Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Morgan

Kolejna bitwa za mną. Walka, która nie powinna mieć miejsca. Na moim ciele znów pojawiły się nowe rany, które zmienią się w blizny, lecz te najgorsze pozostaną w duszy, a demony zmarłych będą nawiedzać mnie we śnie.

 

Wojnę z wrogim państwem przegraliśmy już rok temu, gdy Mandurowie zajęli stolicę i wszelkie ważne strategicznie punkty. Ten uparty lud, na czele ze mną, mimo wszelkich przeciwności wciąż próbuje odzyskać państwo. I nie rozumiem ich determinacji, ducha walki. Wojują o dawne życie, tylko, że ono nie będzie już takie same. Westchnęłam. A ja, co zakrawa wręcz o hipokryzję, także walczę chociaż o namiastkę dawnych czasów.

 

Spojrzałam na moje zniekształcone w lustrze odbicie. Ujrzałam coś, czego nigdy nie spodziewałam się zobaczyć w czasie mojego spokojnego życia przed wybuchem wojny. Dawno temu zobaczyłabym tam przepiękną dziewczynę o promiennym uśmiechu, który dopełniany był długimi falami kasztanowych włosów okalającymi twarz. Teraz jedyne co zostało z dawnej mnie to niebieski kolor oczu. Cała reszta odeszła w niepamięć.

 

Podeszłam do glinianej misy. Chwyciłam ją, przez chwilę miałam ochotę ją rozbić, ale powstrzymałam się. Podniosłam ją i tak mocno zacisnęłam palce, że zbielały mi kostki. Wyszłam przed namiot.

 

Znów zobaczyłam te same sceny rozgrywające się po każdej stoczonej przez nas bitwie. Obóz wypełniały krzyki rannych i nawoływania kobiet zajmujących się tymi, którzy tej pomocy potrzebowali najbardziej. W pobliżu leżało przynajmniej kilka noszy z ludźmi pozbawionymi kończyn lub ze znacznie gorszymi ranami, dającymi im marne szanse na przeżycie w obecnych warunkach. Ruszyłam w stronę rzeki płynącej niedaleko, po drodze mijałam wozy pełne martwych ludzi, którzy wieczorem mieli być ułożeni na przygotowywanych niedaleko stosach pogrzebowych i spaleni. Jak zwykle policzyłam, ile z nich zostało już wypełnione trupami. Po tylu bitwach wyrobiłam to był już po prostu nawyk.

 

-Tylko pięć - powiedziałam do siebie pod nosem. - Nie tak źle.

 

Minęłam ostatni z nich i już miałam skierować się w stronę mojego celu, gdy dobiegł mnie cichy jęk. Zaklęłam w myślach i cofnęłam się. W takich momentach ciało nigdy nie słucha umysłu i robi co chce. Taka moja natura. Na ostatnim, najmniej wypełnionym wozie leżał ledwo żywy chłopak. Usiadłam obok niego. Biedak. Rozpłatany brzuch, z którego już wypadło jelito, a niedługo także reszta, dawały mu jedynie szansę na długą śmierć pełną bólu i smrodu.

 

Wydawało mi się, że starał się coś powiedzieć, ale nie było nic słychać. Z jego ust dobyło się jedynie charczenie. Poza śmiertelna raną miał także liczne zadrapania na twarzy i ramionach. Zza pasa wyjęłam sztylet. Chłopak i tak niedługo umrze, a ja mogę ukrócić jego cierpienia. Spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem spod burdnych, dzisiaj rano czystych i słomianych, kosmyków. Nie chciałąm tego, lecz zaśmiałam się krótko. Myślał, że da się go uratować, a jego obecność na tym wozie to jedynie pomyłka. Chwyciłam mocniej rękojeść i przyłożyłam ostrze do jego szyi. Sprawnym ruchem pozbawiłam go życia. Z jego ust dobyło się ostatnie charknięcie i wkrótce wypełniły się krwią. Oczy młodzieńca zaszły wieczną mgłą. Oczami wyobraźni widziałam jak Melfe wita jego duszę u bram swego pałacu.

 

Umarł szybko. Szybciej niż myślałam.

 

Zeskoczyłam z wozu i odeszłam. W końcu mogłam ze spokojem zrobić to co chciałam.

 

Po kilku, może kilkunastu minutach dotarłam do leniwie płynącej wody. Na jej brzegu było już kilka osób, które obmywały się z krwi wrogów, swojej i swoich sojuszników. Nie w smak mi było towarzystwo innych, więc skręciłam w prawo i poszłam w górę, w stronę wodospadu, od którego tworzyło się małe jeziorko, a rzeka miała swój początek. Dotarłam po dość długim marszu. Droga była o wiele dłuższa niż z obozu nad koryto, ponieważ ścieżka, którą tu doszłam, jest zarośnięta. Spojrzałam na nagie przedramiona, na których pojawiły się nowe zadrapania.

 

Z wody wystawał duży kamień. Ściągnęłam buty, przeszłam przez jej niewielki fragment i wdrapałam się na wystającą skałę.

 

Wsłuchałam się w głośny szum wodospadu. Kochałam tu przebywać. Promienie słońca i bryza dawały mi ukojenie i pozwalały zapomnieć o minionych rzeczach, zdarzeniach, o całej przeszłości. Położyłam się na zimnej skale i zamknęłam oczy chłonąc otaczające mnie dźwięki i spokój. Minęło tak kilka chwil... lub dłużej, bo gdy w końcu się podniosłam zaczęło się ściemniać. Ostrożnie ześlizgnęłam się z kamienia wprost do wody. Nie chciałam zamoczyć ubrań, a raczej tego co z nich zostało, ale ilość wody i to jak szybko do niej wpadłam sprawiły, że zamoczyłam nogawki. Przeszłam na brzeg, w myślach psiocząc na własną nieostrożność i tam ściągnęłam koszulkę wraz ze spodniami, które ułożyłam w kostkę na butach.

 

Ponownie weszłam do jeziorka w celu zmycia z siebie całego dnia. Przygotowań, bitwy i jej skutków. Zimna ciecz otuliła moje ciało i dała ukojenie w każdym z miejsc, w które otrzymałam rany. O dziwo, poczułam je dopiero teraz, gdy wszelkie emocje spowodowane dzisiejszymi wydarzeniami minęły.

 

Na tyle ile dałam radę zmyłam z siebie krew. Woda wokół mnie zabarwiła się przez chwilę na czerwono. Gdy ostatnia smuga rozpłynęła się pośród delikatnych fal, wzburzanych przez moje ciało, zanurzyłam się, by zmyć brud z włosów. Pod taflą jeziorka rozplotłam ciasno związany warkocz i pozwoliłam im utworzyć wokół mojej twarzy kasztanową aureolę. Poczułam się jak piętnastoletnia dziewczyna, którą byłam tak dawno temu. Popłynęłam pod wodą w stronę środka jeziora, gdzie było już na tyle głęboko, że nie nikt nie był w stanie dotknąć dna, ale na tyle płytko by przy zanurkowaniu dotknąć kamieni wyściełających zagłębienie.

 

Wynurzyłam się na chwilę by zaczerpnąć powietrza i znów zeszłam pod wodę. Po raz kolejny szukałam złota pomiędzy kamieniami.

 

W mojej głowie pojawiła się legenda związana z tym wodospadem i jeziorkiem. Niańka opowiadała mi ją każdego wieczoru nim poszłam spać. Mówiła, że na szczycie, na skałach otaczających opadającą rzekę istniał zamek, a jego wieże zbudowane były ze złota. Tworzyły go dwie części złączone pięknie zdobionym, kamiennym mostem. Ziemiami, które otaczały wspaniałą posiadłość panował okrutny władca, któremu przyjemność sprawiało zamykanie w lochach poddanych nie zdolnych do płacenia podatków. Więzienie przeznaczone było tylko dla mężczyzn, kobiety i dzieci dłużników były zmuszane do pracy na służbie u najważniejszych możnych królestwa. Pewnego dnia poddani zbuntowali się i całym złotem, srebrem, wszystkimi miedziakami jakie posiadali, zapłacili potężnej i okrutnej wiedźmie, aby zniszczyła zamek wraz z jej mieszkańcami. Kobieta zrobiła to o co prosili i zmiotła posiadłość wprost w odmęty leżącego poniżej jeziorka. Złote kamienie, które budowały wieże zostały rozbite na kawałki, tak drobne jak nasiona słonecznika. Część z nich prąd zabrał ze sobą i poniósł wzdłuż rzeki, a pozostałe znalazły swoje miejsce pośród kamieni i z czasem zostały przez nie przykryte.

 

Co prawda nigdy nie wierzyłam w te historyjki, ale lubiłam zanurkować w poszukiwaniu złota, by chociaż na chwilę zapomnieć o otaczającej mnie rzeczywistości.

 

Jak zwykle nic nie znalazłam.

 

Dopłynęłam na brzegu i ubrałam się. Z późnego popoludnia zrobił się wieczór, nie było już tak ciepło jak wcześniej, więc zrobiłam to w pośpiechu. Z lekkim uśmiechem na ustach podniosłąm misę, którą wzięłam ze sobą z obozowiska i wróciłam tą samą trasą, którą przyszłam. Woda wprost z wodospadu jest o wiele lepsza niż z rzeki, jednak postanowiłam nabrać ją dopiero niedaleko miejsca stacjonowania, by nie rozlać jej po drodze.

 

Zatopiona we własnych myślach i wspomnieniach dotarłam do miejsca, gdzie kilka godzin wcześniej minęłam grupę ludzi. Zrobiło się już pusto i ciszę przerywał jedynie cichy szum wody. Jednak nie było to nic dziwnego, zbliżał się posiłek, a maruderzy, którzy się niego spóźniają zwykle dostają same resztki. Od obozu dzieliło mnie kilkanaście minut i byłam pewna, że na kolację na pewno się spóźnię, ale nie przeszkadzało mi to. Nic gorszego od dzisiejszej bitwy nie było w stanie już mnie spotkać. Nabrałam wody.

 

Ruszyłam w stronę obozu w dobrym humorze, przed oczami pojawiły mi się obrazy dzisiejszej walki, jednak zignorowałam je. Pod nosem nuciłam starą kołysankę, a w głowie ujrzałam wspomnienia mojego szczęśliwego dzieciństwa, pozwoliłam sobie się w nich zatopić by jak najdalej odsunąć od siebie przyszłość.

 

W dobrym humorze dotarłam na miejsce i upuściłam miskę, która z brzękiem rozbiła się na kamieniach. Przede mną rozciągał się obraz jak z najgorszego snu. Wielka pusta polana, którą zajęliśmy kilka dni wcześniej, teraz zmieniła się w pole ognia. Namioty płonęły, ludzie próbowali walczyć lub w panice uciekali, niektórzy z nich już leżeli martwi.

 

Byłam na siebie wściekła. Nie wiem, dlaczego pozwoliłam sobie na odcięcie się chociaż na chwilę od świata by poczuć szczęście, nie zauważyłam przez to łuny, którą daje ten ogień. Smród palonych ciał i namiotów także był trudny do przeoczenia dla człowieka świadomego otoczenia, a ja zachowałam się jak głupi szczeniak i wyłączyłam na zbyt długą chwilę.

 

Szybko się otrząsnęłam i złapałam jednego z żołnierzy uciekających w stronę lasu za moimi plecami.

 

-Dawaj miecz!

 

Żołdak upadł i spojrzał na mnie oczami pełnymi strachu i braku zrozumienia. Prychnęłam z niecierpliwości i wyszarpnęłam mu broń z dłoni. Mój oręż pozostał w namiocie, który teraz płonął, więc musiałam zadowolić się tym co zdobyłam. Byłam wściekła, na siebie, na tchórzy, na wszystkich, ale pomogłam mu wstać. Niestety chłopak, zapewne niewiele ponad szesnaście lat, został zabity precyzyjnie wycelowaną strzałą, która przeszła prosto przez jego gardło. Puściłam go i pozwoliłam ciału opaść na ziemię.

 

Rzuciłam się w wir walki.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Bajkopisarz 2 tygodnie temu
    Jest nieźle. Żeby było bardzo dobrze, trzeba ogarnąć zaimkozę, najlepiej przez usunięcie połowy zaimków, a z pozostałej połowy – przez zamianę ich w rzeczowniki lub przymiotniki.
    Sama treść w sumie frapującą. Po bitwie zwykle jest obraz nędzy i rozpaczy, ktoś umiera, ktoś inny żyje choć w zasadzie nie powinien. Chwila szczęścia i zapomnienia nic nie daje, co najwyżej po powrocie do rzeczywistości ból jest większy.
    Końcówka to nie moja bajka. Rzucenie się w przegrany bój, gdy nie ma szansy na zwycięstwo to już tylko ukaranie siebie – w sumie za co? Martwi jeszcze nigdy nie wygrali żadnej wojny. Zwycięstwo zawsze jest udziałem żywych, choć popkultura wymyśliła coś takiego jak zombie, może dla podniesienie na duchu? Ale zombiaki też koniec końców przegrywają.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania