Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Jak złapałem koronawirusa

Jak złapałem Koronawirusa

 

(Opisywana sytuacja miała miejsce w momencie, kiedy wszystkie granice były otwarte. Czyli kiedy sytuacja nie była jeszcze tak poważna i były dostępne loty nawet do Włoch.)

Po świecie panoszy się wirus. Od momentu, kiedy zaczęło się to dziać na większą skalę we Włoszech, zacząłem to bardziej obserwować. Nie po to, żeby wykupić cały ryż i makaron przed resztą Marokańczyków, kiedy przyjdzie na to czas, tylko dlatego, że od paru miesięcy mamy zaplanowany urlop. W skrócie miało to wyglądać mniej więcej tak.

W połowie Marca wraz z moją drugą połówką wyruszamy z Marrakeszu do Barcelony, tam spędzamy dzień, następnie lecimy do Kijowa, gdzie widzimy się z czwórką moich przyjaciół, którzy przylatują tam z Polski i Anglii. Zwiedzamy Kijów przez dwa dni, a następnie ruszamy pociągiem do Lwowa, gdzie następuje moment kulminacyjny wyjazdu, który jest jednocześnie wisienką na torcie całego urlopu. Spotykamy się całą paczką, w sumie ma stawić się około 15 osób i tam świętować trzydzieste urodziny dwójki z nich. Planowaliśmy to parę miesięcy i nie mogłem się doczekać, aż zobaczę się z cała tą patologią. Wreszcie mamy okazję spotkać się w jednym miejscu tak dużą ekipą. Wielu z nich mieszka w Anglii, ja w Maroko, reszta porozrzucana po Polsce. Z niektórymi z nich widujemy się parę razy w roku z innymi raz na rok, a z jeszcze jednym głąbem nie widziałem się ponad dwa lata, a wszyscy znamy się od dziecka. Co tu dużo pisać. To miał być melanż LEGENDARNY. Potem na parę dni do Polski, następnie powrót do Maroka i rozpoczęcie poszukiwania kogoś, kto odda mi swoją wątrobę, bo moja po okresie ciężkiego eksploatowania będzie bezużyteczna

 

Jak widzicie- plan idealny. Niestety pojawił się problem z epidemią koronakurwy.Czas do wylotu zbliżał się nieubłaganie. Dokształciłem się w dziedzienie wirusologi, jak tyko mogłem,przez te parę dni do wylotu. Żeby wam to zobrazować. Mam takie pojęcie o wirusie, jakie przeciętny Polak ma o polityce czy piłce nożnej. Znaczy się to, że jestem ekspertem.

Zwołuje konferencje na facebooku z osobami decyzyjnymi. Zebraliśmy się, żeby z pełną odpowiedzialnością na podstawie wiedzy, która posiadamy zdecydować czy w świetle ostatnich wydarzeń powinniśmy odwołać nasze spotkanie we Lwowie. Są to ludzie inteligentni, oczytani, którzy mimo tego, że nauczyciele wieszczyli im, że w najlepszym przypadku będą kopać rowy, to radzą sobie w życiu całkiem dobrze, a na pewno każdy z nich zarabia więcej niż Ci, którzy przepowiadali im taką marną przyszłość (tak wiem, że to żadna sztuka, bo teraz nawet sprzątaczka w Lidlu zarabia więcej niż nauczyciel). Każdy ma lub lada moment będzie miał trzydzieści wiosen na karku, ludzie odpowiedzialni, którzy wiele w swoim życiu przeżyli. Wychowałem się z nimi, wiem co mówię i ręczę za nich. Po burzliwej dyskusji oznajmiam, co ustalono.

Po pierwsze i najważniejsze - Lecimy.

Po drugie - Każdy na strefie bezcłowej kupuje tyle alkoholu ile uniesie.

Po trzecie - Nie kupujemy taniej szmiry, to spotkanie ma być legendarne i nic nie może tego popsuć.

Po czwarte - jeden z nas ma zabrać ze sobą grubą, co najmniej dziesięciometrową linę marynarską. Poruszanie się w takiej grupie wymaga odpowiedzialności, więc wzorem pielgrzymek każdy z nas będzie ją trzymał podczas zwiedzania. Nauczeni doświadczeniami z przeszłości na końcu tej liny obwiążemy w pasie tego co zawsze wszedzie się gubi. Dzięki temu nie spędzimy połowy urlopu na poszukiwaniach.

Po piątek - siejemy w domach propagandę, że wirus nie jest tak szkodliwy, jak mówią media,żeby prawdziwe osoby decyzyjne, czytaj „nasze Hitlery”, czyli nasze kobiety nie pokrzyżowały nam planów.

Po szóstę - Na wyjazd każdy zabiera ze sobą maseczki, płyny antybakteryjne, w czasie wyjazdu stara się unikać tłumów, regularnie myję ręce, a po powrocie przez dwa tygodnie nie odwiedza swojej babci, dziadka i siedzi w domu co by nikogo nie zarazić, bo po takim tripie jest szansa, że będzie zarażony.

Po siódmę - Każdy ma obowiązek codziennie przyjmować minimum pół litra płynnego lekarstwa podawanego doustnie w celu zabicia zarazków. Zdrowie przede wszystkim.

Jak sami widzicie. Jesteśmy odpowiedzialnymi dorosłymi ludźmi i wszystko dokładnie przeanalizowaliśmy i zaplanowaliśmy.

Po tym przydługim wstępie czas na akcję.

W dzień wyjazdu wracam z pracy. Dwie godziny po północy. Koszula w kąt, spodnie w kąt,niech leżą i czekają,aż wrócę i łaskawie je podniosę. O 11:30 mamy wylot. Wypadałoby się położyć i przespać parę godzin przed wylotem. Mój Hitler właśnie bierze prysznic więc mam małe okienko czasowe, żeby działać. Ruszam do kuchni. Biorę szklaneczkę, wrzucam trzy kostki lodu i wyciągam whisky z lodówki. Nalewam do pełna, bo wiem, że drugiej okazji, żeby juzupełnić zapasy może już nie być. Biorę sporego łyka i rozpoczynam wakacje.

 

Parę godzin później budzi mnie mój Adolf.

- Mateusz!! Wstawaj, bo się spoźnimy - krzyczy spanikowana.

Otwieram jedno oko i sięgam na półkę obok łóżka gdzie zazwyczaj leży mój telefon. Niestety tym razem znalazłem tam tylko moją pustą szklnkę, która opróżniłem przed spaniem. Moja spanikowana druga połówka dalej panoszy się po domu, ja w końcu znajduje pod poduszką swój telefon. Okazuję się,że jest dopiero dziewiąta. Skąd więc ta panika?

Nie od dzisiaj znam tego gamonia i wiem, że gdybym jej powiedział, że wyjeżdżamy na lotnisko o dziesiątej, to byłaby gotowa godzinę później, a wtedy bez wątpienia byśmy się spóźnili. Więc zawsze, gdy pyta, na którą ma być gotowa, to podaje jej czas zaniżony o godzinę. Dzięki czemu zawsze jesteśmy na czas. Proste i skuteczne.Na lotnisko mamy pięć minut taksówką więc spokojnie zdążymy.

Godzinę później jesteśmy na lotnisku. Pominąłem opis każdorazowego przedwyjazdowego rytuału stresu, nerwów i krzyków. Ważne, żebyście wiedzieli, że siedząc w taksówce, nie rozmawiamy ze sobą. Jest foch- nikt chyba nie ma wątpliwości, kto tego focha strzelił. Na lotnisku bez niespodzianek. Mnie boli głowa po wczorajszym whisky ,tamta wściekła jak osa, a reszta według planu. Wsiadamy do samolotu i startujemy. Moja zwija się w kłębek przy oknie i zasypia. Do mnie podchodzi stewardessa i pyta co podać. Sprawdzam czy Adolf ma włączone WiFi i naprawdę śpi, czy tylko tryb czuwanie.

-Jutka chcesz coś? Kawkę może? - pytam grzecznie.

Nie ma odpowiedzi, czyli śpi.

- W takim razie poproszę podwójna whisky z lodem - mówie z uśmiechem do stewardessy.

- Już podaję - odpowiada grzecznie,a ja cały w skowronkach ciesze się wakacjami.

 

Tak powinno to wyglądać. Tyle że jestem wieśniakiem z Polski i moja może się lada chwila obudzić, to wygląda to tak:

- W takim razie poproszę wodę z dużą ilością lodu. Tylko jeśli to nie problem to proszę w kubku po kawie dobrze ? - pytam ściszonym głosem.

- Dobrze. Już podaje... - odpowiada zażenowana, a ja wiem, że ona wie.

Po krótkiej chwili dostaję co zamówiłem. W momencie, gdy pani znika z pola widzenia, po cichutku co by nikogo nie obudzić wyciągam z plecaka mój złoty trunek, który kupiłem ukradkiem, gdy moja wściekła kochana osa poszła zapalić. Wypijam wodę z kubka, żeby został sam lód, w miejsce wody dolewam whisky. Wakacje!

Po dwóch i pół godzinach lotu lądujemy w Barcelonie. Jestem w bardzo dobrym humorze. Moja nie bardzo. Po pierwsze chce jej się palić, a po drugie wiadomo, foch. Jesteśmy w połowie drogi do wyjścia.

- Mateusz ja idę zapalić - mówi i lezie do palarni, nie czekając na zgodę (tak wiem, że to skandal).

Ona poszła,a ja zostałem jak dureń, na środku lotniska. Stoję,rozglądam się i zwiedzam. Pierwsze, na co padł mój wzrok to bar. Od razu zapaliła mi się lampka, że warto by tam zajrzeć i zapodać coś na rozruch co by się lepiej zwiedzało. Jednak po chwili namysłu stwierdzam, że nie ma sensu, że to jednak przesada, że ledwo dzień się zaczął i ogólnie to nie jest dobry pomysł. Podczas gdy o tym rozmyślałem, nogi same zaprowadziły mnie na miejsce. Podchodzi barman i odzywa się po hiszpańsku. Okazuje się, że ledwo gada po angielsku, a ja po hiszpańsku gadam tak jak Joey z przyjaciół po francusku. Dla niewtajemniczonych - poziom minus jeden.

- Alkohol, mocny- mówię głośno i wyraźnie mając nadzieje, że te słowa akurat zrozumie i domyśli się, że nie chce piwa.

- Alkohol? Mocny ? - pyta z szerokim uśmiechem

Super, czyli kuma. Jesteśmy w domu.

- Daa, dawaj mocny. Wódka, whisky czy co tam masz byle szybko, bardzo bym prosił - mówie mu obracając się i skanując teren czy nie zostałem czasem przyłapany. Nie chce dolewać oliwy do ognia. Na razie jest czysto.

Barman zaczyna się krzątać, ewidentnie czegoś szuka,nie bardzo mu to idzie,a tu czas nagli. W końcu wyciąga butelkę mocno czereśniowego płynu, na którym widnieją jakieś hiszpański napis.

No i to rozumiem,jeszcze nie wyszedłem z lotniska,a już się ukulturawiam poznając lokalne smaki. Spoglądam po raz kolejny za siebie i widzę Jutę,zbliża się do miejsca, w którym mnie zostawiła i nerwowo się rozgląda. Wystarczy, że spojrzy w moją stronę i zostanę zdemaskowany. Odwracam się do baru,a przede mną już stoi sporych rozmiarów pełny kieliszek. To pewnie ten typ z grubym szkłem, co by się wydawało,że alkoholu jest więcej, niż jest w rzeczywistości. Znany trik, ale ja wiem co jest granę,starego misia na sztuczny miodek chcą oszukać.Szybko oceniam,że to jest standardowa pojemność, czyli pięćdziesiąt mililitrów. Nie ma jednak czasu się nad tym rozwodzić. Trzeba działać,patrzcie więc torreadorzy na Polaka w akcji - myśle w duchu i przechylam na raz.

Problem w tym,że szkło kieliszka jednak nie było pogrubiane...

Przełknąłem ile tylko mogłem, a i tak sporo w jadaczce zostało. Zanim uporałem się z resztę trunku, wiedziałem już ,że będę tego srogo żałował. Nie był to alkohol o standardowej mocy, ale coś, co mogę porównać do mocy naszego bimbru. Minimum siedemdziesiąt konia. Przy pierwszym łyku jeszcze dałem radę zachować godność,ale po drugim zakrztuszenie się i zacząłem kaszleć jak opętany. Nie weszło, nie weszło jak cholera! Nie uroniłem ani kropli, ale skutki były opłakane. Wolnym krokiem zacząłem uciekać z miejsce zbrodni w stronę mojego Hitlera, który ciągłe mnie nie widział,była odwrócona plecami do całego wydarzenia,nie miała pojęcia, co teraz przeżywam i jak bardzo pokutuje za to,że śmiałem ja z rana zdenerwować.

W połowie drogi podchodzi do mnie dwóch zamaskowanych panów i zaczynają coś mówić w lokalnym języku. Co gorszę,nie są to tajniacy w kominiarkach, którzy podejrzewają ,że przemycam coś w swoich czterech literach,a goście ubrani jakby uciekli z planu na którym kręcili film "epidemia" ( coś jak na zdjęciu do posta). Stoję przed nimi dalej się krztusząc,walcząc ze swoim żołądkiem, żeby nie zwrócić tego, co wypiłem, rura mnie pali,a do tego cały zlany potem. Tamci długo nie myśląc, biorę mnie pod ręce i prowadzą jak kryminalistę. Zanim się obejrzałem, szedłem już jakimś pustym korytarzem. Szybko zacząłem wracać do siebie i orientować co się dzieje. Zaczynam do nich mówić,że ze mną już wszystko okej i tylko się zakrztusiłem alkoholem, bo wujek Mateusz się trochę przeliczył i chciał wciągnąć setkę bimbru na raz, a Ci nie przerywając naszego spaceru, odpowiadają,że oni w tym języku ni chu chu nie gadają. Nagle z kieszeni odzywa się mój telefon. Jeden z nich puszcza moje ramie co odczytuje jako znak,że mogę odebrać.

Na wyświetlaczu wyskakuje zdjęcie pana z czarna grzywka zaczesana na bok i charakterystycznym małym wąsikiem pod nosem. Wiadomo kto.

Odbieram.

- Mateusz co się dzieje ?! Gdzie oni Cię zabierają ? - Krzyczy spanikowana. Widocznie widziała jak mnie wyprowadzają i jest w jeszcze większym szoku niż ja.

- Spokojnie , nie panikuj - uspokajam, po czym tłumaczę spokojnie sytuacje.

- Po pierwsze to mi nie przerywaj, bo mam 6% baterii i zaraz mi padnie telefon.

- Jak ty poszłaś na papierosa, to ja poszedłem się czegoś napić, po czym na środku lotniska zacząłem kaszleć jak głupi, bo zakrztusiłem się wodą,a Ci idioci..

 

W tym momencie panowie spojrzeli na mnie wymownie. Zapomniałem ,że słowo idiota znaczy to samo w każdym języku.

 

- Pomyśleli ,że mam tego wirusa i mnie zgarnęli.

- Nie wiem gdzie mnie teraz prowadzą, bo nie gadają ani trochę po angielsku. Idziemy jakimiś bocznymi korytarzami. Na razie nie panikuj, odbierz bagaże i czekaj ,aż Ci dam znać. Nie wydzwaniaj do mnie, bo mi rozładujesz telefon. Jakbym się nie odezwał, to znaczy,że padł mi telefon, wtedy jedź do hotelu i tam czekaj,aż Ci dam znać. Ja nie będę mówił,że przyjechałem z Tobą, bo i Ciebie zaczną męczyć. Zrozumiałaś?- pytam uspokajającym głosem.

- Co?! Mateusz jaja sobie robisz?! Jak ja mam trafić do hotelu, jak mam nie panikować, ja Cię zabije! - drze mi się do ucha.

Czyli mój uspokajający ton za bardzo nie pomógł.

- Juta proszę Cię,nie panikuj i nie krzycz. Właśnie dochodzimy do karetki, pewnie zmierza mi temperaturę, okaże się ,że wszystko jest okej i zaraz się zobaczymy. Kończę, zanim rozładuje się bateria. Pamiętaj,że jak się nie odezwę w ciągu godziny,to znaczy,że padł mi telefon i masz jechać do hotelu. Na pewno tak nie będzie, po prostu mówię Ci to na wszelki wypadek Ok?

- Okej...

- Super. To kończę,pa.

 

Rozmowa zakończona, a ja stoję przed karetką i wcale nie jestem tak spokojny,jak udawałem przez telefon. Po chwili z karetki wychodzi jeszcze dwóch identycznie ubranych gości i zaczynają rozmawiać z moimi porywaczami. Znowu próbuje się odezwać, ale skutek jest taki jak poprzednio. Zero angielskiego. Dobra. Nie działamy nerwowo,zobaczymy co będzie. Tamci gadają,a ja staram się przypomnieć cokolwiek po hiszpańsku, z którym ostatnio miałem styczność oglądając "dom z papieru".

Tamci dalej dyskutując, otwierają tylne drzwi karetki i gestem zapraszają mnie do środka. Siadam grzecznie na łóżku, zadowolony,że zaraz mnie przebadają i ten cyrk się skończy. Ledwo siadłem,a Ci jeb drzwiami i przez moment zostaje sam w środku. Za chwile dwóch z nich wsiadło z przodu ,a przez okienko tylnych drzwi widzę jak Ci,co mnie tu przyprowadzili, wracają na lotnisko. Beze mnie. No i tu już zaczynam panikować.

- Hey Hey Hey! Co jest grane panowie! Ja tylko chciałem się napić , nie jestem chory, zakrztusiłem się tylko - krzyczę do nich,ale wiem ze zrozumieli z tego tylko pierwsze trzy słowa..

Kierowca obraca się do mnie i ze spokojem w głosie jakby mnie informował, która jest godzina.

- Tranquila por favor - mówi grzecznie,co miało chyba oznaczać prośbę o spokój.

Wspinam się wiec, na wyżyny mojej inteligencji przypominając sobie co umiem w ich języku.

- Aloha amigo! - krzyczę - No tranquila, no tranquila! Ke passa amigo ? Ke passa?!

Co miało zabrzmieć groźnie, jakbym go opieprzał i pytał się co się tu do cholery dzieje. Jednak śmiech jego kolegi uświadomił mi,że za bardzo to się chyba nie wystraszyli. To by było tyle, jeśli chodzi o wspinanie się na wyżyny.

 

- Hospital - odpowiada krótko kierowca,po czym odpala karetkę i rusza.

Zrezygnowany wyciągam telefon. 2% baterii. Pisze SMSa

„Wiozą mnie do szpitala, nic nie wiem, bo się nie możemy dogadać. Mam nadzieje,że zrobią mi tam badania i wypuszcza. Czekaj na mnie w hotelu i nie panikuj. Ogarnę jakoś ładowarkę i się odezwę”.

Wyślij. Dostarczono. Telefon padł,a razem z nim padłem ja tyle,że na łóżko. Zanim zdążyłem pomyśleć w jak wielkiej dupie jestem, świat zaczął się kręcić. Bimber zaczął działać.

Podczas drogi do szpitala próbowałem jeszcze kilka razy nawiązać dialog, ale panowie nie byli zbyt rozmowni. Nie mieli też ładowarki, więc nie mogłem podładować telefonu. Nad czym w obecnej sytuacji za bardzo nie rozpaczałem. Rozmowa z wściekła i przerażoną kobietą zostawioną na środku lotniska w jednym z większych miast w europie, na pewno byłaby miłym doświadczeniem. Z pewnością też pomogłoby to, że jestem coraz bardziej wstawiony. Siedzę więc na dupie i gdybam, jak skończy się ta sytuacja. Zawsze w głowię rozważam różne możliwe scenariusze. Od najgorszego, do tylko trochę chujowego. Mój mózg funkcjonuje tak, że podczas takich rozmyślań bardzo rzadko biorę pod uwagę dobre zakończenie. Wolę się mile zaskoczyć, niż niemile rozczarować. Szczególnie w tej sytuacji jest mała szansa, że po szybkich badaniach wypłacą zadośćuczynienia w kwocie 500€ za pomyłkę i szkody moralne, a w hotelu będzie na mnie czekać Justyna ubrana w samą bieliznę z dobrą whisky w ręce. Raczej przewiduje katastrofy.

 

Najgorsza z nich mówi o samotnej śmierci w męczarniach przywiązanym do łóżka. Trochę mniej zła to taka, w której spędzam dwa tygodnie na kwarantannie, a w tym czasie Juta zostawia mnie samego i leci bawić się na Ukrainę. Najmniej zła, jaką wymyśliłem i która uważam za najbardziej realną to taka, w której robią mi badania krwi, a po dwóch dniach okazuję się, że nic mi nie jest. Z wyjazdu jednak nici, bo samolot odleciał, a Juta nie wiedząc, że sam sobie zgotowałem ten los, współczuje mi ciężkich przeżyć i nie jest już zła. Każda ze scenariuszy jest dużo bardziej szczegółowy, jest ich dużo więcej i co drugi kończy się romansem Juty z recepcjonistą, moją śmiercią z jej rąk czy bycie torturowanym przez tutejszą policję, żebym wyjawił, z kim widziały mnie kamery na lotnisku. Wyjdźmy jednak z mojej głowy. Nie chcemy otwierać tych drzwi.

 

Dojeżdżamy na miejsce. Zatrzymujemy się na podziemny parkingu. Mam nadzieje, że to szpital, a nie tajna placówka rządowa gdzie będą przeprowadzać na mnie testy medyczne. Tylne drzwi karetki otwiera dwóch nieznanych mi dotąd panów w jeszcze bardziej wypasionych kostiumach. Podają mi worek, w którym znajduję rękawiczki, maseczka i już nie tak kozackie wdzianko, jak mają oni, biedniejsze nawet niż mają Ci, co mnie zgarnęli. Średnio mi się to podoba. Będąc w miejscu, gdzie bada się i leczy (mam przynajmniej taką nadzieję) chorych na koronawirusa jestem ekstremalnie narażony na złapanie tego, o co mnie podejrzewają. Wolałbym więc dostać jakieś kozackie wdzianko, a nie jednoczęściowe badziewie z papieru. Nie jestem jednak marudny człowiekiem, więc zakładam mój nowy uniform, po czym przeglądam się w lusterku karetki. Nie widzę całego obrazu, więc instynktownie sięgam do kieszeni.

- Przepraszam, mógłby mi pan zrobić zdjęcie? - pytam grzecznie i wyciągam telefon w stronę jednego z nich.

Panowie patrzą na mnie jak na idiotę i kiwają przecząco głową. Racja, nie da się przecież zrobić zdjęcia rozładowanym telefonem.

 

Następnie Ci w lepszych wdziankach prowadzą mnie na koniec parkingu, gdzie znajdują się drzwi na korytarz, następnie schodami górę, w lewo, w lewo, w prawo, schodami w dół, znowu w górę. Nie tak wyobrażałem sobie zwiedzanie Barcelony. Spaceruje z nimi, upijając się oparami wydychanymi do maseczki. Jestem pogodzony z tym, że mam przejebane. Wypity wcześniej alkohol powoduję, że mimo stresu zaczyna mnie to bawić. W końcu wchodzimy do gabinetu, jeden z nich siada za biurkiem, a drugi pokazuje żebym usiadł, na szpitalnym łóżku w boku sali. W końcu mnie przebadają.

- IDentyfity car - duka do mnie próbując gadać po angielsku.

- Jaki car? Panie ja tu samolotem przyleciałem - odpowiadam, rozkładając ręcę i naśladując samolot, żeby pomóc biedakowi zrozumieć.

- Card! Identyfity card please- odzywa się ten drugi.

-Aaa.. to nie mam - odpowiadam zgodnie z prawdą - została na lotnisku w bagażu.

- Que? - Pyta jeden drugiego i znowu zaczynają dyskutować między sobą, a ja się dziwie skąd oni znają Quebnafide.

- Card please - proszą po chwili po raz kolejny, jakbym to ja był tym, co nie rozumie po angielsku.

- Nie mam - mówie powoli i wyraźnie, po czym wyciągam z kieszeni parę euro i telefon, żeby pokazać, że to wszystko, co mam.

Panowie w końcu zrozumieli i wrócili do rozmowy między sobą która skończyła się wzruszeniem ramion jednego i przerażoną miną siedzącego za biurkiem.

Domyśliłem się już, że panowie nie mają zamiaru mnie badać, bo nie są lekarzami, a ich zadaniem jest wypełnienie papierów, by móc mnie przyjąć na oddział. Co zdecydowanie utrudnia fakt, że nie mam przy sobie dokumentów. Trzy sekundy po tym, jak na to wpadłem, przyszedł mi do głowy plan jak odegrać się za to, że zrujnowali mi wakacje. Niezbyt mądry i mogący sprawić mi jeszcze więcej problemów, ale w tym stanie średnio się tym przejmowałem.

- Imie prosze - odzywa się ten, do którego należała czarna robota.

- Tadeusz Dusigrosz Ojciec Rydzyk-Bezsumienny - odpowiadam z poważną miną.

- Que?! - krzyknął.

- Tadeusz to pierwsze imię, Dusigrosz mam na drugie. Ojciec, bo jestem ojcem wszystkich biednych i schorowanych katolików, którzy są moimi fanami, a Rydzyk-Bezsumienny to moje podwójne nazwisko - tłumaczę grzecznie, mając świadomość, że nie skumali ani słowa.

To już było dla niego za dużo informacji, których nie rozumie. Wziął jedna z kartek, które miał przed sobą i wręczył mi ją, żebym sam sobie to wypełnił.

Cholera. Na to akurat nie wpadłem. Miałem nadzieje, że odegramy scenę na wzór tej z „Jak rozpętałem drugą wojnę światową". Wypisuję jednak podsunięta mi kartkę, bawiąc się przy tym doskonale. Oczywiście dalej zmyślając.

Imie i nazwisko: Tadeusz Dusigrosz Ojciec Rydzyk-Bezsumienny

Adres: Ul. Ręntowa 666, Toruń

Imie i nazwisko matki: Belzebubka Zachłanna

Imie i nazwisko ojca: Jarosław Kaczyński aka Dyktator Masturbator

W razie problemów proszę kontaktować się z:

Donald Tusk von Pucybut Cesarzowej

 

Doskonale zdaję sobie sprawę, że bzdury, które wypisałem, to nie jest humor najwyższych lotów, ale ubawiłem się przy tym po pachy. Do tego wzrok gości, kiedy zastanawiam się kogo wpisać jako swoich rodziców - bezcenny. Resztę danych jak data urodzenia, przylotu itp. wpisałem zgodnie z prawdą.

Następnie opuszczamy wspólnie gabinet, idziemy do końca korytarza i stajemy przed masywnymi drzwiami, tamci naciskają wielką klamkę, a następnie odsuwają je na bok. Panowie zapraszają mnie do środka małego pokoju, w którym stoi łóżko, stolik, krzesełko i umywalka, zero okien, zero sprzętu, zero szans, że nie zwariuje. Oczami wyobraźni widzę, jak za tydzień któryś z nich przypomni sobie, że jakiegoś Polaka zamknęli w dawno zapomnianej i nieużywanej części szpitala w izolatce dla pacjentów niebezpiecznych. Po czym biegnie zobaczyć czy dalej żyję, otwiera drzwi, a za nimi leży nieprzytomny już nie tak gruby gość, a na ścianach zapisane jakieś dziwne zdania, w języku którego nie rozumie. W momencie, kiedy zastanawiałem się, czy zdania tę będą zapisane moją krwią, czy jednak kałem usłyszałem za sobą głos zamykanych drzwi.W tył zwrot,podbiegam do drzwi i probuję je rozsunąć, ale są już zatrzaśnięte i nie da się ich otworzyć z mojej strony.

- AMIGO KE PASSA?! - krzyczę przez okienko w drzwiach.

Na co ten, z którego robiłem sobie wcześniej jaja, dyktując mu te bzdury, wyjaśnia mi kilkudziesięciosekundowym monologiem, co się właśnie dzieje i jakie podjęli kroki. Po Hiszpańsku. Wyłapuje z nich tylko takie słowa kwarantanna, doktor i kontrola.

- Adios Amigo - mówi na zakończenie swojego wywodu, po czym puszcza mi oczko i odchodzi.

Mam za swoje, tak kończy się robienie sobie jaj, z tych, co mają, chociaż minimalną władzę nad Twoim losem. Kładę się na łóżko, w głowię układają się kolejne scenariusze zakończenia tej historii.

Budzę się po pewnym czasie. Nie wiem, która jest godzina, dotykam swojej twarzy, żeby sprawdzić długość zarostu i upewnić się, że nie spałem czasem kilka dni. Jestem ogolony, więc ciągle trwa ta cudowna przygoda... Siadam i czuję lekkie zawroty głowy. Kaca jeszcze nie ma, dalej czuję się lekko wstawiony, co oznacza, że spałem pewnie z dwie, może trzy godziny. Przy drzwiach stoi zgrzewka wody- czyli ktoś tu był. Nie jestem podłączony do żadnej kroplówki i nie ma w sali żadnego nowego sprzętu- czyli nikt mnie nie badał. Wstaje i przechodzę kilka kroków, dupa nie boli- czyli nikt mnie nie wyruchał. Czyli najczarniejszy scenariusz, na razie się nie sprawdza.

Analizujemy dalej. Skoro nikt mnie nie porwał, nie wykorzystał, ani nie uśpił na kilka dni, to znaczy,że prawdopodobnie jestem w szpitalu i dalej nie miałem żadnych badań. Pamiętają o mnie, bo przynieśli wodę. Wylądowaliśmy przed południem, plus parę godzin tej paranoi więc do końca dnia jeszcze trochę zostało. Ciągle mogę zdążyć na jutrzejszy samolot i zrobić z siebie ofiarę losu, że ta cała sytuacja nie jest z mojej winy i ugrać tym cały weekend zatracania się w alkoholizmie, by zapomnieć o traumatycznych przeżyciach i nie mieć z tego powodu awantur. Znając jednak mojego Hitlera, to nawet jakby mnie gwałcili cała noc, to pierwsze co bym od niej usłyszał, to opieprz, że jak mogłem zostawić ją samą na takim wielkim lotnisku. Ona się przeze mnie martwiła, miała płaczki opalając się na balkonie pokoju hotelowego i pijąc margerite.

W każdym razie da się jeszcze uratować tę sytuację. Przede wszystkim fajnie byłoby wytrzeźwieć, zanim zrobią mi jakiekolwiek badania. Postanawiam pić jak najwięcej wody i zrobić sobie trening, żeby wypocić alkohol. O ile w piciu mam praktykę to w robieniu treningu w izolatce już nie bardzo. Więc improwizuję. Ściągam kombinezon ochronny i ubrania, żeby tego wszystkiego nie przepocić. Zaczynam robić jakieś brzuszki, pompki i inne bzdury, które sprawią, że się zmęczę. Jednocześnie mam nadzieje, że ta cała sytuacja to nie jest jakieś reality show i nikt nie nadaję tego na żywo.

 

-"Dziwne.. nie jestem gejem,ale skaczące cycki tego gościa podczas sprintu w miejscu są całkiem podniecające" - Nie pomyślał żaden z widzów.

Po naprawdę krótkim czasie tej żenady padam na podłogę i ciężko oddycham. W tym momencie drzwi się rozsuwają, a w nich ukazuję pielęgniarka.

Rozumiemy się? Babka pewnie dostała polecenie, żeby iść zobaczyć co się dzieje z tym gościem z Polski, wchodzi do izolatki, a tam jakaś foka w samych bokserkach leży na podłodze i ledwo sapie. Do tego miałem bokserki, które nie uciskają moich klejnotów i są całkiem przewiewne, więc jest spora szansa, że zobaczyła też mojego kolegę. Reakcja babki jest oczywista, zasuwa drzwi i tylko słychać jak spiernicza w panice.

Mimo wstydu jakiego właśnie doświadczyłem, wstaję i szybko się ubieram. Logika podpowiada, że pielęgniarka pobiegła po lekarza, bo jest pewna, że umieram na koronawirusa. Uspokajam oddech, siadam na krzesełku i czekam. Po krótkiej chwili drzwi się rozsuwają i staje w nich lekarz ubrany w swój kozacki kombinezon, patrzy na mnie, ciężko oddychając. To znaczy, że biegł ratować fokę, wchodzi do fokarium, a foka siedzi sobie przy stoliku, noga założona na nogę ze znudzoną miną jakby czekała na zamówioną kawę. Zdziwiony patrzy na pielęgniarkę, ona na mnie, na niego i widzę, że jej mózg kompletnie nie ogarnia, co tu się wydarzyło. Podejrzewam, że do końca życia będzie sobie wmawiała, że to był koszmar na jawie spowodowany zmęczeniem.

Korzystając z szoku, jaki wywołałem, wstaję pewnie z krzesełka, prostuję się, stopy na szerokości ramion, głowa wysoko. Genialnie odgrywam rolę pewnego siebie gościa, który ma tutaj wszystko pod kontrolą.

- Przepraszam, czy mówi pan po angielsku? - pytam, patrząc mu prosto w oczy.

- Tak proszę pana, mówię po angielsku - odpowiada z amerykańskim akcentem.

Mimo że nie bardzo wie,co tu się dzieję,to on nie musi udawać. On jest pewnym siebie, wykształconym lekarzem w średnim wieku, a nie trzydziestoletnim durniem, który przez cały dzień tylko się pogrąża, a teraz na kacu świruje ważniaka. Powiedziałem jednak A, to trzeba powiedzieć B. Gramy dalej w tę grę.

- Domyślam się, że nie jest pan świadom sytuacji, w jakiej się znalazłem i jestem dla pana kolejnym pacjentem z podejrzeniem wirusa, który miał swój początek w Chinach. Tak się składa, że bacznie śledzę rozwój tego, że tak się brzydko wyrażę „cholerstwa". Stąd też wiem, jakie przynosi objawy i pragnę zapewnić, że nie mam żadnego z nich. To, co dzisiaj przeżyłem, ja to wszystko rozumiem, chcę jednak dać wyraz zdumieniu, że to mnie postrzegacie jako winowajcę, tymczasem ja widzę siebie w roli ofiary, ofiary niewytłumaczalnego nieporozumienia...

W podobnym tonie opowiadam mu cała historie, oczywiście ugrzecznioną i bez zbędnych szczegółów. W tym czasie pielęgniarka znika gdzieś zdezorientowana, a lekarz słucha bez słowa całej historii.

- Rozumiem - odpowiada po moim teatralnym zakończeniu - Jednak musi pan też zrozumieć mnie. Nie mogę pana wypuścić bez badań, nawet jeśli nie ma pan objawów, to musimy wykonać potrzebne badania. Przykro mi, że taka sytuacja miała miejsce i dopilnuję, żeby pana testy na obecność wirusa zostały zrobione jak najszybciej. Jednak mimo to potrwa to, co najmniej dwadzieścia cztery godziny. Przyślę zaraz pielęgniarkę, by pobrała panu krew, a następnie proszę cierpliwie czekać na rozwój sytuacji.

- W takim razie czy mogę, chociaż prosić o ładowarkę? - pytam, mając cholerną nadzieje,że chociaż tyle uda mi się zdziałać.

- Teoretycznie nie możemy udostępniać swojego sprzętu pacjentom... ale zrobię wyjątek i pożyczę panu swoją - odpowiada,po czym dodaje wychodząc - powiem pielęgniarce, żeby ją przyniosła.

Granie ważniaka jednak trochę pomogło. Będzie kontakt z Hitlerem, do tego internet więc może uda się przebukować bilety na dzień później. Jeszcze nie wszystko stracone. Dajcie mi tylko dostęp do świata, a opanuje sytuację i przede wszystkim nie zwariuje.

Po paru minutach przychodzi ta sama pielęgniarka co wcześniej. Bez słowa wręcza mi ładowarkę i zabiera się do roboty związanej z pobieraniem krwi. Po tym, co się wcześniej wydarzyło, atomsfera jest napięta jak baranie jaja, ale mam w tym momencie ważniejsze sprawy do załatwienia. Szybko podłączam ładowarkę i odpalam telefon, podczas gdy ona siedzi tuż obok, szukając takiego miejsca do nakłucia żebym się zesrał z bólu,ja już spoglądam na wyświetlacz telefonu i czekam, aż zacznie przychodzić spam wiadomości od Führera. Nic takiego jednak nie ma miejsca, cisza. Tak szybko znalazła sobie jakiegoś torreadora?

- KURWA KURWA KURWA !! - Wykrzykuję nagle

Na co pielęgniarką, która już miała zrobić nakłucie, tak się wystraszyła, że podskoczyła,wyjebała się na plecy i patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Podnoszę się, żeby pomóc jej wstać równocześnie co chwilę przepraszając za swój nagły wybuch spowodowany zorientowaniem się, że w tych piwnicach nie ma zasięgu.

- Nie macie wi-fi? Noł wi-fi? - pytam błagalnym głosem.

- puta madre noł! Noł wi-fi! - Sykneła,zbierając się z podłogi.

Katastrofa. Mam telefon, a mimo to jestem odcięty od świata. Następne kilka minut spędziłem unikając nienawistnych spojrzeń mojej towarzyszki i ubolewając nad swoim marnym losem. Po zakończonej robocie wyciągneła z kieszeni małe urządzenie, położyła je na stoliku i wyszła bez słowa. Okazało się, że jest to niewielki pilot z jednym guzikiem, a nad nim mały napis „WC". Na razie nie mam potrzeby go testować.

Parę godzin później, leżąc na łóżku i nie mogąc pogodzić się z tym, że ominie mnie ten epicki wyjazd, wpadłem na jeszcze głupszy pomysł niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Postanowiłem uciec.

Plan był taki, że po ucieczce ze szpitala, łapie taksówkę i jadę do Hotelu, w którym jest Juta. Nikt nie wie jak się na prawdę nazywam, więc na lotnisku nie powinno być problemów. Odcisków też nigdzie nie zostawiłem, bo ciągle mam na sobie rękawiczki. Mogą mnie znaleźć tylko po wyglądzie. Kupie czapkę, Juta mnie pomaluję i może się uda. Najważniejsze to uciec ze szpitala. To nie jest więzienie, a ja oglądałem Prison Break plus parę innych filmów czy seriali o uciekaniu, więc co może pójść nie tak?

Gotowy do akcji naciskam guzik „WC" i czekam bawiąc się zakrętką od butelki. Po chwili przychodzi po mnie jeden z pielęgniarzy. Rozsuwa drzwi, kiwa głową na przywitanie i staje przed drzwiami czekając,aż się ruszę.Wychodząc zwalniam w progu,oglądając niby z ciekawości drzwi mojego więzienia. Następnie idziemy pustymi korytarzami, mijając inne izolatki. Wejść do każdej z nich można tylko od zewnątrz, rozsuwając je po wcześniejszym naciśnięciu klamki, a po zasunięciu automatycznie się zatrzaskują. Z moim stróżem też nie mogłem pogadać, więc szedłem za nim i starałem się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. W końcu dochodzimy do toalety, która jak dobrze pamiętałem była zaraz obok pomieszczenia, w którym wypisywaliśmy kartę przyjęć. Gość staje przed nią i czeka, aż wejdę, a ja niby przypadkiem mylę drzwi i wchodzę do wcześniej wspomnianego gabinetu. Zanim tamten zareagował i zdążył się oburzyć, ja już przepraszałem za swoją głupotę, po czym grzecznie wszedłem do łazienki, a on został na zewnątrz. Niestety w toalecie, tak jak i w moim pokoju czy gabinecie nie było okna, przez które mógłbym uciec, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że jesteśmy pod ziemią, stąd też brak zasięgu. Po wyjściu z łazienki wracamy tą samą drogą, tym razem jednak ja prowadzę, a on ze znudzoną miną idzie za mną. Wykorzystuję więc jego zamyślenie i udając zaskoczenie, pokazuję na drzwi z napisem "médico" i wchodzę do kolejnego gabinetu. Tak jak poprzedni ten też jest pusty, a ja znowu przepraszam i staram się wytłumaczyć, że chciałem porozmawiać z lekarzem. Gość ewidentnie ma mnie za idiotę, zresztą jak prawie każdy, kto mnie tutaj spotkał. Chwile później byłem już w swoim pokoju, słuchając oddalających się kroków.Znowu sam, w ciszy. Dla pewności odczekałem jeszcze chwile, po czym rozsunąłem drzwi.

 

Wszystko poszło zgodnie z planem, ale mimo to byłem w szoku, że trik zadziałał. Zapamiętałem to z serialu MacGyver, którego oglądałem za dzieciaka. W jednym z odcinków główny bohater był uwięziony w jakimś pomieszczeniu z takimi samymi drzwiami i właśnie w taki sposób się z niego wydostał. Czyli w ten rowek w podłodze wrzucił jakiś mały przedmiot, przez co drzwi po zasunięciu zamykały się, ale nie zatrzaskiwały. Dzięki czemu można było potem je rozsunąć. Ja użyłem do tego korka od butelki po wodzie i upuściłem go,wychodząc do toalety. Wiem, że cwane.

Wychodzę nieco zdziwiony, ale i zadowolony, że nie muszę korzystać z planu B, w którym to miałem zamiar siłą wrzucić gościa do izolatki, co pewnie skończyłoby się pobiciem. Wielce prawdopodobne jest, że to ja byłbym tym który został pobity. Mniejsza z tym, najważniejsze, że się wydostałem. Adrenalina buzuję w żyłach, serce zaczyna bić mocniej. Jest to oddział zakaźny, więc zakładam, że nie da się z niego tak po prostu wyjść. Skutkiem ubocznym tego wszystkiego jest to, że ze stresu zaczyna mnie kręcić w żołądku. Ten typ tak ma. Mimo to ruszam dalej, za późno, żeby przerwać akcję. Najciszej jak potrafię, skradam się do gabinetu lekarza. Po wejściu zaczynam szybkie przeszukanie. Po paru minutach mam już to, czego szukałem. Brakuję mi najważniejszej rzeczy, która mam nadzieje znaleźć w drugim odwiedzonym przeze mnie wcześniej pomieszczeniu. Zanim wyszedłem, zostawiłem krótką notatkę z przeprosinami za cała tę sytuację i zostawiłem ją razem z ładowarką na biurku.

Do drugiego pokoju również dostaje się bezproblemowo, szczęście mi sprzyja, bo w pierwszej szafce, jaką otworzyłem, znalazłem stos porządnych uniformów ochronnych. Przebieram się w jeden z nich, na szyję zakładam stetoskop, a do piersi przypinam identyfikator, przedmioty zdobyte chwile wcześniej. Jestem nie do rozpoznania. Pozostaję tylko z nikim nie rozmawiać i trafić do wyjścia.

Przybieram pozę pewnego siebie gościa i wychodzę szybkim krokiem na korytarz. Przez myśl przelatuję mi pomysł, żeby szybko skorzystać z toalety, bo napięcie jest coraz większe, ale w obawie przed zdemaskowaniem nie decyduję się na ten krok. Po chwili napotykam pierwszą przeszkodę. Ochroniarza siedzącego na krzesełku obok masywnych drzwi, które wyglądają na wyjście z oddziału. Musiałem wcześniej źle skręcić, bo nie tędy zostałem tu wprowadzony. Za późno, żeby się wycofać, więc improwizuję. Wyciągam telefon, przykładam do ucha i przyśpieszam kroku.

- Puta madre no! - krzyczę do telefonu, starając naśladować się akcent mojej pielęgniarki.

Na co ochroniarz podrywa nerwowo wzrok w moją stronę. Kilkanaście metrów, jakie dzielą mnie od niego i upragnionej wolności przechodzę, prawię biegnąc i udając, że słucham osoby, która jest po drugiej stronie telefonu. W momencie, kiedy dochodzę do drzwi, zauważam, że mają czytnik kart. Staję przed drzwiami i w pośpiechu przeszukuję kieszenie, sugerując, że mam nadzieje coś tam znaleźć.

- No amigo! - krzyczę po raz kolejny i rzucam wściekłe spojrzenie ochroniarzowi, który do tej pory siedział bez ruchu na swoim krzesełku.

Gość jak na komendę wstał, wyciągnął swoją kartę i otworzył mi drzwi. Pośpiesznie wyszedłem i idę dalej. Po zniknięciu z radarów ochroniarza chowam telefon do kieszeni i już po chwili staję przed kolejnym dylematem. Schodami w górę czy w dół? Jestem pod ziemią, więc idąc w górę, pewnie będzie łatwiej znaleźć drogę do wyjścia, ale też będzie tam więcej ludzi. Idąc w dół, jest szansa, że wyjdę na podziemny parking, przez który mnie tu wprowadzili i spotkam mniej ludzi. Wybieram bramkę numer dwa i schodzę po schodach. Po kilku minutach kluczenia w labiryncie korytarzy jakimś cudem wychodzę na podziemny parking. Już czuję zapach wolności. W tym momencie widzę idącego w moją stronę ochroniarza, który gada przez krótkofalówkę. Tego już było dla mnie za wiele. Przestaję panować nad sobą i trzeźwo myśleć, odpalam wrotki i uciekam. Mijam zaparkowane auta, za chwilę łapie mnie kolka, daleko za plecami słyszę krzyki nawołujące mnie do zatrzymania się, skręcam w prawo i przez chwilę nie mam nikogo ogonie, widzę duże drzwi przeciwpożarowe zaraz obok wielkiego otwartego kosza na śmieci. Nie dam rady tak długo uciekać, bo zaraz dostanę zawału. Szybka kalkulacja co robić. Wpadam w drzwi, które otwierają się z głośnym hukiem, po czym cofam się i wskakuje do kosza na śmieci, mając nadzieje, że nie przechowują tam zużytych strzykawek, a ścigający mnie gość połknie przynętę. Ląduję miękko na jakiś papierach i workach. Zamykam delikatnie wieko śmietnika i modlę się, by nikt tego nie widział. Po chwili słyszę kogoś przebiegającego obok mojej kryjówki. Udało się, jestem bezpieczny. Ciężko oddychając, najciszej jak potrafię ściągam z siebie ukradziony uniform. Teraz tylko odczekam, aż wszystko się uspokoi i w swoich ubraniach wyjdę stąd nierozpoznany, bo do tej pory nikt tutaj nie widział mnie bez maski. Czyli się udało. Uspokajam się, leżąc w szpitalnym śmietniku, adrenalina opada i w końcu mogę się trochę rozluźnić. W końcu dociera do mnie, że dupsko zaraz mi eksploduję. Nie ma szans żebym wytrzymał do momentu,aż stąd wyjdę i znajdę toaletę. Pozostaję desperacja. Ciągle leżąc, kładę się na boku, zsuwam spodnie i...

 

- MATEUSZ CO TY ZROBIŁEŚ?! ZESRAŁEŚ SIĘ DO ŁÓŻKA! - krzyczy Juta, budząc mnie z koszmaru. Z niedowierzaniem odkrywam, że leże w swoim łóżku w Maroko, a za kilka godzin mam lot do Barcelony.

 

***********

Jest to jeden z tekstów (moim zdaniem najlepszy) który zamieściłem na swoim facebookowym blogu pt. Spoko Maroko.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Piotrek P. 1988 2 miesiące temu
    Przebojowa przygoda, pełna humoru i legendarnych państw oraz miast, 5, pozdrawiam :-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania