Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Konwacy i Endżeljasz

Konwacy, pośród szaleństwa otaczającej go bitewnej zawieruchy, zauważył swojego kompana Endżeljasza, który to siedział w środku kałuży — gdzie mieszała się krew z wodą oraz błotnistą ziemią. Endżeljasz przysunął nogi bliżej ciała, oplótł rękoma i schował brodę w kolanach. I zastygł. Konwacy rzucił się w stronę druha. Mieczem trzymanym w prawej ręce zaciął znak w błocie i szybkim cięciem od dołu pozbawił życia piechura, który stanął mu na drodze. Zanim ciało przeciwnika upadło na ziemię Konwacy dopadł do Endżeljasza.

- Endżeljaszu wstawaj! - Krzyknął Konwacy.

- Nie. - Odparł uparcie niczym dziecko Endżeljasz.

- Wstawaj, bo zginiesz, zginiemy- przekonywał desperacko siedzącego przyjaciela Konwacy.

- Nie wstanę – szedł w zaparte Endżeljasz.

- No co ty pieprzysz – ganił Konwacy pochylając się nad druhem.

- Mówię, że nie wstanę i już. Koniec kropka.

Konwacy zdenerwował się na rezygnację kompana. Żwawo zaszedł Endżeljasza od tyłu. Wsunął mu ręce pod pachy i starał się dźwignąć do góry. Niestety powstałe błoto na polu bitwy zassało Endżeljasza. Konwacy raz jeszcze szarpnął przyjaciela. Jedyne co osiągnął swoim nadludzkim wysiłkiem, był głośny dźwięk pierdnięcia, który odbił się echem po zbrojach rycerstwa.

- Przepraszam, co tu się aktualnie, teraz dzieje? - zapytał wyrwany, podejrzanym hukiem, z bitewnego szału wojak, dzierżący ogromny zakrwawiony topór, obleczony w barwy wrogiej armii.

- „No to jurwa po nas” - pomyślał Konwacy, mający splątane palce obu dłoni na klatce piersiowej przyjaciela.

- Przepraszam, czy właśnie pan pierdnął? - podjął ponownie wojownik z toporem.

Konwacy próbując ukryć jednocześnie zażenowanie oraz strach przed ewentualnym rozpłataniem zawtórował.

- Nie, to nie ja.

- Ależ wyraźnie słyszałem, że pierdnięcie - rzucił grzecznie topornik, stawiając broń trzonkiem na ziemi, po czym oparł się prawym łokciem o głowicę, a palcem wskazującym lewej dłoni wycelował w Konwacego, chcąc w ten sposób upewnić słuchacza o swojej racji. - Miałem właśnie w szale bitewnym rozpłatać tamtego oto szanownego wojownika - wskazał kciukiem za swoje plecy w stronę piechura, który otrzepywał właśnie błoto z pośladków - Dzień dobry panu tak w ogóle - rzucił w stronę niedoszłej ofiary.

- Dzień dobry, ale miał pan okazję. Myślałem, że już umrę chwalebnie, a tu taka zabawna sytuacja – odparł piechur, który teraz czyścił z błota lewy bark.

- Proszę o wybaczenie. Widzi Pan, ów waszmość rozproszył mnie pierdnięciem- odparł grzecznie topornik.

- Nie, nie ja. To błoto zassało kolegę. Gdy wyciągałem to zassało, pękło i pierdło - rzekł Konwacy.

- Błoto nie pierdzi – odparli jednocześnie topornik i piechur.

- Wiem, ale jak coś zassie to może - odparł Konwacy, starając się ratować resztki godności.

- A kolega czemu siedzi? Ogłuszony pewnie został potężnym ciosem, wymierzonym przez jednego z moich niezwyciężonych kamratów? - Zmienił temat wojownik z toporem.

- A nie, nie, nie. Kolega nie chce walczyć – odparł Konwacy i raz jeszcze szarpnął Endżeljasza do góry. Ponownie bez sukcesu.

- Zostaw mnie, zabierz te łapy ode mnie - wykrzyczał Endżeljasz wymachując rękami nad głową, jakby odganiał stado much.

-Widać nie che i tyle. - Odparł topornik, kręcąc z niesmakiem i niedowierzaniem głowa - Ale jak to się stało?

- No zwyczajnie. Siadł w błocie i powiedział otwarcie, że on to pierdoli – odparł Konwacy.

- Jak to pierdoli? - zapytanie doszło z prawej strony Konwacego. Obejrzał się. Rycerz, który rzucił to pytanie właśnie wyrywał miecz z piersi wroga. Podniósł przyłbicę i z wymalowanym zaciekawieniem, ale i niedowierzaniem na twarzy rzucił jeszcze raz.

- Jak to pierdoli? Walkę?

- A no tak walkę, mówi, że nie chce – dopowiedział ocalony spod topora piechur.

- Erebusie! - Krzyknął prostujący się znad ofiary rycerz z mieczem.

- Słucham cię Mariaszu! - odpowiedział gdzieś z tłumu walczących głos.

- Tutaj jest facet, który mówi, że nie chce walczyć – poinformował Mariasz.

- Nie chce walczyć? - dopytywał, z wyczuwalnym niedowierzaniem Erebus.

- Tak mówią i tak mówię - odkrzyknął Mariasz.

- Na płonące sztandary Benwaldu! Nie dowierzam! – zawtórował Erebus, przeciskając się przez pole bitewne by samemu, na własne oczy przekonać się, czy to prawda.

Konwacy widząc ustającą bitewną wrzawę oraz wyczuwając co raz więcej ciekawskich spojrzeń zwracających się ku niemu, oraz Endżeljaszowi, zaczerwienił się ze wstydu - na, tyle że opuścił przyłbice.

- Ja od dziesięciu lat wojuję i nigdy mi się tak nie przytrafiło. Słyszałem jednakże o takich przypadkach - rzekł niski włócznik wdrapujący się na końskie truchło, by móc lepiej widzieć ów przypadek góry.

- Stary Bondzeljasz wczoraj wieczorem, przed bitwą, opowiadał o takim przypadku, ale nikt mu wiary nie dawał. Śmiechem go zbyli – dopowiedział mały włócznik - A tu proszę stary miał rację, gdzie on teraz? - zapytał żołnierz królestwa Zabarystanu.

- Szarża konna na lewym skrzydle go rozjechała, bodaj z dwie godziny temu. Sam widziałem jak mu czaszka pęka. - doleciało gdzieś z tłumu, tłumu, który co żarliwiej zaczął interesować się stanem Endżeljasza.

- No ale czemu nie chcesz walczyć? - Ponownie padło pytanie od wojaka, który starał się wychylić głowę nad rycerzy, którzy zasłaniali mu całą sytuację w kręgu.

- Pierdole, nie chcę. Zimno mi, głośno. I psa nie wyprowadziłem. A jak zginę? To uschnie z tęsknoty i obszcza całe mieszkanie. - odezwał się obrażonym głosem Endżeljasz.

- Żona wyprowadzi, nie martw się- usłyszał w odpowiedzi.

- Gówno wyprowadzi. Zawsze jak idę na wojaczkę to sama z chałupy wyłazi na ten czas i się jurwić zaczyna – rzekł Endżeljasz, teraz siedzący w błocie z wyprostowanymi nogami, na które beztrosko, ale z widocznym rozdrażnieniem, nagarniał błoto.

- A jak się jurwi to do domu nie zajrzy na spoczynek? Nie oporządzi się? - zapytał ktoś z tłumu, który szczelnie już otaczał Konwacego i Endżeljasza.

- Gdzie tam, nic ją nie obchodzi - odparł Endżeljasz przelewając błoto przez palce dłoni odzianej w kolczą rękawicę.

- Ale żeby do psa nie przyszła, skandal! - ktoś krzyknął z dala od centru koła.

- Hańba babie !- zaczęły podnosić się okrzyki. Bitwa dawno ustała.

- Co tu się u diaska dzieje? Z drogi hołoto! Jak stoisz, przepuścić mnie! - krótkie bluzgi i narzekania dochodziły do uszu Konwacego. - No żesz jurwa mać. Co to za cyrk?

- Tamten nie chce walczyć panie Kapitanie – ktoś naskarżył na Endżeljasza.

- Jak to jurwa nie chce walczyć? Żołnierzu, mów natych... - Kapitan przerwał wchodząc w krąg gdzie siedział Endżeljasz - ... a pierdolę nie ode mnie jesteś - odparł kapitan, lustrując barwy, w jakie przyodziany jest siedzący w błocie żołnierz - Gdzie jest wasz dowódca? - warknął przez zęby.

- Idę, idę - padło z przeciwległej strony. Przechodzący pośród rycerstwa Pułkownik obijał się swoją zbroją o pancerze innych żołnierzy, czemu towarzyszył szczęk metalu. - Dlaczego nikt nie ginie? Jurwa czas kończyć, do domu wrócić - niosło się od strony przedzierającego się przez tłum Pułkownika.

W końcu dotarł do ostatniego rzędu wojów otaczających Konwacaego i Endżeljasza. Poślizgnął się na wyrobionym błocie, jego peleryna zawinęła się wokół lewej stopy. Grubawy pułkownik, wjeżdżając do okręgu na jednej nodze musiał srogo się namachać krótkimi rękoma, by złapać równowagę i nie wylądować obok Endżeljasza.

- Co to za zbiegowisko, roboty nie macie? - huknął Pułkownik.

Niektórzy żołnierze spuścili głowy i stopami zaczęli kręcić kółka w błocie z zażenowania, widać podkomendni.

- Raport już - rzekł pułkownik z królestwa Speluneli.

- Szeregowy Endżeljasz mówi, że pierdoli, nie walczy – doleciało z tłumu.

-Że jak? - syknął wąsaty porucznik, gromiąc wzrokiem Endżeljasza.

- I że żona mu się jurwi, panie Poruczniku – pojaśnił ktoś dalej.

- Pies mu szcza w domu i głodny siedzi – dopowiedziało kilka głosów.

Do Pułkownika Speluneli podszedł kapitan Zabarystanu.

- Twój chłoptaś, ty ogarnij ten burdel, moi chłopcy nie mają nic do tego. A jak się bitwa przeciągnie przez twojego żołnierzynę, to ja jurwa już zadbam o to, żebyś ty i ta twoja kompania ze swojego żołdu opłaciła moich najemników. Jurwa, do dwunastego mam ich opłaconych i jurwa nie zamierzam przeciągać im kontraktu. Nie obchodzi mnie co zrobisz, ale za dziesięć minut ma być już spokój z tym łachmytą. I MA SIĘ TU ODBYWAĆ REGULARNA BITWA JURWA JEGO MAĆ!

Średnia ocena: 4.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania