Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

LBnP nr XXIX – Tosia

Ze specjalną damsko-męską dedykacją! ;) Dla jednej osoby ;)

Umieszczam tekst na Bitwę, ale pewnie będą poprawki.

ps. Skoro ludzie tak szaleją z tym imieniem, ja również zaszalałem, tyle że z odmiana żeńską.

 

* * *

Temat→1→Kiedy radość i rozpacz w jednym tańcu wirują.

Temat→2→Wpływ zdarzeń z przeszłości, na zmianę zapatrywań i działań,

w dalszym życiu→w wielu istotnych kwestiach.

 

* * *

 

To właśnie tamtego dnia zrozumiałem, kim jestem. Siedemnastego stycznia. Mówią, że siedemnastka jest niedobra, ale to nieprawda. Dla mnie przynosiła to, co najlepsze. Za to styczeń zawsze był nieprzewidywalny, to wtedy miały miejsce najdziwniejsze zdarzenia w moim życiu: główna wygrana w totolotka, wypadek, w którym poznałem przyszłego pracodawcę, znalazłem kopertę a w niej bilet na koncert ukochanego zespołu i wiele, wiele innych. Zresztą ten czas zapowiadał się nie najlepiej: remont mieszkania, rozstanie z kobietą, z którą spędziłem osiem lat, zmarł mi tata.

Gdy się tego dnia obudziłem, poczułem to coś. Gdybym miał wyjaśnić, co to jest, nawet nie wiedziałbym, od czego zacząć. Bo co tu powiedzieć? Że słyszę ludzkie myśli? Tak! Leżąc w łóżku, usłyszałem czyjś głos, był nerwowy i chaotyczny. Na początku nie miałem pojęcia, skąd pochodzi, więc wstałem i pierwsze, co zrobiłem, to wyjrzałem za okno. Przechodząca emerytka emanowała wręcz emocjami. Poczułem ból po prawej stronie pod żebrami, ostry, kłujący. Usłyszałem także odmawianą zdrowaśkę, ale staruszka ust nie otwierała. I pierwszy raz w życiu poczułem, że wiem o kimś wszystko, absolutnie wszystko: jaką miała młodość, ile dzieci, ile wnucząt, nawet jak długo będzie jeszcze żyła. Usiadłem bezsilnie na krześle, bo natłok informacji był nie do zniesienia. Czasem samego siebie trudno znieść, a co dopiero dwie osoby z identyczną intensywnością.

Długo dochodziłem do siebie. Niemal miesiąc. I prawie cały ten czas nie wychodziłem z domu, aby nie słyszeć ich myśli, nie czuć chorób, zachować moją prywatność. Nawet telewizje przestałem oglądać, bo i tam widziałem zbyt dużo; co prawda znacznie mniej niż w rzeczywistości, ale i tak nie dawałem rady. Mniej więcej po miesiącu odważyłem się na długi spacer po parku.

Najpierw ujrzałem, jak dwoje zakochanych nastolatków obściskuje się, całuje. Rety, co ja wtedy czułem. Oglądane miesiąc wcześniej pornosy to nic w porównaniu z tym, bo nie dość, że czułem wzwód chłopaka, podniecenie dziewczyny, to jeszcze ta mieszanina emocji: miłość, niemal szaleństwo hormonów, pożądanie graniczące z perwersją i całość przyprawiona świeżością, którą posiadają młodzi, a z wiekiem ginie bezpowrotnie. Właśnie, pierwszy raz w życiu poczułem, że ta świeżość, to czystość umysłu: często naiwna, jak u dziecka, czasem bezgraniczna wiara w powodzenie. Ta czystość to brak odcisków świata w umyśle, bo każde niełatwe zdarzenie zostawia po sobie trwały ślad, a jak to mówią, im więcej za sobą śladów, tym trudniej znaleźć drogę powrotną do domu, szczególnie gdy kopuła, w której żyjemy, pokryta jest również śladami, które zatrzymują światło, sprawiając, iż poruszamy się w wiecznym półmroku. Jak dobrze było wyjrzeć przez umysły tych dwojga nastolatków, ujrzeć światło w pełni krasy, cieszyć się przestrzenią. Ale również przez tę czystość docierał do mnie z pełną intensywnością erotyzm płynący od zakochanych. Zrobiło mi się wstyd, że pakuję się z własnymi brudnymi uczuciami w tak dziewiczy świat, wypełniło mnie też poczucie winy. Poczułem się więc jak intruz, niszczyciel tego, co czyste, co prawdziwe.

Potem widziałem młodzieńca czytającego książkę na ławce. Czytał „Pierwszy krok w chmurach” Hłaski. Myślałem, że znam tę książkę doskonale, mogę sypać cytatami na lewo i prawo, a tu każde zdanie przedstawiało się inaczej; mimo iż słowa i ich szyk pozostawał niezmienny, całość znaczyła o drobinę co innego. To tak jak można usłyszeć różne wykonania piosenki, a każde z nich to interpretacja, która jest wyrazem artysty, tak samo sens treści Hłaski nabierał innego wymiaru. Usiadłem w pobliżu i nie mogłem się nacieszyć tym, jak cudownie ten młodzieniec rozumiał mojego ulubionego pisarza. Czułem tylko emocje pochodzące z książki, żadnych innych. Ale też odbierałem barwy poszczególnych słów, sformułowań czy całych akapitów. Odpłynąłem w świat literatury, zostawiając na parkowej ławce ciężar odbioru emocji, z jakim się borykałem od miesiąca. Widziałem książkowe sceny, chłonąłem uczucia. Lecz w pewnym momencie, gdy młodzieniec dotarł do bardzo smutnego i poruszającego fragmentu, poczułem silny emocjonalny ból, którym wyrwał mnie z letargu. I znów, pochłonięty empatią graniczącą z obłędem, cierpiałem. Musiałem odejść jak najdalej. Oby się odizolować, odseparować.

Ruszyłem szybkim krokiem do domu. Mijani ludzie wbijali się we mnie psychicznie jak igły na akupunkturze: każdy na coś cierpiał, a ja razem z nim, każdy się z czymś zmagał, siłował, ale i wszyscy pragnęli szczęścia, które jednak było niemożliwą do osiągnięcia utopią. Zacząłem biec, aby nie czuć, zachować własną intymność, zamknąć się w czterech ścianach, gdzie zimny beton jawił się bardziej przyjaźnie niż najmilszy z bliźnich.

Od tego dnia unikałem ludzi, w pełni świadomie nie wychodziłem z domu. Zaopatrywała mnie wynajęta kobieta. Stanowiła jedyny wahadłowiec łączący mnie z planetą Ziemią: przynosiła gazety, nowości od sąsiadów, niusy ze świata, ale i całą masę własnej intymności. Mimo iż mieliśmy ustalone, aby jej wizyty trwały jak najkrócej, z dnia na dzień stawała mi się coraz bardziej dotkliwa. Przede wszystkim dlatego, że reagowałem na jej stany umysłowe, myśli, uczucia. Reagowałem, jakbym sam tego wszystkiego doświadczał, bo przecież to kłębiło się w mojej głowie. A ona, widząc moje reakcje, z jednej strony traktowała mnie jak ideał współczującego mężczyzny, a z drugiej bolało ją, że ma na kogoś tak druzgoczący wpływ, bo niejednokrotnie reagowałem fizycznie na to, co od niej. I tak, najpierw starała się do mnie zbliżyć, bo sądziła, że to przeznaczenie, że spotkała anioła czy kogoś podobnego, a potem, gdy frustracja przejęła prym, reagowała niemal agresją. Z dnia na dzień staczała się coraz niżej i niżej – od stanu normalnego, przez zwykłą niechęć do wykonywanej pracy, aż po nienawiść, która najpierw kierowana była do mnie, a że wybrałem osobę empatyczną, to w końcu do siebie samej. Nie mogłem znieść bezpośredniego odczuwania takiej katatonii uczuć. Ponownie miałem dość. Im była mi bliżej, tym bardziej czułem się przytłoczony. Zresztą ona również, a to tylko nakręcało mój stan. Któregoś razu przyniosła zakupy, postawiła siatki na środku pokoju, bezsilnie osunęła się na krzesło i zaczęła płakać. Już dawno to czułem, ale wówczas jej umysł eksplodował: puściły mechanizmy obronne i myśli zalały się niekontrolowanym powrotem wszystkich życiowych traum. Doświadczyłem, co znaczy nie umieć się bronić, co znaczy prawdziwa trauma. To, co znałem dotychczas, nie mogło się równać. Zrezygnowałem z jej usług w ciągu następnych kilku tygodni. Podobno kobieta się załamała i wkrótce trafiła do szpitala psychiatrycznego z silną depresją. A ja, ten wszechczujący, nie dość, że nie mogłem jej pomóc, to jeszcze bardzo przyczyniłem się do tej emocjonalnej lawiny.

Od tego dnia po zakupy chadzałem w środku nocy, tak, aby spotykać jak najmniej ludzi. Produkty wybierałem w pośpiechu, tylko te, które dobrze znałem, których potrzebowałem. Zmierzałem do kasy samoobsługowej i w samotności wychodziłem ze sklepu. Nie kupowałem również alkoholu, bo musiałby ktoś zatwierdzić, że ten sprzedawany jest osobie pełnoletniej. Zacząłem doceniać nocne życie. Mogłem całymi godzinami przechadzać się po parku czy ulicach, nie spotkawszy żywej duszy. Co ciekawe, zacząłem dostrzegać emocjonalne ślady pozostawione przez ludzi na przedmiotach: na ławkach w parku, na wózkach w sklepie, na przystankach, a nawet pojedyncze nuty po stawianych na chodniku butach. Czułem się jak pies, mógłbym z łatwością odnajdywać konkretne osoby. Bywało, że zatrzymywałem się, przykucałem i dotykałem dłonią chodnika, chcąc się upewnić, czy to, co czuję, jest realne, pochodzi od osoby, a nie na przykład jest wynikiem mojej emocjonalnej, rozbuchanej od kilku miesięcy, fantazji. Właśnie, mimo iż unikałem ludzi, poczułem, że brak mi ich. Próbowałem opisać to, co czuję w takich sytuacjach: to swoista ambiwalencja odczuć.

Któregoś razu, gdy przechodziłem cichaczem z zakupów w środku nocy, przede mną wyrosła kobieta. Zamurowało mnie, że o tej porze jeszcze ktoś jest na ulicy. Zupełnie nie zwróciłem uwagi na cokolwiek innego. Wyglądała inaczej niż przeciętna dziewczyna: smutna, ale bardzo pogodna piękna twarz, zaniedbane, jakby przetłuszczone włosy, ciuchy najprostsze, jakie można sobie u kobiety wyobrazić – dżinsowe spodnie, jednobarwna bluza i brązowe skórzane buty bez obcasa – do tego paznokcie nieumalowane, obcięte przy samych początkach. Nawet na ramieniu miała zarzucony mały plecaczek. Sam nie wiem, ale coś mnie podkusiło, aby z nią porozmawiać.

– Dobry wieczór. – Spojrzałem jej w oczy. – Nie boisz się sama chodzić o tej porze?

– A tam. – Machnęła od niechcenia ręką. Zawierała się w tym jakaś rezygnacja, jakaś obojętność, tak, że nie miałem wątpliwości, że kobieta przebywa tu bez jakiejkolwiek obawy.

– Coś się stało?

– Wszystko jedno – odparła wymijająco.

– W porządku? – Uważnie jej się przyjrzałem. Wyraźnie dostrzegłem, że włosy miała niemyte przynajmniej od kilkunastu dni.

– Ma pan czas? – spytała odważnie.

Zaniemówiłem, bo która kobieta pyta w środku nocy w parku obcego faceta, czy ma czas. To niemal proszenie się o kłopoty. Ale po chwili uśmiechnąłem się, poczułem, że jestem po prostu podrywany.

– Mam, a co proponujesz? – odważyłem się na mówienie wprost.

– Najpierw spacer, a potem się zobaczy.

– Czemu nie.

Fajnie być podrywanym, fajnie też spotkać piękną kobietę, gdy się najmniej tego spodziewało, ale najfajniej nie przejmować się nieumytymi włosami, bo czym jest doczesność, skoro na co dzień uciekam od dużo ważniejszych, dużo bardziej przejmujących spraw, spraw wewnętrznego świata. Nawet poczułem, że te nieumyte włosy to dla mnie swego rodzaju ulga w odczuwaniu, bo nie musiałem wyobrażać sobie przyczyn, dla których o nie kobieta nie zadbała – tych potencjalnych przyczyn doświadczyłem wprost.

– A ty co robisz o tej porze z… – spojrzała na niesione przeze mnie zakupy – z siatkami w parku?

– Jakby tu powiedzieć… Lubię… Znaczy, tak… – Nie wiedziałem co powiedzieć.

– Zajęty jesteś za dnia? Dużo pracy?

– Tak, taaaakkk... – przytakiwałem bez większego sensu. – Jakoś w ciągu dnia nie mogę – odważyłem się na odrobinę szczerości.

– Może w takim razie usiądziemy? – Wskazała na ławkę obok.

– A czemu nie.

Całe to spotkanie zbiło mnie z pantałyku, mój plan omijania ludzi legł w gruzach, wyraźnie czułem rosnące wyrzuty sumienia jako reakcje na to, co może się dopiero stać, a mimo to jakaś cząstka mnie się cieszyła. Bo ile można siedzieć zamknięty w czterech ścianach?

– Chciałbyś mi pomóc? – spytała.

– Słucham? – Zachichotałem. Pytanie wydało mi się najmniej odpowiednie w takiej sytuacji, zupełnie jakby rozmówczyni żyła w innej rzeczywistości.

– Pytam, czy jesteś egoistą. – Nieznacznie się uśmiechnęła.

– Kurde, co to za pytanie? – Nie wytrzymałem.

– To rozmowa kwalifikacyjna.

– Co takiego? – Parsknąłem śmiechem. Owszem, akceptowałem fakt, że to kobiety zwykle sobie wybierają mężczyzn, ale kto posuwa się do czegoś takiego? W pierwszym momencie potraktowałem jej odpowiedź jako absurd, ale po chwili uderzyła mnie lekkość, z jaką prowadziła rozmowę. Czyżby to był żart? A może coś w rodzaju czarnego humoru? Co kryje się w jej głowie, że zadaje takie pytania?… I wtedy mnie olśniło! Dotarło do mnie, że zupełnie nie słyszę jej myśli, ani nie odbieram ciała. Niemal podskoczyłem z wrażenia.

– Ciekawa jestem, czy się nadajesz? – odparła zwyczajnie.

– Do czego? – Zacząłem jej się dokładnie przyglądać, może zauważę emocje czy choćby odczucia fizyczne?

– Wszystko po… niewczasie. – Zaśmiała się.

– Po czym?

– Pomilczmy, po prostu pomilczmy. – Pokiwała głową.

Pierwszy raz od wielu miesięcy siedziałem obok drugiego człowieka i było mi dobrze. Doceniłem fakt bliskości, który jeszcze pół roku wcześniej jawił się zwyczajnie, a niedawno stał się niemal nie do wytrzymania. Próbowałem się wczuć, skupić, ale docierał do mnie jedynie jakiś niejasny chłód. Normalnie powiedziałbym, że to chłód emocjonalny, ale ten, mimo iż ledwie wyczuwalny, epatował czymś niedobrym. Zupełnie jakby był znaczeniem sam dla siebie. Pierwszy raz w życiu poczułem coś takiego. Przypomniałem sobie bajkę o królowej śniegu.

Tego dnia odprowadziłem ją do domu, gdy już widniało. Pocałowała mnie w policzek, wzięła numer telefonu i z uśmiechem powiedziała, że jestem tym jedynym. Ja tego nie wysłowiłem, ale ona również była dla mnie tą jedyną. Do czego to doszło, że całkiem niedawno zadeklarowany samotnik zaczyna pragnąć kobiety?

 

Długo nie czekałem na telefon. Zadzwoniła następnego dnia. Nie musiałem się wysilać, aby ustalić spotkanie ponownie w nocy. I znów w parku, do którego mięliśmy oboje niedaleko. Gdy szedłem na spotkanie, zachodziłem w głowę, co kryje się w niej, że nie czuję od niej prawie nic; nic poza tym przejmującym chłodem. W ciągu dnia przecież nawet przez mury odczuwałem ludzi, a w jej przypadku tylko to. Czy to dar od Boga? Może została wyposażona w taką blokadę, bym nie słyszał jej myśli, nie odbierał emocji, a tym samym nie czuł się winny tego, co mogło pójść podobnie jak w przypadku wynajętej kobiety. Może jesteśmy sobie przeznaczeni?…

Tym razem spacerowaliśmy. Włóczyliśmy się po całym mieście, a ja zupełnie się zapomniałem. W parku zagrodziłem jej drogę, spojrzałem w oczy, a nie zobaczywszy oporu, zacząłem całować. Nawet mi przez myśl nie przeszło, że to spowoduje wzrost mojego ponadzmysłowego odczuwania, po prostu działałem; po prostu stałem się znów mężczyzną. Jak to cudownie nie myśleć kategoriami poczucia winy, wstydu i zażenowania – zwyczajnie brać to, co w życiu najlżejsze.

Spotykaliśmy się od tej pory niemal co noc. Namiętne pocałunki, pieszczoty, ale ani razu nie było mowy o tym, aby pójść do domu. Niby doskonale wiedziałem, że i ja tego chcę i ona, ale wyraźnie czułem, że to jeszcze nie ten moment. Emocjonalnie niemal powróciłem do czasów, gdy byłem nastolatkiem, a chodzenie z dziewczyną oznaczało właśnie tylko chodzenie, żadnego zbliżenia. I powiem szczerze, że czułem się z tym cholernie dobrze, bo mając grubo ponad trzydziestkę, na swój sposób znudziłem się erotyzmem. Nie to, że nie chciałem seksu, ale takie podchody nakręcały jeszcze bardziej, powodowały, że i pożądanie i pragnienie bliskości wzrastały do nieba. Chyba pierwszy raz od dziesięciu lat poczułem, że jestem zakochany. Bo owszem, ostatnią kobietę kochałem, ale stało się to dopiero po jakimś czasie, wcześniej to mocna sympatia i nuta cielesności. Tu wzrastało we mnie wszystko, co dziewicze, co nieskalane.

Kilka dni później, gdy dowiedziała się, że nie pracuję, zaproponowała:

– Pojedziemy w góry?

– Kiedy?

– Jutro. Już wzięłam wolne.

– A dokąd? – Lubiłem takie spontaniczne działania, ale czułem jakąś niepewność.

– Może na Jurę? W sumie to żadne góry, raczej pagórki i skałki, ale dawno tam nie byłam i tęsknię.

– A gdzie będziemy nocować? – Bałem się wchodzenia między ludzi.

– Coś czuję, że jesteś samotnikiem… – Spuściła po dziewczęcemu głowę, uśmiechnęła się niewinnie. – Coś wymyślimy.

Może bym i się sprzeciwił, ale użyła takiej haubicy wdzięku, że tylko przytaknąłem.

Przez całą drogę na Jurę próbowałem ją podpytać, po co wiezie tak wielki bagaż, ale odpowiedzi nie otrzymałem. Uśmiechała się tylko, a ja czułem, że to niespodzianka, której pragnąłem bardziej niż wyjaśnienia. Wszystko, co romantyczne, jawiło się atrakcyjniej: drobne tajemnice, niezaspokojona chuć, nocne spotkania. W pociągu wybraliśmy pierwszą klasę, mimo iż nawet w drugiej świeciło pustkami – chyba zrozumiała, że muszę od ludzi jak najdalej. Tego dnia po raz pierwszy ją zapytałem:

– Sam się dziwię, że dopiero teraz pytam, ale jak masz na imię?

Zaśmiała się na głos, spoglądając w sufit; zupełnie jakby moje pytanie było nie na miejscu.

– A czy to ważne? Jeśli dobrze nam bez imion, to po co to psuć?

– Ale czuję, że chcę to wiedzieć. Właśnie teraz – zaprotestowałem.

– Chodź tu – wzięła mnie dłońmi za głowę, przyciągnęła do swojej piersi i śmiejąc się, dodała – już niedługo takie błahostki nie będą ważne, ale teraz chyba jednak są. Antonina mi dano.

– Gracjan jestem. Kurcze, że dopiero po tylu dniach... Czemu? – zapytałem retorycznie. – A ty, dlaczego nie spytałaś?

– Nie było takiej potrzeby. Przecież wystarczało nam to, co mieliśmy.

– Niby tak, ale…

– Żadne ale – przerwała. – Na wszystko przyjdzie czas, na wszystko, i to dosłownie… – Spuściła głowę ze smutkiem.

Pierwszy raz poczułem się z nią niekomfortowo. Czy przypadkiem nie mówiła o tym, co objawiało się wspomnianym chłodem?

Na miejscu byliśmy późnym wieczorem. Miałem dosyć kontaktów z ludźmi, i dało się to wyczuć. Miejsce, w którym wysiedliśmy z autobusu, przypominało wymarłe miasteczko: opustoszałe ulice, niezwykle rzadko przejeżdżające samochody, zupełnie jakby kierowcy zabłądzili, do tego kurz podnoszony podmuchami wiatru i budynki skąpane w miękkim, wieczornym świetle zachodzącego jesiennego słońca. Poczułem się, jakbym był dzieckiem i trafił do jednego z tych westernowych miasteczek – brakowało tylko kaktusów i biegaczy, czyli tych kulistych zlepków roślinnych toczących się na pustyni. Próbowałem zaglądać do poszczególnych okien, wypatrywać kogoś, ale wyglądało to trochę jak miasto-makieta przyszykowane na niszczącą moc termojądrowej bomby, która wybuchnie nieopodal. Po doświadczeniach ostatnich kilku miesięcy, a szczególnie po tym, o co przyprawiłem kobietę robiącą mi zakupy, czułem się jak taka bomba. Tylko Tosia idąca obok zdawała się temu zaprzeczać: jej całkowicie pozbawiony nienaturalnego wyrazu – bez odrobiny makijażu, lakieru czy ekstrawaganckich ciuchów – wygląd sprawiał, że byłem w wyimaginowanym domu, gdzie każde niedociągnięcie znane jest zbyt dobrze, aby jeszcze cokolwiek udawać. Przyszło mi do głowy, że ci wszyscy ludzie umyślnie pochowali się w domach, aby nie przegrać z kretesem z tak autentycznym pięknem. Bo nawet do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, że w naturalności może się kryć tyle potęgi, ja, który cenił makijaż, długie, kolorowe paznokcie i ciuchy podkreślające kobiecość. A tu nie musiało istnieć to wszystko, abym czuł, że to docelowa przystań mojej życiowej podróży.

– Ostatni raz tu byłam dziewięć lat temu – przerwała ciszę.

– Mnie tu nigdy nie było – odparłem.

– Znakomicie, to miejsce na zawsze będzie ci się ze mną kojarzyło.

Powiedziała to w taki sposób, że przeszył mnie dreszcz obawy, czy to nie ostatni nasz wyjazd.

– To co? – Zagrodziła mi drogę, złapała za barki, jej twarz zajaśniała nutą euforii i dokończyła po dziecięcemu – idziemy w dzicz?

– Już tu czuję się jak na odludziu, więc nie wiem, gdzie mnie jeszcze zaprowadzisz. – Próbowałem reagować z żartem, podczas gdy wewnątrz obawa podgryzała mój optymizm.

– Chodźmy, nie pożałujesz. – Odwróciła się, pociągnęła mnie za rękę i zdecydowanie ruszyła w stronę zalesionych wzgórz.

U podnóży znaleźliśmy się, kiedy słońce prawie całkowicie zaszło. Nawet przez chwilę się nie zastanawiałem, co dalej. Ufałem jej bezgranicznie; cokolwiek by wymyśliła, wiedziałem, że będzie najwłaściwsze. Powoli zaczęliśmy wspinać się na zbocze, brodząc w opadłych liściach, w półmroku i prawie całkowitej ciszy. Gdzieś przed nami przemknął zając, z innej strony dało się słyszeć stukanie dzięcioła, a jeszcze dalej skrzypienie ocierających się od wiatru konarów.

– Antosiu – wyszeptałem, gdy zatrzymaliśmy się, aby złapać głębszy oddech. – Czy słusznie się obawiam?

– Hmmm – zamruczała jakby z pobłażaniem. – Wiele czujesz, ale nie wszystko.

– Czemu nie odpowiadasz wprost? – zareagowałem z pretensją.

– Chodźmy dalej. Już prawie jesteśmy. – Kiwnęła głową, pokazując teren przed nami.

Ruszyła. Ja stałem w miejscu. Z każdą chwilą docierała do mnie kruchość naszego związku. Ale po chwili jakbym doznał jakiegoś katharsis czy niespodziewanego przebudzenia i wszystkie moje rozmyślania wydały mi się absurdalne. Bo czym tu się martwić na zaś, skoro jesteśmy tu i teraz, szczęśliwi, na wyprawie jak za młodych lat; nawet jeśli coś ma się zdarzyć, to wszelkie dywagacje nic nie pomogą, a jedynie mogą dodatkowo obciążyć. W końcu ruszyłem za nią.

Ukazał nam się otwór wejściowy do jaskini wysoki na prawie dwa metry i szeroki na trzy czy więcej. Zrozumiałem natychmiast: zarówno po co tyle bagażu, który aktualnie taszczyłem na plecach, jak i gdzie spędzimy noc. Tosia przyspieszyła kroku i niemal wbiegła do jaskini. Która kobieta tak ożywa z powodu kontaktu z naturą? Która kobieta nie uprzedza o czymś takim? Wreszcie która kobieta tak potrafi się cieszyć na noc spędzoną w takim miejscu? Co musiało się kryć w jej głowie? Tyle bym dał, aby skruszyć ten mur i zajrzeć do jej umysłu. Ale czułem od niej jedynie ten chłód, mimo iż emanowała energią życiową. Właśnie, czegoś takiego jeszcze nie doświadczyłem – odbierać zarówno chłód, jak i ciepło. To tak, jakbym wkładał dłoń między bryłę lodu a żywy ogień.

Wyciągnęła z plecaka dwie zakładane na głowę latarki i weszliśmy w ciemność. Kiedyś słuchałem płyty Andreasa Vollenveidera pod tytulem „Caverna magica” i w zasadzie tylko z tym kojarzyły mi się jaskinie; nie odwiedziłem dotąd żadnej, nawet turystycznej, a tu przyjdzie mi spędzić w jednej noc. Temperatura spadła o dobrych kilka stopni, widoczność ograniczyła się do snopa światła latarki, a dochodzące dźwięki zagrały niepowtarzalnym pogłosem.

– Daj plecak – wyszeptała. Przez chwilę miałem wrażenie, że jaskinia żyje i powtarza za nią każde słowo. – Nie spodziewałeś się czegoś takiego, prawda?

– Dziękuję – to jedyne słowo, które mi przyszło na myśl.

– Tu – wskazała na obszerną półkę skalną – będziemy spać. Cieszysz się?

– Dziękuję – powtórzyłem mechanicznie.

Wyjęła dwie karimaty, rozłożyła i z rozpędem usiadła.

– Chodź. – Mimo iż nie widziałem jej twarzy, dało się wyczuć w głosie uśmiech. A całość okraszona tym specyficznym pogłosem. Dołączyłem do niej. – Od dawna chciałam cię tu zabrać. Można zgasić latarki, nie zamykać oczu i widzieć, co tylko się zamarzy. Ja, gdy pierwszy raz tak zrobiłam, widziałam dwóch rycerzy na koniach. Podobno po kilku dniach w ciemnościach i ciszy zaczyna się grupowo widzieć to samo. Dwóch chłopaków spędziło tydzień w podziemnych bunkrach i byli przekonani, że nawiązali znajomość z dwoma samurajami. Mogłoby się wydawać, że to wariactwo, ale ja sądzę, że to mistycyzm: mózg otwiera się na nieznane. – Przysunęła się i przytuliła. – Zobacz, dzieci widzą różne stworki pod łóżkiem, miewają dziwnych przyjaciół, a to nic innego niż prawdziwość umysłu. Dopiero potem człowiek się blokuje na to wszystko, by być podobnym do dorosłych, by spełnić oczekiwania rodziców, by móc funkcjonować w realnym świecie.

Cały ten jej wywód wydałby mi się śmieszny jeszcze kilka miesięcy temu, uznałbym go za piękną bajeczkę, a tymczasem sam doświadczałem na co dzień postrzegania zupełnie niepasującego do świata realnego.

– I tylko – kontynuowała – dorośli między sobą mówią, że dziecko kiedyś wyrośnie z wybujałej fantazji. Jak nie wyrasta zbyt długo, ciągają je po psychologach, psychiatrach. A potem na imieninach czy innych imprezach opowiadają sobie historyjki o duchach, wiedźmach i czarach. Pomyśl, czyż to nie ironia? Oduczać dzieci tego, czego potem nam brakuje? Natury nie oszukasz. Możesz przed nią uciekać, ale zawsze będzie cię fascynowała. – Objęła mnie oburącz, pocałowała z czułością. – A teraz zrobię to dla ciebie. Tylko nie ruszaj się z miejsca.

Wstała, zgasiła swoją latarkę, odeszła na skraj światła z mojej latarki i zaczęła się kołysać. Miałem ochotę podejść, dołączyć do tego tańca, ale pamiętałem, co powiedziała. Dobiegła do mnie nucona melodia. Nawet ściany jaskini zagrały razem z nią. Zabrzmiała muzyka. I to właśnie „Caverna magica”. Pod ścianą dostrzegłem odtwarzacz, który musiała tam ustawić, ale co dziwne w ogóle tego nie zauważyłem. A może to wcale nie było dziwne? W końcu moja fascynacja chwilą najpewniej zagłuszyła poprawny odbiór rzeczywistości. Słuchałem melodii i obserwowałem Tosię tańczącą w prawie całkowitym mroku. Jeszcze przed chwilą mówiła o mistycyzmie, a teraz mogłem go doświadczać zmysłami. Poczułem się, jakbym zawisł gdzieś między światem realnym a fantazją. Dźwięki i obrazy zaczęły się zlewać, falować, rozpływać.

– Nie przestawaj – wyszeptałem, przebijając się przez magiczne dźwięki. – Kim jesteś? – zapytałem poruszony.

– Ciiii – odpowiedziała.

Pojawiły się dwie Tosie tańczące w tym samym miejscu, przenikające się, jakby pozbawione cielesności, a każda wydawała się zachęcać tę drugą do większej swobody. Obejmowały się w pasie, przytrzymywały i kręciły piruety, a długie włosy płynęły w powietrzu odrzucane siłą odśrodkową. Obie uniosły ręce, splotły palce i udając drzewo, bujały się na wyimaginowanym wietrze. Ruchy bioder tworzyły pozazmysłowy balet ciemności, ciała i przestrzeni. Przymknąłem oczy i słabo oświetlane postacie przeistoczyły się w falujące języki ognia, który pochłaniał wszystkie moje emocje, wszystkie wątpliwości i resztki niewygasłego smutku. Płomienie migotały, na chwilę znikały, by potem zabłysnąć, podsycane seksownością Tosi. Niemal mogłem dojrzeć jej duszę uwolnioną na tę chwilę z ciała, by dać mi pewność, odebrać wątpliwości wywoływane falami lęku, który gdzieś ćmił mi w zakamarkach umysłu jako reakcja na ponadzmysłowy odbiór ludzi. Płonęły wspomnienia, niepewność i jakakolwiek chęć obrony. Wielki stos doznań gorał niebiańskimi emocjami. Siedziałem w prawie całkowitym mroku emocjonalnie nagi, pozbawiony jakichkolwiek prób kontroli. Tosia, w tym ponadrealnym widowisku zapanowała nade mną. Sprawiła, że stałem się częścią spektaklu, fragmentem większej, niemożliwej do okiełznania umysłem układanki. Latarka koniuszkiem smugi muskała ten dwuosobowy balet, a ja czułem się jak w obecności ducha. Może dwóch duchów? Kto wie, czy na tę chwilę nie ucieleśnił się jej anioł stróż, aby ją wspomóc, by dodać mocy. Dla mnie to w zasadzie było obojętne – liczył się jedynie spektakl.

Nawet nie zauważyłem, kiedy Tosia zaczęła się rozbierać. Miejsce ich dwóch zajęła dobrze znana mi kobieta, bez makijażu, kobiecych paznokci czy wymyślnej fryzury. Z namaszczeniem ściągała z siebie kolejne warstwy, których kolory zaczęła zastępować barwa skóry. Najpierw brzuch, klatka piersiowa z biustonoszem, uda i łydki odsłaniane niespiesznie. Nadal bujała się w mistycznym tańcu gdzieś na granicy mojej widoczności. Biodra, pośladki, piersi zapadały się w niebyt ciemności i wyłaniały przyciągane siłą mojej woli. Wokół unosiła się coraz większa ilość pary wodnej z rozgrzanego ciała, schłodzona niską temperaturą jaskini. Wyglądało to jak wyjęte z hutniczego pieca żelazo, gdzie rozpaloną czerwień zastępował erotyzm, a temperaturę podniecenie. Tosia wyglądała, jakby kobiecością rozpalała wszystko wokół do tego stopnia, że unosił się erotyczny opar. Resztkami woli zmusiłem się, aby do niej nie podjeść. Bo czegoś takiego nie doświadczyłem: jaskini z muzyką, erotycznego tańca ukochanej osoby i mistycyzmu w postaci mieszających się przed oczami obrazów. Dopiero po dłuższym czasie dotarło do mnie, jak bardzo jestem seksualnie podniecony – podniecony, ale i pozbawiony jakichkolwiek oporów. Jeszcze do tego lewitowałem gdzieś na granicy utraty świadomości, a może umyślnego odejścia od niej. Czułem się jak zawieszony w czasoprzestrzeni, gdzie nie istniała materia.

Ściągnęła biustonosz. A potem majtki. Widziałem niebiańskie krągłości pośladków i jędrnych piersi przebijające się przez czerń półmroku. Jej kobiecość pojawiała się, by za chwilę zniknąć w ciemności. Była najpiękniejszym mirażem, jaki mógłbym sobie wyobrazić. Fatamorganą w oczach człowieka spragnionego aktu miłości.

Jej ciało wybuchło orgią doznań. Dla mnie nie istniała jaskinia, nie istniała już muzyka, ani ciemność czy nikłe światło latarki, istniała za to Tosia wypełniająca sobą każdy zakamarek rzeczywistości wokół i mojego umysłu. Nawet nie wiem, kiedy podeszła, rozebrała mnie i uprawialiśmy najbardziej mistyczny seks, jaki mógłbym sobie wyobrazić. Rzeczywistość zlewała się w niebyt i obecność wszystkiego naraz. Wielki miszmasz erzaców piękna przeistaczający się w dzieło mistrza impresji…

 

A dokąd to, dokąd, gdzie się podziewa twoja otwarta głowa, gdzie kontrola myśli, co jest jak piekło człowieczeństwa? Rozpłynąłeś się po pozorach, dotknąłeś ciała, zamiast muskać wszystko, co ludzkie, głęboko osadzone w bycie tu i teraz. Ale serfuj, ech, serfuj, póki czas się nie skończył, póki masz przy sobie szczęście, co nie w ucieczce a prostocie odciska swój byt. Teraz czas dla ciebie, jako ta zapłata, co jest uiszczana, nim dokonasz swego. Do tego tyś przeklęty, opatrzony szkarłatem krwi. Pojąłeś po bólu, że i chwała piętno niesie. Bo jakżeś na takim widoku, to wszyscy oglądają. A oni, szukając przewodnika, który by poprowadził ich właściwą ścieżką, łapią się za nogi tych, co na szczycie, bo jakaś niezrozumiała logika każe sądzić, że im wyżej tym lepiej, tym lżej, tym właściwiej. A twa wiedza jest szeroka i już domniemywasz, że pozór to pozór, ucieczka ucieczką, a jaźń serca, choćby najdziksza i najgłupsza, zawsze prawdziwsza od każdego twierdzenia, każdego sięgnięcia po rzekomy cel, który z każdym przybliżeniem nabiera karykaturalnych wymiarów: to, co z daleka piękne, z bliska po prostu odrzuca i śmieszy. Tylko ten, co swą wędrówkę naznaczył głosem uczuć, nie musi poznawać doczesnych idei, bo każda idea to krzyk o prawdę serca. Więc nie bój się mylić, nie bój się błądzić, czy wyglądać dziwnie, rób co swoje, co duch ci nakaże. Bo tam jest skarb, gdzie serce twoje. Większego skarbu nie znajdziesz nigdy. Choćbyś przebył wszystkie kraje, wdrapał się na wszystkie szczyty i zobaczył cuda świata, to tylko substytuty prawdy odczuwania. A teraz pędź dalej za szczęściem, słuchaj tego, co gdzieś w tobie, pędź, pędź i nie odwracaj głowy. A teraz śpij dalej, odpoczywaj, bo najcięższe przed tobą, udręka cię czeka. Odpływaj, w niebyt odpływaj. Odpływaj, hej, odpływaj...

 

Obudziliśmy się w tym samym momencie, przytulani, owinięci ciasnym śpiworem. Spomiędzy naszych ciał unosił się słodkawy zapach erotyzmu. Gdzieś w oddali, od strony wejścia do jaskini prześwitywał pojedynczy promyk słońca. Byliśmy nadzy, idealnie pasujący do warunków jaskini. Jak para neandertalczyków kryjąca się przed drapieżnikami. Usiadłem, zapaliłem latarkę i się rozejrzałem: tylko nasze posłanie, obok plecak i martwe ściany jaskini, żadnego sprzętu grającego. Nawet nie starałem się zrozumieć, co właściwie się stało. Dotarło do mnie, że tutaj tak mało ludzkich śladów – jedynie gdzieniegdzie dało się z trudem wyczuć czyjąś przeszłą obecność; nie było śladów dotyku rąk, śladów stóp ani jakichkolwiek innych. To było dziewicze przebudzenie, po dziewiczo-mistycznym akcie miłości, w niemal dziewiczym miejscu. Co by się stało, gdyby ktoś tu przyszedł?

Ubieraliśmy się kwadrans później, lubieżnie paradując przed sobą, jak nas Bóg stworzył. Znów czuliśmy podniecenie, emocje grały w sercach, ale oboje chyba wiedzieliśmy, że ponowne zbliżenie po takim dniu poprzednim tylko rozmyłoby to, co najpiękniejsze, co ulotne, spowodowałoby, że ideał sięgnąłby jadalni, a stamtąd droga bliska na bruk.

Wyszliśmy z jaskini przed ósmą rano. Mimo iż był koniec października, pogoda rozpieszczała: już o tej porze ciepło, że z krótkim rękawem można chadzać, słońce bez konkurencji obłoków i delikatny wiatr omiatający nasze postaci świeżością. Dobrze wiedzieliśmy, że kolejnych kilka dni będzie wyglądało podobnie: wieczór zwieńczony snem w mniej lub bardziej przypadkowym miejscu, prawdopodobnie jaskini. A tych tu było całkiem sporo, wszystkie chyba dobrze znała Tosia. Czemu do tej pory tutaj nie trafiłem? Są jak kwintesencja ucieczki przed światem, poszukiwanie zagubionych fragmentów siebie i meritum wytchnienia, gdy dusza zmęczona. Gdy zeszliśmy ze wzniesień, otworzyła się przed nami otwarta przestrzeń porośnięta pagórkami, na których tu i ówdzie bieliły się wapienne ostańce. Gdzieś po prawej, kilkadziesiąt metrów dalej stadko srok rozdziobywało jakieś znalezisko, oznajmiając skrzeczeniem, aby się nie zbliżać. Kilkaset metrów przed nami stał samochód pod jedną ze skałek, a na jej szczycie siedziały dwie osoby, machając po dziecięcemu zwisającymi nogami. Wyglądali jak ze zdjęcia z budowy jednego z tych drapaczy chmur, gdzie robotnicy siedzą na metalowym legarze wiszącym kilkaset metrów nad ziemią. Ale gdy zaczęliśmy się do nich zbliżać, w głowie mi niemal zaszumiało: znów słyszałem ich myśli, odbierałem emocje. Z każdą chwilą czułem się gorzej. Obce uczucia łomotały mi lękiem w głowie. To strach przed skutkami swojego działania tak zadziałał. Coraz mniej docierało do mnie faktów, byłem w innej, odseparowanej cierpieniem rzeczywistości. Zrozumiałem, że nie ma większego znaczenia prawda, jaka objawia się światem tych dwojga, ważny jest mój odbiór, i tylko on. To ja, przez przykre doświadczenie z gosposią wybudowałem machinerię po stokroć wzmacniającą ich emocje. Człowiek, przez to, co przeżył, popada w obłęd wypaczonego odczuwania, obłęd wspomnień.

Ale w pewnym momencie zwróciła na mnie uwagę Tosia i przyjrzawszy się, chwyciła mnie za rękę. W jednej chwili całe cierpienie znikło. Emocjonalnie spadłem z wysokości kilkudziesięciu metrów na podłoże wyłożone grubą warstwą gąbki. Nagle wszystkie moje lęki zniknęły, a zapanował niebiański spokój. Tosia spojrzała mi w oczy i bez słów spytała, czy mamy nie iść do tych dwojga. Moja odpowiedź była równie bezdźwięczna. Odeszliśmy w innym kierunku.

Cztery dni życia w naturze, nocując w jaskiniach, stołując się najczęściej w sklepach spożywczych i myjąc w strumieniach czy stawach. I wracaliśmy do domu. Chciałem zostać tam jak najdłużej, aby każda kolejna jaskinia stanowiła ukoronowanie dnia z aktem miłości, z bliskością Tosi, która miała moc, by uwalniać od cierpienia. Czułem, że wraz z powrotem zacznie się kolejny etap, którego jednak nie potrafiłem sprecyzować, przewidzieć.

Po powrocie do domu znów żyłem na opak jasności: w ciągu dnia zaszywałem się czterech ścianach, często odsypiając, a nocą robiłem zakupy, spotykałem się z Tosią. Co dziwne nawet nie musiałem jej specjalnie przekonywać do spotkań właśnie w nocy, chyba kontynuowała to, co przynosiło nam szczęście.

Dwa miesiące później Tosia zabrała mnie w nocy nad Wisłę. Był początek stycznia. Niby się uśmiechała, nawet żartowała bardziej niż zwykle, emanowała energią, a jednak wyczuwałem coś niedobrego. Usiedliśmy na betonowych schodkach na brzegu, mocno ścisnęła mi dłoń i powiedziała:

– Już niedługo czas. Wiesz o tym, prawda?

W zasadzie nie zastanawiałem się nad odpowiedzią:

– Tak, wiem. Taka moja rola – mówiłem, co czułem, mimo iż to wcale mi się nie podobało.

– Jak to zrobisz?

Poczułem gigantyczne ściśnięcie w żołądku, spazmatyczny skurcz i zwymiotowałem do rzeki. Nie miałem odwagi spojrzeć Tosi w oczy, ale również nie miałem odwagi sprzeciwić się głosowi serca. Właśnie, czy to był głos serca, skoro uczucia aż skręcały moje ciało? Czym jest głos serca, jeśli nie głosem emocji?

– Tak, jak wybierzesz – odpowiedziałem.

– Chcę, żebyś zrobił to szybko, najlepiej jednym ruchem, więc wiesz, co może być najlepsze. Ale nie we śnie, chce być świadoma.

Kolejny raz spazmatyczny skurcz przeszył moje mięśnie. Osunąłem się na beton, czując, jakby cały świat mnie przygniatał. Tosia siedziała w spokoju obok, nie próbowała mi pomóc, bo dobrze wiedziała, że to spowodowałoby moje wzmożone protesty. Nie potrafię opisać, jakie emocje się we mnie wtedy urodziły. Pewnie zaczęło się od bezsilności, po drodze jakaś bezradność, potem to przerodziło się w ambiwalencję uczuć: z jednej strony przerażający lęk i poczucie winy, a z drugiej gniew, złość i w końcu nienawiść – nienawiść zarówno do całego świata, że nikt nie umie pomóc, jak i do niej samej, że prosi o coś takiego. Ale czułem, że to dla jej dobra, o ile można w tej sytuacji tak powiedzieć. Bez tego kto wie jakich cierpień jeszcze by doświadczyła...

 

Dokonałem tego w tej jaskini, która obdarzyła mnie orgią mistycznych doznań. Tym razem jednak płomienie były prawdziwe, najprawdziwsze. I tym razem zamiast muzyki Vollenveidera słyszałem setki głosów, które wyły wniebogłosy. Nawet podeszła jakaś ciemna postać, stanęła obok, wzięła mnie za rękę i płakała za mnie. Ja stałem jak skała. W ogniu Tosia wstała, odgarnęła swoje nieumyte włosy, uśmiechnęła się po dziewczęcemu i powoli rozpłynęła w jasność płomieni. Czułem tylko słodki zapach erotyzmu zmieszany z czymś bardzo niedobrym.

Uratowałem ją. Siedemnastego stycznia. Mówią, że siedemnastka jest niedobra...

Następne częściLBnP XXX – W pogoni za sobą  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Pięknie witamy Nowe opowiadanie w Bitwie. Życzymy wygranej.
    Jeszcze prosimy o zmianę kategorii na Bitwy.
    Pozdrawia Literkowa
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Dzięki. Sam skumałem, że trzeba zmienić kategorię. Już.

    Pozdrawiam.
    ps. Ciekawe ile osób przeczyta całe opowiadanie? hihihi
  • Szpilka miesiąc temu
    Antoni Grycuk,

    to niesamowite co napisałeś, tyle tu emocji, zwrotów, jestem pod wrażeniem 👌🙂
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Szpilko,
    dziękuję za dobre słowa. Pisząc to, sam czułem te wszystkie emocje, tak, że jestem wykończony. Kompletnie wykończony.
    Ale i wiem, że z tego zrobię coś o wiele dłuższego. Bo chyba warto.

    Pozdrawiam
  • Shogun miesiąc temu
    Kurcze, coś pięknego. Świetna historia, narracja, opisy, emocje. No po prostu piękne. Tyle jestem w stanie powiedzieć :D.
    Ps: czyli styczeń jednak nie taki zły :).
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Dzięki, Shogunie.

    chyba pójdę spać, bo po kolejnym przeczytaniu emocje mnie rozwaliły...

    Pozdrawiam.
  • Dekaos Dondi miesiąc temu
    Antonuiszu→Ależ żeś napisał. Daje po myśleniu i emocjach. Czuć cały czas jakby... tętno tekstu.
    Nie jest jednolity. Jakby człek zagubiony i wyzwolony w gęstych krzakach przeżywania.
    Nawet mi się dziwacznie skojarzyło, że Tosia jest w pewnym sensie, ucieleśnieniem tego jego ''talentu''
    I na końcu wyzwala ją i siebie jakby. No ale... może wyszedłem ''przed orkiestrę':))
    Ten akapit najbardziej → Od→A dokąd to, dokąd→ do→Odpływaj, hej, odpływaj
    P.S. Nawet strzałki u góry:)→Pozdrawiam:)→5
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Dekoś,
    wiesz, jak to pisałem, to rozpie...alały mnie emocje i to dosłownie, zresztą pisanie tego złożyło się w jednym czasie z kilkoma innymi rzeczami.........
    Do teraz, jak poprawiam tekst, emocje mnie wywracają do góry nogami. To kwintesencja tego, co chciałem wyrazić. Nie mówię, że nie da się czegoś napisać lepiej, ale chodzi mi o treść.
    A tekst, jak większość u mnie, jest otwarty i można myśleć na różne strony... jak komu gra w duszy.

    Dzięki za wizytę, słowa i docenienie.

    Pozdrawiam.
  • pasja miesiąc temu
    Ciekawe poplątane losy ludzkiego umysłu. To nie ludzie tworzą wokół nas aurę, to my tworzymy sami klimat, tworzymy atmosferę, która burzy nasze struktury umysłu. Ciągle powtarzanie tych samych słów i tych samych sytuacji wprowadza nas w stan przyzwyczajeń. To nasz umysł zamyka się w drugim umyśle i nie potrafi wyjść poza wnętrze. Myślę, że Antonina mieszkała w nim i wyszła kiedy poczuła się wolna. Facet po trzydziestce wymagał pomocy z zewnątrz. Emocje nie wystarczą by się wyzwolić z lęków. Potrzeba jeszcze mocnego zachłyśnięcia się chwilą. Tam na występie skalnym poczuł właśnie to coś.

    Są jak kwintesencja ucieczki przed światem, poszukiwanie zagubionych fragmentów siebie i meritum wytchnienia, gdy dusza zmęczona... czy zmęczenie? a może strach, który jest brakiem odwagi.

    Jeszcze jedno... wmawianie sobie pewnych zabobonów, numerologii i jasnowidztwa też może być złym czynnikiem emocjonalnym.

    Bardzo ciekawie poprowadziłeś akcję i stan bohatera.
    Pozdrawiam
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Pasjo,

    dziękuję.
    Piszesz:
    Ciągle powtarzanie tych samych słów i tych samych sytuacji wprowadza nas w stan przyzwyczajeń. - jest niemal odwrotnie, powtarzamy coś, bo przeszłość "każe". Alegorycznie, lecz jakby odwrotnie jest w "Dniu świstaka".

    Emocje nie wystarczą, by się wyzwolić z lęków. Potrzeba jeszcze mocnego zachłyśnięcia się chwilą. Tam na występie skalnym poczuł właśnie to coś. - takie cos pomaga tylko na krótko, znowu odwrotnie, tylko emocje, te najwłaściwsze (czasem nie same emocje) potrafią wyzwolić z lęków.

    Jeszcze jedno... wmawianie sobie pewnych zabobonów, numerologii i jasnowidztwa też może być złym czynnikiem emocjonalnym. - tak samo często psychoterapia szkodzi i to poważnie, tylko się o tym nie mówi, bo kto ma mówić, skoro poszkodowani to wariaci?

    Nie wiem czemu, ale ludzie, oglądając np. "Zieloną milę" traktują to jako bajeczkę, a tu Ty próbujesz "uziemić" coś analogicznego.

    Jeszcze raz dziękuję za opinię.

    Pozdrawiam.
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Wiesz co, Pasjo?
    Poddałeś mi znakomitą myśl. Muszę cały tekst przerobić tak, aby Tosia idealnie pasowała do obrazu jego imaginacji. Wywalę rozmowę z ludźmi na skałce, może coś jeszcze ujmę, coś dodam. To świetny pomysł!!! Dziękuję! Powiem, że wczoraj byłem na Ciebie wściekły, że uziemiasz taką piękną bajeczkę, szczególnie że napisanie tego tekstu kosztowało mnie niezwykle dużo i kosztuje nadal emocji. A dziś jestem Ci wdzięczny. Jeszcze raz dziękuję. W ten sposób tekst będzie bardziej w moim stylu, mimo iż będzie można go traktować tylko jak bajeczkę. :)

    Pozdrawiam
  • pasja miesiąc temu
    Antoni Grycuk nie myślałam aż tak. Mój komentarz to tylko moja sugestia i wyraz uznania. Nie chciałam cie tym uziemieniem obrazić, wręcz przeciwnie.
    Miłego dnia
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    pasja
    wczoraj byłem wściekły, że nie dostrzegłaś w tym bajki albo właśnie uziemiłaś ją. To, że Ci się podobało, zrozumiałem.
    Ale nie ma tego złego, dzis mam nowy pomysł :)

    Pozdrawiam.
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Już poprawiłem tak, aby nie było rozmowy z ludźmi na skałce, i jeszcze jedną rzecz tez poprawiłem. Kolejne osoby potwierdzają Twoje zdanie. Cóż, ja po prostu cos piszę i sam nie zdaję sobie sprawy z tego, do końca co ;) Jeszcze raz dzięki.
  • sisi55 miesiąc temu
    Ja już nie rozumiem czy ta Tośka byłą prawdziwa czy nie. I niby dlaczego ją uratował? Przed czym? I tak samo nie mam pojęcia o co go poprosiła. Podoba mi się bogate słownictwo, zwracam na to często uwagę. Brakuje mi jakiejś jednej takiej osobistej rozmowy między nimi dzięki, której można byłoby poczuć więź jaka ich łączyła. Przez moje upośledzenie umysłowe, nie zrozumiałem przesłania więc ocenę wystawię po głębszym wyjaśnieniu.
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    sisi55,
    tak ma być, że czytelnik nie będzie pewny, kim była Tosia. Taki mój styl, że bardzo często pozostawiam czytelnika z otwartą kwestią. Więc Twoje dumania są jak najbardziej uzasadnione. (Często tekst z otwartym zakończeniem pozostaje w głowach czytelników o wiele dłużej.)
    Dzięki za czytanie i słowa.

    Pozdrawiam.
  • Panie i Panowie odkrywamy przyłbice
  • Literkowa Bitwa na Prozę 3 tygodnie temu
    Rozpoczynamy głosowanie!
    Zapraszamy Autora do czytania i zagłosowania.
    Gosowanie potrwa do 20 marca / piątek / godz. 23:59

    Literkowa pozdrawia i życzy przyjemnej lektury
  • Maurycy Lesniewski 3 tygodnie temu
    „ Dla mnie przynosiła to, co najlepsze. Za to styczeń zawsze był nieprzewidywalny, to wtedy miały miejsce najdziwniejsze zdarzenia w moim życiu: ” trzy razy „to” w tak krótkim fragmencie.
    To taka pierdoła na początku, później jeszcze w jednym miejscu to „to” mi się rzuciło w oczy, ale już się przestałem tym przejmować bo zacząłem płynąc z Twoim tekstem.
    Ciekawe, nie oczywiste opowiadanie!
    Pozdrawiam :)
  • Antoni Grycuk 3 tygodnie temu
    Dzięki, Maurycy!
    No, jak widać, powtórzeń nie jestem w stanie się wyzbyć.
    Masz rację, to jest NIEOCZYWISTE, czego na początku nawet nie planowałem.
    Tak komentujesz moje teksty, czas, abym ja skomentował jakiś Twój, bo to z mojej strony egoistyczne tak się nie odwdzięczać.

    Pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania