[D]Na kształt mątwy cz. 1

Opowiadanie powstałe na podstawie snu.

[D]Opowiadanie do rozwinięcia w przyszłości.

Tytuł opowiadania: Na kształt mątwy

Kategoria: rytuały, wiedźmy

Część I: Obudź się cukiereczku

 

Ciemne, tłuste nagłówki gazet rzucały się nachalnie w oczy. Przechodnie, niby niechętnie, niby obojętnie zatrzymywali się, posyłając ciekawskie spojrzenia. Artykuł grzmiał typowym plotkarskim żargonem: „To znowu się stało! Kolejna ofiara tajemniczego mordercy”, bez współczucia do ofiary, z umiłowaniem do pieniędzy, jakie mogli zyskać chwytliwym tytułem. I to działało, gazety schodziły jak przysłowiowe ciepłe bułeczki. Sensacja od zawsze robiła dobrą statystykę.

Młoda dziewczyna również sięgnęła po „Codzienny News”, skupiając swoją uwagę wyłącznie na artykule o morderstwie. Wertowała uważnie zdania, gorączkowo analizowała, biła się z myślami – z takim skupieniem siedziała na pobliskiej ławce tuż na skraju parku. Po drodze wzięła kawę, parzące americano z mlekiem, i słodką bułkę z nadzieniem jagodowym, którą przegryzała na zmianę z wydawaniem pomruków niezadowolenia.

- Policja dementuje plotki o powiązaniu z wcześniejszym morderstwem. Komendant główny policji w dniu wczorajszym wygłosił oficjalne stanowisko. Niemniej, kilku naocznych światków twierdzi, że ofiara miała charakterystyczne ślady na ciele, co sugerowałoby działalność tej samej osoby. – Przeczytała na głos, wyrzucając papier po bułce do kosza.

Najedzona i napojona, naładowana i gotowa do działania, ruszyła przed siebie jeszcze nie wiedząc, jaki dokładnie kierunek obierze. Bez opracowanego planu opuściła Bear Creek Park, który o tej godzinie, zaczynał się wypełniać wrzeszczącymi dziećmi. Nieznośny gwar skutecznie utrudniał zebranie myśli. Westchnęła bezsilnie.

Przemierzała ulice centrum Seattle, w stanie Waszyngton, w poszukiwaniu, jak to nazywała, natchnienia. Przychodziło ono niespodziewanie, czasem po usłyszeniu muzyki, czasem po odczutym zapachu, czasem wystarczyła twarz przypadkowej osoby i już wiedziała, gdzie ma iść. Teraz macki rozwijała wokół niej jedynie pustka - jak śnieżenie w telewizorze, nie mogła odnaleźć w tym żadnego sensu. Zaczynała się denerwować. Czuła wyraźnie, że to miasto naznaczone zostało krwią nieprzypadkową. Morderca nie był tylko seryjny, był przede wszystkim rytualny.

W sam środek południa słońce niemiłosiernie przypiekało skórę.

 

Mijając butik z sukienkami, rzuciła niechętnie spojrzenie na witrynę. W szybie odbijała się ona; niby nastolatki, a jakby już kobiety – była nieoczywista. Dla każdego mogła i wyglądała inaczej: niekiedy wyższa, innym razem ciut niższa, raz miała włosy brązowe w kucyka upięte, później jasne fale rozpuszczone. Nawet usta raz jawiły się pełniejsze, później wąskie jak w grymasie ściśnięte. To panna o oczach w multikolorze. Tylko jedna cecha była stała dla każdej losowej osoby: twarz o rumianych policzkach i blada skóra obsiana pieprzykami.

Pytanie: jaka wyglądała dla siebie? Nie przywiązywała do tego uwagi. Choć z reguły mieściła się w rozmiar M, spodnie wybierała te na metr siedemdziesiąt wzrostu, a włosy wydawały się proste i szatynowe, sięgające do łopatek (w końcu ostatnio podcinała), to nadal niewiele mówiło. Pamiętała również, chociaż mgliste to były wspomnienia, że matka zwykła mówić „masz piękne oczy, takie niebieskie jak ocean przejrzysty”. Być może zapomniała już jak wygląda, w końcu żyła w tej ułudzie od wielu lat.

Kim była? tego też wyjaśnić nie umiała. Poszukiwała odpowiedzi odkąd zrozumiała, że każdy widział ją inaczej. I chociaż dla jednego była brunetką, dla innego blondynką, nikt nie uznawał tego za coś dziwnego. Dlaczego? Te pytania od lat towarzyszyły dziewczynie i od lat nie dawały spokojnie osiąść w jednym miejscu. Błądziła po świecie goniąc nieuchwytnego królika. Teraz dodatkowo wplątała się dobrowolnie w grę, w której udziału brać nie powinna.

Jak się nazywała? Na co dzień była bezimienna. Nie przypisała sobie żadnego imienia, uznając to za zbędne obciążenie, za zbyt wyraźne odkrycie swojej osoby przed innymi, szczególnie przed nieproszonymi gośćmi. W sytuacjach koniecznych posługiwała się przypadkowymi imionami, jakie pasowały jej do aktualnego humoru. Niemniej, najczęściej używała Magnolia – nazwy ulubionej rośliny o zadziwiających pięknem kwiatach, zawieszone na granicy życia i śmierci. Całkiem jak ona.

 

Wyrzuciła z siebie przytłaczające myśli, oczekując aż na przejściu pojawi się zielone światło. Rozglądała się leniwie na przejeżdżające samochody i ludzi stojących naprzeciwko, pogrążonych w trudach dnia codziennego - obce dla niej uczucie. Ponownie bezsilnie westchnęła, stąpając na biały pas - właśnie drogę rozświetliło zielone światło, poprzedzone pomarańczowym blaskiem.

Wpatrzona w realia życia rozgrywającego się po prawej stronie, nie zauważyła, że kroczy prosto na innego przechodnia, który żywiołowo gestykulując przy rozmowie przez telefon, także nie zwracał uwagi na drogę przed sobą. Bark Magnolii i ramię mężczyzny zetknęły się, gdy oboje doszli na środek przejścia. W głowie dziewczyny rozbrzmiały wówczas przeszywające na wskroś słowa „proszę, obudź się cukiereczku”, aż cofnęła się, jakby prądem rażona. Mężczyzna z miną wyrażającą zażenowanie powiedział kilka niemiłych słów, ale Magnolia miała wrażenie, że z poruszających się ust nie wydobywa się żaden dźwięk.

- Przepraszam – wyjąkała i odeszła w bliżej nieokreślonym kierunku.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania