Lord Nieśmiertelny cz. III

Matka zorientowała się dużo wcześniej, że nie ma mnie w domu, niż śmiałbym przypuszczać. Gdy wracałem, niezadowolony, z starcem, jej oczy wbiły się we mnie z taką intensywnością, jakby chciały wypalić we mnie dziurę. Nie lubiłem, gdy tak robiła, bo miałem wrażenie, jakby mogła ze mnie czytać jak z otwartej księgi. Potem przeniosła spojrzenie na starca i zbladła. Stała w drzwiach, jakby przeczuwała, że się zbliżamy. Długa piżama zwiewnie otaczała ciało, podkreślając gdzieniegdzie jego kształty. Długie czarne włosy kaskadą opadały na jej lekko odsłonięte ramiona – sprawiała wrażenie nocnej zjawy, z bladą twarzą i podkrążonymi oczami. Staruszek spokojnie szedł dalej, wytrzymując ten palący wzrok.

- Ontari – przywitał się cicho, gdy stanęliśmy tuz przed nią. - Wybacz to nagłe najście, ale musiałem zabrać twojego chłopca.

Przez moment nie wypowiedziała ani jednego słowa, zaciskając usta.

- Obyś miał poważny ku temu powód, Holinie. Inaczej wrócisz z niczym do Maestra.

Odwróciła się na pięcie i znikła w środku, a po pewnym momencie, my za nią. Niechętnie zaprosiłem Holina, aby usiadł i ruszyłem, aby zrobić mu coś do picia. Zawsze uważałem, że od takich rzeczy powinniśmy mieć służbę, ale gdy wspomniałem o tym mamie, spytała, czy jestem królem, że potrzebuję, aby wszystko robiono za mnie? Od tamtej pory już więcej o tym nie rozmawialiśmy. Wróciła po chwili, ubrana w czerwoną koszulę i brązowe spodnie, kolory naszego rodu i z roztargnieniem usiadła naprzeciwko barda, dając mi znać, abym zrobił jeszcze jedną herbatę. Sami zaczęli rozmowę, pośród lekko niezręcznej ciszy.

- A więc… - chrząknęła i zmierzyła go sceptycznie. - co cię sprowadza w moje progi?

Mężczyzna potarł brodę w zamyśleniu, a po chwili uśmiechnął się.

- Cóż, pchnęły mnie w tą stronę różne interesy, ale również kilka plotek, które dotarły aż na królewski dwór.

- Królewski dwór? - podniosła brew. - Skąd nagłe zainteresowanie króla prowincją?

Holin wzruszył ramionami i usiadł nieco wygodniej.

- Sama wiesz, jak to wygląda. Najciemniej jest pod lampą, ale najtrudniej jest dotrzeć tam, gdzie jest daleko.

- Szuka tu nekromantów? - zapytała ze szczerym zdumieniem.

Nie mogłem zrozumieć, dlaczego się tak dziwi, skoro sama używała tej magii. Widziałem niejednokrotnie jak wskrzesza martwe gołębie, które padały pod jej okiennicami, po przebyciu wielu mil drogi, prawdopodobnie aż od stolicy.

- Nekromantów – zgodził się z nią Holin, z lekkim uśmiechem. - Co oznacza, że powinnaś się mieć bardziej na baczności, niż zwykle, chociaż ryzyko wykrycia cię jest bliskie zera. Zbyt wiele zrobiłaś przeciwko swoim własnym, aby o cokolwiek cię podejrzewali.

- Nie zrobiłam niczego, co wykraczałoby ponad moje więzi z pozostałymi – mruknęła, marszcząc brwi. - Wykonywałam swoje obowiązki wobec konkretnej grupy ludzi, którzy, powiedzmy sobie szczerze, zasłużyli na los, który im zgotowałam.

Nekromancja była zakazana? Byłem tak zaciekawiony i zdziwiony zarazem, że o mało nie rozbiłem filiżanki, która odbiła się z głuchym szczękiem od pozostałych. To na moment zwróciło uwagę dorosłych. Matka westchnęła ciężko.

- Corvinie, idź do swojego pokoju. - poleciła.

Już miałem otwierać usta, aby oponować, ale zrobił to za mnie Holin. Podniósł palec i skierował go na kobietę. Po raz pierwszy poczułem do niego iskierkę wdzięczności.

- Niech zostanie, Ontari. Rzeczy, które będziemy omawiać, winien usłyszeć i on. Wiesz o tym.

Wyraźnie się jej to nie spodobało, ale uległa w końcu pod tym iskrzącym spojrzeniem. Przyniosłem im herbatę i przycupnąłem na brzegu fotela, zaraz obok, aby mieć dobry widok na wszystko, co będzie się między nimi rozgrywało. Nie starałem się nawet ukryć tego, że chciałem wiedzieć o wszystkim.

- Tak więc – staruszek ujął swoją filiżankę z gracją. - skończyłem na tym, że szukają tu nekromantów. Nastroje w stolicy nie są zbytnio sprzyjające tak czarnej magi. Zresztą nigdy nie były, a teraz w szczególności. Król szykuje się do wydania dekretu, skazującego każdego nekromantę automatycznie na śmierć. Wiesz co to oznacza.

Czy zawsze musiał kończyć zdania tego typu pytaniami?

- Wiem – oznajmiła z niezmąconym spokojem moja matka. Jakby ta wiadomość wcale jej nie przejęła. - Zbierało się na to już od dawna.

- Prawda. Tylko im dłużej to wszystko trwa, tym jest gorzej. Wydawałoby się, że nasz władca popada w jakąś dziwną paranoję. Wszędzie doszukuje się wrogów. Najbardziej lojalni dotąd doradcy, powoli zaczynają się odwracać do niego plecami. Nie widać tego od tak, ale powoli monarcha staje się samotny… w pewien… sposób. Bo niezupełnie. Zastępują ich nowi ludzie… nieznani, dość często zza oceanu. Powoduje to u naszej szlachty oburzenie, że król śmie zastępować ich kimś innym. Przybysze samym swym widokiem powodują gęsią skórkę, a część twojego umysłu podpowiada ci, że masz uciekać, gdzie pieprz rośnie. Po prawdzie… - zerknął na mnie niepewnie, jakbym to ja stał za takim stanem rzeczy. - Dzieje się coś niedobrego… gdy chodzisz ulicami miasta, szczególnie tymi mniej uczęszczanymi odnosisz wrażenie, jakby wszędzie wokół unosiła się śmierć. Nie wprowadza to wesołych nastrojów, wybuchają coraz częstsze kłótnie i walki.

- I król uznał, że stoją za tym nekromanci? - Ontari odłożyła filiżankę zamaszystym gestem. - Niedorzeczne.

- Oczywiście. Uznał. Nie ma nikogo innego, więc musi znaleźć kozłów ofiarnych. Wielu zaczyna przebąkiwać, mówię tu o szlachcie, że dzieje się coś więcej, niż można przypuszczać na pierwszy rzut oka. Pod latarnią najciemniej, jak powiadają…

- No tak. Tępi tych, którymi chciałby się stać – stwierdziła zwięźle. - Nie dziwi mnie to.

- Ontari! - wykrzyknął Holin, wpatrując się w nią z niekłamanym przerażeniem.

- Och, co, bardzie? - zapytała z rozdrażnieniem. - Czyż nie tak było? Czyż zapomniałeś jak przebiegło pierwsze spotkanie nowej Rady Królewskiej i dlaczego stara odeszła?

Staruszek poczerwieniał, nie byłem tylko pewien, czy ze strachu, czy też z gromadzącego się w nim gniewu. Zacząłem słuchać coraz uważniej, po raz pierwszy mając okazję dotknąć tak ważnych spraw, omawianych w moim towarzystwie.

- Oboje dobrze wiemy dlaczego stara Rada odeszła! - sapnął z zdenerwowaniem. - Jargosh jest człowiekiem o zbyt poszerzonych horyzontach, aby nadal usługiwali mu ludzie jego ojca!

- A więc sugerujesz, że Robenhot Pogromca był staroświeckim draniem? - zagadnęła, z błyskiem w oku. Znałem go doskonale.

- Nie! - herbata niebezpiecznie zachwiała się w jego dłoniach. - Ale nie bez powodu ktoś wymyślił, że na każdego króla ma przypadać nowa Rada. A co do zdarzeń z pierwszej obrady… cóż. Każdy król na początku przejawia ambicje.

- A co zrobił? - zadałem nurtujące mnie pytanie, zanim zdążyłem się zastanowić co robię. Skuliłem się, jakbym oczekiwał na cios. Nie powinienem był się odzywać, skoro ledwo mnie tu chcieli. Oboje spojrzeli na mnie ciężko, aż w końcu odpowiedzi udzielił Holin.

- Wspomniał mimochodem, że gdyby nie fakt, że nekromancja to plugawa magia, to sam by się jej nauczył.

Ontari roześmiała się ponuro.

- Zgadza się. I w dalszym ciągu nikt nie chce mi wierzyć, że tak właśnie jest. - skrzyżowała ręce na piersiach. - Przyznaj to, Holinie.

- Wolałbym nie myśleć o tym w ten sposób – odwrócił wzrok. - Ale… możesz mieć rację. Zważając na ostatnie wydarzenia, coraz więcej wskazuje na to, że tak właśnie jest.

- Więc dlaczego nikt z tym nic nie robi?

- A co mielibyśmy z tym zrobić? To król, a nie byle jaki szlachcic. W dodatku król chroniony Starożytnym Traktatem.

Moja mama prychnęła z pogardą, na wieść o Traktacie. Wspominała o nim parę razy i nigdy nie robiła tego w sposób pochlebny.

- Oboje dobrze wiemy, że prawdziwość tego zwoju możemy poddać we wątpliwość równie łatwą, co fakt, że Terodon miał dzieci.

Ta ostatnia uwaga najwyżej zapiekła starca, bo zamilkł i nie odezwał się ani słowem przez najbliższe parę chwil. To za to dało mi czas na przemyślenie wszystkiego, co usłyszałem. Nie miałem wątpliwości, że mi ufają, jednak nie każdy, kto by to usłyszał, mógłby siedzieć tak spokojnie i nie pisnąć ani słowem. Król zakazywał nekromancji. Karał surowo za jej używanie, a moja matka… Nie powiem, że byłem zdziwiony, podejrzewałem, co nie oznacza, że w pełni to akceptowałem. I król będący nekromantą? Rzeczywiście, brzmiało to jak stek bzdur. Zastanawiałem się do jakiego grona należy Holin wraz z moją rodzicielką… Starzec wyglądał na wiernego królewskim ideałom, jednak przyznawał rację Onatrii. Jakby nie mógł się zdecydować po której stoi stronie.

- Możliwość jest też taka, że ktoś z bliskich doradców używa magii nekromancji i za jej pomocą wpływa na króla. - zauważył cierpko bard, przerywając panującą dotąd ciszę. - W końcu to nie byłby pierwszy taki przypadek w historii.

Mama wzruszyła ramionami.

- Jeśli chcesz, to wierz nadal w jego świętość. Mnie już dawno nie mamią jego gładkie słówka i wszystkie czyny, którymi stara się zasłonić. Jeden nekromanta zawsze wyczuje drugiego obok, bez względu co robi, aby to ukryć.

- Dlatego przestałaś przyjeżdżać do Alldornu? - zaciekawił się. - Mógłby cię wyczuć? Zakładając oczywiście, że to co mówisz jest prawdą…

- To jest prawdą. - odparła ze znużeniem. - Owszem, mógłby. Jednak wolałabym nie myśleć, co by się wtedy stało.

Starzec westchnął ciężko i spojrzał na mnie bystro. Zaniepokoiło mnie to spojrzenie, jednak starałem się nie okazać niepokoju.

- Ontari – Holin nagle zwrócił się do kobiety. - Mógłbym zabrać twojego chłopca na letnie pokazy do Cosisto? Uważam, że dobrze zrobiłoby mu rozerwanie się.

Zamarłem, wstrzymując oddech, zaskoczony taką propozycją. Już dawno nie byłem na takiej imprezie. W zasadzie od momentu, gdy pokłóciłem się z matką o mojego przodka. Teraz, wydawałoby się, że rozpatruje propozycję, wszystkie za i przeciw. Jednak bard patrzył na nią tak przenikliwie, że aż odwróciła wzrok i skinęła głową.

- W porządku – zgodziła się niechętnie. - Niech będzie. Macie tu wrócić zaraz po święcie.

Wymieniliśmy szerokie uśmiechy, z starcem i powoli czułem, że zaczynam go lubić… może tak właśnie zaczynają się niektóre przyjaźnie? Od ostrza?

 

Holin zbudził mnie o świcie, oznajmiając, że musimy się pośpieszyć, jeśli chcemy zdążyć przed całą masą przybyszów z innych, okolicznych wsi i miast. Rześkie powietrze uderzyło w moje nozdrza, gdy otworzyłem okiennice, a wesoło śpiewające ptaki, zwiastowały nadchodzący dzień. Przyjrzałem się niebu i gdy nie dostrzegłem żadnych niepokojących oznak, uznałem, że pogoda będzie nam sprzyjała podczas podróży. Ubrałem jedną z podróżnych szat w kolorze mojego rodu i zaczesałem włosy. Zawsze mogłem trafić na jakieś przepiękne panny podczas pokazów, więc warto być przygotowanym na taką okazję.

Gdy zszedłem na dół, zastałem matkę pracującą nad czymś intensywnie w gabinecie. Dopiero gdy stanąłem w progu, dostrzegłem, że pisze jakiś list, który zwinnie ukryła przed moimi oczami, gdy tylko wyczuła moją obecność.

- Corvinie – przywitała mnie, mierząc mnie badawczym spojrzeniem. - Jesteś gotów do drogi?

- Tak – odparłem cicho. - Przyszedłem się pożegnać.

Skinęła głową w odpowiedzi i staliśmy tak przez moment, naprzeciwko siebie, nie czyniąc żadnych ruchów, ani nie tuląc się, jakby czyniła to inna matka z synem. Zastanawiałem się cały czas, czym ją uraziłem, gdy stwierdziłem, że nie będę się przyznawał do mojego rodowodu. Czy tak trudno było zrozumieć moją decyzję? Kto chciałby się przyznawać do zhańbionego członka swojej rodziny? Miała najwyraźniej na to swoje własne poglądy, ale już dawno przestałem ją słuchać. Machinalnie poprawiła papiery na biurku i wyprostowała się jeszcze bardziej.

- A więc powodzenia – rzuciła prawie beznamiętnym tonem. - Nie pakuj się w nic głupiego.

Jakże bym mógł? - pomyślałem z sarkazmem i lekko skłoniłem głowę. Holin czekał już na mnie w przedpokoju, ubrany w brązową szatę, a w jego dłoni był ten sam kij, który widziałem zeszłej nocy. Za dnia mogłem wychwycić więcej szczegółów, więc zauważyłem złote zdobienia, otaczające jej głownię i nagle zacząłem się zastanawiać – kim był ten człowiek? Nie miałem jednak okazji się zapytać, ponieważ szybko dosiedliśmy koni, które przygotowali nam stajenni i ruszyliśmy w drogę. Staruszek chyba należał do najbardziej rozmownych osób, jakie kiedykolwiek spotkałem. Nie byłem przyzwyczajony do ciągłego słuchania, chyba, że akurat nauczyciele, u których odbierałem naukę, mieli jakiś dłuższy temat. Otaczałem się znajomymi, którzy tak jak ja, nie potrzebowali wiele słów, aby przekazać to, co trzeba. Holin zdawał się lubować w każdym słowie, często używał poetyckich określeń i byłem pewny, że zabarwiał niektóre wydarzenia. Cóż, w końcu był bardem, a snuciem opowieści i śpiewaniem ballad zarabiał na życie.

Po drodze mijaliśmy wielu ludzi, którzy podążali raz w tym samym kierunku co my, a raz w przeciwnym. Ci, co wracali, wydawali się być bardzo zadowoleni, a wraz z sobą ciągnęli wozy pełne najprzeróżniejszych towarów, które usiłowali sprzedać przy każdej nadarzającej się okazji. Dostrzegłem tam bardzo dobre trunki, pyszne jedzenie (specjały z Cossisto) oraz całą masę najdrobniejszych rzeczy codziennego użytku. Nic dziwnego – miasto do którego zmierzaliśmy specjalizowało się w takim wyrobie, a festiwal poświęcony bogini Nirtii był doskonałą okazją do zaopatrzenia się w pożądane towary. Liczne zgrupowania, które mijaliśmy, podążając ku miastu, ustrojone były pięknie, gotowe na sprzedaż swoich własnych specjałów. Taka wymiana towaru obu stronom zapewniała ogromne korzyści.

Słońce wisiało już wysoko na niebie, gdy w oddali, na horyzoncie dostrzegliśmy pierwsze zarysy miasta. W związku z tym, pojawiły się pierwsze gospody, które miały podjąć się zadania ugoszczenia wędrowców oraz nakarmienia i napojenia wierzchowców, aby wszyscy rano mogli wstać wypoczęci i z energią iść na festiwal. Jedna z nich nosiła nazwę: „Pod Króliczą Norą” i po hałasach, które z niej dochodziły oraz uganiającymi się parobkami, można było wywnioskować, że cieszy się sporą popularnością, z czego Holin widocznie się ucieszył.

- Chodź, chłopcze, chodź – powiedział radośnie, gdy wyraziłem niechęć w stosunku do akurat tej gospody i zatarł dłonie. - Dziś wieczór pełen chwały dla mistrzowskiego głosu barda Holina.

I w ten oto sposób stałem się świadkiem kolejnej, magicznej historii, która wpłynęła na moje życie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Krzysztoff 3 tygodnie temu
    Czytam i wracam do części drugiej. Pozdrawiam.
  • Krzysztoff 3 tygodnie temu
    Zaciekawiło mnie, choć ostatnio unikałem fantastyki jak ognia, bo zająłem się historią, dzięki Tobie pewnie znowu sobie o niej przypomnę. Będę czytał kolejne części z zainteresowaniem.

    Co do samego tekstu, parę niezręcznych sformułowań stylistycznych, literówek, z niektórym znakami interpunkcyjnymi też bym dyskutował, ale te drobiazgi nie wpływają na sam odbiór tekstu.

    Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za włożoną pracę.
  • Liv12365 3 tygodnie temu
    Dziękuję ;) postaram się w korektach wyłapywać podobne błędy poprawiać, a nawet unikać ;) Wciąż się uczę...
    Miłego wieczoru ;)
  • Zaciekawiony 3 tygodnie temu
    "Długie[,] czarne włosy[,] kaskadą opadały"

    "- A więc… - chrząknęła i zmierzyła go sceptycznie"- suwmiarką

    "Tempi tych, którymi chciałby się stać" - taką wielką temperówką. Tępi.
  • Liv12365 3 tygodnie temu
    Przypomnij mi proszę, że mam się strzelić za ten błąd ("Tempi") tyle razy, ile razy na niego popatrzyłam, a nie zwróciłam na niego uwagi.Czyli wiele :))

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania