[N]Bogowie Szaleństwa. Prolog

[N] Zbiór opowiadań, które nigdy nie zostały skończone.

Tytuł opowiadania: Bogowie Szaleństwa

Tom I: Przeciwko blazywolucji

Kategoria: technologia, mutacja, natura

Prolog: Ku szaleństwu

 

Nad Przepaścią

Kraniec ziemi. Kraniec Miasta na Pograniczu Otchłani pachniał tajemnicą zmaterializowaną i skondensowaną w szaro-niebieskie obłoki brodzące w głębokim rowie, oddzielającym świat ludzi od świata dzikości; Pradawnego Lądu Szaleństwa. Sekrety rozpościerające skrzydła w ciemnościach głębokiej otchłani, snuły zagadki bez odpowiedzi, dlaczego wyspa pomiędzy wijącymi się wokół pasmami mgły, nie posiada połączenia z reszta lądu? Unosząca się gęsta, niemal namacalna atmosfera przesycona strachem i fascynacją, odpychała i przyciągała od siebie naiwnych ludzi sądzących, że są całym dobrem tego świata.

Blisko brzegu obłokowej fosy, na rozłożonym wzorzystym atłasie, siedziała dziewczyna w warkoczu sięgającym pasa, której włosy wydawały się splecionymi długimi kłosami zbóż o kasztanowym kolorze. Podobnie rzęsy: gęste i zwiewne, mieszane ciemnymi i jasnymi odcieniami, przypominały starannie przyciętą wiechlinę rosnącą przy skraju ziemi. Skóra zaś wyglądała na obsypaną drobnym, cielistym piachem, takim samym jak ten utkwiony pomiędzy kępami trawy. I oczy, jakby perfekcyjne odwzorowanie mgły szaro-niebieskiej, mieniły się nadnaturalnym blaskiem. I kto by pomyślał, że cała ta otoczka, w którą ubrało się ledwie ośmioletnie dziecko, stanowiło kryterium odróżniające ją od innych ludzi; zawistnych i gniewnie nastawionych do wszelakich zjawisk nadprzyrodzonych. Dziewczynka umiała wyjątkowo silnie absorbować wygląd otoczenia – piękne zjawisko asymilacji z naturą. Jednak ten dar nie dla wszystkich uchodził za dobrą rzecz i, w mniemaniu tych, którzy pozbawieni byli możliwości takiego głębokiego łączenia się ze światem zewnętrznym, było przejawem choroby.

W oczach wielu, to niewinne dziecię, uchodziło za zwykłą bestię, za demona zrodzonego z nieczystych siły kamieni powleczonych rakową rdzą. Symbolizowała klęskę ludzkości, uosabiała upadek nietykalnych genów człowieka, nieskazitelnego fenotypu przez ciągłą zmienność zachodzącą na ciele. Może wynikało to z zazdrości, może z niezrozumienia mechanizmów władających tym zjawiskiem, może była to zwykła bojaźń i lęk przed nieznanym, bo co powodowało, że skóra dziewczynki nabierała cech kameleona? Nie rozumieli bądź nie chcieli zrozumieć fonemu asymilacji natury do wnętrza organizmu i przelewania go z malarską dokładnością na zewnątrz ciała, jak najwyższej jakości płótna.

Woleli nazwać ją bestią.

 

Dziewczynka nie panowała nad zmiennością w swoim wyglądzie, sama była jeszcze za młoda, aby pojąć ten fenomen i pełna władza nad ogromem siły w niej drzemiącej, wciąż wymykała się spod kontroli. Przychodziła tutaj, gdzie mieszkańcy miasta nie zwykli się zapuszczać z własnej woli, i siadała w ciszy na atłasie, ciesząc się malowniczą bogactwem swojego wyglądu. W tym momencie nikt nie wytykał jej palcami, nie opisywał mało dyskretnie tuż obok, nikt nie próbował wyśmiać ani szydzić, dlatego tak lubiła to miejsce. Prawdziwie wolna od zasad i kanonów piękna, dziwnego współczesnego świata, pozwalała sobie na subtelne odciskanie się nieba na delikatnej skórze.

Ta dobra, ale samotna zabawa rekompensowała dziecku izolację od rówieśników, bowiem niewielu takich jak ona chodziło po tej ziemi, a miasto coraz wyraźniej pokazywało swoją niechęć do „dzieci bestii”. Po pewnym czasie, tuż po pierwszych głosach protestu, zaczęła uczęszczać do szkoły innej niż dla wszystkich normalnych dzieci, z garstką podobnych do siebie. Nie narzekała, w swoim odmiennym gronie rozumieli się najlepiej, chociaż coraz wyraźniej odciskało się na niej piętno niechęci i obrzydzenia społeczeństwa.

 

Wyciągnęła lunetę z brudnego złota, którą niegdyś otrzymała od dalekiego wuja zafascynowanego jej zdolnościami, i z nadzieją w oczach spojrzała w dal Pradawnego Lądu Szaleństwa w poszukiwaniu słynnych białolicych awraga. Ziemia była gęsto porośnięta wysokimi trawami delikatnie poruszającymi się na wietrze, gdzieniegdzie przekradały się monstrualnych rozmiarów czarne żuki i ważki o siatkowatych skrzydłach, których trzepoty zdawał się dobiegać aż do dziewczynki. Wyobraźnia działała.

Sielankowy widok, oprócz bezkręgowców, był bogaty w kwiaty i zioła, jak piękne zielone dzikie różne i niespotykane już nigdzie lepidodendrony. Niemniej, nie taki obraz przyrody chciała dziś u widzieć. Ku jej rozczarowaniu, w okolicy nie było śladu po albinotycznych tygrysach ani innych istotach zwykle pojawiających się w okrągłym polu widzenia. To napełniło dziewczynkę frustracją. Rozczarowana złożyła lunetę, pakując przedmiot do poręcznej lekkiej torby w kwiatki, i dźwignęła się na równe nogi. Schyliła się jeszcze po pognieciony atłas, zbierając go zamaszystym ruchem z ziemi.

Ostatni raz spojrzała w stronę odległego lądu i ruszyła opieszale w kierunku Miasta na Pograniczu Otchłani.

 

***

 

Czasopismo Medycyny, Biologii i Blazytechniki

Wydarzenia z ostatnich lat skłaniają nas do stwierdzenia, że stanęliśmy na pograniczu czegoś wielkiego - dobrego i zarazem złego. Jesteśmy u progu osiągnięcia całkowitej władzy nad ludzkimi organizmami, jak i o krok od zdobycia kompletnej wiedzy, o niezbędnych do naszego życia blazyidach i kłopotliwej rakowej rdzy oraz związanej z nią promieniowaniem.

Zadajmy sobie istotne pytanie: do czego nas to doprowadzi? Miejmy nadzieję, że ogrom możliwości, jakie otworzą się przed nami, nie przyćmią trzeźwości naszych umysłów, wszakże już okrzyknęliśmy dzieci napromieniowane przez rdzę bestiami. Pomimo iż wiemy, że są tylko efektem naszych błędnych obliczeń i źle wyciągniętych wniosków przy pracy nad produkcją blazyidów. Nasze winy obracamy w złość przeciwko niewinnym dzieciom. Czy nasz gniew i traktowanie tak drugiego człowieka jest uzasadnione? Skłaniam się ku odważnemu stwierdzeniu, że nie.

Przybliżmy teraz sylwetki tych, jak pogardliwie je nazywamy, istot, które coraz śmielej uznajemy za stworzenia inne od ludzi. Czy tak jest rzeczywiście? Trudno jest mi się z tym zgodzić i jeszcze ciężej temu zaprzeczyć temu, bo jednak napromieniowane dzieci rozwijają się inaczej, mają cechy inne od naszych, jak asymilacja otoczenia, dlaczego więc mielibyśmy nazywać je ludźmi? I pytanie: co skłania nas do uznawania, że są całkowicie różne od człowieka? Zrodzone z genów kobiety i mężczyzny, czy to nie jest wystarczający powód, aby zaprzestać debatować nad ich genezą? Ten temat pozostanie kwestią sporną na długi czas, być może nigdy nie dojdziemy do konsensu. Jeszcze wiele badań i testów minie nim określimy - czym tak naprawdę są napromieniowane dzieci i czy będą mogły żyć normalnie? Nie wiemy, jaki czeka ich los za parę lat, co rakowa rdza zdziała w ich wnętrzach.

Oto kilka pojęć, które zostały stworzone na potrzeby klasyfikacji napromieniowanych dzieci:

Blazywolucja to zmienność organizmu pod wpływem czynników zewnętrznych pochodzenia naturalnego: rośliny, zwierzęta, otoczenie. Najczęściej ma to miejsce, gdy istota przebywa wśród innych gatunków, elementów natury przez dłuższy czas i absorbuje ich energię. Prowadzi to do nabycia nowych cech fizycznych i zmiany częściowego wyglądu, w tym organów skopiowanych z innych istot w 92,4%, jeżeli są to organizmy zwierzęce.

Blazygeneza jest rozwojem organizmu pod wpływem blazywolucji.

Blazywolut to organizm podlegający blazywolucji. Wyglądem ani sposobem myślenia nie różni się od człowieka. Krążą pogłoski, że przejawiają wyższą inteligencję i siłę. Nie zostało to jeszcze udowodnione.

Salazar Phantom, sierpień 2001 rok

 

***

 

Rękawice z atłasu

Dziewczynka wróciła do domu po piątkowych zajęciach w szkole dla blazywolutów, znajdującej się na rogu ulicy Granitowej. Po wielu protestach ze strony mieszkańców stworzono w końcu placówkę dla grupy napromieniowanych. I dobrze – pomyślała, bo w końcu nie czuła się wyobcowana.

Siadła przy biurku okrytym białym obrusem i niedbale rozrzuciła po blacie książki. Szukała uparcie ukrytego w głębi torby piórnika. Odnalazłszy rzecz, westchnęła donoście, przewracając teatralnie oczami, i zabrała się nieśpiesznie do rutynowej czynności, którą mimo braku chęci, wykonywała z należytą uwagą i poświęceniem czasu.

Zadane lekcje odrabiała z gorliwością rysującą na twarzy lekki uśmiech. Usta upodobniły się kolorem od dotkniętego przed momentem płatka orchidei, postawionej na parapecie zawalonym stosami książek. Grube tomy zawierały legendy o tygrysich władcach na pradawnym lądzie i mityczne historie pełne niebezpieczeństw z białolicymi awragami w tle. Uwielbiała czytać te opowieści pogodnymi wieczorami przy świetle ażurowej lampy opadającej z przeplatanego gwiazdkami sufitu.

Tęsknie spojrzała w ich stronę - wabiącą przygodami i podróżami, ale powstrzymała swój zapał do czytania i wróciła do zaniechanej na moment czynności. Sumienność była cechą skutecznie łagodzącą temperament. Doskonale rozumiała, że rozpoczętą rzecz powinna zakończyć, nie zostawiać na później i z tymi myślami utkwionymi w umyśle powróciła do kilku otwartych zadań.

 

Szybko kreśliła piórem po zeszycie w kratkę. Skreślała niechlujnie źle zapisane słowa, poniżej używając tych odpowiednich. Pędziła, rozwiązywała zadania nie przejmując się bazgrołami jak chwasty obrastającymi w miarę czytelne pismo. Nie należała do osób dbających o porządek i schludny wygląd liter na papierze. Pędziła, ale merytorycznie treści nie można było niczego zarzucić. Dziewczyna kierowała się mottem „szybko a efektywnie”.

Naglona chęcią zajęcia się czymś bardziej pasjonującym, wzbierającą wewnątrz niczym woda w korycie, pochłaniała zdania przetwarzając natychmiast w słowa. Potrafiła czytać i jednocześnie układać w myślach pasującą do pytania odpowiedź. Nie tylko zdolność asymilacji natury różniła ją od przeciętnego człowieka.

W pokoju panował półmrok. Cienie rzucały się na wybrane punkty na ścianie, a naprzeciwko zawsze padało światło – było przytulnie. W takiej atmosferze dziewczynka czuła się najlepiej, dlatego zazwyczaj przysłaniała okna, izolując się od szarych realiów na zewnątrz i zagłębiała się w swój prywatny świat pozbawiony różnic. Wówczas przylepione na suficie gwiazdki rozpalały się blaskiem i, mając nad sobą skrawek nieba, czuła się jak dryfujący w przestworzach anioł.

 

W kuchni krzątała się matka dziewczynki, hałasując i pokrzykując z nerwami na przedmioty domowego użytku. Zdawało się, że wypadające z rąk w niespodziewanych momentach sztućce, robiły to złośliwie i z premedytacją. Cholerne… - klęła w myślach kobieta, ciskając z impetem widelec do zlewu.

Była wysoką i szczupłą osobą o włosach w kasztanowym kolorze z nielicznymi tylko pasmami siwizny. Twarzy miała znacznie różniącą się od rysów napromieniowanej dziewczynki, wydawała się pozbawiona energii do dalszego życia. Wychudła i pociągła, zupełnie nieatrakcyjna, a przynajmniej nie tak jak kiedyś.

Zdobiły ją duże oczy o brązowej barwie i wąskie bladoróżowe usta niemal stapiające się z odcieniem skóry. Twarz o trójkątnym kształcie posiadała widoczne wyżłobienia pod kośćmi jarzmowymi powodujące, że postać kobiety wydawała się surowa i wyrachowana, niezdolna do uśmiechu. Głębokie wory i sińce nadawały zmęczenie, i odbierały witalności. Uroda uszła, ustępując miejsca ciągłemu grymasowi, odbierającemu zdrowego wyglądu.

Kobieta przytłoczona przymusem siedzenia w domu, nie chciała okazywać sztucznej radości, fałszywymi ciepłymi słowami „Kochanie, co chcesz na śniadanie? Córeczko jak minął ci dzień w szkole?”. Nie, ona tak nie umiała. Zgorzkniała i marudna uprzykrzała domownikom czas wolny zarówno od szkoły, jak i od pracy, wyładowując na nich swoją frustrację spowodowaną niepowodzeniami zawodowymi.

Divya Vishwananda pracowała w Instytucie Pozyskiwania Źródeł Energii z blazyidów do czasu, aż nie zamknięto oddziału, co wydarzyło się ponad trzy lata temu. Podczas swoich prac badawczych wielokrotnie miała styczność z kamieniami, którym później nadano nazwę rakowej rdzy i określono mianem szkodliwych. Kobieta nie stosowała się do zasad BHP i nawet w zaawansowanej ciąży chodziła do pracy nieustannie zajmując się nieznanymi wówczas blazyidami. To przyczyniło się to mutacji w organizmie jej dziecka – Mirabilissy. Z początku dziewczynka była dla kobiety cudem, przysłowiowym oczkiem w głowie, całym światem, ale z czasem stała się utrapieniem i powodem do wstydu.

W końcu kobieta uznała ją za rzeczą zepsutą i niezdolną do naprawy, niepotrzebną do niczego i niewartą nawet wyrzucenia. Co ludzie powiedzą? – zastanawiała się za każdym razem, kiedy z niechęcią spoglądała na dziecko.

Od czasu silnej nagonki na blazywoluty Divya zdystansowała się od córki. Podchodziła do niej z wyraźnym niezadowoleniem, wyrzutem o to, że urodziła się inna, jakby chciała ukazać społeczeństwu, że również nie pochwala tego kim są napromieniowani. Nie potrafiła przełamać narastającej latami niechęci wobec Mirabilissy, aż w końcu doszła do krytycznego punku - obojętności, gdzie losy małej dziewczynki już ją wcale nie obchodziły.

Divya uzależniona od opinii ludzi odseparowała się od córki, odczytując każdą niekontrolowaną zmianę w wyglądzie dziecka, jako objaw szpecącej choroby. Obrzydliwy, mały potwór! Nie uznaję jej mój Boże… – modliła się każdego wieczora, bo stała się bardzo wierząca.

 

Jasne światło wpadło przez osłonięte matowymi zasłonami okna i otuliło ciepłymi promieniami dłonie Divyi, myjące zabrudzone tłuszczem talerze. Nerwowe ruchy nie radziły sobie z plamami, a niebieskie żyły wypiętrzyły się na skroniach, pulsując w rytmie stu uderzeń serca na minutę. Rozżalenie przepełniające kobietę, spowodowało nagły napływ złości. Stuknęła talerzem o blat, roztrzaskując go na dwie równe połówki.

Donośny dźwięk dobiegł do pokoju, znajdującego się tuż obok kuchni, i przyciągnął wzrok dziewczynki w stronę ściany, za którą znajdowało się pomieszczenie jadalne. To nie pierwszy raz, kiedy działo się coś takiego, kiedy kobieta niszczyła rzeczy wokół siebie, oczyszczając swój umysł z rosnącego w niej cicho szaleństwa. Mirabilissa zmrużyła oczy ze smutkiem i powróciła do rozwiązywania ostatniego zadania, czując żal gniotący drobne serce. Zdawała sobie sprawę, że wybuchy złości kobiety były jej winą, bowiem matka ostatnimi czasy nie kryła powodów swoich furii, wielokrotnie podkreślając „Ty”.

Divya ochłonęła, ale drgające wewnątrz emocje nie ustąpiły w pełni. Wciąż psychika, naga i wyeksponowana, mogła się załamać przy najdrobniejszym bodźcu. Kobiet usunęła rozbity talerz i ruszyła w stronę pokoju córki. Stanęła w progu, obserwując dziecko przez uchylone drzwi. Mirabilissa pracowała wytrwale przy biurku. Ten widok nie rozczulił Divyi ani nie napełnił dumą. Brak emocji i rozgoryczenie w oczach, wertujących sylwetkę dziewczynki, namacalnie odbijały się na ciele dziecka. Czuła surowe spojrzenie matki, jednak nie śmiała zwrócić się w jej stronę. Świetnie udawała, że nie zauważyła kobiety, chociaż drżała wewnątrz, kreśląc nierówne litery.

Kobieta uparcie przyglądała się dziecku, szukając punktu zaczepienia, by móc bez skrupułów wyładować tlący się nieustannie gniew. Sprawdzała dokładnie każdy widoczny element na ciele, zatrzymując się na dłużej przy ustach. Wtedy myśli Divyi zahuczały, w uszach zadzwoniło ze złości, ciśniecie napięło czaszkę, a oczy zaszły czerwienią. Pękły w Kobiecie ostatnie wodze pohamowania i podeszła gwałtownie do biurka.

- Znowu! – zagrzmiała nad dzieckiem, szarpiąc zdezorientowana Mirabilissę za ramię. Siłą zwróciła w swoją stronę córkę, której usta straciły delikatny różany odcień kwiatu. – Ile razy mogę powtarzać, abyś nie robiła tego w moim domu!

- To nie ja! To moje ręce to robią! – zaprotestowała, z żalem obserwując czerwoną od zdenerwowania twarz matki.

- Te twoje ręce – burknęła złośliwie, ściskając mocno nadgarstki i wpatrując się niechętnie w delikatną, gładką skórę. - Zaraz coś z tym zrobimy.

Divya opuściła pokój córki, idąc w nieokreślonym kierunku. Dziewczynka odprowadziła ją zaszklonym wzrokiem i zostawiła wszystko czym zajmowała się przy biurku. Udała się do łóżka i, wtulając w ciepłą poduszkę, uroniła kilka łez.

 

Późnym wieczorem kobieta pojawiła się kolejny raz przed pokojem Mirabilissy. Zastukała energicznie w uchylone drewniane drzwi, ogłaszając swoje przyjście, i weszła nie czekając na pozwolenie. Dziewczynka siedziała na łóżku i czytała książkę ze stosu opowieści trzymanych na parapecie.

Divya dziwnie opanowana i obdarowana krzywym, ale odczuwanie szczerym uśmiechem, usiadła na miękkim materacu, przymykając otwarty tom legend spoczywający w rękach Mirabilissy. Dziewczynka niepewnie spojrzała na matkę, skrywającą jedną rękę za plecami.

- Mam dla ciebie prezent – oznajmiła kobieta, uśmiechając się jeszcze szczerzej, a bruzdy wokół ust i oczy nadały jej demonicznego wyrazu. – Będziesz nosić je zawsze i już nigdy nie pokażesz, że jesteś inna.

Mówiąc to wyciągnęła rękę przed siebie, tą skrywaną za plecami, i rozwarła dłoń, w której widniały atłasowe rękawice uszyte przez kobietę. Dziewczynka zabrała delikatny przedmiot i naburmuszyła się, ściskając usta ze złości. Policzki poczerwieniały, a brwi ułożyły się niżej, malując na twarzy Mirabilissy mimikę gniewu.

- Mój koc… - wycedziła przez zaciśnięte zęby.

 

***

 

Płowy wygnaniec

Kraniec ziemi i odległy brzeg nowego pradawnego świata za morzem szaro-niebieskich obłoków. Mirabilissa pojawiła się tutaj po długiej nieobecności z atłasowymi rękawicami na dłoniach, które stanowiły teraz nierozłączny element jej wyglądu. Przyzwyczajona do nich, chociaż to przyzwyczajenie wiązało się z wielomiesięcznym wmuszaniem w nią tego, zapominała o ich ściąganiu w miejscach, gdzie mogła i była wolna. To straciło dla niej jakikolwiek sens. Po roku czasu wpajania, że to złe i godne wstydu, zaczęła wstydzić się tym kim jest.

Sięgnęła do torby po lunetę zarysowaną w kilku miejscach od upadku i spojrzała w w dal na ziemie Pradawnego Lądu Szaleństwa, próbując odnaleźć, jak zwykle, białolice awragi. Wolno przesuwała się po brzegu skarpy, za którą ział głęboki rów, kierując się ku wschodniej części lądu. Oddychała wolno, głęboko nabierane powietrze rozpierającym klatkę. Kolejny raz nic konkretnego nie rzuciło się w oczy dziewczyny. Miała już zwinąć lunetę, kiedy zamarła na chwilę. To niemożliwe! – pomyślała podekscytowana.

Wśród wysokich traw i dojrzewających zbóż, między gigantycznymi żukami, tygrys o płowym odcieniu złotego i mlecznobiałych psach brodził silną łapą we mgle, która ocierała się o urwisko. Widocznie zły, że nie może stanąć na rozpływającej się powierzchni porykiwał donośnie, co widziała dziewczynka, a czego nie słyszała z tej odległości, odczytując to jedynie z mocno napinającej się przepony. Wybijał wściekle pazury w twardą powierzchnię i machał ogonem z poirytowaniem.

Mirabilissa czytała o tygrysach stojących na czele łańcucha Bogów Szaleństwa. To płowi wygnańcy mieli być tymi, którzy dali życie białolicym awragom i mścicielom, którym ludzie z trzewi wyrywali blazyidy, kamienie o wielkich mocach. To płowi wygnańcy w swej niedoskonałej formie przekazywali doskonałość. I w oczach wielu ludzi były wyłącznie miejskimi legendami, bożkami, do których nie powinno się modlić.

Nikt oficjalnie nie udowodnił ich istnienia, być może władza nie chciał, aby zwykli mieszkańcy wiedzieli o pierwszych tygrysach, dających początek wszystkiemu, co dobre dla ludzi. Płowi wygnańcy z jakiegoś powodu zostali tak nazwani i zapomnieni do tego stopnia, że uznano ich za mit. Mirabilissa, jako dziewięcioletnie dziecko, nie zagłębiała się w sens tej intrygi. Ucieszyła się, dostrzegając wyblakłego kota, który teraz czmychnął w zarośla z tłustym żukiem w pysku.

Przysięgła nie mówić nikomu o tym, co zobaczyła. Uznała to za znak, za błogosławieństwo, za symbol rychłych zmian na świecie. Widziała w tym swoją szansę.

 

***

 

Platynowa Klatka

Warkot samochodu rozchodził się echem po ulicach miasta zarośniętego krzewami i drzewami, które konarami poprzebijały okna niezamieszkałych pokoi; pustych i szarych. Na przyczepie obudowanej wysoką, kolczastą siatką siedziało czworo osób usadowionych dwójkami naprzeciwko siebie. Głowy mieli opuszczone, przeciążone minionymi wydarzeniami. Byli zaniepokojeni tym, co zobaczyli i uczynili w głuszy.

Wyczerpanie długą podróżą w głąb Pradawnego Lądu Szaleństwa, którą odbyli pieszo w poszukiwaniu nosicieli blazyidów, odcisnęły się na ich twarzach. Nie rozpierała ich radość ani tym bardziej duma, że udało im się odnaleźć i schwytać białolicego awraga do klatki o platynowych prętach, które odbierały mu siłę. Dziwne uczucie, jakby przegranej, opadło na nich z wysoka, to była męcząca wyprawa.

Nikt tego głośno nie mówił, ale każdy wiedział, że uczynili złą rzecz, jednak uzależnieni od władzy i przełożonych, nie mogli się temu przeciwstawić. Nie byli szkoleni, by łamać rozkazy, a je wypełniać, to przysięgali przed przystąpieniem do armii.

Zwierzę ryczało donoście i uderzało ciężkimi łapami o platynowe pręty stawiające nieustannie opór słabnącemu awragowi. Niewielka przestrzeń uniemożliwiała tygrysowi swobodę ruchu, to go złościło. Wściekły obserwował milczących ludzi, co jakiś czas oblizując pysk długim, obsianym haczykami językiem.

Jedyna kobieta w załodze spojrzała ukradkiem w stronę tygrysa. Szybko jednak poddała się uciekając wzrokiem jak przerażone dziecko. Ta krótka wymiana spojrzeń zaowocowała zimnem sunącym w dół ciała, dreszczem ogarniającym nawet czubek nosa. Uświadomiła sobie ile cech charakterystycznych dla człowieka miały te przeszywające niebieskie ślepia. Gdyby nie było to zwierzę, rzekłaby, że w tych ślepiach tliła się mądrość. Nie, to absurd – pomyślała – zwierzę i mądrość? Ale nie była tego taka pewna.

Agentka nigdy nie zetknęła się z albinosem na wolności. Ostatni złapany tygrys stał się w niewoli apatyczny i nabrał typowych cech zwierzęcych, tracąc ten żar zawarty w ślepiach i postawę czyniącą go istotą zdolną myśleć logicznie, chociaż wielu temu zaprzeczało. Teraz mogła odczuć to na własnej skórze, ale sama próbowała temu zaprzeczyć.

Kobieta odwróciła wzrok, kosmki jasnych włosów wypadły jej spod niebieskiego, wojskowego hełmu z logiem oddziału, w którym pracowała: Sił Ponadspecjalnych do Misji na Pradawnym Lądzie. Oczy wertujące otoczenie, niczym barwną książkę, miały jasnym odcień, wpadającym w szarość. Wydawała się delikatna, zbyt krucha jak na tak niebezpieczną pracę.

 

- Musimy się pośpieszyć, most zamknie się za jakieś dwadzieścia minut – oznajmił mężczyzna o wyrazie twarzy doświadczonego w bojach żołnierza.

- Zarząd będzie zadowolony – zaczęła kobieta, łapiąc dłonią jasny kosmyk i owijając go wokół palca ze złamanym brzydko paznokciem. – Płowi wygnańcy to była nasza prawdziwa misja. Dobrze mówię?

- Laura, uspokój się! – krzyknął żołnierz naprzeciwko, lecz w tych słowach nie czaił się gniew, jedynie poirytowanie napiętą sytuacją podsycaną warkotem tygrysa.

Mężczyzna otarł strużki potu z twarzy i błagalnie spojrzał w stronę kobiety. Ciemne oczy zdawały się ziać bezdenną czarną pustką, namacalnie odbijającą się na ciele agentki. Mimowolni spojrzał na piersi, gdzie mundur wyraźnie był opięty. Laura posłała mu zdziwione spojrzenie.

- Kapitanie Kittredge – zwrócił się do milczącego mężczyzny żołnierz zajmujący miejsce obok kobiety. Wyglądał na młodego, ale potrafiącego opanować warujące od emocji wnętrze. Spokój, z jakim się budował swoje wypowiedzi, wydawał się bezemocjonalny i zobojętniały na wszystko co działo się wokół. – To nie było ważne, tak? Chodziło tylko o białolicego awraga?

- Płowi wygnańcy oficjalnie zostają uznani za wymarłych – odezwał się Kapitanie Kittredge po chwili siedzenia w zupełnej ciszy.

Przemyślał to, o czym zamierzał mówić i uznał, że to wyjaśnienie będzie w zupełności wystarczające. Chociaż wiedział, że zarząd liczył na odkrycie osobników płowego wyglądu, postawiono mu konkretne zadanie – przywiezienie albinosa do uzupełniania brakującego obiektu badań po zdechłym niedawno tygrysie. Zadanie wykonał.

- Pewne istoty powinny żyć w ukryciu, a ich istnienie okryte mianem nieudowodnionego. Nasza misja została wypełniona w stu procentach, to po co przyjechaliśmy jest z nami i temat nie podlega dyskusji.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania