Lustro
Wyniosę dziś lustro z domu.
I już nie będę patrzeć: na ręce, na nogi, na ciało nieskore do czynienia, i już nie będę widzieć: rąk, nóg i ciał spragnionych czynów — wymagających. Niedługo nie będzie odbicia, będę patrzećniewidzieć i wodzić oczyma znów będę niekontrolowanie uwolniona. Zrzucę kajdany wyrzutów.
Więc wynoszę dziś lustro z domu, po schodach dźwigam ciężar nieopisany, ostrożnie, by dotrwać, by czasem nie musieć zawrócić, by plan nie zawiódł — idealny. Wyrzucę wyrzuty daleko, najdalej jak tylko dam radę, muszę tylko donieść, doniosę na pewno, zrzucę ciężar ogromny, pozbędę się lustra, które tak mocno zawadza każdej kolejnej chwili, gdy muszę patrzeć w otchłań innego, od dziś wszystko się zmieni, ja już nie będę, już nic nie muszę — jeszcze tylko chwilę.
Krok, potem drugi, trzy schody w górę, potem siedem w dół, oh, właśnie się zachwiałam, ściskam lustro mocno, coraz mocniej, byle nie upadło, byle fiaskiem nie skończył się zamysł idealny — niosę lustro cierpliwie, cierpliwość popłaci życiem spokojnym. Nienadwyrężonym. Wytrzymać jeszcze chwilę, może parę chwil i lustra nie będzie. Nie będzie wyrzutu.
Ani jednego.
Mijam ich po kolei, niosę lustro ambitnie, muszę nie zwracać uwagi — tak, jeszcze przez chwilę, nie patrzę, odwracam głowę — to w jedną, to w drugą stronę, czasem przymykam oczy, wymijam czym prędzej — i lustro, nie zapominaj o lustrze. Wynoszę lustro z domu, mijając na ulicy ludzi coraz częstszych, przysparzających, oddycham coraz szybciej, podenerwowana, już niedługo już prawie jeszcze odrobinę.
Nie mogę patrzeć im w oczy. Lustro.
A potem pojawia się on.
Uszkodzony. Uszkodzone ma ręce i nogi.
Oczy błagają okrutnie.
A ja, twardo stąpając po ziemi, unoszę ręce wysoko w geście najwyższym obrony, jąkam się chwilę — niepewna. Tak mało brakowało.
— Przepraszam, ja nie mam przy sobie pomocy — mówię Uprzejma Taktowna, zaraz dodaję: Proszę pytać dalej.
Oczy błagają.
Wtem zniżam wzrok i patrzę — nie widzę mojego lustra, obracam się dokoła spazmatycznym przerażeniem wodzę wzrokiem po ziemi, gdzie strzępki wyrzutów powinny lśnić w gorejącym słońcu. Lustro. Zgubiłam moje lustro.
Chciałam je tylko schować.
Wyniosłam dziś lustro z domu i już nie będę patrzeć na ręce na nogi na ciało nieskore do czynienia rękom nogom i ciałom niewyobrażalnie spragnionym — na zawsze patrzęniewidzę, więc chyba jestem wolna.
Komentarze (6)
Doskonałe zakończenie; świetnie wszystko ze sobą grało. Czuło się dużo emocji głównej postaci, nakreślała wszystko cienką linią przez co opowiadana historia była piękna, nie przerysowana. Mądre; 5:)
Dziękuję ogromnie, niezmiernie mi miło, że tak odebrałaś tekst ;*
Ale mi się to widzi. Raz rozbiłam głową. Lustro znaczy się. Sama nie wniosłam, to i nie wyniosę, ale zdarza mi się zakrywać, raz lustro, raz telewizor xD.
Ja wynoszę, po trochę, potem wnoszę z powrotem, bo w sumie może się przydać - czasami. Ale nie zakrywam, bo mocniej kurz osiada - potem trzeba sprzątać ;(
Czemu? Pierwsze pytanie jakie pojawiło się w mojej głowie po przeczytaniu pierwszego akapitu. Miałam przed oczyma swoją, pewnie nadinterpretację, Twoich słów. Zastanawiałam się w czym ma pomóc pozbycie się lustra, które kojarzy mi się z przeglądaniem, podziwianiem lub nie swojego odbicia. Brnąc dalej - oczy przeszywają moją duszę, która ma coś do ukrycia, a lustro na to nie pozwala. Przecież ono stoi i nic nie mówi, tylko pokazuje mi moje własne odbicie, a tym samym przypomina coś, co uparcie pragnę wyprzeć.
Popłynęłam wraz z Twoimi słowami, które od pierwszego zdania zaintrygowały mnie. Jestem ogromnie zadowolona, że tu trafiłam. 5:)
O matko, nie sądziłam, że ktoś jeszcze wróci do tego tekstu, ogromnie mi miło ♥ Cieszę się, że zauważyłaś ten związek między własnym lustrem a pragnieniem wyparcia, wyrzucenia niektórych rzeczy, co tak nieudolnie starałam się zawrzeć w tekście.
Dziękuję raz jeszcze! ;*
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania