LBnP IV - 20 milionów pomarańczy, które zrujnowały mi życie

Nie jestem rannym ptaszkiem, więc w kuchni znowu panuje bałagan. Rozlana kawa, poparzone palce oraz pobrudzona spódnica, którą chwilę wcześniej ściągnęłam ze suszarki, nie nastrajają mnie pozytywnie Na usta cisną mi się same wulgaryzmy, ale nie chcę kolejny raz obudzić Grześka, bo ostatnio kłócimy się zbyt często. Żeby uspokoić nerwy, wciskam do buzi kanapkę z pomidorem, która smakuje paskudnie. No tak, wczoraj miałam zrobić zakupy, ale znowu musiałam zostać dłużej w pracy.

Wzdycham ciężko, a potem rzucam kanapkę na talerz, który od razu odsuwam od siebie, bo robi mi się niedobrze. Zerkam niepewnie na dwie pomarańcze leżące w półmisku i po krótkim zastanowieniu, decyduję się je zjeść zamiast normalnego śniadania. Odchylam się na krześle i wyciągam nóż z szuflady. Nigdy nie byłam ekspertem w obieraniu jakichkolwiek owoców i warzyw, więc obranie pierwszej pomarańczy zajmuje mi dwadzieścia minut. Wiem, że powinnam odpuścić sobie zjedzenie kolejnej, bo goni mnie czas, ale w brzuchu tak mi okropnie burczy, że zaciskam zęby i wbijam nóż w skórę.

- Kurwa – syczę, wyciągając ostrze z dłoni, która momentalnie zabarwia się krwią. – Ja pierdolę, naprawdę? – pytam, gwałtownie podnosząc się z krzesła, które przewraca się z łoskotem na podłogę.

Przymykam powieki, a po chwili mocniej je zaciskam, bo słyszę charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi.

- Znowu nie mogę się wyspać, bo tłuczesz się tutaj jak jakiś pieprzony słoń w składzie porcelany – warczy Grzesiek, wchodząc do kuchni. – Zaczynam żałować, że dałem namówić się na wspólne mieszkanie.

Sztywnieję, bo ostatnio słyszę takie rzeczy zbyt często.

- Gdybyś łaskawie szedł o ludzkiej godzinie spać, pewnie nie miałbyś tego problemu – odwarkuję.

- Gówno ci do tego.

Gwałtownie odwracam się w jego stronę, niedowierzając.

- Coś ty powiedział?

Prycha pogardliwie, podchodząc do lodówki.

- Odwal się ode mnie.

- Oszalałeś?!

- Ja?! – krzyczy, zamykając z hukiem lodówkę, po czym wbija we mnie lodowate spojrzenie. – Nie rozmawiamy ze sobą normalnie od dwóch miesięcy, oczywiście, przez ciebie i twoje cholerne wyolbrzymienia! Ciągle insynuujesz, że mnie nie obchodzisz, chociaż to ty wracasz do domu w środku nocy!

- No tak, najlepiej zwalić całą winę na mnie, bo to ja wparowuję rano do kuchni ze skwaszoną miną i rozstawiam wszystkich po kątach!

Grzesiek podchodzi do mnie i łapie za nadgarstek, wykręcając mi rękę.

- Obsługa pieprzonego noża jest tak cholernie trudna?

Wyrywam się z jego uścisku i uciekam do sypialni, w pośpiechu ściągając z siebie spódnicę. Przy okazji, plamię koszulę krwią. Bezradna, siadam na łóżku i wybucham płaczem, chociaż powinnam być już dawno w drodze do pracy.

 

***

 

Na sali panuje chaos, bo wszyscy ekscytują się śniegiem, który prószy za oknem. Moje biurko stoi przy samym oknie i pewnie rok temu, byłabym równie zafascynowana widokiem co moi współpracownicy. Spuszczam wzrok na brązową spódnicę, na którą musiałam się zdecydować. Nie lubię jej, chociaż muszę nosić, bo to prezent od Grześka. Tłumaczyłam mu setki razy, że ten kolor do mnie nie przemawia, tak samo jak fiolety i czerwienie, ale najwyraźniej nigdy mnie nie słuchał.

Wzdycham ciężko i kulę się na obrotowym krześle, którego oparcie lubi odskakiwać do tyłu. Dzisiaj chcę być niewidzialna dla wszystkich. Niby mam ułatwione zadanie, bo żadna ze mnie dusza towarzystwa, ale lepiej przesadnie się nie wychylać.

- Pobudka, Kowalik! – Odruchowo podskakuję na krześle i odwracam się w stronę szefa, który przygląda mi się podejrzliwie. – Siedzisz cicho jak mysz pod miotłą, więc mógłbym pomyśleć, że coś przeskrobałaś, ale chyba wyczerpałaś limit w ubiegłym miesiącu, prawda? – Kiwam nieznacznie głową, a dłonie zaczynają mi się pocić. – Mam zadanie specjalne dla ciebie i mam szczerą nadzieję, że chociaż tej jednej rzeczy nie będziesz w stanie spieprzyć. – Rzuca na biurko plik niechlujnie zapisanych kartek, po czym poprawia za dużą marynarkę. – Zrób zamówienie na rzeczy do biura i tym podobnych, tylko pamiętaj, żeby potem powiadomić o wszystkim Mirka.

Potakuję grzecznie głową, chociaż robi mi się gorąco. Nigdy nie zajmowałam się takimi sprawami, bo to zadanie należało do Mirka, który zawsze spisywał się na medal, myśląc do przodu. Większość pracowników, w tym ja, woleliśmy bujać w obłokach, co nigdy nie kończyło się dla nas dobrze.

Wertuję kartki, próbując cokolwiek z nich przeczytać, ale z niewielkim skutkiem. Zerkam na plaster na dłoni, który zaczął się odklejać.

- Przeklęte pomarańcze – syczę pod nosem, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu opakowania z plastrami.

 

***

 

Wybija szesnasta i biuro zaczyna pustoszeć. Przecieram dłońmi twarz, bo mam mroczki przed oczami z powodu gapienia się w monitor od dobrych czterech godzin. Została mi ostatnia strona – bardzo ładnie zatytułowana: „dopisz rzeczy, o których zapomniałem”. Łatwo się mówi! Mam taki mętlik w głowie, że nie jestem pewna czy powinnam wybrać długopisy w kolorze czarnym, czy niebieskim.

Komórka zaczyna wibrować na biurko, więc zerkam na wyświetlacz i jęczę cicho, bo dzwoni Grzesiek.

- Cholera – burczę, a potem odbieram. – Hm, cześć.

- Skończyłaś już?

Odchylam się na krześle, wzdychając ciężko.

- Nie bardzo. Muszę dokończyć zamówienie, a potem przesłać je do Mirka i poczekać na zatwierdzenie. – Pocieram dłonią kark, bo głośne stęknięcie Grześka jest dość wymowne. – Starałam się wyrobić, ale doskonale wiesz, że jak człowiek się spieszy to diabeł się cieszy i…

- Daruj sobie – warczy. – Czekam na dole.

Chcę coś powiedzieć, ale połączenie zostaje przerwane. Niechętnie podnoszę się z krzesła i idę w stronę windy. Na szczęście, w holu nie ma nikogo, oprócz dwóch ochroniarzy - zajętych graniem w gry na telefonach, no i Grześka. Przystaję na chwilę, a moje serce zaczyna mocniej bić. Podchodzę do niego z duszą na ramieniu, bo kompletnie nie wiem, co mam powiedzieć na garnitur, wystający spod jego płaszcza i kwiaty, które ściska w dłoniach.

- Co ty…

- Chciałem… przepraszam, że ostatnio jestem taki nieznośny, ale nie podoba mi się, że spędzamy ze sobą tak mało czasu. – Marszczy czoło. – Nie powinniśmy kłócić się z powodu błahostek, a skoro dzisiaj mamy rocznicę to pomyślałem, że moglibyśmy wyskoczyć gdzieś na miasto, we dwoje. – Patrzy na mnie znacząco. – Naprawdę, nie dasz rady wyrwać się z pracy, chociaż ten jeden raz?

Serce przejmuje władze nad rozumem, więc energicznie kiwam głową.

- Daj mi pięć minut – mówię podekscytowana, wycofując się w stronę windy.

 

***

 

Od rana uśmiecham się do wszystkich, bo poprzedniego wieczoru Grzesiek przeszedł samego siebie. Zjedliśmy późny obiad w bardzo przytulnej knajpce, wspominając same dobre chwile, a potem kochaliśmy się przez całą noc.

Współpracownicy dziwnie na mnie patrzą, ale zbywam ich szerokim uśmiechem i z kawą w dłoni, idę do swojego biurka. Drogę zastępuje mi zdezorientowany Mirek.

- To ty wczoraj robiłaś zamówienie? – pyta bez ogródek, a kiedy niepewnie kiwam głową, zaczyna przeklinać pod nosem. – To wszystko wyjaśnia. Cholera, może jeszcze…

Milknie, bo drzwi do biura szefa otwierają się z hukiem.

- Kowalik! Zamówiłaś dwadzieścia milionów pomarańczy! – wrzeszczy, a jego twarz robi się czerwona ze złości. Kubek wylatuje mi z dłoni, po czym upada na podłogę. – Czyś ty do reszty zwariowała?!

- Ja… nie… Szefie, to nie tak… Ja…

Nic nie mogę poradzić, że w wyjątkowo stresujących sytuacjach język zaczyna mi się plątać i nie jestem w stanie wydusić z siebie niczego zrozumiałego.

- Dwadzieścia milionów pomarańczy! – Szef jest tak wściekły, że jeszcze chwila i zacznie wyrywać sobie włosy z głowy. - Niech cię diabli, Kowalik! – Wchodzi do biura, po czym wraca się i mierzy we mnie palcem. – Za godzinę masz do odbioru wypowiedzenie!

Do oczu napływają mi łzy. Ktoś schyla się i próbuje wytrzeć kawę z wykładziny, a reszta posłusznie odwraca głowy i zaczyna wpatrywać się w monitory, udając, że nic się nie stało. Czuję się odrętwiała i nie mogę się ruszyć, więc stoję na środku sali jak kupka nieszczęścia.

- Bardzo mi przykro – mówi Mirek, a potem podchodzi do swojego biurka.

 

***

 

Wchodzę z ledwością do mieszkania, bo odkąd odebrałam wypowiedzenie z rąk szefa, nie potrafię przestać płakać. Odklejam z twarzy mokre kosmyki włosów i próbuję zetrzeć palcami rozmazany tusz do rzęs, zanim spojrzę w twarz Grześkowi. Buty zostawiam na środku przedpokoju, tak samo jak i płaszcz, nawet nie myśląc o powieszeniu go. Czuję, że się rozpadam, ale próbuję zebrać się do kupy, bo utrata pracy przecież nie jest końcem świata.

Grześka zastaję w kuchni. Siedzi pochylony nad kubkiem i wydaje się być zamyślony.

- Cześć – mówię niemrawo, przystając w progu.

- Cześć – odpowiada, nawet nie mnie nie patrząc. – Wcześnie wróciłaś.

- Dostałam wypowiedzenie. – Grzesiek milczy. – Przez przypadek zamówiłam niepotrzebne rzeczy, a szef miał chyba zły dzień. Może do jutra mu przejdzie, bo… przejdzie mu, prawda? – pytam nerwowo, ale znowu odpowiada mi cisza. - Zostałam zwolniona z powodu gównianych pomarańczy, a ty nie masz mi nic do powiedzenia?

Grzesiek powoli podnosi na mnie wzrok.

- Mam, ale nie spodoba ci się to. – Mam wrażenie, że jego spojrzenie łagodnieje, ale to chyba wina sztucznego oświetlenia. – Wczoraj było naprawdę cudownie, ale dotarło do mnie, że taki dzień się nie powtórzy, przynajmniej nie przez kolejny rok.

- Słucham?

- Nie dogadujemy się, a nie mogę udawać, że pasuje mi twój tryb życia. Nie ma cię całymi dniami, a kiedy wracasz, potrafimy się tylko kłócić i tak w kółko. – Wzdycha cicho. – Chciałbym znaleźć jakieś sensowne rozwiązanie, ale jedyne co przychodzi mi do głowy to… rozstanie.

Opieram się ramieniem o futrynę, bo czuję, że robi mi się słabo.

- Chcesz się rozstać? – pytam, a głos zaczyna mi niebezpiecznie drżeć. – Tak po prostu?

- Tak.

Po policzkach spływają mi łzy, których nawet nie próbuję powstrzymywać, a Grzesiek wstaje z krzesła i wychodzi z kuchni, jakby mnie tu wcale nie było.

Z trudem łapię oddech, a mój wzrok pada na otwartą gazetkę leżącą na szafce. Całe dwie strony zajmują pomarańcze w otoczce świątecznych bombek. Przygryzam wargę do bólu, a potem drę gazetę na drobne części, przeklinając w duchu każdą pomarańczę na tym świecie.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Otwarte już głosowanie na Forum.
    Zapraszamy!
  • Felicjanna rok temu
    Sądząc po tych odzywkach pana G., to jest to dla mnie zakończenie happy. A poza tym rewelka z tym przeinaczeniem. Miewam to często, gdy chce mi się pisać z oolądaniem filmu bądź natręctwem myślowym
  • Elorence rok temu
    Jak to mówią: miłość ogłupia :)
    Dziękuję za odwiedziny :)
  • Adam T rok temu
    Kurcze, podbało mi się. Choć wygląda trochę jak początek romantycznej komedii, a takie od jakiegoś czasu omijam szerokim łukiem. Fajnie napisane, ciekawe, słodko-gorzkie. Jakieś tam literowki wpadły mi w oko, ale tekstów zgłoszonych już na forun nie można edytować.
    Miło mi się czytało.
    Pozdrawiam ;))
  • Elorence rok temu
    Cieszę się, że się podobało :)
    Przejrzę sobie jeszcze raz tekst w swoim edytorze, żeby wyłapać literówki.
    Dziękuję za odwiedziny i również pozdrawiam :)
  • Drogi autorze zapraszamy do zagłosowania na swojego faworyta.
    Czas do jutra do godz, 20.00
  • Lady_Makbet rok temu
    Twój tekst poruszył mnie do granic możliwości. Wróciłam z nocki, odpaliłam opowi i zamiast spac wzięłam się za czytanie, a tam takie cude..Płakałam, jak dziecko....5
  • Elorence rok temu
    Z jednej strony, cieszę się, że wywołał emocje, ale z drugiej... przykro mi, że płakałaś.
    Dziękuję za podzielenie się emocjami :)
  • MarBe rok temu
    Niestety życie to nie jest bajka i nieprawdopodobne pomyłki się zdarzają zbyt często, a pechowy dzień każdego dopadnie. Tylko mam nadzieję, że ta historia jest zmyślona, ponieważ jest zbyt prawdziwa.
    Pozdrawiam 5.
  • Elorence rok temu
    Powiem tak, jeśli ktoś miałby zamówić te 20 milionów pomarańczy to byłabym ja - jestem tego pewna. Ale póki co, historia powstała w mojej głowie i mam nadzieję, że nie stanie się czyjąś rzeczywistością.
    Dziękuję i pozdrawiam! :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania