Kroniki Czarownic. Lustro Seleny. (Rozdział 1)

1

Skarb

Nasz samochód mknął drogą pomiędzy wielkimi dębami, mijaliśmy pola, łąki i wrzosowiska.

- Na pewno będzie tu nudno! - jęknęłam, odgarniając z twarzy kosmyk swych miedzianych włosów.

Mój bury kot,Artemis przeciągnął się na tylnym siedzeniu.

- Twój ojciec bardzo chciał tu wrócić i osiąść na stałe – odparła matka.

Moja matka, Lidia Wilczewska, żona sławnego pisarza literatury młodzieżowej.

Podziwiałam swoją matkę, za jej siłę. Mój ojciec zmarł niedawno w niewyjaśnionych okolicznościach. Przed śmiercią nalegał jednak na przeprowadzkę do jego rodzinnej siedziby, gdzie mieszka jego matka a moja babka.

Teraz jednak ojca nie ma z nami, Ja z mamą jedziemy tam same, aby zamieszkać z babcią Sylvią .

Mama świetnie potrafi maskować swoje uczucia przed innymi. Lecz podczas wielu nie przespanych nocy słyszałam często jej szlochy.

Sama też bardzo cierpiałam i robiłam to otwarcie. Nie jestem tak twarda jak moja matka. Tata był dla mnie jak przyjaciel, a gdy pomyślę że już go nie ma…

- Wjeżdżamy do miasteczka, Saro. Do pałacu już niedaleko – oznajmiła matka.

Wyjrzałam przez okno auta. Miasteczko wydawało się być bardzo stare, wręcz średniowieczne. Zupełnie jakby czas się tu zatrzymał. Zawiedziona opadłam z powrotem na siedzenie.

W końcu nasze auto zatrzymało się przed wielkim, starym pałacem. Wysiadłam, a kierowca wniósł nasze bagaże do wnętrza pałacu.

Artemis ocierał się o moje nogi. Rozejrzałam się. To ,co zobaczyłam, spodobało mi się bardziej niż mogłam przypuszczać.

Pałac był naprawdę piękny. Ujrzałam cudownie zielone wzgórza i doliny , jeziora, rozległy las, za którym, na niewielkim wzniesieniu majaczyły ruiny jakiegoś zamku.

Wyglądało to nawet majestatycznie na tle olbrzymich gór.

Na spotkanie wyszła nam babcia Sylvia. Uwielbiałam patrzeć na jej dobrą twarz. Wielkie zielone oczy,zupełnie jak moje, smutny uśmiech i siwiutkie włosy, upięte w kok na czubku głowy.

- Wejdźcie, moje kochane – powiedziała – Chcę jeszcze z wami trochę pobyć, zanim wyruszę.

Wnętrze pałacu było bogato zdobione wielkimi obrazami członków rodziny o surowych twarzach, którzy mieszkali tu na przełomie wieków.

Podłogi wyłożone były grubymi dywanami a pod ścianami stały prawdziwe zbroje rycerskie.

- Jak minęła podróż? - zagadnęła babcia, gdy już zasiadłyśmy w salonie, z filiżankami herbaty w dłoniach.- Bardzo spokojnie – odparła matka.

Rozmawiałyśmy jeszcze przez chwilę, wspominając ojca i krótką podróż, w którą babcia wyruszała.

Następnie zwróciła się do mnie :

- Saro, chciałabym z tobą pomówić, zanim odjadę – szepnęła – Chodźmy do biblioteki.

Podążyłam za babcią, myśląc gorączkowo o co może chodzić starej kobiecie. Matka pozostała milcząca na swoim miejscu. Na jej twarzy zagościł dziwny uśmiech.

Zdecydowanie, biblioteka spodobała mi się najbardziej. Była ogromna. Półki z książkami sięgały sufitu a samych książek było chyba z milion!

Babcia zamknęła ostrożnie drzwi i stanęła ze mną twarzą w twarz.

- Nigdy nie miałam córki – zaczęła babcia – Twój ojciec był moim jedynym dzieckiem. Kochałam go tak bardzo jak tylko matka potrafi kochać swoje dziecko – zamilkła na chwilę – W naszej rodzinie jest pewien skarb, który przekazuje się z pokolenia na pokolenie. Ale tylko z matki na córkę – Spomiędzy fałd kołnierza swego płaszcza wydobyła złoty, misternie pleciony łańcuszek z zawieszonym na nim medalionem.

Ułożyła go na swej dłoni tak, że ujrzałam wygrawerowaną na nim literę „S”.

- Nie mogłam dać go twemu ojcu. Daję go tobie – rzekła, wyciągając dłoń z medalionem w moją stronę.- Dziękuję – szepnęłam – Ale chcę wiedzieć więcej – wypaliłam.

- Wiedza to potęga – odparła babcia – A największą wiedzę czerpiemy z książek. Masz ich tu mnóstwo – pokazała na półki z książkami.

- Dlaczego mówisz zagadkami, babciu?

- Namawiam cię do czytania…

- Ale co z tym medalionem? - upierałam się.

- To nie tylko rodzinna tradycja. Ale reszty dowiesz się sama – ponownie wskazała na książki – Wrócę, gdy będziesz już gotowa – dodała, po czym ucałowała mnie w policzek na pożegnanie i już jej nie było.

Wróciłam do salonu, gdzie nadal siedziała mama. Uśmiechnęła się smutno na widok medalionu na mojej szyi.

Poinformowała mnie, że od poniedziałku będę uczęszczać do miejscowej szkoły. Wszystko załatwiła. Świetnie.

Potem matka poszła się rozpakować. Postanowiłam zrobić to samo. Moja komnata była ogromna, z wielkim kominkiem i łożem z kolumienkami i dębową szafą z lustrem. Szklany blat stołu spoczywał na marmurowych nogach, przy oknie stało biurko.

Wyszłam na balkon i spojrzałam jeszcze raz na ten piękny widok , który podziwiałam przed pałacem.

*****************

 

Następnego dnia Pałac Wilczewskich przeżywał oblężenie.

Siostry Sokołowskie, trzy siostry mojej matki, przybyły wraz ze wschodem słońca.

Spośród wszystkich ciotek najbardziej lubiłam ciotkę Klarę, mimo że czasami zachowywała się zbyt dziecinnie. A może właśnie dlatego.

Ciotka Simona miała głowę pełną nowych, zwariowanych pomysłów. Jej hobby były kłótnie z jej siostrą Klarą.

Agata zaś, była bardziej podobna do najstarszej siostry, Lidii, mojej matki. Tylko że była od niej bardziej sztywna i pompatyczna.

Ciotki spędziły cały dzień na plotkowaniu z mamą i opowiadały jej o każdym szczególe ich podróży do pałacu. Stare panny!

Ja zaś miałam czas pomyśleć w samotności, z Artemisem na kolanach. Drapiąc bezmyślnie kota za uszami, drugą dłonią bawiłam się medalionem na mojej szyi.

Siedziałam w pokoju gościnnym. Telewizor grał w najlepsze, nie przyciągając mojej uwagi. Lecz gdy w „Wiadomościach” wypowiedziano nazwę doliny, w której teraz mieszkam, sięgnęłam po pilota, aby zrobić głośniej.

- „Nieopodal Doliny Jezior rozbiła się prywatna awionetka. Znaleziono w niej ciała Anny i Aleksa Niedźwiedzkich, pary przyjaciół niedawno zmarłego pisarza, Sebastiana Wilczewskiego.”

Zaczerpnęłam głośno powietrza, gdy padło nazwisko mojego ojca. Tymczasem spiker kontynuował :

- „ … Przyczyny katastrofy samolotu są nieznane. Czyżby kolejna niewyjaśniona śmierć wielkich ludzi, którzy pochodzili z Doliny Jezior? Tego nie wiemy. Natomiast szesnastoletnia córka Niedźwiedzkich pozostanie w dolinie pod opieka babki, hrabiny Adeli Von Rozen – Niedźwiedzkiej.”

Przyjaciele mojego ojca… ich córka… moja rówieśniczka… Tutaj?! Dlaczego nic nie wiedziałam?!

Tymczasem moja matka stała za fotelem, w którym siedziałam i wszystko słyszała.

- O mój Boże! - zawołała, zakrywając twarz rękoma – Anna, Aleks!

- Mamo – zaczęłam – Czy…

- Niedźwiedzcy byli przyjaciółmi taty i moimi, ich córka jest w twoim wieku. Chyba to czas żebyś w końcu ją poznała.

Świetna okazja, pomyślałam. Właśnie zginęli jej rodzice.

Moi rodzice mieli przede mną wiele tajemnic. Spotkanie z tą dziewczyną może być początkiem ich odkrywania.

Ciotki stały w progu i gapiły się na mnie. Ja patrzyłam na matkę, na jej zmartwioną twarz, oczy pełne strachu. Mama jest zawsze twarda. Musiało się stać coś strasznego, żeby wytrącić ją z równowagi.

Matka wybiegła z pokoju, roztrącając po drodze ciotki.

- Cholera, zaczęło się! - mruknęła, przekraczając próg – Muszę zadzwonić! - dodała głośniej – Szykuj się Saro, wychodzisz ze mną.

Pałac Niedźwiedzkich był równie stary i piękny co pałac Wilczewskich. Gdy z matką stanęłam pod jego drzwiami, otworzyła nam pokojówka i poprowadziła do salonu.

W fotelu siedziała dziewczyna. Była ubrana podobnie jak ja, dżinsy i bluzka z krótkim rękawem. Jej czarne, krótkie włosy lśniły od żelu. Smukłą twarz zdobiły brązowe oczy, teraz pełne łez.

Przez długi czas gapiłam się na naszyjnik, który okalał jej szyję. Był łudząco podobny do mojego, tylko że na tym wygrawerowana była litera „A”.

- Babci nie ma- oznajmiła dziewczyna – Wyjechała.

- Myślałam że jeszcze ją zastanę -szepcze matka – Czy w takim razie mogła bym skorzystać z telefonu? Nie wzięłam komórki.

- Oczywiście.

Matka oddaliła się,a ja pozostałam sam na sam, z pogrążoną w smutku dziewczyną.

- Jestem Amelia – przedstawiła się w końcu. Jej wzrok wzrok błądził po mojej twarzy, by w końcu zatrzymać się na medalionie.

- Mam na imię Sara – powiedziałam – Widzę…

- Tak mam podobny. Dostałam od babci.

Dociera do mnie że Amelia mówi o medalionie. Przytakuję jej.

- Będziesz chodzić do szkoły w miasteczku? - pyta mnie.

- Tak – odpowiadam – Chyba będziemy w tej samej klasie?

- Na to wygląda. Ale najpierw muszę zająć się… pogrzebem – szepcze Amelia.

- Rozumiem. Przykro mi – mam w gardle wielką gulę, nie wiem co jeszcze mogłabym powiedzieć.

- Najgorsze jest to, że wiedziałam że to się stanie – mówi Amelia, patrząc tępo w przestrzeń – Śniło mi się to. A gdy rano się obudziłam, usłyszałam te straszne wieści – spogląda na mnie oczyma pełnymi łez.

Nie zastanawiając się co robię, przysiadam na podłodze u stóp jej fotela i ściskam mocno jej dłoń.

Po chwili Amelia odwzajemnia uścisk. Jej łzy kapią na nasze splecione dłonie.

 

**********

 

Wielkie gmaszysko, w którym mieści się Szkoła Wyższa imienia Ariany Mądrej, przytłacza mnie swoim ogromem i gotyckim stylem.

Matka zostawiła mnie na parkingu i odjechała. A ja stoję przed wejściem do tego zamczyska i zastanawiam się jak wszystko się ułoży.

W końcu wchodzę i idę długim korytarzem, w poszukiwaniu sekretariatu, potrącana przez innych uczniów i uczennice.

Mija mnie grupka roześmianych dziewcząt. Postanawiam zasięgnąć u nich języka.

- Przepraszam… - zaczynam. Dziewczyny przyglądają mi się, jakbym była nieznośną odrobiną błota na ich ulubionych butach i ruszają dalej.

- Hej, laska! - woła do mnie jakiś chłopak opart o ścianę, odpycha się od niej i rusza w moją stronę.

Jego brązowe włosy powiewają w przeciągu. Uśmiecha się do mnie zawadiacko, odsłaniając równe, białe zęby. Orzechowe oczy błądzą po mojej sylwetce.

- Mogę zaprowadzić cię dokąd tylko chcesz – mówi, znowu się uśmiechając.

- Yyyy… - no pięknie, zatkało mnie!

Nagle ktoś chwyta mnie pod ramię. Jest to dziewczyna o ładnej trójkątnej twarzy, z brązowymi długimi włosami, związanymi w kitek i grzywką opadającą na twarz i zakrywającą prawe oko. Ma na sobie śliczne balerinki, mini spódniczkę i strasznie wydekoltowaną bluzkę. Między jej piersiami dynda medalion z literą „W”.

- Nie czas na flirt, Ludomirski! - dziewczyna groźnie łypie na chłopaka swym lewym okiem, które jest elektryczno niebieskie – Ona potrzebuje pomocnej dłoni a nie złego dotyku!

Dziewczyna cały czas trzyma mnie pod ramię, odciąga mnie od chłopaka, nie przestając mówić :

- Jesteś nowa, tak? Świetnie, będziemy razem w klasie! Jestem Wioletta – przedstawia się w końcu.

- Sara – chciała bym powiedzieć coś jeszcze, ale Wioletta mi na to nie pozwala, cały czas plecie.

- Zaprowadzę cię do sekretariatu, w sumie lekcje zaczynają się za pół godziny, ale oczywiście musisz się tam zameldować i odebrać rozkład zajęć…

Zaczynam się zastanawiać jak długo tak może.

- … facetka od języka angielskiego to w porządku babka, ale radziła bym uważać na nauczyciela łaciny. Jak się podłożysz na jego zajęciach to masz przechlapane – paple Wioletta – O! Jesteśmy.

Wskazuje mi drzwi z tabliczką : SEKRET, resztę liter ktoś bezczelnie zdrapał z drzwi, ale widać na szybie jeszcze ich zarys : SEKRETARIAT.

Gdy wychodzę z sekretariatu dziesięć minut później z rozkładem zajęć w garści, Wioletta nadal tam stoi i znów zaczyna nawijać jakby w ogóle nie przerywała. Czas zajęć to chyba jedyny czas, w którym nie odzywa się, jeśli nie jest pytana.

W porze przerwy śniadaniowej siadamy razem przy stoliku na stołówce. Wioletta bombarduje mnie pytaniami.

- Znasz może Amelię Niedźwiedzką?

- Tak- odpowiadam – Niedawno…

- To straszne, co jej się przytrafiło, nie uważasz?

- Okrop…

- W sumie Amelia jest OK, trochę taka kujonka, chodzi na dodatkowe zajęcia ze sztuki.

Boję się odezwać. Co będzie, jeśli znowu nie da mi skończyć? Czuję się jak kretynka.

- Idziesz na pogrzeb? - Wioletta przygląda się uważnie mojemu medalionowi. Chowam go pod bluzką.

- Przepraszam – mówi – Pomyślałam… - ujmuje w dłonie swój medalion.

- Tak? - zachęcam ją. O matko! Zachęcam Wiolettę do mówienia! A Wioletta milczy. To cud!

- Nie ważne – mówi cicho, patrząc mi w oczy – Więc idziesz? - pyta.

- Chyba tak – odpowiadam.

 

Nazajutrz w szkole również nie było Amelii. Przy drzwiach Wioletta natychmiast chwyciła mnie pod ramię, szczebiocząc wesoło.

- W szkole nie można mieć makijażu, ale ja ni mogę żyć bez kredki do oczu – Wioletta z kieszonki plecaka wyciąga czarną kredkę do oczu – Chcesz? - pyta.

- Nie dzięki, nie używam – dopiero dziś pozwala mi się wypowiedzieć całym zdaniem.

- Masz bardzo ładne oczy, gdybyś podkreśliła je kredką uwydatniło by to ich urok – mówi, zbliżając kredkę do mojej twarzy. Na szczęście ratuje mnie dzwonek, wzywający na zajęcia.

W przerwie między zajęciami Wioletta dopada mnie w łazience i natychmiast zaczyna maltretować moje oczy za pomącą swojej kredki. Poddaję się jej.

Gdy chwilę później patrzę w lustro, efekt mnie powala, Wioletta tylko delikatnie podkreśliła brzegi powiek, co wydobyło głęboką zieleń moich oczu.

Mam wrażenie że teraz jednym spojrzeniem mogłabym zniewolić, jak czarownica.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania