by ''urozmaiciło'' przekaz.  Dopiero na końcu - tak jak napisałeś - właściwa rozmowa już wiadomo z kim.
    Ale wiesz. To jeno subiektywne odczucie me. Każdy ma inne. Pozdrawiam-5
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    Dekoś,
    wielkie dzięki za wizytę i bardzo cenne rady.
    Super, że podałeś swój sposób na urozmaicenie tekstu. Bo jak czytałeś zapewne, sam zdaję sobie sprawę, że ten tekst jest ciut nudny, a nie miałem pomysłu, jak go rozkręcić. Tylko musiałbym wymyślić, jak to zrobić, aby zaintrygowało, a nie np. zchaotyzowało tekst.
    Zależy mi na takich podpowiedziach jak Twoja, bo chciałbym ten tekst poprawić. I zupełnie na marginesie, wpadła mi do głowy myśl, aby dodać jakiś przedmiot/wspomnienie, które byłoby metaforą do czegoś większego, ogólnego.
    Dzięki, chłopie.

    Pazdrawijaju!
  • Abbadon 3 miesiące temu
    Och, sam nie wiem. Chciałbym, żeby skala na Opowi szła od jednego do dziesięciu, bo pięciostopniowa po prostu nie wystarcza na taką różnorodność tekstów, jaką tu zastajemy. Fakt, ile opowiadań i tematów to efekt grafomaństwa, trollingu i dzieciarni sprawia, że piątkę tutaj powinien dostać każdy tekst robiący trzy czwarte tego co twój. Ale w gronie pisarzy twojego (Naszego? No, na pewno mam taką nadzieję) kalibru, których też tutaj nie brakuje, dawanie najwyższej oceny tekstowi z błędami jest po prostu nie na miejscu. A twój, mimo genialnego słownictwa i stylu, ma pewne niedociągnięcia.

    No dobra, ale tyle o polityce serwisu, a co z twoim tekstem? Gdybym mógł, dałbym mu na siedem, może osiem (osiem i pół?) na dziesięć. Aż do końcówki tekst jest niemalże bezbłędny. Świetna narracja, genialny język, bardzo subtelny i wyważony foreshadowing nadchodzącego finału. Tekst to melancholijny wycinek z prostego, raczej typowego życia, ale nie w nużący sposób. Idzie spokojnym, odpowiednim dla siebie tempem. Literacko jest bez zarzutu, fabularnie też. Wprawdzie całość wydaje się niczemu nie służyć, ale myślę, że gdyby wyrzucić stąd choć akapit, wszystko straciłoby cały swój klimat, głębię i w ogóle wyszło jakieś takie... formalne. Chyba właśnie ten opis codziennych czynności nadaje mu cały jego subtelny urok.
    No dobra, to tyle z chwalenia, a w czym problem? Otóż, końcówka nieco zgrzyta. Dialog dziewczyny z ojcem jest nieco sztuczny, nie brzmi naturalnie. Niby jest psychopatą czy czym tam innym, to mogę go jeszcze przeboleć, ale co z reakcją Izy? Po całym dniu spokojnego, wyważonego smakowania jej uczuć, bohaterka tak po prostu "skacze" do stanu kompletnego płaczu i rozżalenia. To nienaturalne i niewiarygodne, nawet w tej sytuacji. rozwinął by bardziej jej rekcje i sposób mówienia, tak samo jak ten jej ojca. Nieważne, że był psycholem, ludzie po prostu nie przechodzą od razu do najgrubszej rury. A jeśli chciał celowo zacząć od zrzucenia bomby, to mogła ona bardziej wybrzmieć, bo Iza jakoś tak sama skacze tutaj emocjonalnie. Myślę, że po prostu potrzeba tu szerszego opisu jej uczuć. Tak, to by definitywnie pomogło. Ne jestem też pewien co do ostatecznej puenty tej historii, ale może to tylko ja i moja krótkowzroczność.
    No dobra, to tyle z mojego narzekania. Z jednej strony mam ochotę dać ci cztery, z drugiej nie dawanie pięć byłoby tu zbrodnią. Więc chyba ostatecznie nie dam nic.
    Pozdrawiam : )
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    Abbadon,
    potwierdzasz to, co mówiło już kilka osób – dialog jest zbyt krótki. I chyba ruszę mocniej tak stary tekst i wydłużę dialog. Pomyślę, jak to zrobić.
    A co do reszty. Prawdą jest, że wyrzuciłem już sporo z tekstu, wszystko, co wydawało mi się niezwiązane z sednem. Ale trzeba pamiętać, że to, co dla nas nawiązuje do sedna, dla innych może być bez sensu. Każdy jest inny. Niemniej jednak potwierdzam, co napisałeś: "że gdyby wyrzucić stąd choć akapit, wszystko straciłoby cały swój klimat, głębię i w ogóle wyszło jakieś takie... formalne". Ale muszę powiedzieć, że teraz nieco inaczej napisałbym ten tekst. Czy lepiej? Pewnie dla większości tak, lecz dla mniejszości chyba nie. I to ostatnie wstrzymuje mnie, aby napisać ten tekst od nowa. A pisałem już, że cholernie go lubię i nie pożałuję pracy.
    Dzięki wielkie za czytanie i tak szeroką opinię. To dla mnie bardzo cenne. Nawet jeśli sugestii nie wprowadzę w ten tekst, zostaną w głowie i będą rzutowały na kolejne opowiadania.

    Pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania