Maski

Szatnia, teraz:

 

Niewysoki chłopak w przydużej, sportowej koszulce oraz krótkich spodenkach siedzi na ławce, usiłując uspokoić myśli przed meczem. Koszykówka go nudzi, a nawet irytuje, jednak nie umie jej porzucić. Nawet nie potrafi sobie tego wyobrazić. Wszystko przez to, że Klaudia jest dla niego wszystkim.

Każdy punkt, minięcie czy podanie dedykuje w myślach właśnie jej. Trenuje tylko wtedy, kiedy może ją spotkać na sali. Nawet trzymane w domu piłki podpisuje jej imieniem, co ma przynosić szczęście. Pomimo tego oraz setek innych talizmanów, ich znajomość brutalnie się rozpadła. Wszystko przez głupią kłótnię, którą pamięta doskonale.

 

Dom Eryka, dwa tygodnie wcześniej:

 

— Co ty sobie wyobrażasz! — Zanim czarnowłosa dziewczyna z wielką torbą sportową weszła do domu chłopaka, uderzyła go w policzek.

Po damsku, z tak zwanego „liścia", a jednak brutalnie i boleśnie. Zanim Eryk doszedł do siebie, była już w kuchni, wyciągając mleko z lodówki.

— O co chodzi? — zapytał zdezorientowany siedemnastolatek, patrząc, jak jego przyjaciółka nawet nie trudzi się przelaniem płynu do kubka.

— Śmiesz udawać, że nie wiesz? — Poznając po jego twarzy, że ten jednak nie udaje, zezłościła się jeszcze bardziej. — Nie było cię na treningu! — Znów uniosła dłoń do ciosu. Widząc, że chłopak nie reaguje, zrezygnowała. — I nawet się nie ruszysz? Nawet nie powiesz „przepraszam"? Zresztą, na co ja liczyłam — dodała zrezygnowana, po czym odstawiła pusty już karton do lodówki.

— Taki początek rozmowy zdarzał nam się dwadzieścia siedem razy. Trzydzieści dwa, jeżeli liczyć te żartobliwe ciosy. Jednak drugiego ciosu nigdy nie…

Tym razem uderzenie było silniejsze. Jego impet sprawił, że chłopak wylądował na pośladkach, a krew spływała mu po podbródku.

— To tylko warga — rzekł uspokajająco, widząc strach w oczach dziewczyny. — Często mi ją rozwalałaś.

— Może powiesz jeszcze, ile razy? — burknęła, siadając na kanapie.

— Czterdzieści siedem i pół.

— Jesteś pojebany — szepnęła, po czym zaczęła grzebać w torbie. — Skąd to pół, idioto?

— Za trzynastym, dwudziestym drugim oraz trzydziestym razem nie przyczyniłaś się do tego bezpośrednio, więc policzyłem je jako połówki.

Wstał, po czym wyciągnął z kieszeni chusteczkę. Zanim zdążył zrobić z niej użytek, rozpędzona piłka zderzyła się z jego czołem.

— Ostatni raz przymykam oko na czyjąkolwiek ucieczkę.

Eryk chciał coś powiedzieć, ale Klaudia nie pozwoliła mu na to:

— Masz pokonać mnie na boisku. Jeśli tego nie zrobisz, wylatujesz z drużyny.

— To nie w twoim stylu — powiedział beznamiętnie, przekładając piłkę do lewej ręki, aby w końcu móc otrzeć krew z podbródka.

— I co z tego? — warknęła. — Masz kosz na podwórku, więc zagramy teraz. — Poderwała się na równe nogi i zaczęła zmierzać w stronę tarasu. — Do ilu trafień?

— Do trzech.

— Niech ci będzie. — Wzruszyła ramionami. — Liczba jak każda inna.

— Nieprawda.

— A w czym niby jest wyjątkowa?

— Oboje obchodzimy urodziny trzeciego dnia miesiąca, więc będzie nam sprzyjać szczęście.

Dziewczyna na początku próbowała się opanować, przez co przybierała najróżniejsze, komiczne pozy. W końcu jednak nie wytrzymała i jej śmiech dało się słyszeć w całym domu. W żadnym stopniu nie przypominał on perlistego, ciepłego śmiechu jego miłości. Ten był chłodny oraz przesiąknięty drwiną, wbijał się w serce niczym ciernie.

Mimo to chłopak pozostał niewzruszony. Raz w podobnej sytuacji zareagował, czym doprowadził ją do łez. Pamiętał doskonale całe swoje życie, lecz nie umiał przytoczyć gorszego wspomnienia. I dlatego postanowił, że nigdy w żaden sposób jej nie zrani.

— Jesteś debilem. Zasadniczo nie powinnam dawać ci żadnej szansy.

Chłodna, analityczna część umysłu włączyła się, pobudzona tym, że stali już przed koszem.

Szybko sięgnął pamięcią do dnia swych piętnastych urodzin. Dla żartu poprosił, aby prezentem dla niego było to, że zdradzi mu, kiedy ma okres. O dziwo, dowiedział się tego. Zgodnie z tamtą datą, możliwość tego, że teraz Klaudia miała „te dni" były spore. Oczywiście jedynie przy założeniu, że jej organizm działał jak szwajcarski zegarek, ale zbyt często robił dla niej zakupy, aby przegapić tego typu odchylenia od normy.

Będzie wolniejsza. Odpadają też wsady. Trójki i rzuty z boku zawsze były jej piętą . Pozostały więc tylko te z przodu kosza, aby piłka mogła się od niego odbić. On umiał punktować z dowolnego miejsca, więc gdyby chciał wygrać, przeniósłby grę na rogi boiska. Gdyby…

— Panie przodem. — Podał jej piłkę, po czym stanął pod koszem.

 

Szatnia, teraz:

 

Chłopak wzdycha głośno, po czym ociera łzy cieknące mu po policzkach. Co prawda teraz to nie bolało go aż tak bardzo, jednak i tak oddałby wszystko, aby zmienić tamten dzień. I pomimo tego, że ciągle mówi sobie, iż musi wziąć się w garść i zagrać w tym ostatnim meczu przynajmniej udając, że mu na tym zależy. Ale teraz był rozbity, przez co nie umiał nawet udawać. Co innego wtedy. Wtedy nie był. Jeszcze…

 

Podwórko Eryka, dwa tygodnie wcześniej:

 

Gdyby ktoś powiedział, że grali zaciekle, byłoby to sporym niedopowiedzeniem. Owszem, Eryk chciał przegrać, ale nie mógł w oczywisty sposób poddać meczu. Dlatego doprowadził do wyniku dwa do dwóch, a potem przeciągał to tak bardzo, jak tylko umiał. Wiedział, że nie był tak wytrzymały, jak ona. Prosty efekt braku treningów.

Zmęczenie byłoby idealną wymówką, gdyby spytała go, czemu przegrał. Okres z kolei wyjaśniłby rozwlekanie gry. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że rozgniewa ją tym, ale wiedział też, że dzięki temu utrzyma tę znajomość.

Szybko zdał sobie sprawę z ogromu swej pomyłki. Osiemnastolatka nie trenowała porządnie, odkąd dowiedziała się o wadzie wzroku, przez co powoli traciła werwę.

Chłopak postanowił zamarkować szarżę. Miała być jedynie delikatnym muśnięciem jej ramienia. Dostałaby rzut wolny i wygrałaby ten mecz.

Zgnoiłaby go.

Zrównałaby z ziemią.

Sprawiłaby, że kolejne noce spędzi samotnie ze swymi łzami.

Cierpiąc.

Będąc wściekłym na samego siebie.

Emocje rozerwałyby go na miliony kawałków.

Mimo to wiedział, że tak trzeba. Wtedy z nim zostanie, a tylko to się liczyło.

Niestety, dziewczyna nie zachowała się tak, jak zawsze. Nie próbowała uniknąć rozpędzonego chłopaka, a wręcz przeciwnie. Przesunęła się w bok tak, by mieć pewność, że zderzenie nastąpi. Też chciała mieć rzut wolny.

Wynik był dość nieciekawy. Wylądowała na twardej kostce, na której zostały ślady krwi z rozwalonego łokcia. Do oczu dziewczyny napłynęły jej łzy bólu.

Serce Eryka zamarło na chwilę, a jego duszę pochłonął strach. Ona nie mogła płakać. Natychmiast znalazł się obok niej. Przepraszał ją tak, jakby zabił jej matkę na jej oczach. Łzy niemal go oślepiały, a Klaudia dobiła.

— Przestań ryczeć, to niemęskie! — Odepchnęła jego dłoń. — Cały ty jesteś niemęski. Co robiłeś, kiedy nie trenowałeś?

— Trenowałem co innego… — odpowiedział niepewnie.

— Tak? Co takiego?

Agresja w jej głosie rosła, a dziewczyna stała przed nim z piłką w rękach. Stare, zużyte szwy trzeszczały pod naporem jej mięśni. Nie był to głośny dźwięk, lecz zdołał zagłuszyć niewyraźne burknięcie chłopaka.

— Głośniej, cholera jasna! Mówić nie umiesz?

— Balet. — Szept był ledwo słyszalny.

Serce chłopaka ponownie zranił jej śmiech, podobny do okruchów lodu, wbijających się wszędzie, gdzie się dało.

— Nawet ja mam więcej jaj niż ty. Jesteś żałosny. — Z całej siły rzuciła w niego piłką. Złapał ją, ale impet uderzenia o klatkę piersiową pozbawił go na chwilę tchu. — Zmieńmy zasady. Zachowaj się jak facet chociaż jeden, pieprzony raz i wrzuć tę piłkę do kosza.

Stał nieruchomo. Cisza świdrowała jego sponiewieraną duszę, a mięśnie przeistoczyły się w kamień. W myślach walczył sam ze sobą. Z jednej strony, gdyby rzucił, to zmusiłby ją do przebywania z nim, przez co zraniłby ją. Gdyby jednak nie rzucił, to pewnie pożałowałby dnia, w którym się urodził. Celowe pudło też nie wchodziło w grę. Zbyt dobrze znała jego umiejętności, by dać się na to nabrać.

— Wiedziałam. — Podeszła do niego, po czym wyrwała mu piłkę. — Nie wracaj na trening. O naszym wyjściu zapomnij. Jesteś nikim, nie zasługujesz nawet na chwilę spędzoną przy mnie.

Odeszła, a on został sam. Nie wiedział, co takiego czuje. Nie umiał nazwać tej pustki.

 

Dom Heli, trochę po odejściu Klaudii:

 

Wszedł do jej domu bez pukania. Ustalili, że tak mogą dokładnie siedemset dwadzieścia osiem dni temu. Jednakże gdyby wiedział, w jakim stanie zastanie drobną dziewczynę, zrezygnowałby z tej rozmowy.

Leżała skulona w kłębek pośród absurdalnej ilości poduszek. Oddychała cicho i głęboko, niemal się nie poruszała. Właściwie to gdyby nie otwarte oczy, pomyślałby, że śpi. Nawet bez jego pamięci wiedziałby, co to oznacza. Hela płakała i to bardzo. Sądząc po tym, że na podłodze nie było papierków po Pawełkach czy butelek bez etykiety, ale za to z wielkim napisem „Tymbark", jaki umieszczała tam za pomocą czarnego markera, sprawa była poważna. Zgadywał, że chodzi o sprawę sercową, ponieważ ostatnio ciągle gadała z nim o swoim chłopaku.

Innymi słowami, nieszczęścia chodzą parami.

— Coś się stało? — spytała cicho.

— Mógłbym zapytać cię o to samo.

Nieco rozciągał słowa. Zupełnie tak, jakby bał się, że mogą jeszcze bardziej zranić nastolatkę. Zapadła między nimi niezręczna cisza. Hela ważyła słowa. Zastanawiała się, jak opowiedzieć chłopakowi, co było powodem jej płaczu.

„Zrozumie" — Tego była pewna.

„I zrobi to, co będzie uważał za słuszne" — To również była oczywistość.

Tyle że ona nie chciała, aby rozumiał. No bo jak ma mu powiedzieć, że kiedy wczoraj ich wspólny znajomy powiedział jej, że ma chłopaka, zranił ją? Jak ma powiedzieć temu znajomemu, że pragnie być przy nim. Rozmawiać z nim. Słuchać jego głosu, ganiącego ją za to, że mówi, iż jest głupia. Po prostu jego. Nie umiała.

— Pierwsza zadałam pytanie. — Zapadła cisza, po czym chłopak streścił jej całą historię. — Co zamierzasz teraz zrobić? — Zapytanie było niemal niesłyszalne.

— Poddać się, a co innego mi pozostało?

— Nie możesz.

— Hela, to nie takie proste. Dość wiele już zniszczyłem, teraz muszę po prostu to przeczekać.

— Zniszczyłeś? — zapytała zdziwiona, wypełzając spod pościeli. — Zresztą, nawet jeśli, to jak dasz jej do zrozumienia, że cierpisz, co najwyżej zmienisz waszą relację.

— Skąd ta pewność?

— Nie mam pojęcia. — Wzruszyła ramionami. — Jeszcze się nie nauczyłeś, że nie powinno się traktować mnie poważnie?

Podeszła do chłopaka. Powoli i cicho niczym senna mara. Znalazła się blisko niego. Za blisko. Normalnie Eryk odsunąłby się, ale że dla Heli takie zachowanie było normą, przyzwyczaił się już do podobnych sytuacji.

— Zrób coś szalonego, dobrze? — szepnęła.

— Mów jaśniej, nie mam ochoty na gierki.

— Poczucia humoru też — prychnęła, po czym pognała w kierunku wielkiej, oszklonej szafy. — Masz wygrać dla mnie ten mecz, co się odbędzie za dwa tygodnie. W tej koszulce.

Rzuciła mu starą oraz nieco za dużą koszulkę z wielkim numerem siedem na przodzie. Kiedyś należała do jej ojca. Chłopak zauważył, że z tyłu niej dziewczyna wyszyła grubą, czerwoną nicią „Jestem zbyt Kawai, aby przegrać". Napis był na tyle duży, że z pewnością każdy go zauważy.

— Wiesz, że nie lubię tego słowa? — zapytał beznamiętnie.

Zdumienie na twarzy dziewczyny zdradziło odpowiedź.

— Nieważne. Po prostu wygraj. I na sam koniec wykrzycz Klaudii, że ją kochasz, okej? Przy okazji bądź męski i dodaj, że ma cię zaakceptować takim, jakim jesteś, jasne?

— Nie wiem czy będę umiał. Na pewno nie po tym…

— A tam, gadanie. — Zbyła go machnięciem ręki. — Ja w ciebie wierzę.

— Wywalą mnie z drużyny.

— Czyżbyś zapomniał, kto jest córeczką trenera? To do ciebie niepodobne.

— Zrobiłabyś to dla mnie?

— Oczywiście, że tak. W końcu to tylko mycie garów przez miesiąc. — Uśmiechnęła się figlarnie.

 

Szatnia, teraz:

 

Nie umie zagrać dla Heli. Boi się tego. Jest inna niż Klaudia, a może to on jest inny przy niej? W każdym razie wiele z jego rzutów ma drugi cel. Część pokazuje czy kocha osobę, o jakiej myśli przy jego wykonywaniu. Inne sprawdzają, czy ktoś się na niego gniewa. Są też takie, które pokazują, czy uda mu się kogoś wyminąć. Jest tego sporo, przez co mecz na pewno rozbije się o sprawy rodzinne, sercowe czy intymne. O ile przy grze dla Klaudii nie przeszkadzało mu to, o tyle teraz jest zupełnie inaczej.

Na szczęście zna kogoś, kto jest lekarstwem na lęk.

 

Kawiarenka, tydzień po rozmowie z Helą:

 

— Wybacz spóźnienie, na mieście są straszne korki. — Wysoka trzydziestosześcioletnia blondynka ubrana w szarości przysiadła się do stolika.

— Nic nie szkodzi, PP.

— Nie mów do mnie PP, proszę.

— Czemu? — Uśmiechnął się nieznacznie. — To idealnie do ciebie pasuje.

— Pani psycholog do mnie nie pasuje. Po prostu z tobą gadam, a ty ze mną i koniec tematu.

— Tak to wygląda z twojej strony… — Westchnął. — Mniejsza z tym. Jak bez niej będę rzucał?

— Bez niej?

— Bez... — Przerwał mu chichot. Nie ten z gatunku niemiłych, a po prostu szczere zachichotanie.

— Cicho bądź. Wiem, o czym mówisz. Myślałam, że te plotki, według których nie możesz grać bez dopingu Klaudii to bójda. Wiesz, że nie można tak się uzależniać od innych?

— Owszem, ale muszę. Obiecałem jej, że wygram mecz, więc nie mogę nie rzucać czy pudłować pod wpływem stresu, więc muszę... no wiesz. Muszę rzucać bez emocji.

— Jej, czyli Klaudii?

— Heli. Co się tyczy Klaudii… — głos mu się załamał — …już nie mam u niej szans.

Myślał, że się opanował. Drżenie rąk oraz łzy uświadomiły mu, że to kłamstwo. Gabriella wyciągnęła ku niemu rękę, ale zawahała się na moment. Zawsze mówił jej, by nie pomagała mu, jeśli tego nie chce. Żeby nie marnowała na niego czasu. Oczywiście mimo wszystko mu pomagała, jak każdemu zresztą. W jej słowniku nie było słowa „porzucenie". Wtedy też wpadła na genialny pomysł.

— W takim razie wygraj go dla mnie. Twoje uczucia wobec mnie są jasne.

Spojrzał jej w oczy. Była jego światłem, które kiedyś mylił z miłością. Właściwie to z zauroczeniem. Wynik odpowiedniego rzutu pokazał jednak, że z całą pewnością są jedynie przyjaciółmi. I nikim więcej.

— To nie wystarczy. — Odpowiedź była chłodna i wykalkulowana. Wiedział, że musi ją przekonać, a w tym celu trzeba pokazać jej powagę sytuacji. — Obiecałem jej, że wygram go dla niej.

— Nie zachowuj się jak dzieciak. Na boisku masz być męski, jasne?

— Co wy macie z tym byciem męskim? I co to ma wspólnego z tym, co powiedziałem?

— Ma dużo wspólnego. Na przykład to, że możesz grać dla nas obu. Co się tyczy pierwszego pytania, nie rozumiem, o co ci chodzi… — Spojrzała na niego zagubionym wzrokiem.

— Ech, nieważne. — Machnął ręką. — Nie wygram dla ciebie, zrobię to dla niej.

— Zrób to dla naszej dwój… czwórki.

— Czwórki?

— Dla mnie, Heli i Klaudii. — Wyliczała imiona na palcach lewej dłoni.

— To będzie trójka.

— Czwartą osobę masz znaleźć sam, wtedy będziesz męski, jasne?

— Nie mam już sił do tej całej męskości — rzekł chłopak po długim namyśle. — Dobrze, wygram dla was.

 

Szatnia, teraz:

 

Nie przemyślał tego. Może grać dla PP, ale nie umie dla niej wygrać. Jest mu bliska, ale nie dość, by przełamał dla niej niechęć do piłki.

„Nie mam dla kogo wygrać" — pomyślał, zakładając wisiorek, który kiedyś dała mu Klaudia. Nosił go podczas każdego meczu, więc teraz też to zrobi. Gdyby to zauważyła, byłaby zła. Szczęśliwie nie ma nadludzkiego wzroku i nigdy mieć nie będzie.

Sędzia ogłasza rozpoczęcie ostatniej kwarty. Chłopak wstaje i wychodzi na boisko. Nie ma dla kogo wygrać, będzie musiał zawieźć drużynę, widownię, wszystkich. Nie chciał tego, lecz nie potrafił inaczej. Postanawia jedynie grać. Nic więcej.

Daje z siebie osiemdziesiąt procent. Przeciwnicy szybko uświadamiają mu, że to za mało.

Na początku rzuca trójkę dla Heli. Wydaje się wtedy mniejszy. Jego ruchy są uśpione i leniwe, a spojrzenie nieobecne. Naśladuje ją. Nie umie wykrzesać z siebie nawet garstki życia, więc wybiera tę smutną Helę. Jednak tuż przed rzutem następuje chwila wahania. Pierwszy porządny rzut czwartej kwarty zawsze jest testem tego, czy kocha osobę, dla której gra. Boi się wyniku, w końcu zawsze jest jakaś szansa na to, że nie zdaje sobie sprawę z tego, że coś do niej czuje. Dlatego rzuca tragicznie. Pudło jest miażdżące, piłka nawet nie musnęła obręczy. Kolejne rzuty też pudłują z tego powodu.

Czuje na plecach ciężar spojrzeń kolegów z drużyny. Na początku łudził się, że chodzi o koszulkę, ale szybko porzucił tę głupią myśl. Nie zszedł tylko dlatego, że ich jedyny rezerwowy jest kontuzjowany.

„Dobrze chociaż, że nie są na mnie źli. W sumie nie dziwię im się, sam nie byłbym zły na kogoś, kto jest aż tak rozbity".

Zmienia strategię. Zaczyna grać dla PP. Chce ją naśladować. Ona zawsze pokazuje mu drogę. Pomagała mu, kiedy upadał jeszcze bardziej niż zwykle. Kiedyś nawet rozmawiała z nim przez telefon trzy godziny, w środku nocy poprzedzającej ważny egzamin, którego niezdanie skreśliłoby jej karierę. Wystarczył jego płacz. Przybiera otwartą i przyjacielską pozę. Ręce rozstawia szeroko. Jednak nie jest PP, ból zbytnio go przytłacza.

Jego rzutów nie blokuje już strach, ale jest coś innego. Światło, jakie roztacza wokół siebie Gabriella, parzy go. Nie jest dla kogoś, kto klęczy. Siłą rzeczy hamuje się, więc ciągle rzuca byle jak.

W końcu poddaje się. Tak po prostu. Bez łez, monologów, schodzenia na ławkę. Po prostu gra, nie myśląc o niczym. Bo nie ma o czym. Przegrał. Znowu. Przeciwnicy prowadzą sto do siedemdziesięciu. Znajomi z drużyny walczą o każdy wdech, a mimo wszystko starają się punktować. Daremnie. Jest za słaby, a mecz, w którym gra czterech na pięciu, ma aż zbyt przewidywalny wynik.

Drużyna przeciwnika bierze czas. Nie jest im potrzebny, ale Eryk nie zwraca na to uwagi. Zamiast tego usiadł na parkiecie tuż obok ławki, jednocześnie sięgając po butelkę z wodą.

— Przez ciebie nie mogę poczuć radości z gry.

— Słucham? — Podnosi wzrok i widzi wielkiego, umięśnionego kapitana przeciwników.

— Trener ostrzegał nas przed tobą. Mówił, że na boisku jesteś bestią. Że przez te twoje Pałace Pamięci, czy jak im tam, nikt nie może cię pokonać.

— Jak widać, twój trener się mylił. Nie miej o to pretensji do mnie. — Wstał nieco ociężale.

— A do kogo mam je mieć? — wysyczał. — To ty traktujesz nas tak, jakbyśmy byli niczym.

— Że co proszę?

— Gdybyś nas szanował, przynajmniej udawałbyś się, że się starasz. Jednak nie stać cię nawet na to.

Oskarżony jedynie wzruszył ramionami. Gdyby umiał, dałby z siebie wszystko, ale nie umiał. Więc takie oskarżenia go nie interesowały.

— Czemu w ogóle grasz w kosza, skoro nawet nie robisz tego, jak należy?

— Teraz? Po nic. Nawet nie lubię tej gry.

— To po jasną cholerę wyszedłeś na boisko?

— Coś komuś obiecałem. I tyle.

— Więc obiecaj mi, że rzucisz do kosza tak, jak zawsze. Chcę zobaczyć Bestię w akcji.

— Wy macie piłkę.

— Podam ci ją. Ustaliłem to z drużyną. Po to ubłagałem u trenera czas.

— To idiotyzm — odparł po chwili wahania. — No, ale skoro chcecie… — dodał od niechcenia.

„Przeciwnik raczej nie podaje piłek. Innymi słowy, to znak od losu. Nie mogę tego spieprzyć".

Ponieważ reszta stylów go zawiodła, postanawia grać dla Klaudii. Przybiera idealnie podręcznikową pozę, wyłącza emocje. Zapomina o tym, co nadejdzie i o tym, co jest. Pozwala działać wspomnieniom. Przyjęcie jest idealne. Wyskok też. Mimo to popełnia błąd. Zawsze rzuca po tym, jak Klaudia wykrzykuje życzenia trafienia. Ma to przynosić szczęście. Tyle że ona już mu nie kibicuje.

Opada za nisko i pozwala, aby odebrano mu piłkę.

Przestaje udawać. Staje się nikim, co dobitnie potwierdza kolejny wsad przeciwników.

— Eryk, co z tobą?! — krzyczy z widowni Hela.

Chłopak patrzy na nią tak, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że znajduje się na boisku. Czuje zawód i wstyd. Zawiódł ją oraz PP. Nie umie wygrać.

— Jeśli przegrasz, to zabiorę ci Pawełka! — Chłopak uśmiecha się lekko.

Chyba jedynie ona może użyć takiego argumentu. Co nie zmienia faktu, że jest on niewystarczający.

— Co więcej! Powiem… — Nie umie dokończyć. Nie teraz, zanim to ogłosi — …sam wiesz komu, sam wiesz co!

— Nie zrobisz tego… — mówi cicho.

Zbyt dobrze ją zna. Doskonale wie, że nie ma w zwyczaju opowiadać ludziom o sprawach sercowych innych.

— Głupia smarkula, no nie? — Ten, który jeszcze niedawno błagał o czas, podchodzi do niego.

— Coś ty powiedział? — Coś w jego głębi porusza się niemrawo.

— Po… — Gniew budzi Bestię, a ta nie daje mu dokończyć.

— Śmiesz mówić tak o dziewczynie? — Odwraca się w jego stronę.

Osiłek zamiera. Coś w oczach rozmówcy sprawia, że zmienia opinię o nim. Po prostu czuje, że przeciwnik nie będzie już słaby. I raduje go to.

— Mówię, co myślę. Chyba nic nie dasz rady z tym zrobić?

— Coś do mnie dotarło — Eryk mówi raczej do samego siebie niż do rozmówcy. — W bardzo pokrętny sposób pomogłeś mi to odkryć.

— Hę?

— Naśladuję je podczas gry. Podkręcam to razy dziesięć, ale ciągle jestem lustrem, a raczej odbiciem. Marną, niedoskonałą kopią.

— Pierdolisz od rzeczy — podsumowuje krótko jego oponent.

— Może, ale i tak zmienię taktykę. Od teraz, będę przyswajał ich cechy, zamiast je naśladować.

— A po ludzku?

— Zdobędę punkty w ciągu trzech sekund od gwizdka.

— Że co? — Chłopak zaczyna dusić się ze śmiechu.

— Co więcej, pozwolę dotknąć ci piłki, która nie muśnie nawet obręczy.

— Jesteś szalony. — Śmieje się jeszcze mocniej.

— Nie, mój drogi. Jestem Bestią, którą ty nieroztropnie obudziłeś.

Po gwizdku sędziego, obaj przyjmują pozycje. Eryk ma piłkę i dane, które sam zliczył. Wydaje się, że staje się mniejszy. Jego ruchy znowu są uśpione, lecz teraz przypomina to drzemkę lwa. Jego oponent ma lepszy refleks niż on, ale to nieważne. W końcu osiłek reaguje na dźwięk gwizdka, a nie na oddech sędziego. I właśnie dlatego zamurowuje go, kiedy w momencie, w którym rozległ się przeciągły gwizd, piłka znajduje się w jego dłoniach. Na ułamek sekundy, gdyż zaraz potem Eryk mu ją odbiera i rzuca trójkę. Sekundę później jasne jest, że dotrzymał przynajmniej jednego słowa.

— Przerwa! — woła sędzia. — Musimy sprawdzić, czy zawodnik nie ruszył się przed gwizdkiem.

Wszyscy wpatrują się w tablicę. Na zdobycie tych punktów Eryk potrzebował dwóch i pół sekundy.

W tym czasie do chłopaka dociera, co zrobił. Zaliczył test. Nie wywołuje to na nim większego wrażenia.

„Miłość przyjacielska, mam nadzieję" — myśli, po czym postanawia wykonać sprawdzenie Rzutem Złamanych Serc, który dzieli miłość na kategorię.

Co prawda czasem nie działa nawet przy spełnionych warunkach, ale to szczegół. Przybiera chłodną i obojętną pozę.

Jest Mądrością.

— PP! — krzyczy, mimo że jest pewien tego, iż nie ma jej wśród widowni. — Zaraz ci pokażę, że mój rzut nie jest głupi!

 

Trybuny, teraz:

 

Eryk chyba jej nie widzi, gdyż krzyczy w złą stronę. Zirytowana tym, że po raz kolejny nazwano ją PP zamiast Gabriellą kobieta, zaczyna bezmyślnie obgryzać gumkę z ołówka. Ma zamiar naszkicować kilka dynamicznych poz, a teraz musi rozgryzać, o jakim rzucie mówił chłopak. Z pozoru obojętnie spogląda na ekran, na którym pokazane jest, jak Eryk startuje tuż po sygnale.

Sędzia wznawia grę. Gabriella pragnie zobaczyć dłuższą walkę, podczas której jakaś poza zapadnie jej w pamięci. Wtedy naszkicuje ją, a w domu poprawi proporcje. Jednak zawodzi się, przynajmniej częściowo. Po pięciu sekundach Eryk wykonuje rzut. O wiele za wysoko i zanadto w prawo. A przynajmniej tak się jej wydawało. Piłka odbija się od jednego z uchwytów, łączących kosz z sufitem, potem leci prosto na drugi, od którego też się odbija, by na koniec uderzyć w obręcz i wpaść do kosza.

Zapada cisza, a chwilę potem wiwaty zagłuszają nawet prośby o spokój wydawane przez głośniki. Sam Eryk ma jednak problem. Uderzenie w obręcz oznacza, że test nie podzielił miłości na kategorię.

“No trudno. Są inne testy”. — Oblizuje wargi.

 

Boisko, teraz:

 

Postanawia wykonać piątkę, rzut potwierdzający jeden z poprzednich testów. Wystarczy samodzielnie przejść przez wszystkich przeciwników. Uśmiecha się serdecznie do rozgrywającego. Ten odwzajemnia uśmiech, a chwilę po gwizdku podaje w prawo. Jednak Eryk kradnie piłkę, a potem po prostu roznosi przeciwnika. Bawi się piłką, pozwala im podejść, a potem rzuca. Światło już go nie parzy. Wskazuje cel. I dlatego trafił.

„Czyli ją kocham. Pytanie brzmi jak? Przyjacielsko".

Pozostaje to udowodnić Ślepym Sędzią. Jednak coś sprawia, że się waha. Tłum skanduje jego imię, ale wśród krzyczących nie ma Klaudii. Bez jej dopingu nie ma szans na wykonanie tak skomplikowanego rzutu.

Co się zaś tyczy meczu, minęło nieco czasu. Mieli punkt straty oraz dwanaście sekund do końca. Okrzyki innych osób nie starczą, gdyż są zagłuszane. Mimo to próbuje. Zamyka oczy i rusza do przodu. Widząc przeszłość, wie, gdzie są inni. Zręcznie lawiruje wśród nich i zbliża się do kosza. Wyskakuje, zamierzając wykonać wsad. Jednak zmienia zdanie, uświadamiając sobie, że tor jego lotu może przeciąć przeciwnik. Szarża to ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje. Chce rzucać, więc czym prędzej zadaje pytanie. „Czy kocham Helę?".

Czekał na Klaudię, kiedy nagle coś w jego głowie powiedziało. „Tak, ale tylko po przyjacielsku. A teraz rzucaj". Cisza i pustka. A potem gwizd sędziego, ogłaszający zdobycie punktów. Otwiera oczy. Jest zupełnie sam.

— Trzy ostatnie uniki były zbędne. Wybacz, po prostu teraz to my się poddaliśmy — mówi ktoś z drużyny przeciwnika.

— Ślepy Sędzia ci nie wyszedł, prawda? Żeby działał, każdy z tych, którzy staną ci na drodze, muszą dać z siebie wszystko. Przepraszamy — dopowiada ktoś inny.

Eryk rozgląda się dookoła. Zapomniał, że gra z ludźmi. Że gra dla ludzi. Zaczął grać dla siebie. Oczywiście teraz żałował tego, że aż tak ich zmiażdżył, ale mimo wszystko po raz pierwszy poczuł radość z koszykówki i zwycięstwa.

Niepewnie spogląda na tablicę. Siedem setnych sekundy do końca meczu, a on ma punkt przewagi.

— To wy mi wybaczcie. Grałem za ostro.

— O czym ty gadasz, to było wspaniale! — Kapitanowie obu drużyn odzywają się jednocześnie.

— Jesteście... nielogiczni. Oględnie mówiąc. — Olbrzym podchodzi do niego i klepie go po plecach.

— Przecież chciałem, abyś po prostu grał. Zrobiłeś to i wygrałeś zaledwie jednym punktem. Jak dla mnie, to tez moje zwycięstwo.

Sędzia wznawia grę tylko dla zasad. Chwilę po zakończeniu meczu zawodnicy zbierają się, by podać sobie ręce.

 

Trybuny, teraz:

 

Hela patrzy na niego. Nie potrafi się cieszyć. Kiedy kazała mu obiecać, że wyzna miłość Klaudii, nie wiedziała, że między nimi jest aż tak źle. Jeżeli teraz to zrobi, a wiedziała, że tak będzie, to chłopak będzie skończony. Eryk staje dokładnie na środku boiska.

— Klaudia! Musisz wiedzieć jedno! Zawsze byłaś mi bliska! Nawet nie wiesz jak bardzo…

— Idiota — szepcze pod nosem.

— …kocham cię z całego serca! I nie jest ważne to, co o tym sądzisz!

Eryk po raz pierwszy od dawna nie jest lustrem. Jest po prostu sobą.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Szalokapel 30.06.2016
    Udało mi się przeczytać cały tekst, tak jak obiecałam. Rewelacyjnie udało Ci sie opisac uczucia chłopaka. Dialogi są bardzo naturalne. Podoba mi sie. Było to dosyć dlugie opowiadanie, patrząc na to, iż jestem na telefonie, ale nie żałuję, że je przeczytalam. Wynika z niego świetny morał, zawsze trzeba być sobą. Oczywiście leci 5.
  • Chomik nr.7 30.06.2016
    Dziękuję bardzo za ocenę i poświęcenie się, aby przeczytać to na telefonie. XD
  • Czy ja już tego nie czytałam? Nie wrzucałeś tego na stare konto? W każdym razie ciekawe opowiadanie. Pałac pamięci = Sherlock, Bestia = Durarara, Koszykówka = Kuroko - nie mogłam się powstrzymać xD. Dobrze oddane emocje i nauralne dialogi. Oczywiście, przeszkadzały mi polskie imiona, ale to tylko moje zboczenie. Zostawię 5 :)
  • Chomik nr.7 02.07.2016
    Tak, wrzuciłem to na stare konto. XD A i pierwsze dwa skojarzenia są przypadkowe, ale Kuroko, jak muszę się przyznać, to prawda. :v Dziękuję za piąteczkę. :D
    (Trzy dni i zero szmat... Czyżbym był odporny na anonimowe szmaty?)
  • Chomik nr.7 Wiem(domyśliłam się), że przypadkowe. Po prostu mi się skojarzyło xD

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania