Największy dom na ziemi to rodzina _ pasja

Była wiosna, kiedy powróciliśmy do miejsca, gdzie przed wojną był nasz dom. Stał pośród zgliszczy, poraniony tak samo, jak my. Jabłoń za domem zakwitła na powitanie. Piętro i poddasze zniknęły, jedynie parter ocalał. Tam, gdzie była spiżarnia widniał duży lej po bombie. Gdy wybuchła wojna miałem osiem lat. Czas wojenny przemieszczał ludzi w różne zakątki kraju. Ucieczka przed Niemcami później przed banderowcami wypaliła w nas nadzieję na lepsze jutro. A jednak? Dziadek z ojcem od razu wzięli się do pracy. Babcię i mamę pochłonęły porządki w kuchni i innych pomieszczeniach. Co jakiś czas słychać było odgłosy rozminowywania niewypałów. Życie na ziemiach odzyskanych powoli się budziło. Pewnego wieczoru dziadek wraz z ojcem przynieśli skrzynię, po chwili następną oraz duży blaszany garnek. Były to skarby sprzed wojny zakopane w ogrodzie. Oczywiście wszystko odbywało się w konspiracji przed ówczesnymi władzami. Za takie coś groziła nawet kulka w łeb.

 

Moja siostra urodzona sześć miesięcy po wybuchu wojny pozostała głuchoniemą. Oprócz pojedynczych stęków nic więcej nie wydawała z siebie. Rzadko też płakała. Babcia od razu podjęła decyzję o znalezieniu dobrego specjalisty. Była przekonana, że Marysia będzie mówić.

Pamiętam tamten dzień, kiedy przyszła na świat w ciemnej piwnicy podczas nalotu bombardowania miasta. Nawet nie było słychać krzyku, tylko ciche kwilenie. Rano, kiedy opuściliśmy schron, zobaczyłem małe bambolo w chuście przywiązanej do piersi matki. Śmiałem się, kiedy babcia zrobiła gałganek z lnianej ścierki, umoczyła w jasnym soku - gęsta melasa buraczana i włożyła do maleńkiej buźki niemowlaka. Marysia łapczywie przyssała się do „smoczka”.

 

Dom rósł jak na drożdżach i z każdym dniem piękniał. Stara maszyna znaleziona w piwnicy była jak mała fabryczka włókiennicza turkotała całymi dniami i wyczarowywała przeróżne cacka. W oknach zawisły zazdrostki i firanki, obrusy na stołach i inne rzeczy. Kwitł handel wymienny. Ja z chłopakami biegałem po okolicy i znosiłem do domu różne klamoty. Kiedy przytargałem szarego kota bez jednej łapki, ujrzałem jak siostra, uśmiechnęła się - chyba po raz pierwszy tak ładnie. Od tamtej pory stała się radośniejsza.

Razem z chłopakami mieliśmy plan. Skórzane sześciokątne łaty, trzydzieści dwie sztuki połączone dratwą i getry połatane przez babcię oraz kilka par korków i jakieś łachy czekały na gwizdek. Sen się ziścił, jak przytargaliśmy dwie bramki z porozrywaną siatką. Kobiety ponaprawiały dziury, a tato z sąsiadem pomalowali metalowe pręty i mocno wbili w murawę. Po obu stronach boiska stanęły żółte łapacze goli. Tydzień trwało doprowadzenie placu do gry. Potem zorganizowanie drużyny i można było zacząć treningi. Pierwszym szkoleniowcem został pan Stefan - przedwojenny napastnik. A pierwszy mecz odbył się niespełna po trzech miesiącach. Wygraliśmy z drużyną z sąsiedniego miasteczka 4:1. Nieopisana radość. Potem już poszło jak po maśle. Staliśmy się sławni. Jeździliśmy po całej Polsce. Z każdym powrotem do domu widziałem, jak zmienia się na lepszy. Babcia częstowała mnie bułką drożdżową i kompotem z jabłek.

Było to latem, kiedy po dwutygodniowym zgrupowaniu wróciłem znad morza. Po ogrodzie biegała Marysia i głośno się śmiała. Podbiegła do mnie i krzyknęła:

— Tomek…! Ja mówię.

Wziąłem ją na ręce i kręciłem się z nią jak na karuzeli. W tamtej chwili zwariowałem ze szczęścia. A siostra zachodziła się od śmiechu. Babcia dopięła swego - pomyślałem.

 

Czas powoli zabierał przodków. Najpierw dziadek, a dwa lata po jego śmierci odeszła babcia. Najbardziej przeżyła zniknięcie ukochanej osoby Marysia, aż obawialiśmy się ponownego jej zamknięcia w sobie. Odszedł też Kacper, beznogi kot. Pochowaliśmy go w ogrodzie. Tylko zielonej piłeczki nie mogliśmy odnaleźć, aby dać mu na drogę. Ja studiowałem i grałem w piłkę. Siostra poszła do szkoły.

Wojenna pożoga scaliła nas na całe życie. Pozwoliła zrozumieć, co jest najwyższą wartością - właśnie dom i rodzina. Zawsze powracaliśmy do niego i do niej.

 

***

Dzisiaj nie ma już pradziadków, nie ma dziadka Tomka i babci Anny, nie ma moich rodziców. Jestem ja ich wnuk, syn i ojciec i brat. Jest też kuzynka – wnuczka cioci Marysi. Dom stoi jak dawniej. Obydwaj z bratem i rodzinami jeździmy do naszych wspomnień. Ania odgarnia z małego kopczyka zeschnięte liście, wyrywa chwasty i kładzie zieloną piłeczkę dla Kacpra. Dziwne jest to, że za każdym razem ona znika. Kuzynka z dumą spogląda na dom babci. Dbamy o ten skrawek naszej przeszłości. O ten dom naszych przodków. O historię, którą przekazuję swoim dzieciom tak, jak kiedyś przekazywał mi dziadek i ojciec.

Tylko boiska już nie ma, stoi tam pawilon handlowy. Nie ma też starej jabłoni, którą wiatr w ubiegłym roku powalił. Okazał się silniejszy niż wojna.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • pasja miesiąc temu
    Bardzo podoba mi się i czuję tutaj męską rękę. Smutny obraz, ale rzeczywisty. Wojna burzyła dom, ale też budowała go na nowo.
    Myślę, że Antoni Grycug.
  • pasja miesiąc temu
    Tak potwierdzam 😉
  • Akwadar miesiąc temu
    Coś mi to na Pasję wygląda... Mam rację?
  • pasja 3 tygodnie temu
    Brawo! Ale wygląda, że lekkie zawahanie 😉 nieostatecznie ha, ha
  • Antoni Grycuk miesiąc temu
    Shogi?
  • Kocwiaczek miesiąc temu
    Bardzo dobry tekst. Stawiam na Maroka.
  • Kocwiaczek miesiąc temu
    Ale też może to być Akwadar :)
  • Shogun miesiąc temu
    Cuś mi mówi, że to może być Akwadar :)
  • Dekaos Dondi 3 tygodnie temu
    Pasja?
  • pasja 3 tygodnie temu
    Brawo! Strzał pod znakiem zapytania😉
  • Kerim 3 tygodnie temu
    Zmyłkowicz z Ciebie 😇
  • pasja 3 tygodnie temu
    Na tym polega zabawa 😉

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania