[A]Między drzewami. Rozdział I, cz. 2

[A]Aktualnie pisane opowiadanie z szansą na ukończenie

Tytuł opowiadania: Między drzewami

Tom I: Wysocy Ludzie

Kategoria: duchy, demony, nawiedzony dom, las, okultyzm

Okładka: https://zapodaj.net/images/97f100f943312.png

Rozdział I: Demony przeszłości (część 2)

 

Od trzech dni przy ulicy Jesionowej huczało i stukało, nieznośny gwar niósł się po koronach drzew, tłumiąc ptasi śpiew. Remont ruszył zaraz na drugi dzień od przyjazdu Marka z córką. Mężczyzna postarał się zadbać o to możliwie jak najwcześniej, już w Anglii kontaktując się z ekipą. Uczynił to natychmiast, po telefonie od ojca, za którego namową postanowił ponownie wprowadzić się do rodzinnej posiadłości.

"- Marku. – rozległ się głos w telefonie.

Mężczyzna znieruchomiał. Nie spodziewał się tego, a przynajmniej nie teraz, nie był jeszcze gotowy na rodzinną rozmowę. Milczał.

- Marku tyle czasu minęło. Ja i mama martwimy się o ciebie i Letycje, tęsknimy.

- U nas wszystko dobrze – wydukał mechanicznie.

- Ela… mama – zaczął ojciec mężczyzny – jest z nią coraz gorzej. Bardzo by chciała, żebyście tutaj byli, u nas w Polsce.

- Letycja nie jest jeszcze gotowa.

- Rozumiem. – Nie naciskał.

Znowu nastała cisza.

- Marku wiesz jak mama kocha ten dom? Odkąd zachorowała, a minęły już dwa lata, nie byliśmy tam, nie dbamy o niego. Ludzie mówią, że niszczeje. Mamę to bardzo boli. My o nic więcej nie chcemy cię prosić, tylko wróć i zadbaj o nasz rodzinny zabytek. Jak nie dla mnie, to dla mamy, tak niewiele życia jej zostało."

Leszek Barczyk, rodowity krakowianin, od paru lat wraz z żoną mieszkał w Opolu. Był koło pięćdziesiątki, a sumiasty wąs zdobił jego pyzatą twarz. Ku zaskoczeniu Marka, z kilku ekip remontowych, tylko pan Leszek zgodził się wykonać zlecenie. Nie dziwił się. Po spotkaniu, na którym omówili plan działania, mężczyzna okazał się rozsądnym człowiekiem, któremu w głowie nie siedziały przesądy ani niepoważne wyobrażenia o duchach i demonach.

"Pierwszy numer. Odebrał niejaki Andrzej Kępka.

- To ten stary dom na Jesionowej? – zapytał mężczyzna, kiedy Marek oznajmił, że szuka ekipy do remontu.

- Tak, ta posiadłość – skwitował.

- Wie pan – zaczął mężczyzna – ludzie nie lubią się tam zapuszczać. Ja to bym i przyjął, ale wie pan, ludzie słuchają i gadają potem głupoty, że duchy tam jakieś są czy inne demony. Ja w to nie wierzę, ja prosty człowiek jestem, ale swoim problemów robić nie chcę.

Marek po kilku telefonach stracił nadzieję, że znajdzie kogoś do pracy. Debile… no debile – pomyślał wtedy, wertując w internecie ogłoszenia z działu budowlanego. Na szczęście trafił się rozsądny pan Leszek, którego numer widniał niemal na samym dole spisu. Niedawno założył firmę, więc nie gardził zleceniami, Markowi to wystarczyło."

 

***

 

Z punktu widzenia Letycji.

"- U tego starego tetryka? – uniosłam głos. – Przecież tam śmierdzi lekami i oborą!

- To tylko parę dni – zapewnił.

- A skąd wiesz, że nas przyjmie? – Nie chciałam dać za wygraną.

- Dzwoniłem jeszcze przed przeprowadzką.

- I wszystko zrobiłeś za moimi plecami? – zdziwiłam się. – Czy moje zdanie coś dla ciebie jeszcze znaczy?

- Dobrze wiesz, że tak – oburzył się.

- To po co tu przyjechaliśmy? Wiedziałeś, że to ruina!

- Letycja – zastanowił się. – To był dobry moment, aby zmierzyć się z tym miejscem. Ja tego potrzebowałem, ty tego potrzebowałaś."

 

Zabolało mnie, kiedy okazało się, że spontaniczna decyzja, jak zapewniał ojciec, była już od połowy maja skrzętnie przez niego obmyślana. Wydawało mi się, że nie mamy przed sobą sekretów, a przynajmniej tak ustalaliśmy, że nie będziemy robić tajemnic z życia codziennego. Myliłam się.

Dom wuja był duży, moja rodzina na brak pieniędzy nie narzekała, ale sam wuj nie wyglądał na takiego, co mu się przelewało. W przeciwieństwie do swojego brata lekarza o specjalizacji chirurga, wuj Albert został rolnikiem. Uprawiał rzepak, miał kury na wolnym wybiegu, trochę krów mięsnych i mlecznych, certyfikowane eko gospodarstwo. Pomocą służyli mu dwaj synowie – ponad trzydziestoletni kawalerowie, którzy rzadko poza Litowice wyściubiali nosy.

Teraz każdego ranka, czyli od długich trzech dni, witał mnie zapach krów i pianie koguta. Czasem do tego festiwalu osobliwości dołączał się Poldek, nie pierwszej młodości owczarek niemiecki. To nie był zły pies, jak ostrzegała plakietka na furtce, lubił aportować i tarzać się w trawie, a najbardziej, gdy drapałam go delikatnie za uszami. Szykowały mi się wiejskie wakacje.

 

Wuj Albert - wysoki, chorobliwie chudy - był młodszym bratem dziadka Juliusza – niższego i wyraźnie grubszego. Odkąd pamiętam, obaj nie przepadali za sobą, chociaż ojciec podkreślał, że za czasów, kiedy był bajtlem, pałali do siebie szczerą braterską miłością. Tylko co wpłynęło na ich relację? Kilkukrotnie słyszałam kłótnie wuja i dziadka, zawsze padało zdanie, które na dobre utkwiło mi w pamięci, używane zarówno, jako argument i zarzut: bo ona. Dziś wiedziałam, że tajemnicza „ona”, to była moja babcia Elżbieta Acela z domu Gabalska – źródło niezgody braci.

Babcia Elżbieta urodziła się w 1935 roku i od dziadka była starsza o prawie dziesięć lat. To ona w związku trzymała rękę dosłownie na wszystkim, tak zapewniał ojciec. Delikatnie mówiąc. Dla mnie nie była dobrą osobą – oschła, surowa o wiecznie niezadowolonym wyrazie twarzy. Rodzina Gabalskich była mi zupełnie obca. Oprócz kilku wzmianek o rodzicach babci, nikt nie wspominał o dalszych krewnych. Z ust dziadka wychodziły tylko niewylewne historie jak ta, że większość zginęła podczas wojny. Inaczej wyglądała sytuacja w rodzinie Aceli – drzewo genealogiczne było obszerne i wszystkim nam w miarę dobrze znane. Jednak dziadek przez lata powoli zrywał kontakt, ja zdołałam poznać naprawdę niewielu członków.

 

Czasem ojciec, kiedy namolnie zadawałam pytania, odpowiadał, o ile sam wiedział. Czasem dziadek, jak trochę więcej wypił przy jakiejś okazji, a te zdarzały się naprawdę rzadko, wtedy zawiązany przez babcie język nagle się rozplątywał.

"- Po śmierci rodziców Eli – zaczął Juliusz czerwony na policzkach. – Wzięliśmy i zrównaliśmy z ziemią ten przeklęty dom!

- O co ci chodzi, tato? – zapytał zdziwiony Marek.

- Synu, byłeś mały – odparł i wziął łyk koniaku. – Ten cholerny dom, w tej cholernej okolicy snobów, wielcy panowie i jeszcze większe panie. Dupy w drzwiach im się nie mieściły! Ciągle coś im nie pasowało, a to, że głośno, że krzyki w nocy, że dziwni ludzie się u nas kręcą, a przecież nic takiego nie miało miejsca! – wydarł się, wciąż urażony tym, co go spotkało.

Zebrani goście posłali Juliuszowi wymowne spojrzenia.

- Jakie dupy, dziadku? – zapytała zaciekawiona dziewięcioletnia Letycja.

- Letycja! – zawołała Ramira z salonu. – Nie wolno ci tak mówić!

- Przecież zawsze mówiłeś, że to jest ten dom po rodzicach mamy – dopytywał Marek.

- Nie, to w Grankach Małych było – oznajmił. - Policja zaczęła się kręcić, padały dziwne pytania, oskarżenia, Ela już nie mogła wytrzymać, przenieśliśmy się tutaj w siedemdziesiątym piątym, jak miałeś dwa lata."

 

***

 

Mijał kolejny dzień, leniwa sobota. Letycja smętnie włóczyła się wokół gospodarstwa, zaglądając na zmianę, a to do krów, a to do kurczaków. W przechadzce towarzyszył jej Poldek, od czasu do czasu aportując piłkę. Jakbym cofnęła się o sto lat, niemożliwe, że to dwudziesty pierwszy wiek – pomyślała z goryczą.

Na polu rzepaku jeszcze nic się nie działo, siew przypadał na sierpień, Letycja rozejrzała się jedynie i zawołała psa. Ruszyła w stronę nieużywanej stodoły nieopodal lasu, obok zarośniętego zbożem pola, z którego wuj Albert już nie korzystał. Pies wypuścił z pyska piłkę i znieruchomiał.

- Hej, staruszku – zawołała – co jest?

Skierowała wzrok, mniej więcej, w to miejsce, gdzie pies coś zwęszył. Nic nie widziała. Zboże delikatnie falowało na lekkim wietrze. Ptaki nurkowały w suchą toń roślin i wynurzały raz z tłustym robakiem, a raz z materiałem do budowy gniazda. Życie toczyło się - niezachwiane.

- Nic tam nie ma, Poldku – powiedziała, głaszcząc go pysku. – Idziemy.

Przestąpiła nogą nad ślimakiem, odwracając się plecami do zwierzęcia. Wtedy głośne i niespodziewane szczeknięcie oraz gardłowy warkot ostudził zapał dziewczyny. Serce zatłukło i nieprzyjemny, dreszcz obmył ciało Letycji. Odwróciła się niepewnie do psa. Poldek obniżył łeb i warczał na coś nieustannie, wpatrując uważnie w to samo miejsce. Może dzik tam jest albo sarna? – biła się z myślami.

Ponownie spojrzała w stronę pola. Cholerna, nic tam nie ma! – zaczęła się denerwować. Stanęła na palcach, dłonią osłoniła oczy przed jasnymi promieniami popołudniowego słońca. Nie bardzo wiedziała co ma szukać, gdzie skierować wzrok. Odpowiedź przyszła szybko i niespodziewanie.

- Co do…

W oddali na horyzoncie, na lewo od dziewczyny, ktoś lub coś, energicznie potrząsało suchym zbożem. Letycja wpatrywała się uważnie, nie mogąc rozszyfrować, jakie zwierzę (albo zwierzęta) idą w oddali przecinając na wskroś pole.

- Nie – zastanowiła się – to musi być jedno… zwierzę?

 

Dziewczyna do samego końca próbowała logicznie wytłumaczyć dziwne zjawisko. Żałowała, że nie wzięła ze sobą telefonu, nawet gdyby z dokładnością opisała dzisiejsze zdarzenie, nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzyłby w taką nierealną opowieść. Sama w końcu cały czas wątpiła.

Istota przedzierająca się przez pole była duża, za duża jak na przeciętnego człowieka, ale każda komórka, przesyłająca obraz do mózgu, potwierdzała, że to ludzkich kształtów kreatura. Wydawało się, że kroczy na czworaka, tylko co jakiś czas wynurzając długie, łopatowate ręce zagarniające na boki zboże przed sobą – wolno posuwała się do przodu w stronę lasu za starą stodołą.

Czubek bladej łysej głowy, obrysowanej chaotycznym wzorem granatowych żył, wystawał ponad kłosy. Letycja sparaliżowana strachem nie potrafiła ruszyć żadną częścią ciała, chociaż w myślach trzeźwo oceniała sytuację, krzycząc do siebie – idiotko, wiej!

Poldek zaszczekał głośno. Istota zatrzymała się.

- Zamknij się – wyszeptała stanowczo. – Poldek, błagam, zamknij się!

Blada głowa wynurzyła się ponad zboża. Oczom Letycji ukazała się ogromna spękana twarz o zapadniętych policzkach i oczodołach jak bezkresne dziury wypełnione mazią. Kreatura otworzyła usta z głębokimi rozdarciami, od kącików po kości jarzmowe, i wydobyła z siebie niski buczący dźwięk roznoszący się po całej okolicy. Niepokój targał wnętrznościami dziewczyny, zimny pot strużkami spływał po skroniach. Pies zapiszczał przeraźliwie aż w końcu uciekł w stronę domu wuja Alberta, w ślad za nim ruszyła Letycja, której treść żołądka podeszła pod same migdałki.

 

Wróciwszy do domu wuja, nie wspomniała o tym, co zobaczyła. Szybko wbiegła do pokoju, zatrzaskując się w nim w obawie, że stwór przyjdzie tu za nią. Albert wchodząc do ganku zobaczył rozdygotanego psa.

- Poldek! - zawołała, kucając przy zwierzęciu. - Co ci jest staruszku?

Pod wieczór Letycja zeszła na kolację, przywitała się smętnie z ojcem i wróciła do przeżuwania kanapki. Marka w zupełności nie zdziwiło zachowanie córki, wciąż myślał, że przeżywa wizytę w posiadłości. Z resztą, spędzał z nią ostatnio mało czasu, na głowie miał wiele formalności. Do kuchni wszedł wuj Albert.

- Letycjo, co się stało, że Poldek jest taki wystraszony? - zapytał.

- Nie wiem, coś zobaczyliśmy w tym nieużywanym polu - oznajmiła. - Chyba stado dzików.

- To dziwne - zastanowił się wuj. - On nigdy nie bał się dzików.

 

Tej nocy nie zmrużyła oka. Siedziała na łóżku, okryta cienką kołdrą i, z lękiem utkwionym w oczach, spoglądała przez okno na rozciągające się w oddali suche pole. Co to było? - zastanawiała się.

 

".." - tak zapisane dialogi oznaczają retrospekcję. Niestety nie ma tu kursywy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Bajkopisarz 2 tygodnie temu
    „od ojca, to za jego namową postanowił”
    Sugestia: za namową którego postanowił

    „- Rozumiem – nie naciskał.”
    Teoria mówi, że jeśli po wypowiedzi narracja nie dotyczy bezpośrednio tej wypowiedzi np. powiedział, krzyknął, zapytał, to zapis powinien być taki: - Rozumiem. – Nie naciskał.

    „"- To ten stary dom na Jesionowej? – zapytał mężczyzna,”
    Ale ten mężczyzna to ktoś inny niż Leszek Barczyk? Z zapisu, nawet jeśli to retrospekcja, trudno się zorientować.

    „którzy poza Litowice rzadko wystawiali nosy.”
    Szyk: którzy rzadko wystawiali nosy poza Litowice.

    „o twarzy wiecznie niezadowolonej”
    Szyk: o wiecznie niezadowolonym wyrazie twarzy

    jakiejś okazji, a te zdarzały się naprawdę rzadko, wtedy zawiązany przez babcie język nagle się rozplątywał.
    Sugestia: jakiejś okazji. Choć te zdarzały się naprawdę rzadko, jednak wtedy zawiązany przez babcie język nagle się rozplątywał.

    „zabrał łyk koniaku.”
    Wziął łyk

    „Letycja rozglądnęła się”
    Rozejrzała (czynność dokonana). Rozglądać się – czynność niedokonana

    „dreszcz obmył ciało Letycji.”
    Raczej: przeszedł ciało

    „Nie bardzo wiedziała co ma”
    Czego ma

    Ok., czyli mamy wyjaśnione, czemu dom sobie stał pusty, czemu nie był remontowany wcześniej i czy wuj nie będzie zaskoczony jak zobaczy rodzinkę z Anglii na progu swej posiadłości.
    Podoba mi się pomysł rodzinnej tajemnicy, faktów na które despotyczna babcia nałożyła embargo.
    Ładnie się teraz związuje akcja, jest już demoniczna istota, ciekawym, kogo z niej zrobisz. Czekam na rozdział numer trzy.
  • LeeaThorelli 2 tygodnie temu
    1. Nie jestem przekonana. Przemyślę
    2. Tak, mój błąd.
    3. Ktoś inny, po tym dialogu jest taki akapit "Marek po kilku telefonach stracił nadzieję, że znajdzie kogoś do pracy. Debile… no debile – pomyślał wtedy, wertując w internecie ogłoszenia z działu budowlanego" - wydawało mi się to w miarę czytelne, ale jak nie jest, to coś dopiszę.
    4. 5. Ok
    6. Tu też nie jestem przekonana czy trzeba zmieniać. Przemyślę
    7. Ok
    8. Rozglądnąć się, to regionalna forma rozejrzeć się i ja niestety jestem z regionu, gdzie tak się używa. :D Ale nie ma problemu, zmienię.
    Reszta ok, do zmiany.

    Dzięki za ocenę, są takie mankamenty, które samemu ciężko wyłapać. :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania