Lot życia

Godzina piąta z minutami blady świt to niezmienna pora kiedy, słyszę'' jak wstaje nowy dzień ten niebywały trzask opróżnianych kontenerów spod moich okien. Segregacja śmieci na szkło metal makulatura tworzywa sztuczne i odpady ulegające biodegradacji trwa już na moim osiedlu od pokoleń. Nic w związku z tym się nie zmienia... Sąsiadka z parteru wtedy zawsze tłucze kotlety, nie jada nic innego tylko tłuste mięso, co przyprawia mnie o gorączkę nerwowości. Jak, można'' na okrągło to żreć przecież organizm ludzki potrzebuje różnorodności. Nie mówię już o zbilansowanej jakiejś diecie, iż nie jestem jakąś do przesadną weganką, która bykiem będzie patrzeć na mięsko, ale minerały i witaminy to podstawa w żywieniu. Dla mnie jakiś choćby nieduży rarytas potrafi uczynić cuda... Dziś jest ten dzień i czeka mnie nie lada wyzwanie, na reszcie spełnił się mój złoty sen, który długie lata był nierealny... Lecę do Nikaragui na wypoczynek, z tym że zostałam już wcześniej poinformowana przez organizatorów tej egzotycznej imprezy, że samolot będzie wykonywał międzylądowanie w Hanowerze, aby zatankować paliwo. No tak! W końcu loty bardzo dalekich dystansów mają to do siebie, że machina musi być samowystarczalna. Moja beżowa walizka stoi już oparta o ścianę na swoim miejscu w kącie. Wymykam się szybko do łazienki, choć jeszcze jestem rozespana, łapę za dozownik z mydłem, i migiem przecieram oczy. W kuchni wygląda na mnie naturalna konserwa i chrupkie bułki. Na parapecie w promieniach nasłonecznienia czerwcowego grzeje się sześciopak piw, nie biorę żadnego, chcę przeżyć to wszystko na trzeźwo. Zakładam znów te moje patrzałki, by dostrzec niewielkie ilości kurzu na segmencie nie mam już na tyle czasu, aby to ogarnąć. Cała podróż zapowiada się tak efektownie, że moje policzki są nieźle rozpalone. Wybiegam z domu z tym bagażem w świetle do południowej melancholi,i powiewu ciepłego wiatru, kiedy, jadę'' już w metrze powtarzam sobie, ilekroć me słowa, nie wsiądę do samolotu, bo się boję, za chwilę macam się znów w policzek i odważnie mówię sama do siebie, nie ma się czego bać, to nie fobia, to tylko towarzyszący strach, niepotrzebny a właśnie wsiądę i będę cieszyć się tym, co jest przede mną. Dwa tygodnie w San Juan del Sur to marzenie nie jednego człowieka, jestem szczęściarą! Trzymałam się zawsze tego, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, teraz jestem w drodze na lotnisko i lecę na wakacje marzeń. Jeszcze może zdążę zjeść jajko z chlebem, wyjmuję to z woreczka, solę je i pieprzę, niestety dojeżdżam tak prędko że jajko przez uchylone okno wypieprzam, i chleb zostawiam na siedzeniu. Trochę wiem, że to nie smaczne zachowanie,ale zdążyć muszę a to jest dla mnie ważniejsze niż wszystko, a gdy spoglądam na napis potężnego oszklonego budynku,, Międzynarodowy Port Lotniczy'',- na mojej duszy radość rozlewa się niczym stopione masło na patelni. Jestem tu i teraz i za chwilę odlecę w przestworzach, jeszcze tylko ostatnie godziny dzielą mnie od tej wysokiej przestrzeni i będę w chmurach! Hurra!!!

Średnia ocena: 2.6  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Sisi26 3 miesiące temu
    Zapraszam do czytania. Miłego wieczoru.
  • Sisi26 3 miesiące temu
    Normalne, i śmieszne jak dla mnie, jedynki, same jedynki dobra jest bawi was to, to ok.
  • Sisi26 3 miesiące temu
    I tak już dobrze wiem, kto to robi.
  • Sisi26 3 miesiące temu
    Już przyzwyczaiłam się do tego bigosu.
  • Sisi26 3 miesiące temu
    MIŁĘGO WIECZORU
  • Sisi26 2 miesiące temu
    Zachowujecie się dziwacznie ogarnijcie się.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania