Ludzka znieczulica ( przedruk autor Krystyna Janda)

Ludzie! Nie macie pojęcia, że tuż obok, niedaleko, jest taki straszny świat !!

Ludzie! Moi Ludzie! Tak los zrządził, że spędziłam ponad tydzień, wiele godzin każdego dnia, na oddziale geriatrycznym jednego ze szpitali. Co się tam dzieje! Ludzie! Chodzicie ulicami, kąpiecie dzieci, robicie zakupy, gotujecie obiady, zjadacie kolacje, pracujecie, odprowadzacie dzieci do szkół i przedszkoli, całujecie się i kochacie nocami, i nie macie pojęcia, że tuż obok, niedaleko, jest taki straszny świat, takie coś, taki czas ostateczny! A może wiecie?

Może niektórzy z Was wiedzą, inni przeczuwają, ale nie myślą o tym, jeszcze inni potrafią sobie wyobrazić, ale bezpośrednio ich to nie dotyczy, nie muszą się z tym mierzyć. Może ty, młody mężczyzno, wyskakujący w biegu z tramwaju, czy ty, dziewczyno bez czapki, z sinymi kolanami z zimna w minispódniczce, nie wiesz, że cię to czeka. Prawdopodobnie.

 

Ja od kilku dni jestem w szoku, chodzę w depresji, nie mogę o tym wszystkim, na co patrzę i czego słucham, zapomnieć. Wracam tam jak bumerang, jak uzależniona, jak do swojego miejsca, najważniejszego teraz dla mnie, paradoksalnie mi najbliższego. Lekarze! Pielęgniarki, salowe, sanitariusze, kierowcy, opiekunowie medyczni... Wy tam całe życie! Jesteście chyba z żelaza!

Już przy wejściu do szpitala wita wszystkich wielka plansza: SZPITAL TO NIE PRZECHOWALNIA! Napis, którego zupełnie nie rozumiałam, na początku wydał mi się nietaktowny, zbyt obcesowy, nieuprzejmy. Dziś go rozumiem, a raczej rozumiem akt rozpaczy, który kazał go napisać i wywiesić.

 

Trafiłam tam nocą z piątku na sobotę, dwa tygodnie temu, po zagraniu wesołej "Shirley Valentine", poszukując przywiezionej przez pogotowie ratunkowe mojej mamy. Przeszłam nocny SOR z tłumem nieszczęśliwców, od dzieci poczynając, na staruszkach kończąc. Mając wrażenie, że wszyscy ci ludzie za wszelką cenę chcą się dostać na górę, na odziały, do łóżek z białą pościelą, na badania, pod opiekę, bo na parterze, a co nie daj Boże w domu czy na ulicy, czyha niebezpieczeństwo śmierci lub wielkiego bólu. Ale to nie takie proste. Selekcja jest bezwzględna. Łóżek na górze wolnych nie ma, personelu nie ma, lekarzy mało. Upragniony wjazd windą do nieba, czyli na oddział szpitalny, przysługuje tylko ciężkim stanom. My byliśmy w śpiączce cukrzycowej, cukier 700, 40 stopni temperatury, więc wyboru nie było.

 

Druga w nocy, nikt nie śpi, pielęgniarki biegają. Zza półuchylonych drzwi słyszę krzyczącą kobietę: „Ja chcę do domu! Zróbcie coś, żeby mnie nie bolało! Pić! Wody! Ratunku!” I tak na przemian. Przerażona, chcę biec z pomocą, zatrzymują mnie. To pomylona staruszka, krzyczy, żeby zwrócić na siebie uwagę, jest tutaj sama od miesiąca, nie ma gdzie jej odwieźć, żaden zakład nie chce przyjąć, emeryturę ma za małą na dom opieki, a w domu nie ma się kto nią zająć, dzieci za granicą. „Ludzie, ludzieeeee! Ja chcę do domu! Wody!”. Na pokrzykiwania staruszki reaguje staruszek w malignie, z drugiego końca innej sali, którego coś dręczy, jakiś koszmar.

 

Po korytarzach, w neonowym świetle snują się bezsennie babcie i dziadkowie w beznadziei, inni leżą w łóżkach nieprzytomni z pootwieranymi ustami, bezzębnymi dziąsłami coś żują, świszcząc. Jęki, kaszel, co jakiś czas wyrwie się komuś „Boże! Boże! O Boże!”. Powykręcana kobieta z wywróconymi oczami piszczy co jakiś czas, jak kotek. Prawie wszyscy w pieluchach, wielu monitorowanych różnymi urządzeniami, wymuszanie wypróżnień, bo jelita nie pracują – wlewka na szóstkę! Pojenie, nawadnianie kroplówkami, kaszel chorych na zapalenie płuc, jak diabelskie organy. „Pani odkaszlnie, tu, niech pani wypluje! No niech pani kaszlnie!” Krew do badania, wenflony, bilans płynów, rzężenie.

 

Niekochani. Samotni. Nikt ich nie chce, nikt się nimi nie opiekuje, pobyt na tym oddziale w szpitalu to święto. Rano do niektórych przychodzą dzieci, siwi mężczyźni i kobiety, też ledwo chodzą, czasem wnuk, wnuczka, sąsiadka, znajoma. Do nielicznych.

 

- Cieszy się pani, że idzie pani do domu? - pytam uroczą panią z siniakami na szyi. – Tak - uśmiecha się. Syn pomoże i dam radę. Kładą ją w piżamie, w czapce, obejmującą dużego żółtego pluszowego misia, na noszach do transportu. – Tak, do domu - mówi z uśmiechem. Sanitariusz pochyla się do mnie: - A skąd! Ja ją wiozę do domu opieki, rodzina jej nie zabiera. Wraca do domu opieki. Oszukali ją. Kamienieję.

„Oj pani Krysiu, posiedzi tu pani jeszcze z nami trochę, to zrozumie pani jaki świat jest zły, jacy ludzie okrutni” – uśmiecha się do mnie pielęgniarka. „Dzieci bez serca, inne powyjeżdżały za granicę, a nikt obcy nie pomoże. Jeszcze jak mają jaką taką emeryturę, to na dom opieki starczy, ale tak… sąsiedzi tylko po pogotowie umieją zadzwonić i tyle. Pani patrzy na tę kobietę, to był taaaaki lekarz! Tysiące ludzi uratowała, leczyła najcięższe przypadki, nikomu nigdy nie odmówiła, niech pani patrzy jak umiera! Ludziom życie oddała! Oj, to życie!”.

„Wody! Wody! Wody!” – krzyczy ta z izolatki. Zrywam się. „Niech pani nie przeżywa, ona ma wodę, poimy ją, ona tak miesiąc ciągle krzyczy, żeby ktoś do niej wszedł. Wie pani, teraz ich dużo, bo ferie, ludzie chcą wyjechać, to pogotowie wzywają i ich tu zostawiają. Przechowalnia. Przecież oni nie do wyleczenia”.

 

Chodzą studenci, młodzi lekarze, rezydenci. Jedna dziewczyna bardziej empatyczna od innych, podnosi, oklepuje, poi, zwilża usta, sprawdza pieluchy, smaruje kremem. Potem po południu, widzę jak płacze w kącie. – Coś się stało? - pytam. Kiwa kłową, zaprzeczając, oczy ma spuchnięte i czerwone.

 

- Czegoś trzeba? – pyta salowa. - Jak nie, to idę. Mamy zgon na jedynce. Tu leżą tacy ludzie! Żeby pani wiedziała, o z tą panią, z tą co nieprzytomna, pracowałam na noworodkach - pokazuje mi zwiniętą w kłębek łysą kupkę nieszczęścia. Obok, przy sąsiednim łóżku, stoi młody chłopak, pyta leżącą na nim panią: „Babciu, mama pytała, czy trzeba ci czegoś? Przynieść ci coś?” Staruszka odpowiada coś szeptem, patrząc na niego z miłością. „Co? Co chcesz?”. Nie rozumie. Pielęgniarka pomaga mu, pyta, krzycząc: „Czego pani chce!? Wnuk pyta!”. Pada odpowiedź: „Pogłaskać”. Chłopak uśmiecha się, myśli, że to żart. Nie wie, co ma zrobić. Wychodzi z sali, wstydzi się. Po jakimś czasie widzę, jak stoi nad łóżkiem i jakby nie swoją ręką głaszcze babcię po włosach, rozglądając się ukradkiem, czy ktoś to widzi. Ta uśmiecha się z zamkniętymi oczami. Wchodzi pielęgniarka: „Pan wyjdzie, bo będę zmienić babci pampers”.

Przechodzę korytarzem.

– Chodź no tu! - woła do mnie kobieta z łóżka w innej sali.

 

– Kupisz mi paluszki z sezamem w kiosku?

 

– Tak. Zaraz pani przyniosę.

 

– Ale ja nie mam pieniędzy!

 

– Nie szkodzi - odpowiadam.

 

– Ja cię znam z Ogrodowej. Kojarzę cię. Pamiętasz księdza Krzysztofa? Tego, co był taki nerwus?

 

– Nie, bo ja nie jestem z Ogrodowej.

 

– Wiesz, ludzie mu mówili, niech ksiądz nie będzie taki nerwowy i go przenieśli. Oj, ile ja mu pieniędzy nadawałam, prawie całą emeryturę, a go teraz podobno przenieśli. Podobał mi się. Pamiętasz go? Ładnie śpiewał. Ale ksiądz nie może być taki nerwowy. A jutro mi przynieś gazetę.

 

„Czy pani wie, że jest coraz więcej stulatków, a wszyscy oni potrzebują opieki? A opiekunów profesjonalnych nie ma, mało”. Wchodzę z ciekawości do internetu - kurs na opiekuna medycznego osób starszych, niesamodzielnych, niepełnosprawnych. Kurs umożliwia podjęcie pracy w domach opieki społecznej, hospicjach, placówkach opieki paliatywnej, domach samopomocy, także umożliwia sprawowanie indywidualnej opieki w domach prywatnych w Polsce i za granicą – cena od 699 zł. Dyplom. Uprawnienia. Kurs 80 godzin. 200 godzin. Praktyki. Reklama. Agencja opiekunek osób starszych. Dzwonię. „Za godzinę osoba z praktyką 30 złotych” - mówią. Ukrainki 80 złotych za dobę, Polki 120, 130 złotych za dobę. Także opieka nad ludźmi w śpiączce.

 

Starsza pani bije pielęgniarkę po rękach: „Boli! Ty świnio! Wynoś się!”. Ta odpowiada: „Muszę podłączyć kroplówkę. Basia, uspokój się!”. Basia bije słabo nie ma siły, potem płacze.

 

Moja mama leży cichutko, wybudzona, pod kroplówkami.

 

– Jak się pani czuje? – pyta lekarz.

 

– Bardzo dobrze - odpowiada z uśmiechem.

 

39 stopni temperatury, nie ma siły podnieść ręki, ale grzecznie odpowiada, że bardzo dobrze się czuje.

 

– Coś panią boli?

 

– Nic nie boli - uśmiecha się.

 

- Jak ma pani na imię?

 

– Zosia – odpowiada mama bez namysłu.

 

– Mamo, przecież ty nie masz na imię Zosia - mówię zdumiona.

 

- Mama jest splątana - mówi do mnie lekarz. Ale już jest prawie w kontakcie.

 

– Czy wie pani, gdzie pani jest? - pyta znów. Mama patrzy na mnie.

 

– W domu – odpowiada.

 

– Nie, jest pani w szpitalu - mówi lekarz.

 

– A czy wie pani, co to szpital?

 

Mama długo milczy, po czym mówi z uśmiechem:

 

- Magiczne miejsce

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania