Lucky Strike

Zaczynałam od tego portalu, a piszę nadal. Wrzucam jeden z moich ostatnich one-shotów dla porównania, jak ewoluowało moje pióro, zarówno z nadzieją na przyciągnięcie nowych twarzy, jak i ze skrytym marzeniem zobaczenia starych bratnich dusz.

UWAGA! Opowiadanie jest fanfikiem o koreańskich idolach, głównie z zespołu EXO, aczkolwiek nie potrzebna jest jakakolwiek znajomość tego tematu. Jeżeli tylko nie przeszkadzają osobliwe imiona, to zapraszam śmiało!

Długość: 6100 słów

Gatunki: Okruch życia, komedia

 

Z dedykacją dla A.

 

Kojarzycie ten rodzaj przyjaźni, który zaczyna się zupełnie przypadkiem, a jakoś nigdy się nie kończy? Począwszy od jakiejś całkiem niespecjalnej chwili, ciągnie się przez lata i mimo że te osoby nie są do końca idealne lub takie, z którymi chciałbyś ten czas spędzać, nadal się z nimi przyjaźnisz? Mając przy sobie dwóch przyjaciół od prawie dwunastu lat, zdałem sobie sprawę z jednej ważnej rzeczy: po tak długim czasie nie będą mieli serca cię zostawić i dlatego właśnie się z nimi trzymasz. Ze względu na to bezpieczeństwo.

− Dzisiaj twoja kolej nas gościć, co nie, Baek? Musimy się pospieszyć, żeby nikt nam nie zajął boiska – powiedziałem, zdejmując koszulkę siatkarską i rzucając ją do worka. Zerknąłem na swojego przyjaciela, szukając u niego potwierdzenia swojego pytania, ale napotkałem tylko chytry uśmieszek, który w przypadku Baekhyuna nie mógł oznaczać nic dobrego.

− Wybaczcie, dzisiaj odpadam. Mam randkę.

Minseok z zaskoczenia aż upuścił swój bidon, który potoczył się pod kaloryfer, a ja rozdziawiłem usta, gapiąc się na Baekhyuna. Ten tylko suszył zęby do oporu, widocznie usatysfakcjonowany naszą reakcją.

− Pierdolisz.

− Jeszcze nie, ale na to mam nadzieję dziś wieczorem.

− Z kim? Soyou? Suji? Nawet mi nie mów, że postanowiłeś znowu zarwać do Taeyeon. – Gorączkowo wymieniałem imiona byłych obiektów westchnień Baekhyuna, ale pamięć mi padła po tych trzech, bowiem mój przyjaciel od najmłodszych lat był kochliwy, serce miał jak wiadro i co tydzień znajdywało się w nim miejsce dla coraz to nowych dziewczyn. A z czasem także chłopaków.

− Pf, ale się ograniczasz. Z żadną Taeyeon. Tylko. Z. Park. Chan. Yeolem.

Osobiście zaniemówiłem, ale Minseok wybuchnął takim śmiechem, że nie mógł się podnieść. Już wcześniej był na ziemi, żeby odzyskać swoją własność, ale teraz utknął na brudnej podłodze szkolnej przebieralni z ręką pod kaloryferem. Baekhyun tylko wydął usta w wyrazie niezadowolenia i zaczął ściągać strój siatkarski, teatralnie zarzucając grzywką.

− Myślałem, że już skończył za tobą latać – wykrztusił Minseok, jak tylko udało mu się złapać oddech. Cały czerwony i zgrzany podniósł się do siadu, jednocześnie wypuszczając na wolność swoją dłoń, tym razem uzbrojoną z bidon.

− Bo skończył, ale potem to ja latałem za nim, więc on też zaczął. Teraz latamy za sobą.

− Jak muchy – prychnąłem, chcąc, żeby zabrzmiało to obraźliwie.

− Niestety nie, bo muchy bzykają, a my się nawet nie całujemy.

Wyglądał na tak smutnego, mówiąc te słowa, ale równocześnie był w samych bokserkach i gotowy do rozpaczania nad swoim brakiem życia seksualnego, więc nie umiało mi się zrobić go żal. Bardziej byłem zdziwiony i nieco wnerwiony, że mój przyjaciel po raz pierwszy miał inny priorytet niż dodatkowy trening.

Poznaliśmy się, gdy oboje mieliśmy po pięć lat. Było to na jakimś festiwalu organizowanym w naszym mieście, gdzie jedną z atrakcji był turniej gry w siatkówkę. Marzyłem, żeby wziąć w nim udział, lecz byłem za mały, więc tylko stałem z twarzą przyklejoną do siatki i wzdychałem do odbijania piłki razem z chłopakami, którzy byli tak niesamowicie wysocy i szybcy. Koło mnie wtedy pociągał nosem nieco niższy chłopak z wielkim guzem po środku czoła. Jak na przeciętnego pięciolatka przystało, koncept taktu i kultury był mi nieznany, więc skoro ból nieznanego wtedy kolegi mnie śmieszył, to się śmiałem. Skończyło się na tym, że chłopak nabił mi identyczną śliwę, żebym się zamknął, a potem się zakumplowaliśmy.

Jednak moja przyjaźń z Baekhyunem na dobre rozpoczęła się dopiero wtedy, kiedy przypadkiem trafiliśmy do tej samej klasy w zerówce. Byliśmy tą parą rozrabiaków, która domalowywała wąsy księżniczkom rysowanym przez dziewczyny i rozwalała klocki innym chłopcom. Szybko się przekonaliśmy, że to ostatnie nie popłaca, bo Minseok mimo okrągłych okularków, loczków i pucułowatych policzków umiał nieźle uszczypnąć. Nie minęło dużo czasu, zanim się do nas przyłączył i każdy dzień spędzaliśmy we troje.

Brzmi uroczo, prawda? Razem przetrwaliśmy szaloną podstawówkę, koszmarne gimnazjum, a teraz walczyliśmy w przedostatniej klasie liceum. Wspólnie stawialiśmy pierwsze kroki w świecie siatkówki, żeby dojść do miejsca, w którym byliśmy teraz – jako członkowie najbardziej prestiżowej licealnej drużyny siatkarskiej w całym Seulu. Aktualnie zbliżały się zawody letnie, do których w zeszłym roku nie zdołaliśmy się dostać, a do których tym razem dostać się musieliśmy. Do tej pory każdą wolną chwilę spędzaliśmy na boisku lub hali, dążąc do bycia tak idealnymi, że krajowy turniej wygramy z palcem w nosie.

A teraz nagle okazało się, że Baekhyun nie będzie z nami ćwiczył, ponieważ woli migdalić się z jakimś przerośniętym fagasem, który nadal, mając siedemnaście lat, zupełnie nieironicznie bawi się w „cukierek albo psikus” w Halloween i który przykrywa swoje przytulanki, kiedy wychodzi z domu, bo nie chce, żeby im było zimno. Zakładałem w tej chwili, że jeśli wszystko pójdzie po myśli Baeka odnośnie ich „randki”, to przez następne parę tygodni ja i Minseok będziemy skazani na słuchanie, jaki to Park Chanyeol jest przesłodki, przeuroczy i przekochany. Na samą myśl mnie cofało.

− Ja już lecę – oznajmił Baekhyun, zapinając pasek i prędko zbierając wszystkie swoje rzeczy. – Wiecie, mój książę może poczekać, ale jego rumak już niekoniecznie.

Po tych słowach puścił nam oczko, wystawił język w uśmiechu i wybiegł z szatni.

− Uważaj na siebie! – zawołał za nim Minseok, a ja tylko przewaliłem oczami. Żeby nie przesadzić, byłem zły. Baekhyun nigdy nie należał do osób odpowiedzialnych, ale wiedział, że te zawody były tak samo ważne dla niego, jak i dla nas. Nie mógł się umówić z Chanyeolem wtedy, kiedy akurat nie mieliśmy mieć pozaszkolnego treningu, który zaplanowaliśmy już kilka tygodni wcześniej?

− Dupek – mruknąłem pod nosem. – Dobra, nie ma co się nim przejmować. Jego wina, jeśli będzie kiblował na ławce podczas turnieju. W każdym razie, u mnie dzisiaj odpada, bo zaczęli jakąś budowę i odgrodzili boisko, więc nie da się tam grać. Będzie w porządku, jeśli wproszę się do ciebie? – spytałem Minseoka, próbując odwrócić myśli od narastającego gniewu wobec Baekhyuna. Teraz żałowałem, że go tutaj nie ma tylko dlatego, że miałem ochotę przywalić mu w ten wiecznie uśmiechnięty, gejowski ryj.

− Jongdae, trzy głębokie wdechy – odparł Minseok ze śmiechem, wyprowadzając mnie z szatni i klepiąc mnie po plecach. – Przecież znasz Baekhyuna, on po prostu nie myśli o konsekwencjach swoich decyzji, kiedy je podejmuje. Wyszaleje się raz, drugi, trzeci, a potem nawet Park Chanyeol mu się znudzi. Wróci do nas i znowu będzie marudził, że nikt go nie chce. Nie przejmuj się nim.

− Pewnie masz rację – westchnąłem mimo uporczywego wrażenia, że mój przyjaciel się mylił.

***

− Słyszeliście o tym zespole, który teraz zakładają? – zagadnął nas Baekhyun podczas jednej z przerw na lunch. Nigdy nie jadaliśmy na stołówce, w korytarzach czy też na szkolnym dachu, a za salą gimnastyczną, żeby móc zaraz po skończeniu jedzenia wziąć się za szlifowanie umiejętności na następne mecze, nawet jeśli miało to polegać tylko na rzucaniu do siebie piłką. Teraz jednak zdawało się, że byłem jedynym, który faktycznie chciał grać w siatkówkę. Zgodnie z moimi przypuszczeniami, Baekhyun i Chanyeol zostali pełnoprawną parą i nagle dla mojego przyjaciela przestało się liczyć wszystko poza wysokim piłkarzem, który wiernie odbierał go z każdej lekcji i treningu.

Nie żebym był zazdrosny, chociaż skoro Baekhyun miał Parka, a Minseok od gimnazjum chodził z Shin Jimin, to był jedynym singlem w naszej paczce. Nie, nie chodziło o to, a raczej o fakt, że tamci zdawali się zapomnieć, iż jesteśmy najlepszymi siatkarzami z najlepszej drużyny w Seulu, a zawody krajowe to nie żart. Czy tylko mi zależało? Niemożliwe, przecież to był nasz wspólny sen odkąd mieliśmy siedem lat. Od gimnazjum udziały w turniejach na całą Koreę, potem studia sportowe, profesjonalna kariera siatkarska. Jeden klub, jedna reprezentacja.

Marzyliśmy o uczynieniu z koreańskiej siatkówki prawdziwej legendy. Dążyliśmy do tego, że za naszą sprawą reprezentacja naszego kraju będzie dumnie stała koło brazylijskiej, amerykańskiej i polskiej. Czy Baekhyun i Minseok przestali w to wierzyć? Po tylu latach uznali to za dziecinadę?

Nie wiedziałem, ale to wszystko w osobliwy sposób bolało.

− Jimin coś wspominała, ale nie wiem, o co tyle szumu. Nie widzę w tym żadnego sensu – wymamrotał nieśmiało Minseok, spuszczając podejrzanie wzrok. Coś kręcił czy jego ryż nagle wydał mu się niesamowicie interesujący?

− Wszyscy się tym jarają. Widziałem przewodniczącą przy kartce z zapisami, tak się wyszczerzyła i potem zaczęła gadać koleżankom, że wreszcie ta szkoła nie będzie znana tylko ze sportu. Też nie ogarniam, co w tym takiego ekscytującego. – Baekhyun wzruszył ramionami i rozłożył się na trawniku, aż biedne stokrotki zginęły pod ciężarem jego ciała. – No, ale ty raczej będziesz zmuszony na chodzenie na wszystkie występy tych czterech muzykantów z Bremy, nie, Minseok? W końcu Jimin będzie chciała, żeby jej chłopak ją wspierał.

− Niekonie…

− Spokojnie, będziemy we dwóch. Channie ostatnio mi mówił, że zespół był pomysłem przewodniczącej, a skoro ona jest oczkiem w głowie tego skrzata od piłkarzy, Do Kyungsoo, to cała drużyna będzie łazić na wszystkie ich aktywności. Ja będę chodził z Chanem jako osoba towarzysząca!

− Nie wiedziałem, że Kyungsoo i przewodnicząca są razem – wydukałem, próbując brzmieć w miarę obojętnie, chociaż wcale tak nie było. Do Kim Doyeon, czyli przewodniczącej naszego samorządu szkolnego, potajemnie wzdychałem od początku pierwszej klasy, mimo iż nie lubiłem się do tego przyznawać. Właściwie to nie miałem pewności, czy oby na pewno potajemnie, bo według Baekhyuna i Minseoka byłem cholernie oczywisty.

− Bo nie są. Gdzieś na zimę pani Do i ojciec przewodniczącej się hajtnęli, więc od tamtej pory Kyungsoo wziął sobie rolę odpowiedzialnego przyrodniego brata do serca. Podobno aż za bardzo, tak przynajmniej mówił Channie.

− Channie mówił, bo ty byłeś zajęty obciąganiem mu, co? – powiedziałem trochę za głośno. Miał to być kąśliwy komentarz przeznaczony tylko dla moich uszu, ale dotarł także do tych należących do Baekhyuna i Minseoka. Na moje całkowite nieszczęście.

− Co ty powiedziałeś? – wycedził Baekhyun przez zaciśnięte zęby, podnosząc się do siadu. W jego głosie dało się słyszeć nie tylko gniew, ale także przeplatany smutkiem szok, co mnie zawstydziło. Nie chodziło mi wcale o to, żeby się obraził, tylko o to, żeby się z łaski swojej ogarnął i zwrócił swoją uwagę na ważne rzeczy, czyli na pewno nie na Park Chanyeola.

− Nic.

− Nic? A mi się właśnie zdaje, że powiedziałeś trochę za dużo.

Ku mojemu zdziwieniu, mój przyjaciel przestał brzmieć na zdenerwowanego. Słowa wyrzucał z siebie, jakby go coś bolało i dyszał ciężko, w międzyczasie gorliwie wrzucając do plecaka swoje rzeczy. Pospiesznie wstał, otrzepał się z trawy i stanął przede mną ze spuszczoną głową.

− Baek, daj spokój, to nie miało tak… − zacząłem z rezygnacją, nie chcąc przyznawać się do błędu. Baekhyun nie dał mi jednak dokończyć zdania.

− Żeby tobie miał kto obciągnąć, wiesz, Jongdae? Bo raczej nie będzie to przewodnicząca.

Po tym odwrócił się na pięcie i dziarsko ruszył przed siebie, wycierając nos i oczy rękawem, mamrocząc pod nosem przekleństwa. Ja i Minseok w milczeniu obserwowaliśmy, jak Baekhyun stopniowo się oddalał, a potem podbiegł do drużyny piłkarskiej, która właśnie opuściła jeden z budynków szkoły. Nasz przyjaciel natychmiast wypatrzył w tłumie wysokiego chłopaka, któremu uwiesił się na szyi, widocznie żądając pocałunku. Ten natychmiast mu go podarował, a potem uwięził Baekhyuna w uścisku wyglądającym na tak serdeczny i ciepły, że mnie samemu zrobiło się zimno.

− Aleś dowalił – stwierdził Minseok, chowając puste pudełko po lunchu. Niepewnie poszedłem w jego ślady, choć została mi jeszcze spora część posiłku. Momentalnie straciłem apetyt, więc zamiast jeść dalej potarłem się po karku, westchnąłem i ukryłem twarz w dłoniach.

− Zachowałem się jak debil.

− Nie zaprzeczę, ale z drugiej strony to nie nowość, więc Baek powinien się tak bardzo nie przejmować.

Widzicie teraz, dlaczego przyjaźnie w trójkę się opłacają? Jeżeli przypadkiem poszczujesz się z jedną osobą i oboje będziecie zbyt uparci, aby przyznać się do winy i przeprosić, to ta trzecia zawsze spojrzy na sytuację obiektywnie i jakoś was pojedna. Tak przynajmniej sobie wmawiałem, mając cichą nadzieję, że to Minseok będzie sędzią w konflikcie moim i Baekhyuna, ale zdawało się, iż zapomniałem, jaką bezproblemową, cichą osobą był.

− Sądzisz, że mi wybaczy?

− Zależy, czy będzie jutro w nastroju. W końcu oplułeś bardzo drażliwy temat u niego, na twoim miejscu nie dziwiłbym się, gdyby nie chciał mnie znać przez najbliższe kilka dni.

− Albo tygodni i miesięcy – dodałem sobie samemu, tym razem kontrolując swój głos. Wydałem z siebie kolejne westchnięcie, a potem zebrałem dyskretnie i ruszyłem w stronę wejścia do sali gimnastycznej. Po drodze spytałem Minseoka, czy idzie ze mną, lecz ten odparł, że ma kilka spraw do załatwienia i że postara się do mnie dołączyć za chwilę. Przez głowę przemknęła mi wtedy myśl, że z niego zrobi się za chwilę drugi Baekhyun i będę grał w siatkówkę sam jak palec, ale zbyłem ją prędko i wzruszyłem ramionami. Baek niedługo się ogarnie i wróci, a Minseok mnie nie wystawi.

***

Znalazłszy się w sali gimnastycznej, wziąłem głęboki oddech. Pachniało tutaj potem i gumą, panował zaduch − jak w kuchni, w której gotuje się kapusta. Kochałem ten zapach, kojarzył mi się wyłącznie z przyjemnymi rzeczami. W chwili, kiedy go poczułem, przypomniał mi się jeden z pierwszych dni liceum, kiedy wraz z Minseokiem i Baekhyunem przyszliśmy tutaj, żeby zakwalifikować się do szkolnej drużyny siatkarskiej, choć byliśmy pewni, że nawet bez pokazywania umiejętności zostalibyśmy przyjęci – wystarczyło spojrzeć na nasze gimnazjalne osiągnięcia. Za tym poszły pierwsze mecze, trafienie do reprezentacji liceum… Gdybym przysiadł nad tym dokładniej, zebrałoby się tyle wspaniałych wspomnień z czasów, kiedy Baekhyun jeszcze był hetero.

Niedbale zrzuciłem z siebie mundurek, nie marnując ani chwili, wskoczyłem od razu w luźniejsze ubrania i wybiegłem na środek sali, kręcąc się w kółko. Znalazłem się w swoim świecie i byłem pewien, że nikt mi nie będzie zakłócał spokoju aż do końca przerwy, Wtedy śmiałem myśleć nawet, iż Baekhyun i Minseok nie byli aż tak ważną częścią tej scenerii, jak mi się zdawało. Teraz zdałem sobie sprawę, że ich obecność nie robiła znacznej różnicy, a w swojej samotności czułem się zupełnie dobrze. Do czasu, kiedy moje ruchy zmroził dźwięk oklasków dochodzący zza moich pleców.

− Wyglądałeś tak wspaniale, sunbae-nim! – Wkrótce po brawach rozległ się głos, który bez wątpienia należał do Im Hyunsika. Najbardziej. Nieogarniętego. Gracza. W. Drużynie.

Odwróciłem się do niego i zebrałem w sobie wszystkie siły, żeby się uśmiechnąć. Byłem pewien, że w tym geście nie widać było nawet grama szczerości, lecz mimo to twarz pierwszaka rozjaśniła się w wyrazie czystego uradowania. Ponadto wydał z siebie pisk, który tylko umocnił mnie w przekonaniu, że albo biednego Hyunsika ktoś upuścił na głowę przy urodzeniu, albo po prostu mam na niego wpływ w niezdrowym tego słowa znaczeniu. Sam nie wiedziałem, co gorsze – czy to, że na mój widok jakiś pierwszoklasista zachowuje się jakby miał kisiel w majtkach czy fakt, że ów pierwszoklasista widział, jak pląsam sobie w najlepsze po sali gimnastycznej.

− E… Dzięki? – wydukałem, machając po niezręcznie dłonią. – Możesz mi powiedzieć, co tutaj robisz?

− Wiesz, sunbae-nim… Spędzasz tutaj każdą przerwę, a ja kocham patrzeć, jak grasz. Wyglądasz wtedy tak przy… Znaczy się, wyglądasz wtedy przeprofesjonalnie! Ponadto dzisiaj nie ma przy tobie Baekhyuna-hyunga oraz Minseoka-hyunga, nie mogłem nie skorzystać z szansy na rozmowę!

Sądzę, że przebolałbym jeszcze jego obecność, gdyby tylko przestać drzeć mi się do ucha i chodzić za mną krok w krok. Pokiwałem głową na jego słowa i zacząłem w odpowiedzi mruczeć coś pod nosem, a Hyunsik natychmiast zgwałcił moją przestrzeń osobistą i nachylił się nad moją twarzą. Zaś kiedy szybkim krokiem ruszyłem do schowku, by wyjąć z niego piłkę, w ułamku sekundy zrobił to samo.

Przez tego chłopaka zacząłem się zastanawiać, czy stwierdzenie, że za mną szaleje byłoby narcystyczne. Chyba nie łaziłby za mną krok w krok, gdyby było inaczej, prawda? Z drugiej strony sam nigdy nie byłem bliżej przewodniczącej niż w odległości przekraczającej metr. Taki Baekhyun też nie kleił się do Park Chanyeola, zanim zostali parą, trzymał się na stosowny dystans. Przynajmniej w większości sytuacji.

Nagle ogarnął mnie niepojęty gniew na cały świat. Wszystko, co było mi na przekór w przeciągu ostatnich kilku dni – stres przez zbliżające się zawody, ciągłe nękanie Hyunsika, kłótnia z Baekhyunem i stopniowe oddalanie się Minseoka – wreszcie osiągnęło apogeum do tego stopnia, że miałem ochotę coś rozwalić. Nawet „ochota” nie była właściwym słowem, tylko „potrzeba”.

Tak, miałem potrzebę coś rozwalić i na jego nieszczęście, jedyną rzeczą w pobliżu wartą rozwalenia był Hyunsik.

Przez jakiś czas starałem się ignorować swoje wewnętrzne instynkty destrukcyjne, usiłując skupić się na ćwiczeniu prostych zagrań w towarzystwie pierwszoklasisty, lecz z każdym jego piskiem pękały we mnie żyłki. Wreszcie nie wytrzymałem i z głośnym krzykiem rzuciłem piłką gdzie popadnie, posyłając przedmiot na drugi koniec sali gimnastycznej. Odbił się gwałtownie od ściany i upadł na podłogę z głuchym dźwiękiem. Padłem dramatycznie na plecy, lekceważąc obecność Hyunsika, i wydałem z siebie stek przekleństw.

− Sunbae-nim, czy wszystko w porządku?! – Mogłem się spodziewać, że chłopak znajdzie się przy mnie w przeciągu sekundy.

− Nie?

− Rozumiem… A jest coś, w czym mogę ci pomóc, sunbae-nim?!

− Bądź cicho, Hyunsik. Po prostu bądź cicho.

Dzięki Bogu, usłuchał mojej prośby, aczkolwiek nie na długo. Po chwili poczułem, jak dłoń pierwszoklasisty nieśmiało gładziła moją nogę, od kolana aż po udo. Po moich plecach przebiegł chłodny dreszcz i natychmiast uniosłem powieki, marszcząc przy tym brwi.

− Możesz mi wyjaśnić, co ty tak właściwie odwalasz?

− Sunbae-nim, ja… Mam do ciebie pytanie. Chciałem ci je zadać już od dawna.

Zapomniałem języka w gębie, kiedy to usłyszałem, więc Hyunsik zdecydował się wykorzystać tę chwilę. Wziął głęboki oddech, ruchem głowy odgarnął z twarzy niepotrzebne włosy, a jego dłoń zacisnęła się na mojej łydce, na którą zdążyła zejść.

− Jakie jest twoje ulubione zwierzę?

Żal mi się zrobiło tego dziecka, zdrowo się nie zachowywał.

− Co?

− Bo o to chodzi, sunbae-nim, że… Że mi podobają się ptaki. Są atrakcyjne, ale z tego, co wiem, nie każdy za nimi przepada. Mam nadzieję, że do tych osób nie należysz, sunbae-nim, ponieważ właśnie ty kojarzysz mi się z jakimś dużym, dorodnym ptakiem… Na przykład strusiem.

Chciałem móc wierzyć w to, że w wypowiedziach Hyunsika brak było metafor, ale nadzieje te pogrzebało doszczętnie słowo „dorodnym”. Przełknąłem nerwowo ślinę, szukając wśród stert możliwych reakcji tej najbardziej odpowiedniej. Nigdy przedtem nie rzucano we mnie podtekstami, a co dopiero nie było to ze strony innego chłopaka.

Błagam, nie wiedziałem nawet, na jakich zasadach funkcjonują związki hetero, a moja wiedza dotycząca zbliżeń między osobnikami rasy ludzkiej ograniczała się do wieczorów na PornHubie i rolki papieru toaletowego koło łóżka. Skąd miałem wiedzieć, co powiedzieć, kiedy młodszy kolega z drużyny próbował mnie poderwać?

Trzeba było zapytać Baekhyuna, kiedy jeszcze się do mnie odzywał, he he.

− Tak, ptaki są w miarę spoko, ale lubię tylko sowy. A ze wszystkich zwierząt chyba najlepsze są bobry. Nie wiem, ale się trochę późno zrobiło, zaraz się na chemię spóźnię – wyrzuciłem z siebie bez ładu i składu, a potem zacząłem przesuwać się w stronę swoich rzeczy, jeżdżąc tyłkiem po podłodze. Przebrałem się w tempie ekspresowym, a potem wybiegłem na świeże powietrze, starając się ogarnąć rzeczywistość.

Okej, może nie było to najmądrzejsze zagranie. Wręcz totalnie idiotyczne i chamskie, bo Hyunsik nie dość, że dostał kosza w całkiem wredny, nieciekawy sposób, to jeszcze spieprzyłem od niego bez żadnych przeprosin. Powinienem naprawdę popracować nad sobą tudzież swoimi nerwami, bo kiedyś nie tylko Baekhyun przestanie się do mnie odzywać.

Tak sobie myślałem, stawiając pierwsze kroki w kierunku głównego budynku szkoły. W pewnym momencie zatrzymał mnie dźwięk wielu głosów zlanych w całość, które umilkły, gdy mówić zaczęła przewodnicząca. Zaczerpnąłem haust powietrza i odwróciłem się, by zlokalizować jej osobę i popatrzeć na nią choć przez chwilę.

Prowadziła właśnie grupę uczniów, wymachując kluczami. Z oddali wyłapałem, że zespołowi została przydzielona osobna sala, a ponieważ większość osób nosiła instrumenty, mogłem się domyślić, że to właśnie on.

Miałem już się odwracać od tego widoku i zająć się swoimi sprawami, ale moją uwagę przykuł jeden mały szczegół, którego nie sposób było zignorować. Przypatrzyłem się jeszcze dokładniej ludziom, którzy mieli tworzyć zespół i coś we mnie zamarło. Spadło, roztrzaskało się na kawałeczki i rozprysło na wszystkie strony.

Wśród nich był Minseok.

***

Nie umiałem stwierdzić, co do końca nas poróżniło. Być może fakt, że na drugi dzień po tym, jak zobaczyłem Minseoka w towarzystwie tych grajków, kompletnie ignorowałem jego próby przywitania się i nawiązania rozmowy, być może to, że Baekhyun każdą wolną chwilę poświęcał na słodzenie Chanyeolowi i wcale nie wyglądał, jakby miał zamiar się z nami jednać, a być może to, że nasze pozaszkolne treningi całkowicie zaniknęły.

Widywaliśmy się jedynie na tych obowiązkowych, które wraz z resztą drużyny odbywały się tuż po lekcjach. Z doświadczenia wiedzieliśmy, że prywatnych brudów nie pierze się w towarzystwie innych, więc przed kapitanem, resztą graczy – w tym Hyunsikiem, którego odmowa nie powtrzymała przed dalszymi łowami – a także niekiedy przewodniczącą udawaliśmy, że wszystko jest w najlepszym porządku. Byliśmy znani z tego, że gdzie jeden, tam też pozostali dwaj, że nasze trio na boisku jest nie do pokonania, toteż kiedy trzecioklasiści sobie żartowali, że mają nadzieję, iż naszej przyjaźni nic się nie stanie, jeśli któryś zostanie kapitanem na następny rok, my także się śmialiśmy, choć w duchu pewnie wszyscy się zastanawialiśmy, gdzie się podziało nasze wspólne dwanaście lat.

Mijały tygodnie, a ja się czułem całkiem oderwany od świata. Moje dni wszystkie wyglądały tak samo, a uczucia zdawały się ze mnie wyparować co do joty. Nie czułem zawodu, kiedy po nocy specjalnie spędzonej nad książkami, moja ocena okazywała się nie być szczególnie wysoka, nie czułem satysfakcji po udanym zbiciu, nie umiałem wzniecić w sobie nawet zainteresowania ani podekscytowania na zbliżający się wielkimi krokami mecz kwalifikacyjny. Byliśmy gospodarzami, a goszczącym u nas przeciwnikiem była jedna z drużyn z Busan.

Dzień, w którym rozpoczynał się turniej, nie był wielki tylko dla nas. Zawody miały także kluby zajmujące się piłką nożną, ręczną, koszykówką, te związane z muzyką zostały zaproszone na szkolny festiwal gdzieś na południe kraju, słowem – nasze liceum miało wówczas naprawdę dać reszcie Korei znać o swoich talentach. W przeddzień tych wszystkich wydarzeń budynek szkolny specjalnie otwarty był aż do nocy, żeby sale gimnastyczne i specjalistyczne klasy były przeznaczone na ćwiczenia. Co z tego, że większość z nich świeciła pustkami, gdyż poszczególne kluby znajdowały się już w miastach, w których odbywały się konkurencje. Siatkarze byli jednym z wyjątków, który zostawał w Seulu.

Za oknem zaczynało już ciemnieć, kiedy którąś z kolei godzinę ćwiczyłem w parze z kapitanem drużyny przyjęcia. Ani Baekhyun, ani Minseok nie pojawili się na treningu, chociaż specjalnie wysłałem im po wiadomości, żeby nie zapomnieli się na nim stawić, co było odważnym krokiem, zwracając uwagę na fakt, że nie pisaliśmy ze sobą od dobrych dwóch tygodni. Ich nieobecność niepokoiła mnie bardziej z każdą chwilą, a im bardziej próbowałem sobie przypomnieć, czy w ogóle ich dzisiaj widziałem w szkole, tym bardziej fakty mi się mieszały. W rezultacie dostałem po głowie piłką od Sehuna za nieuwagę.

− Jak wam idzie, chłopcy? – zagadnął wesoło głos przewodniczącej, która postanowiła najwidoczniej do nas wpaść. Już miałem wpaść w trans, w którym jedynie ona wypełniałaby moje myśli, ale nasilająca się świadomość, że moi (eks)przyjaciele byli nie wiadomo gdzie skutecznie mnie z niego wyrwała.

Chwila, a może właśnie przewodnicząca wiedziała, gdzie są? Wczoraj jeszcze byli zupełnie zdrowi, więc choroba odpadała, a Chanyeol raz na zawsze oduczył Baekhyuna wagarować, nie wspominając już o Minseoku.

− Wiesz może, gdzie są Byun Baekhyun i Kim Minseok? Masz ich na jakichś listach czy czymś takim? Błagam, powiedz mi, że coś się znajdzie – wysapałem, podbiegając do przewodniczącej. Nie mogło mnie obchodzić mniej, że za moimi plecami Sehun zaczął drzeć ryj, żebym wracał. W tej chwili całą moją uwagę pochłaniał gruby plik kartek spoczywający w rękach dziewczyny, wyglądający na szalenie obiecujący.

− Cóż, mam tutaj listy nazwisk osób, które wsiadały do poszczególnych autokarów, ale nie wiem…

− Brakuje nam dwóch najlepszych graczy w drużynie, a jeśli nie ma ich tutaj, to muszą być gdzieś na tych listach. Chyba nie wyparowali, co nie? Zespół i piłkarze, tam powinni być – rzuciłem pospiesznie, walcząc z plączącym się językiem. Chyba zdałem sobie sprawę z powagi sytuacji, a do głowy wpadła mi straszna możliwość. Jeśli dzień przed jednym z ważniejszych meczy tego sezonu Baekhyun i Minseok postanowili sobie pojechać gdzieś w świat, to albo było po nas w każdym znaczeniu, albo musiałem wziąć się w garść i sprowadzić ich z powrotem do Seulu.

− Znalazłam – padła odpowiedź po kilku westchnięciach, przeszperaniu kartek i przeskanowania paru z nich za pomocą czujnego wzroku oraz długopisu.

− Poważnie?

− Mhm. Kim Minseok udał się z zespołem jako… zastępca głównego wokalisty, a Byun Baekhyun pojechał razem z drużyną piłkarską. Przypuszczam, że jako osoba towarzysząca.

Wspaniale.

− A… wiadomo może, dokąd pojechali? – wydukałem, modląc się w duchu, żeby nie byli na zupełnie odwrotnych krańcach państwa.

− Wygląda na to, że obydwoje są teraz w Busan.

Busan.

− Busan?

− Busan.

Następne moje kroki już były kierowane czystym impulsem. W jednej chwili pognałem do szatni, zebrałem swoje rzeczy i wrzuciłem do worka, a potem jak petarda poleciałem ponownie na dół, żeby chwycić przewodniczącą za nadgarstek i wyprowadzić ją biegiem z sali gimnastycznej.

− Gdzie ty mnie prowadzisz?

− Musisz mi towarzyszyć. – Brzmiało to idiotycznie, ale to nie była chwila na przejmowanie się głupotami.

− To nie była odpowiedź na moje pytanie!

− Musimy pojechać tam jak najszybciej. Bezzwłocznie.

− Ale gdzie?!

− Do Busan.

***

Pozytywnym aspektem posiadania fana takiego jak Hyunsik było to, że gdy wraz z przewodniczącą, przekonaną do bycia moją towarzyszką po wielu prośbach, zawitaliśmy w jego drzwiach z prośbą o pożyczenie samochodu, zgodził się bez wahania. Samochód co prawda był stary, ledwo zipiał, należał nie do samego Hyunsika, ale do jego brata, a ja nie miałem prawa jazdy, ale nie mogło to mnie powstrzymać od uratowania drużyny siatkarskiej.

Przyznaję, trochę przekoloryzowałem całą akcję i w moich oczach wydawała się być o wiele bardziej dramatyczna niż była w realu, ale skoro już miałem robić coś tak doszczętnie kopniętego, to mogłem się przynajmniej dobrze bawić. Przez pierwsze pięć minut podróży nie było tak źle, choć po pożyczce pojazdu przestałem być z przewodniczącą sam na sam, a na tylnym siedzeniu urzędował dumnie pośredni właściciel auta.

− Umiesz prowadzić? – zapytała mnie przewodnicząca nerwowym głosem, próbując wystukać w Google Maps trasę do Busan.

− Umiem – skłamałem częściowo, przypominając sobie funkcje wszystkich części samochodu oraz sposób ich obsługi. W zeszłe lato tata posadził mnie za kierownicą naszego drugorzędnego samochodu marki Kia i rozpoczął żmudny, skomplikowany proces nauczenia mnie od podstaw czegoś, czym się nie interesowałem. Wówczas te lekcje nie miały według mnie sensu, bo mama i tak nie pozwalała mi się zbliżać samemu do auta, a czas spędzony na nauce prowadzenia mógł być przecież poświęcony na siatkówkę. Dopiero teraz w duchu klęczałem przed swoim ojcem i raz po raz mu dziękowałem, bo nabyte umiejętności faktycznie się na coś przydały.

− Nie wierzę, że się na to godzę. Często odstawiasz takie akcje, Kim Jongdae? – odezwała się znowu przewodnicząca, bielejąc ze strachu w momencie, kiedy powoli wyjechałem z osiedla Hyunsika na główną drogę, a mój wzrok zaczął dryfować między jaskrawym GPSem a jezdnią.

− Pierwszy raz – odparłem zgodnie z prawdą, przełykając nerwowo ślinę. Z każdym przejechanym metrem, moja początkowa pewność malała. Do Busan były cztery godziny z dużym hakiem, była to podróż przez praktycznie cały kraj, a ja nie miałem ani prawa jazdy, ani skończonych dziewiętnastu lat, ani wody czy jedzenia. Jeśli dane nam było dotrzeć do celu w jednym kawałku, prawdopodobnie zastanie nas tam następny dzień.

Zrobiło mi się niedobrze i gwałtownie zahamowałem, zaciskając ręce na kierownicy. Nie chciałem patrzeć ani na zaaferowaną twarz przewodniczącej, która niezręcznie głaskała mnie po kolanie, ani na powoli zasypiającego na tylnym siedzeniu Hyunsika. Umiałem myśleć tylko o tym, w co się właśnie wpakowałem i jakim cudem ten w stu procentach improwizowany plan miał się udać. Nie wiedziałem nawet, gdzie dokładnie są Minseok i Baekhyun, nie przemyślałem też powrotu, w kieszeni miałem grosze, które nie starczyłyby na paliwo, gdyby się wyczerpało… Idiota.

− Czuję się jak w jakiejś dramie… − wyszeptał sennie Hyunsik, mimo pasów kładąc się na całej tylnej kanapie. Wydałem z siebie marudny jęk, chociaż zaistniała sytuacja była jedynie moją winą, po czym ponownie zwróciłem uwagę na prowadzenie samochodu.

Prawda, to wszystko przypominało jakąś beznadziejnie nierealną dramę. Nigdy się nie zastanawiałem, jakby to było w takiej żyć, ale teraz, gdy już się dowiedziałem, dałbym wszystko, żeby odwrócić czas i nie pakować się w to szaleńcze bagno.

***

Po paru godzinach mordęgi miałem dwie wiadomości dla kogokolwiek, kto byłby zainteresowany przebiegiem podróży – dobra była taka, że zgubiwszy się kilka razy i wydawszy wszystkie pieniądze na zawijane ziemniaki ze stacji benzynowej, dotarliśmy w okolice Busan. Zła zaś taka, że w pewnym momencie samochód stanął.

− Nie, nie, nie, kurwa, błagam, nie. – Gorączkowo ruszałem każdą częścią pojazdu, jaką miałem pod ręką, zdeterminowany zmusić go do posłuszeństwa, ale na darmo. Cokolwiek bym nie robił, zdałem sobie sprawę z tego, że byłem w nieznanym miejscu zupełnie sam, w środku nocy. No, sam nie licząc przewodniczącej, która była bliska załamania nerwowego oraz Hyunsika, który wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać.

− Hyunsik, kiedy ostatnim razem ten złom był tankowany? – zapytała oskarżycielskim tonem przewodnicząca, przeczesując swoje skołtunione włosy palcami. Jej telefon zadzwonił po raz kolejny, a ona tym razem bez wahania odrzuciła połączenie i rzuciła nim gdzieś w samochód.

− Raczej… Raczej bardzo dawno – odparł nieśmiało chłopak, po czym wyszedł z auta i rozejrzał się dookoła. – Sunbae-nim, chyba jesteśmy w dupie!

− No co ty nie powiesz?

− Sądzę, że powinniśmy wyjść i poszukać cywilizacji. Może znajdzie się ktoś, kto da nam schronienie, kolację, a rano załatwi powrót do Seulu – wtrąciła się znowu przewodnicząca, tym razem bardziej opanowana. Wzięła kilka głębokich wdechów, a następnie również wysiadła i poszła w ślady Hyunsika, który powoli zaczynał podążać drogą przed nami, oświetlając ją sobie latarką z telefonu.

− I w ten sposób mamy znaleźć jakoś Minseoka i Baekhyuna?

Pytanie to skierowałem do samego siebie, więc naturalnie nie otrzymałem odpowiedzi. Ignorując kolejne połączenie od swoich rodziców, którzy pewnie już panikowali, poszedłem za towarzyszami. W oddali pobłyskiwało miasto, ale znowu po czasie dotarła do mnie zasadnicza przeszkoda – mieszkały tutaj miliony ludzi, szkół było setki. Do znalezienia Baeka i Minseoka potrzeba było cholernie dużo szczęścia, a tego akurat zawsze miałem na minusie. Próbowałem do nich dzwonić, ale telefony mieli niedostępne. Obiecałem sobie wtedy, że już nigdy, przenigdy się z nimi nie pokłócę, jeśli w ogóle mi kiedykolwiek wybaczą.

Światełka na horyzoncie stawały się z czasem coraz wyraźniejsze, co było dobrym znakiem po namnażających się minutach spacerowania w praktycznej ciemności – z latarek musieliśmy zrezygnować na rzecz oszczędzania baterii, poza tym nasze telefony zamieniły się w wibratory z powodu nadchodzących połączeń, więc postanowiliśmy je po prostu schować i zapomnieć na chwilę o ich istnieniu.

Tak, to nierozsądne. Ale co bym powiedział swojej mamie, gdybym w tej sytuacji odebrał telefon? „Hej, mamo, nie martw się, zwinąłem bratu kolegi samochód, zgarnąłem laskę, która mi się podoba i pojechaliśmy sobie do Busan, żeby odebrać tych dwóch debili, z którymi trzymam się od przedszkola. Będę jutro na obiad, cześć!”? Nie sądzę.

Na jezdni, obok której szliśmy, stopniowo zaczęło pojawiać się więcej samochodów, zabudowania robiły się gęstsze z każdym krokiem. Była to jednak niewielkie szczęście w porównaniu z tym, jak się czuliśmy i jak wyglądaliśmy. Hyunsik zdążył się popłakać, więc miał zasmarkany rękaw bluzy i przekrwione oczy, przewodniczącą obdarły buty i musiała nieść je w dłoni, idąc po chodniku w samych podkolanówkach, a ja w pewnym momencie wdepnąłem w klomb i moje trampki byłe całe w ziemi. Byliśmy głodni, zmęczeni, obolali. Słowem, byliśmy jak gówno.

− Słyszeliście te głosy? – zapytała przewodnicząca słabym głosem, kiedy przeszliśmy koło dużego, oświetlonego budynku, który puściliśmy mimo uwagi.

− Stamtąd? – Odwróciłem się i zerknąłem, co właśnie minęliśmy. Po dokładnym przyjrzeniu się, moim oczom ukazała się spora placówka szkolna, z odgłosami faktycznie dobiegającymi z sal gimnastycznych, głównego budynku, jak i czegoś w stylu dziedzińca, którego widok był zablokowany.

− Pewnie sytuację mają taką samą jak u nas. Może są tam jacyś nasi. Chodźcie.

Powoli odwróciliśmy się na pięcie i weszliśmy na teren liceum, gdyż bramy dziwnym trafem były otwarte. Rozejrzeliśmy się szybko, po czym na cel obraliśmy sobie salę gimnastyczną. Naturalnie nogi moje i Hyunsika zaczęły iść w tamtym kierunku, a po przewodniczącej nie było wiele w obcej szkole, w której w życiu nie była, więc przyczepiła się do nas.

W halach oraz korytarzach wciąż paliły się światła, choć krzątali się po nich tylko trenerzy i osoby z przepaskami kapitanów. Nikt nie uprawiał żadnego sportu, toczyły się tutaj jedynie rozmowy. Zdecydowanym krokiem ruszyłem w stronę jednego z pomieszczeń, ale wtem zatrzymały mnie trzaski dochodzące z pierwszej szatni w korytarzu.

Nadzieja matką głupich, prawda?

Gestem głowy dałem znać przewodniczącej i Hyunsikowi, żeby podeszli razem ze mną, a potem wspólnie stanęliśmy przed drzwiami, zza których dochodziły te dziwne odgłosy. Przyłożyłem dłoń do klamki, ale potem chwilę się zastanowiłem, na co tak naprawdę miałem nadzieję. Może był to przypadkowo zamknięty kot, może sprzątaczka, może…?

− Misiaczku, zajmiesz się mną? – zaskomlał znienacka dźwięczny, znajomy głos, który zmroził mnie od stóp do głów. Natychmiast nacisnąłem klamkę i wpadłem do środka, nie bojąc się nawet konsekwencji.

− Baekhyun?

Moje oczy zrobiły się chyba większe niż spodki, kiedy zobaczyłem przed sobą swojego przyjaciela w niedwuznacznej sytuacji. Siedział okrakiem na kolanach jakiegoś nagiego od pasa w górę chłopaka, a pod jego koszulką coś się poruszało. Wtedy zza jego szyi wyłoniła się leniwie głowa Park Chanyeola, który najpierw zerknął na nas nieobecnym wzrokiem, a potem chyba ogarnął, co się dzieje, bo prawie rzucił Baekhyuna ze swoich kolan.

− Jongdae, co ty tutaj robisz? I… przewodnicząca, Hansol? Co to ma być za chora pielgrzymka? – Mój przyjaciel wyciągnął rękę swojego chłopaka spod swojej koszulki, a potem przetarł oczy i spojrzał na nas ponownie.

− Jestem Hyunsik…

− Co ty tutaj robisz, idioto?! Jakby nie patrzeć, jutro mamy mecz rozpoczynający sezon, a ty w najlepsze mamlasz się ze swoim lowelasem po drugiej stronie kraju! Wiesz, przez ile ja trudów przeszedłem, żeby cię zgarnąć z powrotem do domu?! Ja… Ja prawo złamałem! Jeszcze mam Minseoka do znalezienia, a ty świętoszkę udajesz?!

Możliwe, że przesadzałem, ale tak drąc się na cały regulator, zauważyłem, że Baekhyun z cichym uśmiechem schodzi z kolan Chanyeola, sięga do swojej torby i przykłada telefon do ucha.

− Stary, zbieramy się. Plan się powiódł, Jongdae nas kocha i wyjął kija z dupy, więc możemy wracać do Seulu. Zbieraj manaty, żegnaj swoją kobietę i czekamy w gimnastycznej, buzi – rzucił prędko, po czym teatralnie wsadził komórkę do tylnej kieszeni spodni i pokiwał do mnie głową. – Dziwnie mi było się do ciebie nie odzywać, chociaż serio mnie wtedy wkurzyłeś.

− Wy to z Minseokiem ustawiliście?

− Tak i nie. Z jednej strony chciałem móc wspierać Channiego w jego jutrzejszym meczu, bo nasza drużyna jest dobra i nawet beze mnie by sobie poradziła… A z drugiej chcieliśmy z Minseokiem sprawdzić, czy serio stałeś się tak cynicznym dupkiem, czy po prostu coś ci się pomyliło. Tak czy siak, jesteś tu i jesteś spoko, więc chyba foch się skończył. Mamy czym wrócić do domu?

− I będzie normalnie między nami? Tak po prostu?

− Tak po prostu.

− Wow, Baek, kocham cię – wypaliłem, podchodząc do niego i przytulając.

− Ja ciebie też, idioto. Ja ciebie też.

− No homo – dodałem po chwili ciszy, przypominając sobie usprawiedliwienia Baekhyuna z gimnazjum, kiedy z uznaniem komentował kaloryfery innych chłopaków.

− Spokojnie, ja już jestem.

− Halo, nie kochać się beze mnie, co to ma być? – zagadnął za naszymi plecami charakterystyczny głos, na którego dźwięk się odwróciłem i rozpromieniłem w szczerym, może trochę ckliwym uśmiechu. Minseok.

Nawet nie miałem pojęcia, jak bardzo za nimi tęskniłem.

***

Minusem całego szczęśliwego odnalezienia się było głównie to, że teraz byliśmy w piątkę bez możliwości powrotu do domu. Hyunsik dobrodusznie darował nam zgubienie samochodu i powie, że weźmie to na klatę i wymyśli mniej lub bardziej sensowne kłamstwo, żeby usprawiedliwić jego brak. Wspólnie odstawiliśmy Chanyeola do przydzielonej piłkarzom klasy na nocleg – i przy okazji wysłuchaliśmy pięciominutowej rozmowy jego i Baekhyuna w deseń „Kocham cię, misiaczku. Aj nie, ja ciebie bardziej, rybeńko” – a potem zaczęliśmy się włóczyć po terenie szkoły w poszukiwaniu transportu.

− To koniec, utknęliśmy tutaj na zawsze, teraz tylko zgnijmy tutaj na środku i dajmy się opłakiwać każdemu, kto nie miał litości nad naszym losem… − lamentował ironicznie Baekhyun, gdy wychodziliśmy z powrotem poza liceum, decydując się wskoczyć na gapę do jakiegoś pociągu.

Tak byśmy pewnie zrobili, gdyby kilka metrów od nas nie burczał autokar, do którego rządkiem wchodzili zaspani, wysocy nastolatkowie. W ciemności wyglądali całkiem jednolicie, ale ich granatowo-białe bluzy rozpoznałby każdy młodociany gracz siatkówki w Korei. Była to drużyna Hoesaeg Neugdae. Jedna z najlepszych na południu i nasz jutrzejszy przeciwnik.

− Przepraszam! – zawołała przewodnicząca, kuśtykając się w stronę trenera i kierowcy. – Mogliby nas panowie łaskawie podwieźć do Seulu? Znajdą się jakieś miejsca? Bez państwa pomocy, jutrzejszy mecz odbędzie się bez najlepszych zawodników… Chyba nie o to chodzi w sprawiedliwej rywalizacji?

I tak za sprawą jej elokwencji zasiedliśmy w autokarze. Ciepłym, wygodnym, miękkim autokarze. Nie wiedziałem nawet, czy było to niebo, czy Ziemia.

Zanim zmorzył mnie sen po tej impromptu podróży przez Koreę w imię przyjaźni i solidarności, zdążyłem pomyśleć sobie o jednej rzeczy, zerkając po raz ostatni na pochrapujących nieopodal Baekhyuna i Minseoka. Tak wieloletni, prawdziwi przyjaciele owszem, mogą cię zostawić, jeśli mają ku temu powody, aczkolwiek zawsze potem wrócą, bo tak naprawdę nie mają serca jedynie do całkowitego odejścia.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Angela dwa lata temu
    Przeczytałam dopiero połowę, resztę skończę jutro i jestem zachwycona. Opisy są bardzo dobre, a dialogi urocze.
    Jedno co mnie zaskoczyło, to wplecenie koreańskich nazwisk, jak Park, ale może się nie znam.
    Bardzo miło Cię czytać : ) 5
  • Angela dwa lata temu
    Oj ja głupia, one wszystkie koreańskie, tylko Ty ich nie dzielisz, piszesz łącznie, a ja kombinowałam
    (płonę ze wstydu)
  • Katarzyna Chludzińska dwa lata temu
    Skąd u ciebie zainteresowanie koreańską popkulturą, co wynikałoby z tego opowiadania?
    Osobiście nie piszę historii typu fan fiction. Pewnie dlatego, że mam zdystansowany stosunek do idoli popkultury. A może po prostu widzę w nich ludzi ze swoimi szaleństwami, nałogami i błędami, a nie bogów z greckiego Olimpu?
    I jeszcze jedno- koreański sport mnie osobiście kojarzy się jednak z baseballem aniżeli z siatkówką.
  • Majeczuunia dwa lata temu
    skąd to zainteresowanie... oj, długa historia. najpierw siostra pokazała mi parę piosenek jednego zespołu, który zaprowadził mnie do drugiego, trzeciego, aż w końcu dumnie mogę powiedzieć, że znam się trochę na k-popie i jestem zagorzałą fanką trzech zespołów - EXO, SNSD i Big Bang.
    sama nie uważam idoli za ideały. owszem, mogą śpiewać jak anioły, tańczyć jak maszyny, mieć wyrobiony kaloryfer ze stali i uśmiechać się najpiękniej na świecie, ale pod tym wszystkim są najpierw ludźmi, dopiero potem idolami. w końcu na ich twarzach również objawiają się emocje - smutek, obawy, złość. oni też mogą się na następny dzień ledwo trzymać na nogach po imprezie urodzinowej ;)
    psst, a co do siatkówki - ficzek pisałam z promptu, gdzie siatkówka została mi narzucona ;;

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania