Kłusownik

Czas dłużył się niemiłosiernie. Krzysztof Zaręba kolejny już raz sięgnął po tę samą broszurę. Znał ją niemal na pamięć, więc oglądał tylko zdjęcia przedstawiające piękne krajobrazy i dzikie zwierzęta parku narodowego. Ludzie napatrzą się na takie widoki na papierze, przyjeżdżają i mówią, że chcą zobaczyć z bliska zwierzęta. Szkoda tylko, że nie rozumieją, że do zrobienia takiego zdjęcia zazwyczaj potrzeba wielu godzin cierpliwego czekania, myślał przy tym. Spojrzał na zegarek. Siedemnasta czterdzieści pięć. Jeszcze piętnaście minut do końca pracy.

 

Mężczyzna zniechęcony odrzucił ulotkę i rozejrzał się po biurze. Oprócz niego było tam jeszcze dwóch strażników wyglądających na równie znudzonych, jak on. Trzeci był na obchodzie i powinien zaraz wrócić. Był to młody chłopak i brał wciąż swoją pracę na poważnie. Nawet zbyt poważnie w mniemaniu Krzysztofa. Był jednym z niewielu strażników, sprzeciwiających się zwiększonej wycince drzew. Dla reszty słowa o tym, że dobro lasu jest najważniejsze są już tylko pustym sloganem…

 

Te rozmyślania przerwało nagłe otwarcie się drzwi, w których stanął najmłodszy strażnik. Miał wypieki po szybkim biegu, a oprócz tego, na jego twarzy malowało się nieskrywane przejęcie. Na jego widok wszyscy zerwali się z miejsc. Chłopak wyrównał oddech i zawołał:

 

— Szefie, mamy poważny problem! Byłem na obchodzie i…

 

— I co, Bielski? Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha — roześmiał się inny strażnik.

 

Młody strażnik zignorował ten docinek.

 

— Musimy powiadomić policję. Znalazłem w lesie martwego mężczyznę. Wpadł w wilczy dół.

 

Po dziesięciu minutach pojawiła się policja, a po pół godzinie badała już miejsce znalezienia zwłok. Strażnik Mirosław Bielski, został zabrany na komendę w celu złożenia dokładnych zeznań. Przyczyna śmierci została przez rzecznika policji określona, jako nieszczęśliwy wypadek bez udziału osób trzecich.

 

Te i inne informacje można było przeczytać w mniej lub bardziej wiarygodnym „Dzienniku Miejskim”. Zapewne temat ten wyczerpałby się po niecałym tygodniu i „Dziennik” wróciłby do złodziei działkowych i nasilających się działań graficiarzy, gdyby nie wydarzenia, które nastąpiły potem.

 

Ich czynnikiem zapalającym była plotka, która, nie dość dyskretnie przekazana na komendzie, rozniosła się po całym mieście. A mówiła ona o tym, że ofiara — znana też opinii publicznej jako jeden z wielu kłusowników — przed śmiercią został postrzelony.

 

Z łuku.

 

Mimo że, policja nie skomentowała tej informacji, wszyscy zaczęli mówić o morderstwie. Gazeta miała więc przez tydzień używanie i sprzedaż większą niż kiedykolwiek.

 

Jeden z jej egzemplarzy przeglądał starszy mężczyzna, siedząc na głębokim fotelu w swoim mieszkaniu, w kamienicy przy centrum. Nazywał się Lech Bielski i był dziadkiem słynnego przez bardzo krótką chwilę strażnika. Nim dotarł do końca artykułu, do domu wrócił po pracy jego wnuk.

 

— Dzień dobry! — zawołał od progu.

 

— Cześć Mirek! Co tam w pracy, borowy nie rozrabia w lesie? — powiedział staruszek ze śmiechem.

 

— Nie widziałem żadnego od dziecka. Może to i lepiej — Młody Bielski też się roześmiał. Ściągnął płaszcz i zapytał — Co ciekawego czytasz?

 

— Artykuł o morderstwie kłusownika w puszczy.

 

— To nie było morderstwo. — Chłopak ciężko usiadł na drugim fotelu. — Nie widziałem, żadnej strzały, a byłem tam pierwszy.

 

— Też w to nie wierzę. Zresztą stary Górski nie dałby się nikomu zajść w lesie. Z drugiej strony, nie powinien był też wpaść we własną pułapkę…

 

— Znałeś go?

 

— Pewnie, że tak. To stary kłusownik, jego ojciec był moim rówieśnikiem. On go nauczył tego paskudnego fachu. Ale poza tym, to był dobry człowiek. Nie szkodził nikomu oprócz Matki Natury — Lech znów się zaśmiał. Po chwili dodał jednak ciszej, jakby do siebie. — Chociaż, nawet ona potrafi się odgryźć…

 

Mirosław zjadł jeszcze z dziadkiem przyniesiony przez siebie obiad, porozmawiał przez chwilę i poszedł do własnego domu. Tuż przed wejściem do mieszkania spotkał jednak policjanta, który przekazał mu wezwanie na komendę.

 

— Dlaczego jestem znowu wzywany? — spytał. — Powiedziałem już wszystko, co wiem w zeszłym tygodniu.

 

Mundurowy wzruszył ramionami.

 

— Miałem tylko przyjść tutaj i przyprowadzić pana ze sobą. Ponoć to bardzo pilne.

 

Bielski zastanowił się przez chwilę i zrezygnowany zgodził się pójść. Na miejscu zaprowadzono go do tej samej sali, w której składał zeznania za pierwszym razem. Siedział tam jednak inny prokurator niż wówczas.

 

— Niech pan usiądzie — powiedział urzędnik. — Nazywam się Zbigniew Malecki, została mi przekazana sprawa tego kłusownika, którego ciało pan znalazł.

 

— Mirosław Bielski, miło mi — przedstawił się mężczyzna. — Złożyłem już zeznania, czy coś z nimi nie tak?

 

— Nie, wszystko jest w najlepszym porządku. Wezwałem pana z innego powodu — prokurator zrobił pauzę, by zaraz potem zapytać bezpośrednio. — Co pan robił wczoraj około godziny dwudziestej?

 

Mirosław zdziwił się tym pytaniem, jednak odpowiedział bez wahania.

 

— Byłem w domu. Oglądałem mecz w telewizji.

 

— Rozumiem, a czy ktoś może to potwierdzić?

 

— Tak, mój dziadek, Lech Bielski. Byliśmy razem. Czy jestem o coś podejrzany? — Młodzieńca zaniepokoiły te pytania.

 

Malecki do tej pory mówił w tonie przyjacielskiej pogawędki, ale nagle spoważniał.

 

— Wezwałem pana, ponieważ wczoraj o tej godzinie zginęła kolejna osoba.

 

— Jak to? — zapytał kompletnie zaskoczony Bielski. — Czyli… czy to znaczy, że te wszystkie plotki były prawdziwe? To morderstwa? — Mężczyzna zbladł. — Chyba nie myśli pan, że to ja?

 

— Jest pan tutaj w charakterze świadka. Tylko i wyłącznie — zapewnił go prokurator. — Wszystko wskazuje na to, że w istocie miały miejsce morderstwa. Kolejne ciało znalazł dziś rano pewien fotograf. Trafił wczoraj w lesie na sidła kłusownika i zamontował fotopułapkę na drzewie obok, żeby złapać go na gorącym uczynku. Kiedy rano poszedł sprawdzić, czy się udało, odnalazł zwłoki. — Urzędnik przerwał i po chwili kontynuował. — Kamera zadziałała, a morderca jej nie zauważył. Pokażę panu zdjęcia, a pan powie mi, czy coś wydaje się panu znajome. Ostrzegam, mogą wydawać się drastyczne.

 

Prokurator Malecki otworzył leżącą przed nim teczkę, wyciągnął z niej cztery zdjęcia i rozłożył je przed Bielskim. Ten wziął do ręki pierwsze z lewej i obejrzał.

 

Było wykonane z wysoka, urządzenie musiało być zamontowane dobre trzy metry nad ziemią. W centrum znajdowało się sporych rozmiarów drzewo, a pod nim na pół leżał, na pół wisiał martwy, jak domyślił się Mirosław, zając. Szyję miał oplątaną żyłką i za jej pomocą cały był podciągnięty do góry. Strażnik szybko rozpoznał popularną wśród kłusowników pułapkę na małe zwierzęta, która nie dość, że raniła zwierzę, to do tego jeszcze je dusiła. Tego typu wnyki zawsze wzbudzały w nim obrzydzenie, nie tyle do samego sposobu łapania, co raczej do ludzi, którzy je zastawiają.

 

Oprócz zająca, na zdjęciu nie dostrzegł nic więcej godnego uwagi, więc mężczyzna odłożył je na bok i sięgnął po kolejne.

 

W pierwszej chwili nie docierało do niego, co zobaczył, a gdy już to zrozumiał ogarnął go szok. To samo miejsce, to samo drzewo i ten sam zając. A tuż obok, powieszony za nogę mężczyzna. Co gorsza jeszcze żył, gdyż postać została uchwycona w ruchu, jakby próbowała się uwolnić. Tym, co jednak najbardziej uderzyło Bielskiego, był ubiór tej osoby. Miała ona na sobie strój strażnika parku, taki sam, jak jego.

 

— Nie wierzę — powiedział, odrzucając zdjęcie na stół. — Wiecie kto to jest?

 

— Nie potwierdziliśmy jeszcze tożsamości. Mamy nadzieję, że pan nam pomoże — odpowiedział ze spokojem prokurator. — Czy wszyscy pańscy koledzy byli dzisiaj w pracy?

 

— Nie jestem pewien. Niektórzy mieli dzisiaj wolne…

 

— A potrafi pan powiedzieć, kto w takim razie nie pracował dzisiaj?

 

— Nie wiem, nie znam na pamięć planu wszystkich strażników pracujących w parku. Ledwo zapamiętałem ich imiona, pracuję tam od niedawna. Dlaczego nie zadzwonicie do biura i nie poprosicie o plan? — Cała ta rozmowa wydawała mu się pozbawiona sensu.

 

— Im mniej osób będzie wtajemniczonych w całą sprawę, tym łatwiej będzie nam prowadzić śledztwo i uniknąć nagłośnienia.

 

— A skąd pan wie, że ja tego nie nagłośnię?

 

— Jeśli jakaś informacja ujrzy światło dzienne, to będziemy wiedzieli, gdzie szukać źródła przecieku — odparł chłodno Malecki. — Niech pan się skupi na zdjęciach i rozpoznaniu ofiary.

 

Mężczyzna podał Mirosławowi trzecią fotografię. Ten wziął ją drżącą ręką i przyjrzał się. Na pierwszy rzut oka przypominała poprzednią. Po chwili jednak zaczął dostrzegać szczegóły, których na wcześniejszym zdjęciu nie było. Powieszony za nogę mężczyzna, wisiał nieruchomo.

 

Bielski zakrył twarz ofiary palcem. Wiedział, że jeżeli rozpozna tą osobę, to nie będzie w stanie skupić się na pozostałych rzeczach. Wodził wzrokiem po zdjęciu i dostrzegł kolejną zmianę. Z pleców mężczyzny wystawał długi przedmiot, jakby wbity. Było widać tylko jego fragment, bo ciało wisiało lekko obrócone. To strzała, pomyślał. Rzeczywiście, było nawet widać lotki na końcu drzewca.

 

Przyglądając się strzale, Bielski wstrzymał oddech. W tle, nieco na prawo od niej znajdowała się ciemna sylwetka. Ktoś stał tam wyprostowany z łukiem w dłoni, a przynajmniej w ten sposób poddenerwowany umysł młodego strażnika zinterpretował ciemny kształt.

 

— Czy… czy to jest zabójca? — spytał.

 

Prokurator tylko w milczeniu pokiwał głową.

 

Bielski zaczerpnął powietrza. Przyszedł czas na zabranie palca z twarzy i zmierzenie się z ewentualnym szokiem. Powoli i niechętnie przesuwał go, odkrywając przy tym prawdę.

 

Ścięte na krótko, szpakowate włosy, kilkudniowy zarost i charakterystyczny, szeroki nos. Mirosław od razu rozpoznał tę osobę, chociaż wolałby, żeby tak nie było.

 

— To jest mój szef — powiedział blady na twarzy. — Krzysztof Zaręba. Ale to nie możliwe — dodał po chwili. — Przecież on nie jest kłusownikiem, nawet nie jest myśliwym!

 

— Co w takim razie robił koło sideł?

 

To pytanie zbiło z tropu strażnika. Nie mógł tam trafić przypadkiem. Kłusownicy zastawiają swoje pułapki w rzadko uczęszczanych miejscach. Może wiedział o niej i, podobnie jak tamten fotograf, chciał złapać kłusownika na gorącym uczynku. Nie, to jest zbyt naciągane. Mirosław nic już z tego nie rozumiał i nie znajdował żadnego logicznego wytłumaczenia.

 

— Ja… nie wiem — odparł w końcu.

 

— My też nie wiemy na pewno. Jeszcze nie — Malecki wskazał na ostatnią fotografię. — Została nam tylko jedna rzecz. Niech pan to obejrzy. To już będzie prawie koniec.

 

Bielski był przekonany, że nic już go nie zaskoczy. Spoglądając jednak na zdjęcie, przekonał się, że był w błędzie. Strażnik Zaręba nadal wisiał przy drzewie, ale teraz zasłaniała go jakaś inna osoba. Stała tyłem do obiektywu, więc rozpoznanie jej było niemożliwe.

 

Ktokolwiek to był, była to postać niewysoka, żeby nie powiedzieć — niska. Wiszącemu mężczyźnie sięgała nieco powyżej pasa. Nie mogło to jednak być dziecko. Dobrze zbudowane ciało, szerokie barki, postawna figura. Miała na sobie nieokreślony strój, składający się jakby z pozszywanych pasków skóry w różnych odcieniach zieleni i brązu. Wyglądało to jak staromodny rodzaj kamuflażu, Mirosław był jednak przekonany, że dzięki niemu osoba ze zdjęcia z łatwością znikła by komuś niedoświadczonemu z oczu.

 

Przez ramię domniemanego mordercy przewieszony był najprostszy łuk, taki, jaki każdy może zrobić z gałęzi i dobrego sznurka. Ten jednak wyglądał na solidnie wykonany. Poza tym do pasa przytroczony miał wypełniony strzałami kołczan. Charakterystycznym elementem była jeszcze głowa tej osoby. Była wygolona do samej skóry oraz pokrywały ją dziwne zaczerwienione plamy.

 

— To jakiś żart? — zapytał Bielski. — Przecież ten ktoś musiałby mieć ledwo ponad metr wzrostu. To karzeł? Dziecko?

 

— Zapewniam pana, że to nie żart. Rozumiem, że nie poznaje pan tej osoby.

 

— Nie.

 

— Niestety, spodziewałem się tego — prokurator westchnął. — Mam do pana inną prośbę, a w zasadzie to dwie. — Mężczyzna odchrząknął i napił się wody. — Po pierwsze, chciałbym, żeby nie mówił pan na razie nikomu, zwłaszcza w pracy, o tym, co pan tutaj zobaczył, ani o tym, że w ogóle był pan dziś tutaj. Chyba nie muszę już panu tłumaczyć, dlaczego powinien pan się do tego zastosować.

 

Strażnik pokiwał głową.

 

— To tylko hipoteza — kontynuował Malecki — ale bardzo możliwe, że mordercą może być jakiś fanatyczny obrońca zwierząt i natury w ogóle, co jest, jak mi się zdaje domeną parków narodowych. — Mężczyzna wyraźnie dał do zrozumienia, co sądzi o szefie straży parkowej, parającym się kłusownictwem. — Po drugie, jeżeli zauważy pan cokolwiek podejrzanego, lub osobę podobną do tej ze zdjęcia, niech natychmiast zadzwoni pan do mnie. — Malecki podał strażnikowi swoją wizytówkę.

 

— Dlaczego właśnie nie upublicznicie tego zdjęcia? Kimkolwiek jest ta osoba, wygląda dość charakterystycznie. Ktoś na pewno by ją rozpoznał.

 

— Czy uważa pan, że ktoś wziąłby całą sprawę na poważnie, gdybyśmy powiedzieli mediom, że poszukujemy łysego karła z łukiem? Myśli pan, że wpłynęło by to na powagę śledztwa?

 

— Może to nie karzeł, może ten mężczyzna klęczy, a jego strój to maskuje — zasugerował Mirosław, przyglądając się zdjęciu.

 

— Oby tak było, bo inaczej to będzie najbardziej niedorzeczne śledztwo w naszym kraju.

 

Młodszy mężczyzna słabo się uśmiechnął

 

— Jeszcze jedno — powiedział prokurator.

 

— Tak?

 

— Czy mógłby zrobić pan listę osób, które podejrzane są u was o kłusownictwo?

 

— Mamy taką gotową w biurze. To nie będzie problem.

 

— Świetnie. Proszę wysłać ją mailem na ten adres.

 

Mężczyzna zapisał swój mail oraz numer telefonu na kartce w notesie, wyrwał ją i podał Mirosławowi, Następnie wstał i poprawił garnitur. — To wszystko. Liczę na owocną współpracę.

 

Spojrzenie prokuratora sugerowało strażnikowi, że nic innego nie wchodzi w grę.

 

— Ja również dziękuję — powiedział strażnik, wstając. — Miałbym jednak jedno pytanie.

 

— Słucham pana.

 

— Wiem, że nie powinien pan, ale czy mógłbym dostać odbitkę ostatniego zdjęcia? Rozumie pan, dla ewentualnego porównania.

 

— Słusznie pan zauważył, nie powinienem… — Malecki zamyślił się. Ściszonym głosem dodał jednak. — Ma pan telefon?

 

Mirosław pokiwał głową.

 

— Więc niech pan zrobi sobie zdjęcie. Tylko nikomu ani słowa o tym, rozumiemy się?

 

Jeszcze tego samego wieczoru strażnik Bielski ponownie przyszedł do swojego dziadka. Po przywitaniu przeszli do salonu i wnuk od razu zaczął rozmowę: — Dziadku, nie mogę ci wszystkiego powiedzieć, chociaż wiem, że i tak sam domyślisz się przyczyny mojej wizyty. Mam do ciebie prośbę. Czy masz jeszcze swój dziennik?

 

— Czy coś się stało? Ach, no tak. Nie możesz powiedzieć…

 

Starszy pan zasępił się i wstał z fotela. Poszedł do swojej sypialni i po chwili wrócił niosąc drewnianą skrzynkę niewielkich rozmiarów. Wytarł ją z kurzu i postawił na stole.

 

— Proszę bardzo. Nie jest w najlepszym stanie, w końcu ma już swoje lata.

 

Mirosław otworzył szkatułkę i delikatnie wyciągnął z niej gruby wolumin oprawiony w skórę. Otworzył go i pobieżnie przeglądał kolejne strony zapełnione czytelnym pismem i wieloma szkicami dziwnych istot, roślin i miejsc. Podziękował dziadkowi i obiecując jak najszybszy zwrot, wyszedł.

 

Następnego dnia Bielski miał wolne. Zaraz po śniadaniu usiadł do biurka, włączył muzykę klasyczną, żeby grała mu w tle i zaczął przeglądać dziennik dziadka. Kiedy znalazł kłusownika w wilczym dole, miał tylko podejrzenia, które rozwiało oświadczenie policji o przyczynach śmierci. W plotki wtedy nie wierzył, chociaż zasiały w nim ziarno niepewności. Dopiero jednak wizyta na posterunku i dziwny wygląd mordercy spowodował, że mężczyzna zaczął podejrzewać go o pochodzenie ze świata nieznanego większości ludzi. Ze świata słowiańskich wierzeń

 

Niewiele osób o nich słyszało, jeszcze mniej w nie wierzy. Gdyby spytać kogoś na ulicy, czy zna jakieś demony słowiańskie, zapewne odpowiedziałby, że nie. Jednak one są tak ściśle związane z kulturą Słowian, z nimi samymi, że ludzie nie zdają sobie z tego sprawy. A przecież każdy zna powiedzenia o lichu, czy o biedzie. Na Śląsku dziadkowie jeszcze nie tak dawno straszyli dzieci bebokiem. Ale większość ludzi zapomniała.

 

Nieliczne rodziny, takie jak na przykład Bielscy, zdają sobie sprawę z ich istnienia. Lech Bielski dowiedział się o nich od swojego ojca i zapisał przekazane przez niego informacje w dzienniku, aby mogły przetrwać. Teraz ten dziennik leżał przed jego wnukiem, którego wychował i któremu przekazał swoją wiedzę. Starsza siostra Mirka, Wanda zawsze uważała te historie za zabobony i wraz z mężem i synem Marcinem szybko opuściła rodzinną miejscowość, odrzucając swoje „dziedzictwo”.

 

Mirosław przerzucał kolejne kartki w poszukiwaniu jakiegokolwiek stworzenia, które przypominałoby z opisu, bądź rysunku istotę, ujętą na wyświetlonym na ekranie laptopa zdjęciu. Strona za stroną, Bielski odrzucał kolejne demony, od czasu do czasu jedynie zaznaczając te prawdopodobne kolorowymi karteczkami. Nie znalazł jednak żadnego pewnika. Z każdą przewróconą kartką wątpił coraz bardziej w swoją teorię.

 

Mając za sobą już znaczną część dziennika, trafił wreszcie na coś interesującego, a raczej na fragment tego czegoś. Chociaż cały dziennik, jak na swój wiek, był schludnie utrzymany, w miejscu, do którego dotarł Mirosław, brakowało jednej strony. Został wyłącznie nierówno oderwany pasek, na którym znajdowało się kilka liter, będących najpewniej początkiem nazwy demona. „Kłus…” Ten trop wydał mu się bardzo nikły, ale innego nie miał. Nie rozumiał, dlaczego strona została wyrwana, ale wiedział, że jedyną osobą, która może coś o niej wiedzieć jest dziadek Lech.

 

Po niecałej pół godzinie był znów w salonie starego Bielskiego i ciesząc się, że ich miasteczko jest tak niewielkie, pokazywał mu swoje znalezisko.

 

— Przychodzi ci do głowy, gdzie może być ta strona?

 

— Nie, nie mam pojęcia — powiedział senior, biorąc kajet do ręki i oglądając miejsce, z którego wyrwano kartkę przez okulary z grubymi szkłami. — Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wyrywał cokolwiek z tego dziennika. To dziwne…

 

— Rozumiesz, dlaczego to dla mnie takie ważne?

 

— Domyśliłem się, kiedy tylko wczoraj o niego poprosiłeś. Podejrzewasz, że to nie człowiek zabija tych ludzi…

 

— Skąd wiesz, że jest więcej ofiar? — zdziwił się Mirosław.

 

— Z porannego „Dziennika”. Piszą tutaj o śmierci szefa straży parkowej — staruszek podał wnukowi gazetę. — Wyciągnęli jego brudy dotyczące nielegalnej wycinki drzew i tego typu spraw. Autor tego artykułu porównał nawet całą sprawę do tego głośnego filmu, co wyszedł jakiś czas temu.

 

— Poniosła go fantazja, w filmie mordercą był człowiek, a tutaj… Nie jestem tego pewien.

 

— Jeżeli twoja teoria jest słuszna, to sam będziesz musiał złapać demona, zdajesz sobie z tego sprawę? Nikt ci nie uwierzy. Żyjemy w takich czasach, że ludzie nie uwierzyliby w cokolwiek nadnaturalnego, o ile nie stanęliby z nimi twarzą w twarz. A i to nie wiadomo. — Lech machnął ręką. — Ludzie dziś wierzą w to, co jest dla nich wygodne, nie dostrzegają nic poza tym…

 

— Znam twoje poglądy dziadku, ale nic na to nie poradzisz. Czasy się zmieniły…

 

Nastąpiło krótkie milczenie, które przerwał Lech Bielski, podnosząc się z fotela.

 

— Chodź, lepiej znajdźmy tę kartkę.

 

Przeszukanie wszystkich regałów i zakamarków mieszkania zajęło im ponad dwie godziny i nie przyniosło żadnych efektów. W końcu zrezygnowany Mirosław usiadł na fotelu trzymając na kolanach ostatnie pudełko, z rzeczami swojego ojca z lat młodości.

 

Wyciągał kolejne pamiątki przeszłości: medale sportowe, świadectwa ze szkoły, kartki pocztowe, zdjęcia z przyjaciółmi, głównie z jednym i kilka starych brulionów. W nich też pokładał ostatnią nadzieję na znalezienie zaginionej strony. Każdy powoli kartkował licząc, że z któregoś coś wypadnie. Tak też się stało. Z notesu wypełnionego różnymi nieudolnymi rysunkami i przemyśleniami wyleciała zżółkła kartka. Mężczyzna podniósł ją, wołając jednocześnie swojego dziadka, który przygotowywał w kuchni herbatę. Od razu rozpoznał charakterystyczne pismo i układ strony.

 

— Mam! — krzyknął zadowolony. — Znalazłem ją!

 

— Po co ona mu była? — spytał Lech wchodząc do pokoju. — I dlaczego ją wyrwał? — dodał poirytowanym głosem.

 

— Nie mam pojęcia. Ważne, że się znalazła.

 

Bielski spojrzał na rysunek na kartce. Teraz był już pewien, co do swoich przeczuć. Na kartce naszkicowana była niska postać, odziana w szmaty, z łukiem na plecach. Mężczyzna otworzył dziennik i dopasował stronę do oderwanej krawędzi, po czym spojrzał na górę. Pełna nazwa demona brzmiała: Kłusol. Po lewej stronie rysunku i pod nim znajdował się opis:

 

"Kłusol to istota niezwykle rzadko występująca. Nie jest to demon, lecz raczej stworzenie rodzące się ze zmarłej osoby, tak jak wąpierz. Wszystkie warunki zamienienia się po śmierci w kłusola nie są znane. Wiadomym jest, że mogą stać się nimi: kłusownicy zmarli na polowaniu, myśliwi nieokazujący szacunku (?) zwierzętom oraz inni szkodzący naturze. Jednak, aby ci ludzie zamienili się w bestię po śmierci, nie mogą zostać pochowani w sposób właściwy. Prawdopodobnym jest też, że jakaś klątwa może człowieka zamienić w kłusola za życia.

 

Istota ta poluje przez prawie cały miesiąc, ale podczas pełni chowa się w swojej kryjówce, najczęściej w pniu starego, zbutwiałego, ale wciąż stojącego drzewa. Ofiarami jego zostają przeważnie inni kłusownicy, których łapie w zastawiane przez siebie pułapki lub poluje na nich z łukiem. Jeżeli nie znajduje ofiar, potrafi przetrwać łowiąc zwykłe zwierzęta.

 

Kłusol jest istotą starą, znaną przez Słowian jeszcze przed nadejściem chrześcijaństwa. Wskazuje na to sposób jego pozbycia się, który w przypadku istot po chrześcijańskich związany jest głównie z obrządkami katolickimi. Jedynym sposobem na powstrzymanie go, jest znalezienie jego kryjówki i okadzenie jej dymem z jemioły. Jeżeli Kłusol jest wówczas w środku, zamieni się w żmiję. Jeśli go tam jednak nie będzie, znajdzie sobie inną kryjówkę i będzie kontynuował swój proceder. Najlepszym czasem na to będzie noc podczas pełni, kiedy to nie wychodzi ze swojego drzewa."

 

— Nigdy nie słyszałem o takiej istocie… — powiedział Mirosław podając dziadkowi kartkę.

 

— Ja też całkowicie o niej zapomniałem, jest bardzo rzadka — odparł Lech, przeczytawszy opis. — Jeżeli się nie mylę, to mój ojciec nieboszczyk raz się z nią spotkał… Tak, pamiętam, że udało mu się ją jedynie przepędzić w inne miejsce.

 

— Cóż, ważne, że już wiem, co muszę zrobić.

 

— Do pełni zostało jeszcze kilka dni… — powiedział Lech Bielski.

 

— Nie mogę pozwolić, żeby zginęła kolejna osoba, skoro wiem, kto jest mordercą!

 

— Nie masz wyboru… Zresztą nie możesz mieć pewności, że kogoś zabije. Może nie ma więcej kłusowników w mieście…

 

— Akurat! — Mirek parsknął.

 

— Jedynym wyjściem byłoby zamknięcie wszystkich domniemanych aż do pełni. Powodzenia z tym — Lech roześmiał się.

 

Mirek nie podzielał humoru swojego dziadka.

 

Wracając do domu, poszukiwał intensywnie jakiegoś wyjścia z tej sytuacji, ale do głosy przychodziły mu wyłącznie dwa. Jedno ryzykowne i niemoralne, drugie zupełnie niepoważne. Mógł przeczekać dwa dni do pełni, modląc się, żeby nikt nie zginął i wtedy zająć się samemu potworem. Albo mógł szczerze porozmawiać z Maleckim i poprosić go, żeby zamknął wszystkich znanych z nazwiska kłusowników na czterdzieści osiem godzin. Wieczorem w końcu podjął decyzję i zadzwonił pod numer zapisany na wyrwanej z notesu kartce.

 

Z prokuratorem spotkał się w jednym z wielu barów w miasteczku, w sezonie obleganych wręcz przez turystów. Zajęli miejsce przy stoliku w rogu sali. Mirosław liczył, że nikt ich nie podsłucha, kiedy będzie wyjaśniał swoją prośbę Malckiemu, albo kiedy ten będzie go wyśmiewał.

 

— O czym chciał pan porozmawiać? — zapytał prokurator, kiedy kelner postawił przed nimi dwa piwa.

 

Strażnik przełknął ślinę, zebrał się na odwagę i wypalił.

 

— Co wie pan o mitologii słowiańskiej?

 

Urzędnik przez chwilę przyglądał się młodzieńcowi, jakby zastanawiając się, czy ten mówi poważnie. Kiedy zobaczył, że Mirosław zdecydowanie nie żartuje, odpowiedział.

 

— Obiło mi się o uszy to i owo…

 

— A czy… — Mirek zająknął się, jak zwykle pod wpływem stresu. — Czy dopuściłby pan myśl, że wszystkie te legendy o potworach i demonach mają w sobie ziarno prawdy?

 

— Pan chyba żartuje — roześmiał się prokurator.

 

Mirek poczerwieniał, ale starał się zachować poważną twarz.

 

— Pan mówi poważnie… — dostrzegł to Malecki.

 

Strażnik nie odpowiedział nic, tylko podał mu wyrwaną z notesu kartkę. Mężczyzna wziął ją i zaczął czytać. Najdłużej jednak przyglądał się szkicowi, przedstawiającemu kłusola.

 

— Skąd pan to ma? — zapytał, również przybierając poważny wyraz twarzy.

 

— Z dziennika mojego dziadka. Zapisał to wszystko, gdy był mniej więcej w moim wieku. Ponad pięćdziesiąt lat temu.

 

Prokurator milczał, wpatrując się w pożółkłą kartkę. Wyraźnie bił się z myślami.

 

— Wierzy pan w to? — odezwał się w końcu.

 

Mirek skinął potwierdzająco.

 

— I rozumiem, że ma pan w związku z tym jakiś plan.

 

Kolejny ruch głową.

 

— Jaki?

 

Strażnik zaczerpnął powietrza.

 

— Do pełni zostały dwa dni — zaczął. — Niespełna czterdzieści osiem godzin. Mógłby pan zatrzymać na tyle czasu kłusowników z listy, którą panu wysłałem, żeby zapewnić im bezpieczeństwo. W tym czasie ja spróbowałbym ustalić położenie kryjówki tego… — Mirek chciał powiedzieć „potwora”, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. — …tego mordercy, a gdy przyjdzie pełnia poszedłbym tam i zrobił to, co opisane jest na kartce.

 

— Okadzić jemiołą i zamienić w żmiję? — przeczytał Malecki z kartki.

 

W uszach Bielskiego zabrzmiało to kpiąco, więc znów jego twarz przybrała czerwony kolor. Zrobił duży łyk lokalnego piwa.

 

— Tak — potwierdził.

 

Prokurator oparł się o blat stołu łokciami i złożył głowę na dłoniach, intensywnie myśląc.

 

— Wie pan co, panie Bielski? — powiedział po chwili. — Jeszcze na studiach, pomagałem przy sprawie zaginięcia nastolatka. Nie jako prokurator, czy policjant. Jako ochotnik do poszukiwań. Chłopak pewnego dnia wyszedł do lasu pobiegać i nie wrócił. Przeczesywaliśmy okoliczne lasy, pola i łąki. Mnóstwo ludzi, psów. Policja brała pod uwagę różne scenariusze, od ucieczki po morderstwo. Mijały dni, a po nim nie było ani śladu. W końcu jednak, po niemal dwóch tygodniach, znaleźliśmy go, czy raczej to, co z niego zostało. — Malecki wziął łyk z kufla. — W najgłębszej części lasu, kilometry od najbliższej drogi, znaleźliśmy istne cmentarzysko. Na niewielkiej polanie walały się zwierzęce kości, a wśród nich ludzkie szczątki. Oszczędzę panu szczegółów. Nikt nigdy nie powinien oglądać takiego widoku. — Mężczyzna przerwał na chwilę. — Badania oczywiście potwierdziły, że to był zaginiony chłopak, a sprawę szybko zamknięto. Wilki. Jakaś mała wataha miała się przypałętać do tamtych lasów z Bieszczad. Niby niedaleko i brzmiało to wszystko wiarygodnie. Ale jedna rzecz nie dawała mi spokoju. To był wyjątkowo mokry okres. Codziennie lało jak z cebra Wszędzie błoto i podmokły teren. Zostawiliśmy po sobie tyle odcisków butów, jakby przechodziła tamtędy mała armia. A nikt, kogo spytałem, nie widział tropu wilka…

 

Między mężczyznami przez chwilę trwała cisza. W tle grała jakaś popularna muzyka puszczana przez barmana.

 

— Więc wierzy mi pan? — zapytał Mirosław.

 

— Jestem skłonny uwierzyć — odparł prokurator. — Powiem więcej, chcę uwierzyć. — Mężczyzna uśmiechnął się, przywołując znane hasło. — I dlatego pójdę razem z panem.

 

Kolejne dwa dni zeszły Mirosławowi Bielskiemu na studiowaniu map lasów oraz poszukiwaniu jakichkolwiek dodatkowych informacji o kłusolu. O ile dzięki pierwszemu zajęciu znalazł kilka potencjalnych miejsc, gdzie mogłaby się znajdować kryjówka potwora lub zastawione pułapki, o tyle to drugie nie przyniosło żadnych skutków. O czymś takim, jak kłusol nie ma słowa ani w internecie, ani w też w bibliotece miejskiej. Musiał zdać się więc na notatki swojego dziadka. W czwartek o świcie spotkał się ze Zbigniewem Maleckim przed wejściem na jeden z parkowych szlaków. Prokurator zamienił garnitur na sztruksy, polar i wygodne buty, zgodnie z poradą strażnika. Wyglądał na niewyspanego, ale bez problemu dotrzymywał kroku Bielskiemu, który po parku poruszał się jak po własnym mieszkaniu.

 

Idąc wytyczonym wcześniej przez Mirka szlakiem, sprawdzali kolejne miejsca, które strażnik zaznaczył na mapie. W porze obiadowej mieli już za sobą większość trasy. Nie znaleźli jednak ani kryjówki kłusola, ani żadnych wnyków. Nie spotkali również żadnej podejrzanej osoby, co z kolei uznali za dobry znak. Po przerwie na zjedzenie czegoś ruszyli w dalszą drogę.

 

Około godziny szesnastej w lesie zaczęło się robić szaro. Dwaj mężczyźni mieli już zakończyć swoje poszukiwania, jak się okazało bezowocne. Mirosław był niezadowolony zarówno dlatego, że nic nie osiągnął, jak i z powodu towarzyszącego mu prokuratora. Urzędnik obdarzył go zaufaniem w szalonej kwestii poszukiwań mitologicznego monstrum, a w zamian otrzymał wyczerpującą, bezsensowną wędrówkę.

 

Wracając zrezygnowany w stronę służbowej terenówki, którą zostawił na jednym z leśnych parkingów, uwagę Mirka zwrócił dziwny dźwięk. Malecki również go usłyszał, bo zatrzymał się i zaczął rozglądać.

 

Po chwili Bielski rozpoznał w tym odgłosie szczekanie sarny. Zwierzę musiało być całkiem blisko i nie poruszało się. Strażnik gestem nakazał prokuratorowi ciszę i poprowadził go za skowyczącym głosem.

 

Dźwięki te wydawała młoda sarna, która złapała się we wnyki. Jedną nogę miała owinięta stalową pętlą i przywiązaną do drzewa obok. Na widok człowieka, zaczęła głośniej szczekać i wierzgać nogami.

 

Mirek zauważył, że prokurator skrzywił się. Poprosił go, żeby zaczekał na niego, a sam powoli podszedł do sarny, próbując jej nie przestraszyć jeszcze bardziej. Udało mu się dojść do drzewa.

 

Pochylił się nad wnykami i obejrzał pętlę na nodze zwierzęcia. Metalowa plecionka zdążyła obetrzeć skórę i spowodować lekkie krwawienie, ale raczej nie wyrządziła większej szkody. Bielski zaczął rozwiązywać linkę, co nie było prostym zadaniem, ponieważ sarna wciąż wierzgała nogą. Nagle jednak zwierzę uspokoiło się i nasłuchiwało przez chwilę, po czym zaczęło wiercić się jeszcze gwałtowniej.

 

Zaniepokoiło to strażnika, więc wstał i rozejrzał się dokoła. Niczego nie dostrzegł, wiedział jednak, że sarna musiała coś wyczuć. Wtedy usłyszał trzask łamanej gałęzi, po chwili kolejny, głośniejszy. Ktoś się zbliżał. Bielski szybko dopadł do swojego towarzysza, przyciągnął go do ziemi i razem położyli się płasko za krzakiem dzikich jeżyn tak, że byli prawie niewidoczny. Obserwował jednocześnie miejsce, w którym stała sarna. Po chwili spomiędzy drzew po przeciwnej stronie wyszła postać ubrana w moro. Ukryty w zaroślach Mirosław wstrzymał oddech, ponieważ od razu rozpoznał w niej poszukiwanego potwora. Prokurator gwałtownie wciągnął powietrze ustami.

 

Również sarna rozpoznała zagrożenie i zaczęła wyrywać się bardziej niż na widok strażnika. Stwór podszedł do zwierzęcia i stanął przy nim. Teraz dopiero Bielski dostrzegł jak niska jest ta istota. Była nieco wyższa od sarny, więc mogła mieć jakiś metr wzrostu. Kłusol położył dłoń na łbie zwierzaka, a ono momentalnie się uspokoiło. Wtedy wyswobodził je z pułapki i założył na szyi pętlę jak lasso. Drugi koniec sznura trzymał w ręce i w ten sposób, uwolniwszy sarnę z pułapki, poprowadził ją za sobą, idąc w las.

 

Zanim wyszedł z polany rozejrzał się jeszcze, przypatrując się dłużej miejscu gdzie leżał strażnik leśny i urzędnik, a przynajmniej Bielski odniósł takie wrażenie. Mirosław odczekał chwilę, wstał i podążył wraz z Maleckim za demonem.

 

Poruszali się ostrożnie i powoli, co chwila chowając za drzewami, aby kłusol nie zorientował się, że jest śledzony. Po kilkunastu minutach marszu Bielski rozpoznał część lasu, do której weszli. Była to jedna z najstarszych części puszczy. Rosły w niej wiekowe drzewa, a zwierzęta chowały się tam, bo była najbezpieczniejsza. Ponadto była zamieszkana przez najgroźniejsze leśne demony.

 

Z oczywistych względów, Mirek nie zamierzał przyprowadzać tutaj swojego towarzysza, tylko udać samemu tego samego wieczora. Ten plan się jednak nie udał.

 

Jak się okazało, również kłusol miał tam swoją kryjówkę. Potwór zatrzymał się przy potężnym buku Drzewo urosło do naprawdę okazałych rozmiarów, ale było też w złym stanie. Jeden z konarów leżał odłamany na ziemi, a w miejscu, w którym wcześniej rósł, wysypywało się spróchniałe drewno. Kłusol przywiązał powróz, na którym prowadził sarnę do jednej z gałęzi tego konaru. Sam przeszedł na drugą stronę drzewa i zniknął Bielskiemu z oczu. Strażnik ponownie zostawił w ukryciu prokuratora i także okrążył buk.

 

Dostrzegł otwór w pniu takiej wielkości, że mogłoby się w nim zmieścić co najwyżej dziecko. Mężczyzna usiadł za drzewem i czekał. Pięć minut, dziesięć, w końcu kwadrans. Kłusol nie wyszedł ze swojego drzewa. Mirosław zebrał się na odwagę i wstał. Wyciągnął z plecaka kilkanaście gałęzi jemioły, buteleczkę spirytusu i sznurek. Jemiołę przywiązał sznurkiem do końca gałęzi, którą znalazł na ziemi. Na koniec oblał to alkoholem i podpalił. Jemioła zaczęła się szybko palić i dymić. Strażnik podszedł do buku i zaczął go okadzać z każdej strony, umyślnie nie podchodząc do dziury. Sarnie najwyraźniej nie podobał się zapach dymu i zaczęła się niespokojnie wiercić i poszczekiwać.

 

Wtedy ze środka drzewa zaczęły dobiegać jakieś odgłosy i po chwili przez dziurę wychodził już kłusol. Bielski przestraszył się i zaczął uciekać, upuszczając po drodze pochodnię. Zanim jednak dobiegł do najbliższego drzewa, poczuł w prawej nodze przeszywający, ostry ból i przewrócił się. Spojrzał na swoje udo, z którego wystawał grot strzały przebijającej jego nogę na wylot.

 

Ponad nogami dostrzegł zbliżającą się postać demona z wycelowanym w niego łukiem. Po raz pierwszy mógł przyjrzeć się twarzy potwora. Podobnie jak cała głowa, twarz również była pokryta czerwonymi plamami. Poza tym miała ludzkie rysy. Co więcej, rysy te zdawały się Mirosławowi znajome. Nie miał jednak czasu myśleć, kogo mu przypominał, ponieważ ten był już coraz bliżej.

 

W końcu stanął nad mężczyzną i wymierzył broń w jego pierś, wydając przy tym zwierzęce dźwięki. Nagle jednak zachwiał się i zwolnił przy tym naciąg, ale strzała szczęśliwie dla leżącego trafiła obok. Umysł Bielskiego połączył zachowanie kłusola z usłyszanym przed chwilą wystrzałem, który dopiero zarejestrował. Demona ktoś musiał postrzelić.

 

Mirosław próbował przesunąć się i spojrzeć za potworem. Obok buku stał Malecki z uniesionym pistoletem. Prokurator przymierzał się właśnie do kolejnego strzału. Demon w tym czasie otrząsnął się i ponownie unosił łuk, tym razem wycelowany w napastnika. Postrzał najwyraźniej tylko go trochę oszołomił. Zanim jednak zdążył wypuścić strzałę, Malecki strzelił do niego jeszcze raz, tym razem przewracając go na ziemię. Kłusol mimo to już się znów podnosił.

 

— To nic nie da! — zawołał Bielski i wskazał na dymiącą się obok buku gałąź. — Pochodnia!

 

Prokurator od razu pojął, o co chodzi strażnikowi. Podbiegł do pochodni i rzucił ją do Mirosława. Ten szybko podniósł ją lewą ręką i przerzucił na drugą stronę przyciskając do ciała demona.

 

Potwór momentalnie zajął się cały ogniem. Płomień był tak silny, że Bielski musiał się odczołgać, żeby uniknąć oparzenia. W tym czasie podbiegł do niego Malecki i pomógł mu wstać. Kłusol palił się równie szybko, co mocno. Po niecałej minucie została z niego tylko kupka popiołu, z której wypełzła sporych rozmiarów żmija zygzakowata. Zasyczała jeszcze na mężczyzn, ale nie zaatakowała ich, tylko uciekła.

 

— Niech go pan szybko złapie! — zawołał Mirosław do prokuratora.

 

Malecki doskoczył do węża i oburącz mocno ścisnął gada tak, aby się nie wyśliznął. Strażnik pokuśtykał do niego i z bólem serca odciął wężowi łeb myśliwskim nożem. Bądź, co bądź, jako strażnik poczuwał się do ochrony przyrody.

 

Wspierając się na ramieniu starszego mężczyzny, Mirek dotarł do samochodu. Prokurator zawiózł go stamtąd od razu do szpitala. W drodze zadawał wiele pytań na temat tego, co czai się w głębi słowiańskich lasów. Spotkanie z jednym z demonów pobudziło jego wyobraźnię i zainteresowanie.

 

W szpitalu lekarz usunął strzałę z nogi mężczyzny i zajął się profesjonalnie raną, wcześniej amatorsko opatrzoną przez Maleckiego. Mirosław został jeszcze kilka dni na obserwacji, zanim o kulach wyszedł ze szpitala.

 

W tym czasie policja wydała oświadczenie, w którym ostatnie śmierci nazwali nieszczęśliwymi wypadkami, a ich podobieństwo nazwali zbiegiem okoliczności. Poza tym zdjęcia upublicznione w międzyczasie przez fotografa, który znalazł ciało Zaręby nazwali sfabrykowanymi.

 

Nieoficjalnie Bielski wiedział, że fotograf za milczenie dostał zapłatę. Ludzie uwierzyli w słowa policji i tylko nieliczni snuli przeróżne teorie spiskowe na ten temat. Prawdziwą wersję znały tylko cztery osoby: Lech i Mirosław Bielscy, Zygmunt Malecki i lekarz — przyjaciel Mirka, który usłyszał zresztą historię okrojoną o nadnaturalne elementy.

 

Kiedy Mirosław wyszedł ze szpitala, chciał jeszcze raz odwiedzić prokuratora z którym zdążył się w międzyczasie zaprzyjaźnić, ale okazało się, że już on wyjechał. Bielski udał się więc do Lecha.

 

U dziadka już po tym, jak opowiedział mu całą historię z pierwszej ręki, wziął pudełko z rzeczami ojca, żeby odłożyć oderwaną kartkę na jej miejsce. Wcześniej przepisał ją do dziennika.

 

Kiedy wyciągnął jeden z zeszytów i otworzył go, spomiędzy kartek wypadło zdjęcie polaroid. Podniósł je i obejrzał. Przedstawiało dwóch młodych, może piętnastoletnich chłopców. Stali nad jeziorem z wędkami i sporych rozmiarów rybami na rękach. W jednym z nich Bielski rozpoznał swojego ojca. A drugi…

 

— Dziadku, kto jest na tym zdjęciu? — spytał cicho, pokazując mu zdjęcie.

 

— To przecież twój ojciec, nie poznajesz?

 

— To wiem, pytam się o tego drugiego chłopca.

 

— Ach, on… — Lech zasępił się. — To jego przyjaciel z dzieciństwa, Heniek. Smutna historia. Był zapalonym wędkarzem. Bardzo często chodzili razem ze Sławkiem na ryby. Któregoś razu, twój ojciec był chory i Heniu poszedł sam. Już nie wrócił. Prawdopodobnie wpadł do rzeki i utopił się, ale ciała nigdy nie znaleziono. Jego rodzice nawet nie mogli go pochować…

 

— A… — Mirosław był mocno zaniepokojony, ale nie dawał tego po sobie poznać. — A nie wiesz czy nie zastawiał sieci, albo jakichś sideł?

 

— Sławek nigdy mi nie chciał powiedzieć, ale podejrzewam, że zdarzyło im się łowić w sieci. Skąd nagle takie zainteresowanie ojcem? Zawsze stroniłeś od tego tematu.

 

— Może czas lepiej go poznać — odparł i spojrzał na drugiego chłopaka ze zdjęcia. Było kilka różnic, ale poza tym mógł z niemal stuprocentową pewnością stwierdzić, że demon, który omal go nie zabił dwa dni temu, miał twarz właśnie tego chłopca.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania