[A]Między drzewami. Rozdział I, cz. 1

[A]Aktualnie pisane opowiadanie z szansą na ukończenie

Tytuł opowiadania: Między drzewami

Tom I: Wysocy Ludzie

Kategoria: duchy, demony, nawiedzony dom, las, okultyzm

Okładka: https://zapodaj.net/images/97f100f943312.png

Rozdział I: Demony przeszłości (część 1)

 

Kartonowe pudło, opisane jako „zastawa”, upadło z łoskotem na posadzkę. Szklana zawartość zabrzęczała, a towarzyszący temu nieprzyjemny, ostry dźwięk, sugerował, że niewiele ze spakowanych przedmiotów pozostało.

- Cholera! – zaklęła dziewczyna, przegrzebując rozbite talerzyki. – To wszystko... to porażka, po prostu.

Nerwowym ruchem odsunęła pudło na bok i usiadła po turecku na zakurzonej podłodze, chowając twarz w dłonie. Przez zabrudzone okno, przysłonięte lekko pożółkłą firanką, wpadały ciepłe promienie czerwcowego słońca. Kiedyś czerwiec był ulubionym miesiącem Letycji, zawsze z niecierpliwością czekała na dwudziesty dziewiąty, by móc bez skrupułów objadać się urodzinowym tortem i pochłonąć bez pamięci w rozpakowywaniu prezentów. Dziś ani czerwiec, ani urodziny nie stanowiły żadnego powodu do radości. Potęgował to fakt, że to właśnie w tym miesiącu czekać miała ją przeprowadzka i powrót do miejsca, z którego wraz z ojcem przed paru laty uciekła.

- Jak to możliwe, że znowu tam wracamy?

Letycja Acela była zaledwie piętnastoletnią dziewczyną naznaczoną dotkliwie rodzinną tragedią. Od czterech lat mieszkała w Anglii, w hrabstwie Rutland, gdzie w malowniczym miasteczku Oakham, uczęszczała do pobliskiej szkoły, próbując (albo udając) wieść spokojne życie na tyle, na ile było to możliwe. Wraz z ojcem przeprowadzili się tutaj w roku dwa tysiące dziewiątym, po nieprzyjemnych wydarzeniach, o których chciała zapomnieć, a co przychodziło jej przez te lata z niemałym trudem. I kiedy wydawało się, że powoli zaczyna radzić sobie z traumą, ojciec z dnia na dzień oświadczył, że wracają do Polski.

Bywały słowa wywołujące u ludzi cierpki posmak na języku, ukłucie strachu niosące ból od serca po całe ciało, zesztywniający niepokój wysysający nawet najdrobniejsze uczucie radości jak pijawka emocjonalna. Tym słowem dla Letycji była właśnie Polska.

 

Tego dnia, gdy Marek Acela przekazał córce wiadomość o przeprowadzce, dziewczyna kłóciła się z nim przez wiele godzin, stosując różne metody: od argumentów po szantaż i płacz, później na kilka dni postanowiła zamilknąć. Nic nie pomogło. Dla Marka ta sytuacja również nie znajdowała się w zakładce tych komfortowych i zdolnych do przyjęcia bez wprowadzania chaosu w spokojną codzienność. Powrót do Polski oznaczał powrót do miejsca tragedii, czy może być coś gorszego? Po tych czterech latach wiedział, że nie jest gotowy, aby zmierzyć się z demonami przeszłości, które wciąż zatruwały mu życie, chociaż głośno o tym nie mówił. Był mężczyzną, ojcem, kiedyś mężem – poczuwał się do odpowiedzialności, do bycia opoką dla bliskich bez obciążania ich własnymi problemami, czy było to dobre wyjście? Dla stanu psychicznego Marka nie, ale z aktorską perfekcją udawał, że nic go nie rusza.

Być może tak zahartowała go praca. Był weterynarzem, często sprawdzał stan zdrowia zwierząt rzeźnych, dotykał je drżące, zaglądał w wielkie przerażone oczy zaszklone od łez, a następnie badał ich mięso, bez pogardy do siebie, ale z tlącym się głęboko w sercu małym płomyczkiem współczucia. Wybrał ten kierunek, bo kochał zwierzęta, niemniej z czasem miłość trzeba było odsunąć na bok, bo samą miłością rodziny nie dało się utrzymać. Życie nie głaskało po głowie nikogo.

Marek wszedł na strych. Unoszący się w powietrzu kurz podrażnił mu nos niczym pieprzna mieszanka i kichnął aż trzy razy pod rząd . To wyrwało Letycję z zadumy. Spojrzała na niego wzrokiem pozbawionym emocji, nawet tych złych. Mężczyzna przysiadł obok córki, dostrzegł odrzucony na bok karton ze ślubną zastawą z wyraźnym wgnieceniem na rogu. Chyba nic z niej już nie będzie – pomyślał i zwrócił się do dziewczyny.

- Nadal się dąsasz?

- Tak – odpowiedziała stanowczo.

- Jesteś okrutna! – skwitował, próbując nieco rozluźnić napiętą jak struna atmosferę.

- Ja? – odburknęła. – Egocentryk.

- Zapomniałem – zaczął – mam pod opieką nastolatkę w trudnym wieku.

- Albo ja – żachnęła się, podłapując temat – ojca, który nie uczy się na błędach.

- To ucieczka jest błędem – zaprzeczył, wbijając wzrok w zabrudzone okno. – Niby do czego nas zaprowadziła? Na myśl o powrocie wpadamy w panikę, Letycjo, to nie jest wyjście, nie możemy uciekać. Co było, minęło, zrozum.

- Ale mi dobrze tutaj! – rzekła uniesionym głosem. – Mam przyjaciół. Jak wrócimy zostanę sama.

- Na to nie wiem co ci odpowiedzieć, co doradzić.

- No właśnie – odparła, zniżając ton głosu. – W tym wszystkim tylko ja będę poszkodowana.

 

***

 

Dziesiąty dzień lipca nie zachwycał pogodą. Było parno i pochmurnie, nie dało się odczuć nawet najlżejszego powiewu. Drzewa stały nieruchomo wokół starej posiadłości w sercu niczego – wszystko wyglądało jak scena z dreszczowca. Letycja zatrzymała się przed bramą posesji i patrzyła nie dowierzając. Jestem tutaj, jak to możliwe? – wciąż zadawała sobie to pytanie.

Posiadłość rodziny Acela znajdowała przy ulicy Jesionowej w Olchowinach w gminie Murów, około dwadzieścia kilometrów Opola, nieopodal Stobrawskiego Parku Krajobrazowego. Dla Letycji ta lokalizacja oznaczała tylko jedno - koniec świata. Chociaż w Anglii również mieszkali w małym, przytulnym mieście, Londyn był na tyle blisko, że często jeździli tam z ojcem bez większego celu, więc nie czuła, żeby od cywilizacji dzieliły ją lata świetlne.

Tu było przeciwnie. Nie dość, że odnosiła wrażenie wszechobecnego wyobcowania, to mroczna i niepokojąca aura roztaczająca się nad posiadłością, przyprawiała Letycję o, dosłownie, mdłości. Sama myśl, że miała ponownie przekroczyć próg tego skalanego krwią domu, napawał ją obrzydzeniem. W głowie rysował się dziewczynie obraz ruszających od wijącego robactwa podłóg, przegniłych, oblepionych gęstą i żółtą mazią ścian oraz okien, które zaraz po zamknięciu drzwi same zabijały się deskami, trawiąc domowników wewnątrz obleśnej posiadłości. Wyolbrzymiała, jednak takie skrajne emocje budził w niej ten budynek.

 

Ekipa od przeprowadzek sumiennie, niczym zapracowane mrówki robotnice, roznosiła pudła, dorobek niemal całego życia Marka i Letycji. Większość niepotrzebnych rzeczy zostawili w Anglii: cenniejsze przedmioty zanieśli do skupu lub antykwariatu, zarabiając przy okazji trochę grosza (chociaż do biednych nie należeli), a całkiem nowe meble wraz z domem sprzedali młodej parze z dzieckiem. Postarali się wziąć ze sobą to co potrzebne i najważniejsze: pamiątki osobiste, te które jeszcze budziły jakiekolwiek dobre wspomnienia, ubrania, książki, trochę sprzętu domowego, ale tylko tego w miarę niedużego. Ustalili, że przeprowadzka będzie minimalistyczna – udało się. Ekipa za wiele do noszenia nie miała, za to sam dom wymagał generalnego remontu.

Marek wprawnym okiem oceniał z zewnątrz co trzeba naprawić, instruując jednocześnie, gdzie pudła mają zostać położone. Letycja widziała, że jest przejęty i rozumiała, że pod tą maską zafascynowania, czai się ogromny strach – to ją zabolało. On tak samo cierpi – pomyślała, przypominając sobie ostatnie trzy tygodnie, kiedy była dla niego oschła.

- Letycjo! – zawołał, kiedy ekipa uwinęła się z pudłami.

To wyrwało ją z rąk ściskającego niemiłosiernie sumienia, gryzącego i podsyłającego co rusz nowe wyrzuty.

- Tak, tato? – zapytała i podbiegła, żeby nie krzyczeć.

- Możesz wybrać sobie pokój i zanieść tam swoje pudła? Przynajmniej te najlżejsze.

- Jasne – odparła i wymusiła uśmiech. – Wezmę ten podpisany „bzdety”, same paści z biurka, powinnam unieść.

 

Westchnęła. Przekroczyła próg – nic się nie stało. Przez okna dalej wpadało mętne światło, podłoga, chociaż pokryta kurzem i rodziną roztoczy, nie ruszała się, a na ścianach jedyną obrzydliwością były stare, odarte tapety. Nie tak to miejsce zapamiętała. Przez te wszystkie lata wspomnienia dziewczyny przybrały demoniczne kształty, dom w każdym śnie jawił się jak najczarniejsza z czeluści piekła. A tu zwykła, zapomniana przez ludzką rękę posiadłość – pomyślała, nieco zawiedziona, jakby faktycznie chciała ujrzeć, to co sobie przed momentem wyobraziła, jakby to miało potwierdzić, że przyjazd tutaj był najgorszym z najgorszych możliwych wyborów.

- Wszystko dobrze? – zapytał ojciec z nieukrywaną troską, gdy Letycja od pięciu minut stała w miejscu.

- Tak, tak – powiedziała szybko. – Po prostu… musiałam przyzwyczaić się do tego widoku.

- Gdyby coś…

- Już wszystko będzie okay – uprzedziła ojca i zdecydowanym krokiem poszła w stronę schodów.

Na tyle zdecydowanym na ile pozwalała jej gra aktorska, a aktorka była z niej marna, to i ojca nie przekonał jej chwiejny chód.

- Masz telefon przy sobie – zapytał córkę, gdy już miała nastąpić na pierwszy stopień.

Letycja zwróciła się do ojca.

- Mam, bez obaw, dam sobie radę – skłamała.

 

Miejscami miała wrażenie, że zemdleje. Emocje szalały w niej jak nieprzewidywalny orkan - raz uderzał w nią gorąc, następnie niewyobrażalne zimno, a przecież szła tylko po starych, skrzypiących schodach. No co jest z tobą, dasz radę, to tylko dom, zwykły dom! – pokrzepiała się w myślach, choć ta przyśpieszona psychoterapia przynosiła mizerne skutki.

Stanęła na przedostatnim stopniu, wciąż trzymała pudło, tym razem bardziej jak narzędzie do obrony, chociaż nie wiedziała przed czym, w końcu wszystko co złe rozgrywało się w jej głowie. Wzrok wbiła w drzwi przed sobą, utkwione w ścianie, którą okalała niegdyś seledynowa tapeta w delikatny wzór liści. Drzwi były odrapane z opadłą klamką, obok znajdował się włącznik światła. Łazienka – skwitowała w myślach. Letycja, nabierając ponownie głęboki oddech, delikatnie wychyliła się i spojrzała na prawo. Na końcu widniało okno, podobnie jak wszystko tutaj, brudne i spękane, tuż obok znajdował się skórzany fotel w klimacie lat dziewięćdziesiątych. Pamiętam jak… ona siadała tam i czytała książki – pomyślała gorzko, czując cierpki smak sielankowych wspomnień.

Przymknęła oczy, na granicy rzęs pojawiły się, skupiające w większy twór, drobne krople. Łzy, tak dawno nie miała ich na sobie, dziwne i odstręczające uczucie. Odkąd uporała się z garem emocji, który wylano na nią tamtego pamiętnego dnia, i który długo jej towarzyszył w każdej strefie życia codziennego, nie płakała. Żadne wydarzenie po tragedii nie było na tyle mocne, aby wycisnąć z niej chociaż mikrolitr łez. Niemała ulga ogarnęła ciało dziewczyny, jakby niewidzialny rzemieślnik, wykuł jej serce na nowo z lepszego, lżejszego materiału.

Pozostawiła kartonowe pudło na szczycie schodów. Otarła drżącymi rękoma mokre policzki i zeszła z powrotem na parter.

- Nie dam rady – oznajmiła słabym głosem. – Nie teraz, nie dziś… może jutro albo jeszcze trochę później.

Marek odwrócił się. Ujrzał bladą córkę z policzkami połyskującymi od łez. Podszedł do niej nic nie mówiąc, przytulił zarazem po przyjacielsku i po ojcowsku. Stali tak przez jakiś czas w milczeniu, w sieni naprzeciwko schodów na piętro, pod nimi rozpościerał się obskurny czerwony dywan.

- Nie musisz – powiedział w końcu. – Na kilka dni przeprowadzimy się do wujka.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Bajkopisarz 3 tygodnie temu
    „Odsunęła pudło pełnym nerwów ruchem”
    Sugestia: Nerwowym ruchem odsunęła pudło i…
    „czekałam na dwudziesty”
    Czekała
    „pochłonąć bez pamięci w rozpakowywanie prezentów.”
    Coś z tym zdaniem jest nie tak, ale jeszcze nie wiem co…
    „uczęszczała do pobliskiej szkoły,”
    Pobliskiej – zbędne
    „kichnął pod rząd aż trzy razy”
    Szyk: kichnął aż trzy razy pod rząd
    „Co było, to minęło, zrozum.”
    To – zbędne
    „same paści z biurka”
    Co to są paści?
    „nastąpić na pierwszy schód.”
    Stopień zamiast schód

    Generalnie brakuje mi trochę legendy. Chodzi o wyjaśnienie, dlaczego Marek zostawił dom pusty, niszczejący? Dlaczego go nie wynajął, nie sprzedał, nie zrobił z nim nic, tylko po prostu zostawił, żeby sobie stał cztery lata.
    Po drugie, czemu zdecydował się na przeprowadzkę do ruiny, zamiast ją wcześniej wyszykować i dopiero zarządzić przenosiny?
    Po trzecie, łączy się z drugim, czemu od razu nie zarządził przeprowadzki do wujka? Na co liczył? Zakładam, że wujek musiał wiedzieć o przeprowadzce i jest przygotowany na przyjęcie gości?

    Bez tego uzupełnienia to czytelnik się czuje nieco zagubiony, jak wrzucony od razu do środka opowieści.
  • LeeaThorelli 3 tygodnie temu
    Co nowe spojrzenie, to nowe - zafiksowałam się na to zdanie i nie mogłam znaleźć odpowiedniej dla niego formy. Sama nie wiem, może powinno być "w rozpakowywaniu"? :D Nie zgodzę się, że "pobliskiej" zbędne, bo do szkoły uczęszczać mogła (a nawet musiała) każdej, tu zaakcentowane zostało, że chodziła do tej w mieście. "Paści" powiedzmy, że w slangu dziewczyny odpowiednik "bzdet", wszystkie drobiazgi, potrzebne lub mniej, z biurka. O, stopień, no tego słowa mi brakowało... :'D

    Ale to już wszystko w 1 rozdziale mam wyjaśniać? O nie, nie, nie. ;)
    Tak naprawdę te pytania, to główne tło opowiadania. Ciężko wszystko od razu wywalić na stół, nie dając czytelnikowi zastanowić się "dlaczego?"
    Pierwszy rozdział miał zarysować relacje ojca i córki po minionej tragedii i ich emocje z tym związane, miał zarysować zalążek tła, czyli posiadłość, tragedia i ponowne wprowadzenie się do domu w Polsce.
    Drugi rozdział odpowiada przynajmniej na 3 z 4 zadanych pytań.
    :)
  • Bajkopisarz 2 tygodnie temu
    1. Tak, "w rozpakowywaniu" jest chyba lepsze
    2. Sugerowałem usunięcie "pobliskiej", bo tak opisałaś malownicze miasteczko, że wiadomo, iż chodziła do szkoły właśnie tak.
    3. Paści = bzdet? Fajne :)
    4. NIe chodzi o wyjaśnianie, tylko lekkie zaakcentowanie, że panujesz nad tematem, a nie "deus ex machina". Wystarczy dosłownie jedno zdanie typu: Marek miał swoje powody, by nigdy nie sprzedać domu w Polsce" i już masz wszystko załatwione. Czytelnik wie, że to celowe działanie, zostawiasz zagadkę (jakie to powody) i wszystko gra.
    5. Tak samo jednym zdaniem, nawet połową zdania gdzieś wtrąconego, możesz uspokoić czytelnika, że przeprowadzka do ruiny to jest specjalnie, a nie przez uproszczenie fabuły . A wszelkie wyjaśnienia później.
  • LeeaThorelli 2 tygodnie temu
    1. Jeszcze przemyślę usunięcie, może jakoś inaczej napiszę to zdanie, bo sama szkoła też nie pasuje.

    4. To jest właściwie połowa z całego rozdziału, naprawdę małe uzbrojenie w cierpliwość i wszystko zostanie podane na tacy. ;)
    Poza tym, prolog, ma jedną ciekawą informację:
    "Oskar, jak i reszta domowników, zwyczajowo nazywali to miejsce „strychem”, ale niegdyś było to pomieszczenie, które dziadkowe chłopca używali jako archiwum, magazyn i gabinet lekarski w jednym."
    Dom należał do dziadków - nie zdradzę czy jeszcze, czy już nie, bo to zostanie niebawem wyjaśnione.

    5. Wydaje mi się, że ciężko mówić o "uproszczeniu fabuły" po części rozdziały pierwszego. Celowo nie wyjaśniam wszystkiego, bo dla mnie nie na tym polega pisanie, aby przez sekundę zastanowić czytelnika, a już za moment mu wyjaśniać.
    Rozumiem, gdyby to był któryś rozdział z kolei i nie było odpowiedzi na podstawowe pytania, ale my tu mamy rozdział 1. Ja naprawdę zanim zacznę pisać, obmyślam jak rozdział będzie wyglądała i w jakiś sytuacjach czytelnik odkryje odpowiedzi na pytania. ;)
  • LeeaThorelli 2 tygodnie temu
    jakich*
  • Bajkopisarz 2 tygodnie temu
    Ok :) Na pewno wnikliwie poczytam rozdział 2. Może jestem przewrażliwiony, lecz ostatnio naczytałem się za dużo opowieści w których nie ma nic poza akcją i stąd to dopominanie się opisów i budowania otoczki. Jak widać nie zawsze słuszne :)
  • LeeaThorelli 2 tygodnie temu
    U mnie tak nie będzie, staram się stopniowo tłumaczyć co jest grane. ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania