Most

Most - fragment powieści

 

Z wykusza1 dzwonnicy zrujnowanego monastyru, niczym bocianiego gniazda, porucznik Julian Fischer w mundurze niemieckiego sapera, obserwował od późnego popołudnia odległą przestrzeń. Był daleki od prostych wzruszeń, szczególnie w tym miejscu, jednak rozsiane w dolinie- wśród zielonych pagórków- liczne warowne klasztory i świątynie, wydały mu się jakąś poetycką armadą okrętów zacumowanych na morzu pachnących sosen i dostojnych buków.

-To ci dopiero rajski ogród !- Mamuś byłaby zachwycona i jeszcze na dodatek spokojna, bo szanowny małżonek niczego nie mógłby tu poprawić i zakazać- roześmiał się głośno.

Większość tych cudowności wyróżniała spatynowana czerwień murów, a w oku lornetki widać też było malowidła na ich ścianach zewnętrznych.

-Niezłe modlitewniki dla analfabetów- mruknął z naturalną ironią - przyglądając się biblijnym postaciom świętych i monstrualnym diabłom, w których wprawne oko badaczy historii dostrzegłoby na pewno rysy tureckich najeźdźców.

Przerwał nagle sentymentalną eksplorację okolic monastyru, przeciągnął się nerwowo, jakby w zamiarze odrzucenia balastu porannych uniesień, a oparty o framugę okna uśmiechnął się do natarczywej myśli:

- Piękne miejsce na wakacyjne biwakowanie, a ojciec to już na pewno znalazłby tu wiele inspiracji i nie chciał wracać do naszego nudnego Raciborza. Nikt nawet nie podejrzewa, że taki z ciebie wrażliwy staruszek, chociaż szkoda, Samuelu Fischer, że zmarnowałeś miłość żony, a z jedynym synem potrafisz tylko głupio się spierać- parsknął gniewnie.

Jego rodzinne miasto z apodyktycznym rodzicielem i samotną do śmierci matką, stawało się dziwnie odległym i abstrakcyjnym wspomnieniem, a jednak to chyba wciąż był jego ukochany zakątek świata. Nie męczyła go jednak tęsknota za domem, przynajmniej na razie, za to niepokoiły dziwne i uporczywe sny, przywołujące ciągle ten sam widok diabolicznego starca, pochylonego nad wysychającymi kępami rododendronów, w cudownym ogrodzie matki. Pamiętał, że przydomową zieleń nazywała żartobliwie ostatnią planetą wolności w kosmosie zaanektowanym przez proroka Samuela.

- A szanowny pan radca w dyktatorskich zapędach nakazał wycięcie ukochanych kwiatów swej pięknej żony- krzyknął niespodziewanie ku bukowym lasom za oknem dzwonnicy.

- Sen- mara. Równie pusty jak całe moje życie, wojna i siedzenie w rumuńskim monastyrze; szalone jak ojcowski upór, bym studiował prawo we Wrocławiu. Jeszcze teraz, myśląc nie tylko o ojcowskich planach, ale i swojej wizji dorosłości z ukochaną medycyną, nie potrafił ukryć gniewu. Rósł w nim gwałtownie, jak letnia, parna burza.

- Powiem ci ojczulku!- wybuchnął- ile dzisiaj warte są twoje marzenia o studiach prawniczych, albo moje o białym fartuchu lekarza. Walczyłem nad Ardżesz2, której cuchnące wody przyjęły 60 tysięcy niemieckich chłopców. Widziałem ich poszarpane ciała i nurzałem się w rumuńskiej krwi…

Oddychał głęboko, łapczywie, jakby w poszukiwaniu powietrza. Cofnął się wreszcie do wnętrza izby, usiadł na kamiennym klepisku i oparł głowę o zimną ścianę. Czuł, że musi to teraz, choć bezgłośnie, wyrzucić z siebie:

- Pluję na święte kodeksy prawa, mój biały kitel i twoją pieprzoną mądrość. Pamiętam tylko, że kiedy napuszony August von Mackensen,3 ogłaszał tryumf niezwyciężonej armii cesarskiej, wokół jego pułków i batalionów płonęły pola naftowe, i łany pszenicy, a nad smrodliwymi dymami niósł się skowyt tysięcy popielejących istnień. Wciąż to widzę, tato i nie chcę więcej myśleć o marzeniach, i gównianych receptach na życie pana radcy Fishera!! Gdzie jest dzisiaj mama, gdzie jestem ja? Ojcze!

Milczał jeszcze przez dłuższą chwilę, jakby po raz kolejny chciał się zmierzyć ze wzburzeniem, lękiem i boleśnie dziecięcą bezradnością. Zamiast tego przyszło nagłe uspokojenie. Znów był metodyczny i chłodny. Wstał, kierując szkła lornetki ku bliższej perspektywie. Nieomal u jego stóp rozciągało się małe miasteczko.

Ciągle nie był pewny:- Casma to czy Lubec ? Otoczone, jeśli saperska mapa polowa się nie myliła, potokiem o nazwie Cumana, przypominało baśniową krainę z utworów Grimma. Za resztkami murów obronnych- naznaczonych śladami narożnych baszt- kryła się siatka wąskich uliczek, przy których przycupnęły domki porośnięte mchem i zdobione seledynowymi tynkami. Julian raz za razem wychylał się przez okno, by przyglądać się maciupkim ogródkom i wieży zegarowej z wciąż działającym czasomierzem. Pomijał przy tym wszelką ostrożność, bo też i niepotrzebny był kamuflaż. Kamieniczki już od pół roku stały prawie puste. Większość mieszkańców uciekła przed zbliżającym się frontem, a pozostała garstka rzadko wyłaniała się ze swych siedlisk.

- No, no, no... więc tak wygląda południowa Bukowina, a w niej bezpieczne schronienie dla bohatera, gotowego do wysadzenia kamiennego mostu- perorował- odkładając lornetkę. Już dawno zauważył, że często i głośno mówi do siebie, ale wszelkie wątpliwości co do kondycji psychicznej komentował zdawkowym:

- Cóż z tego? Przecież wojna...

Wzruszył więc i teraz ramionami, usiadł na drewnianej skrzynce, sięgnął do menażki, wypełnionej fasolą z śladami wołowiny, połykając w zadumaniu, ale i ze smakiem dzienny przydział prowiantu.

- Wszystko się niby zgadza. Mój cel, w zgodzie z opisem, stoi nad wyschniętym w miesiącach letnich strumieniem i ma – według niewątpliwie ścisłej wiedzy kapitana Wanke- zamienić się od września w rwącą, zdradliwą rzekę. Do tego czasu, a w zasadzie już za chwilę, pięknie go zlikwiduję.

Podniósł do ust nieregulaminową butelkę palinki, łyknął ostrożnie podłego trunku, a wertując notatki dowódcy, jeszcze raz czytał:

,, Warto byś wiedział, Julianie, że miejscowa ludność od pokoleń nazywa ten most piatra moarte4, bo wierzy, że raz na sto lat- w dzień świętego Vlada- na jego bruku umiera świeżo poślubiona panna młoda. Mieszkańcy mówią, że znakiem dopełniającego się przeznaczenia ma być piętno szatana, wypalone na jej piersi. No i co ty na to, chłopcze? Sam przyznasz, że nie byle jaką opowieść ci komunikuję.”

W ostatnich zdaniach znajdowało się krótkie polecenie, ale nie był to rozkaz, a raczej troskliwa rada przyjaciela:

,, Poruczniku Fischer nie lekceważcie niczego, nawet jeśli wydaje się Wam lokalną bajeczką. Licho nie śpi i lepiej zrobić z siebie głupca niż zdychać z rozprutym brzuchem!”

- Ot i mój śmieszny Besserwisser5, z równie zabawną opowieścią. A legenda jak to legenda, Auguście,- głośno odpowiedział nieobecnemu. Najwyraźniej poczuł sie jednak w obowiązku, by rozwinąć zdanie, dlatego przygryzając kawał suchara, dokończył :

-Wiele takich w Rumunii, co to napędzają wyobraźnię poszukiwaczy mrocznych opowieści, jednak gdybyś tak głupio nie zginął, przypomniałbym, że w czerwcu 1917 roku najkrwawszą jest ohydztwo wojny, stokroć wykraczające poza wyobraźnię wszelkiej maści gawędziarzy.

Jeszcze raz łyknął palinki, a potem, sięgając do plecaka po wyschniętą cebulę, zamknął ostatecznie swój wywód:

- Sam wiesz, Auguście, że ci domorośli opowiadacze na poczekaniu potrafią wymyślać dziwaczne monstra i stwory.

Czknął głośno mieszaniną cebuli i podłej wódki, a potem wstał ociężale z swego siedziska. Rozejrzał się po wieży, jakby w poszukiwaniu lokalnego szkaradztwa, spojrzał w ciemność włazu i jeszcze raz przechylił spory haust piekielnej palinki.

- I pomyśleć, że to wszystko wyniuchał skrupulatny August Wanke -zachichotał.- Szkoda tylko, że stary piernik, zanim rozerwały go rosyjskie szrapnele6, nie zdążył dosłyszeć, albo doczytać o jakieś lokalnej piękności, gotowej umilić jego saperowi odważną służbę cesarzowi i ojczyźnie. Zaprosiłbym do wieży taką księżniczkę i oddał we władanie całe to kamienne królestwo. To żaden przecież występek i zaledwie maleńkie odstępstwo od wojskowego drylu, mój biedny kapitanie- uśmiechnął się do nadspodziewanie konkretnej i kształtnej myśli. W ostatnich tygodniach przybierała ona formy nad wyraz realne i pociągające. Raz była to Nadii, raz Rodica, albo Fifika- wszystkie jednakowo uległe i przestraszone, gotowe pokornie przyjmować wolę niemieckiego zdobywcy. Wykonując samotnie saperskie zadania czynił to starannie i skutecznie, jednak coraz częściej zapędzał się w rejony, które sam nazywał ,, terytorium Indian’’. Tam staranne wychowanie i solidna edukacja ustępowały żądzy posiadania; spowolniły, ale nie zahamowały ewolucji Juliana Fischera, który stawał się ponurym drapieżcą, usidlającym niewinne ofiary.

- I w tym też podobny jestem do ciebie, ojcze- mruknął. - Jak ty, potrafię jedynie zadawać ból, szczególnie kobietom.

W końcu, kiedy śmieszne poczucie winy budziło go nazbyt często, kazał mu iść precz, bo ,,łowca skalpów z dalekiego Ślaska” brał przecież tylko to, co było przynależnym mu łupem wojennym. Jedynie pamięć matki ciążyła coraz bardziej, bo jej nie potrafił odtrącić tak lekko, jak wyrzutów sumienia.

Teraz jednak starał skupić się na saperskiej misji. Jeszcze raz zlustrował najbliższą okolicę i spojrzał po raz ostatni na most. Mapy sztabowe nazywały go punktem strategicznym, który należało niezwłocznie zlikwidować, uniemożliwiając oddziałom rosyjskim wymknięcie się tą drogą z pułapki zastawionej przez dywizję piechoty I Korpusu Armijnego. Szykowała się jesienna ofensywa, a porucznik Fischer, nazywany w batalionie saperów explosiver dünner Mann 7, spełniał oczekiwania przełożonych. Po trzydniowych przygotowaniach był gotowy do wykonania rozkazu.

- Melduję Panie Boże, że wszystko jak w regulaminie. Dwa razy sprawdzone i nic mnie nie zaskoczy. Znam się na tym, jak mi Bóg miły- krzyknął w ciemniejące niebo.

Nie zwlekając też dłużej, przeżegnał się i nacisnął detonator. Huk eksplozji i towarzyszący jej jasny rozbłysk oświetlił kamienną bryłę mostu. Niczym lubieżny starzec, z obleśnym pomrukiem, poczęła układać swe łoże w piaszczystym korycie martwego strumienia. Przez chwilę nad gruzowiskiem kołysał się jeszcze ostatni filar mostu, a potem i on runął, grzebiąc ostatecznie resztki moarte piatră. Zapadła cisza, niepokojąca, jak bezruch powietrza przed uderzeniem huraganu. Kamienne gruzowisko jęknęło najstraszniejszym bulgotem, jakby z głębi trzewi konającego syfilityka i chlusnęło w przymknięte okna seledynowych chatek falą lepkiej, cuchnącej mazi.

Ciemnoczerwona breja gwałtownie wypełniała piaszczyste dno strumienia, szybko przelewając się przez płytkie koryto. Zalewała wszelkie nierówności gruntu, tryumfalnie zdobywając kolejne przyczółki, by wreszcie z łoskotem wedrzeć się na wybrukowane uliczki miasta. Gryzący fetor zepsutej posoki i gnijącego mięsa obudził wreszcie jednego z ostatnich mieszkańców. Starzec w workowatej szacie, podpierający się żelaznym kosturem stał na wprost gruzowiska, wykrzykując, a raczej skamląc:

Catalina, Catalina !- ratujcie moje dziecko.

Huk spienionego krwią strumienia tłumił jego zawodzenie, jednak nie na tyle skutecznie, by nie dotarło w końcu do żołnierza. Chudzielec,dumny z dzieła zniszczenia, zdrapywał zastygłą skorupę brunatnej cieczy, która pierwszym podmuchem wiatru naznaczyła mu twarz, przydając dość przystojnej fizjonomii złowieszczego charakteru.

Przeklęty most, przeklęty smród- mamrotał jeszcze przed chwilą, ale teraz, z wyżyn dzwonnicy, służącej, jako bezpieczny schron w czasie eksplozji ładunku, przyglądał się z uwagą dziwnej postaci. Zdobiła ją gładko ogolona czaszka, kontrastująca z plątaniną siwej brody. Zmierzwiona wiatrem i naznaczona chluśnięciami wody ze wzbierającego z coraz większą mocą, rwącego strumienia trupiej zgnilizny, falowała niczym sztandar odrazy.

Staruszek ostatniej ofiary wadzi się z diabłem- mruknął Julian, a potem wykrzyczał ile sił w płucach:

Uciekaj, barania głowo, uciekaj! Nikogo już nie uratujesz!

Odpowiedzią był nagły obrót głowy starca ku dzwonnicy. Reszta tułowia tkwiła w bezruchu, zwrócona ku szczątkom mostu. Julian po raz pierwszy zauważył jego ogromne, puste, oczodoły, wypełnione ogniem. Najdziwniejszy był siny jęzor, zwisający z na wpół przymkniętych ust, wykrzywionych w nagłym uśmiechu.

No to od teraz będziesz Psim Jęzorem, przystojniaku- zagrzmiał do potwora, rozprostowując patyczkowate nogi, zastygłe od dłuższego bezruchu. Prawie że równocześnie wrzasnął:

Ależ to on! Mam cię!- To ty, siwobrody upiorze, nachodzisz mnie w snach i depcesz ogród matki.

Dziadyga westchnął świstem konającego astmatyka, wyciągnął rękę w geście powitania, czekając jakby na kolejne wołania z dzwonnicy, a potem nagle, zanosząc się gwałtownym śmiechem, wyrecytował starannie strofy Goethego:

Willst feiner Knabe du mit mir geh'n?

Meine Töchter sollen dich warten schön,

Meine Töchter führen den nächtlichen Reihn

Und wiegen und tanzen und singen dich ein. 8

Upiorną deklamację ballady, którą niegdyś do znudzenia czytał z matką, przerwał wrzask starej kobiety, która wyłoniła się nagle z otwartych drzwi domu, przycupniętego przy jedynej cerkwi w miasteczku. Dwoma skokami dopadła starca.

Twoja Catalina sczezła na moście, a ty, Dymitru, oby parszywy kundel zawył nad twym truchłem, wyrwałeś jej serce, przedtem śliniąc piersi i depcząc łono....

Nie dokończyła, bo monstrum gwałtownie rozwarło paszczę, uzbrojoną w lśniące szable wilczych kłów i jednym szarpnięciem rozerwało twarz kobiety. Runęła do strumienia, szybko znikając w rwącym nurcie śmierdzącej kloaki. Psi jęzor głośnym mlaśnięciem oblizał nabrzmiałe krwią wargi i zniknął w paszczy starca, z której wyrwało się przytłumione skomlenie:

Catalina, Catalina...

-Nie zbliżaj się,Człowieku nie zbliżaj- zdołał krzyknąć Fischer do księdza z krucyfiksem, ale ten, przyodziany w splamiony krwią felonion9 , był już przy brzegu strumienia, zawodząc monotonnie ukraińską modlitwę:

,,Bohorodice Diewo, radujsia, Błahodatnaja Marije, Hospod s Toboju”10. Być może chciał uśpić czujność bestii, ta jednak przygarnęła go błyskawicznie uściskiem, dławiącym oddech. Modlitewny jazgot ustał gwałtownie, a nieszczęśnik zsunął się bezwładnie na kolana, podnosząc zamglony wzrok ku oprawcy.

- Ojcze Dymitru, litości- zdołał wystękać, kiedy z rozchylonego pyska wysuwał się jęzor, ślizgający się po twarzy skazańca. Nagłe szarpnięcie zębów wywołało spodziewaną przez sapera kaskadę czerwonej farby, a nieszczęśnik runął do bulgoczącego strumienia.

Głupi klecha – mruknął Julian - pakując do szmacianej torby detonator z leniwie zwisającą plątaniną kabli.

Głupi i martwy -zachichotał nerwowo, a potem spojrzał ku gruzowisku. Było puste.

Co do diabła! Gdzieś się podział, przystojniaku?

Hej, panie zębiasty miłośniku Goethego, czekam na twój popis.

Mocny powiew wiatru przyniósł nie tylko nową falą słodkawego fetoru, ale i dziwną- różową- mgłę, sunącą od szczątków mostu. Otaczała szczelnie wieżę monastyru, pozbawiając żołnierza możliwości obserwacji. Mimo tego słyszał coraz wyraźniej kolejne wersy ballady:

-Ich lieb dich, mich reizt deine schöne Gestalt,

Und bist du nicht willig, so brauch ich Gewalt!11

Julian bezwolnie dokończył:

- Mein Sohn, mein Sohn, ich seh'es genau:

Es scheinen die alten Weiden so grau.12

 

- Drabina- wrzasnął - obudzony z poetyckiego uniesienia , rzucając się gwałtownie do włazu w kamiennej podłodze. Chciał jak najszybciej zejść, usłyszał jednak dziwny pomruk i jęknięcia kogoś, albo czegoś , co wdrapywało się do jego schronu. Wpatrzony w żeliwną klapę, krzyczał:

Nie, nie, Dymitru... Nie będzie żadnej próby kłów, nawet o tym nie myśl!

Sięgnął do wnęki pod oknem, gdzie trzymał karabin- niezawodny Gewehr 9813- i poczuł, że drętwieje.

Tak kończą idioci, którzy porzucają przyjaciół.

- Zostawiłem cię pod wieżą- wystękał, a potem zaklął, spoglądając przez wąski wykusz .

Broń leżała w gęstej trawie, obok roweru, na którym dotarł do celu swej misji. Zalewała ją kleista maź, wypełniająca ulice miasteczka. Z otchłani dzwonnicy usłyszał blisko i wyraźnie:

Nieroztropny poruczniku Fischer, żołnierz niemiecki nigdy nie porzuca karabinu. Ale most to most! Pięknie się sprawiłeś, mój chłopcze, dlatego tylko tobie dedykowałem cudowne strofy Goethego. I co byś powiedział, Julianie, gdybym został twoim królem Elfów? Nie, nie odpowiadaj i dość o tym. Czas teraz na wypłatę za most.

Raczej pora na odmarsz, znawco poezji. I skąd – pieprzony diable- znasz moje nazwisko ?

Zamiast odpowiedzi poczuł szarpnięcie drabiną, która jęczała pod ciężarem pokracznego wędrowcy, pokonującego kolejne szczeble. Niechciany gość wdrapywał się do wysokiego schronu, czyniąc to z jakimś szczególnym namaszczeniem, rozważnie, jakby mierzył nadwątlone siły. Tuż przed wyjściem z włazu na kamienną posadzkę zaskrzeczał zmienionym- coraz mniej ludzkim- głosem:

- Ich werde dir einen Soldaten über meine Catalina erzählen, und du wirst nach Ratibor zurückkehren und sagen, was du gehört hast14 Resztką sił Fischer rzucił się do okna wieży, zatykając nos przed narastającym smrodem zgnilizny. Czuł, że brakuje mu powietrza. Kulił się coraz bardziej, wreszcie osunął na kolana i zastygł w bezruchu. W otworze ukazał się najpierw łysy czerep, a potem przerażający- beznogi- odwłok Dymitru. Niczym najobrzydliwszy stawonóg – potworny wij- sunął ku bezbronnej ofierze, pozostawiając za sobą smugę galaretowatej, półpłynnej, brei. Młodzieniec poczuł wilgoć jęzora na szyi i twarzy. Dziesiątki włochatych odnóży wbiło się w tułów nieszczęśnika. Paszcza potwora rozwierała się powoli, niczym wrota śmierci, a porucznik Fischer wsłuchiwał się w skrzek ostatnich słów kreatury:

-Und Grüße an lieben Vater, liebe Julian15!

Powrócisz do niego upiorem, a wtedy nie zapomnij powiedzieć, że wypełniam tylko pulsa dinurę pobożnej Rebeki.

Czerwona smuga mgły wdzierała się w zakamarki wieży, zasnuwając monastyr, miasteczko i ruiny mostu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania