[N]Bogowie Szaleństwa. Rozdział I, cz. 1

[N] Zbiór opowiadań, które nigdy nie zostały skończone.

Tytuł opowiadania: Bogowie Szaleństwa

Tom I: Przeciwko blazywolucji

Kategoria: technologia, mutacja, natura

Rozdział I: Kroniki nienawiści do bestii

 

Kontynent Gamma był otoczony na północy morzem Aim, na zachodu oceanem Salamanu, na południa morzem Stalaktytowym, zaś na wschodzie górami łańcuchem Deletowym ze słynną, ale nieprzyjazną przełęczą Illujanka pełną węży i niespotykanych burzowych zjawisk pogodowych.

Kontynent nie był wielki ani urozmaicony geograficznie. Mieścił na swych ziemiach ledwie trzy państwa, z czego jedno osiągnęło niebywały światowy sukces, a dwa kolejne z trudem utrzymywały niezależność. Gamma graniczyła z kontynentem Alfa od strony gór i dzieliła morze stalaktytowe z kontynentem Delta najbardziej dzikim miejscem w ludzkim świecie. Razem tworzyły Trójkąt Kontynentalny.

Największe państwo kontynentu Gamma, Międzymorski Kobalt, słynęło ze swojej bliskości z ziemiami Pradawnego Lądu Szaleństwa, skąd pozyskiwano blazyidy. Właściwości tych kamieni odkryto przypadkiem, ale natychmiast przelano je na udoskonalenie techniki, wytworzenie czystej energii, wyprodukowanie leków działających niemal na każdą chorobę. To ułatwiło życie wielu ludzi, w szczególności tych, których było na to stać.

Państwo po Wielkiej Blazyitowej Rewolucji w 1962 roku podzielono przez uwczesnego cesarza Dynithiona Vhersera oraz terytorialnych zarządców przybocznych na dwanaście sektorów. Każdy, o innej specjalizacji i przeznaczeniu, formował Międzymorski Kobalt w harmonijnie ułożony system, który w założeniu działać miał tak sprawnie jak trybiki w zegarze. Niekoniecznie tak było.

W środkowej części państwa, w graniczących obok siebie rozbudowanych sektorach Ula i Plastra miodu, figurowały fabryki i korporacje zarządzające produkcją, i eksploatacją blazyidów. Zurbanizowane miasta wraz z kilkoma sektorami, gównie mieszkalnymi i urzędowymi, utworzyły obszar władzy i przepychu, gdzie w najbogatszych dzielnicach kawałki cennych minerałów nosiło się w złotych pierścieniach. Powstały laboratoria zajmujące się genezą białolicych awraga, na uczelniach utworzono nowe kierunki związane z techniką i możliwościami dalszego rozwoju blazyidów, w szpitalach otworzono oddziały, gdzie kamienie sprawowały główne narządzie leczenia. Ludzkość szybko uzależniła się od błękitnych minerałów, więc narosło zapotrzebowanie i wizyty na odległych ziemiach stały się częstsze.

Białe tygrysy ginęły w zawrotnym tempie, chociaż na światowych kongresach ustalono ilość pozyskiwanych zwierząt i częstotliwość polowania na awragi, to jednak nie wystarczyło. Człowiek zdał sobie sprawę, że bez blazyidów życie jest o wiele trudniejsze, a dotychczasowy rozwój cofnąłby się o kilkadziesiąt lat. Strach przed utratą drogocennego kamienia powodował liczne protesty i głosy sprzeciwu. Ludzie domagali się wybijania tygrysów, żądali nabywania minerałów na zapas, na ciężkie czasy, jakie przecież mogły kiedyś nastąpić.

Miasto na Pograniczu Otchłani, trzeci sektor w kolejności, nie cechowało się niczym konkretnym; niewielu też chciało tu mieszkać, ale liczyło się dla państwa ze względu na bliskość z ziemiami pradawnego lądu. Znajdowało się tutaj przewężenie, dzielące kontynent Gamma od wyspy za obłokami, mierzące nie więcej niż siedemset metrów, co znacznie przybliżało dwa różne światy. Ponad pięćdziesiąt lat temu wybudowano most, zwijany jak strażacka drabina, który połączył odległe ziemie.

Od niepamiętnych czasów ludzie próbowali pojąć, dlaczego pradawny ląd, wciąż pozostaje poza ich zasięgiem? Wielokrotnie próbowano stworzyć pomost łączący te dwa skrajne światy, jednakże za każdym razem przytrafiała się jakaś katastrofa: plagi, epidemie, trzęsienia ziemi, które nigdy na tym obszarze nie występowały i czy przypadkowe zgony ludzi pracujących przy budowie. Loty samolotem, gdy te zostały wynalezione i upowszechnione, również kończyły się upadkiem w dół, zdającego się nie mieć końca rowu, jakby niewidzialna Boska ręka uderzyła maszynę jak natrętną muchę.

Ziemie odległego, nieznanego kontynentu, pośrodku mlecznych obłoków, spowite były w gęstej szarej mgle przez osiemset lat. Uniemożliwiało to zobaczenie, chociażby skrawka z odległego terenu. Jedynie cienie przemykające w mglistej osłonie, unoszące się w zadymionym powietrzu, sugerowały że to miejsce nie było martwe, a przesycone czymś dziwnym i przerażającym. Niezaprzeczalnie groźnym.

Dopiero w połowie dziewiętnastego wieku zasłona z dymu opadła, mgła się rozrzedziła i ukazały się oczom ludzi kontury nieznanych ziem. W latach trzydziestych wieku dwudziestego odważono się stworzyć przejście na odległe ziemie. Z początku linowa konstrukcja mostu z dwuosobową gondolą służyć miała, jako trasa dla naukowców, których celem było sprawdzenie czy na terenie nieznanych ziem istniało coś zagrażające ludzkości?

Odnaleziono tam faunę i florę różniącą się znacznie od tej znanej ludziom. Ta duża i niebezpieczna kraina, wydawała się miejscem oderwanym od realiów reszty świata, jakby była tworem przez pomyłkę rozwiniętym tutaj, na terenie kuli ziemskiej. W roku trzydziestym szóstym, po kolejnej wyprawienie na wyspę, odnaleziono stworzenia, o których istnieniu dawno zapomniano. Tygrysy od setek lat wymarłe w świecie ludzi, żyły na ziemiach Pradawnego Lądu Szaleństwa, w różnych odmianach barwnych. Były majestatyczne i stosowały skomplikowane strategie łowieckie, co skłoniło naukowców do osądu, że te zwierzęta zbyt dużo różniło od typowych dzikich kotów żądnych krwi i walk o terytoria, aby stawiać je na równi. Drzemało w nich coś więcej; duma i mądrość tląca się w błękitnych ślepiach i, jak później się okazało, tuż pod sercem mieściły się kamienie, blazyidy, dające tym zwierzętom ponadprzeciętną siłę i zdrowie niemal niezniszczalne.

 

Pierwsze dwa pojmane tygrysy trafiły do ogrodu zoologicznego i pod czujną obserwacją wielu ludzi z różnych dziedzin od behawiorystów i zoologów po tych siedzących w fizjologii zwierząt. Tylu specjalistów, wciąż podawało takie same wnioski – to nie koty naszego świata. Agresywne zachowania uniemożliwiały dokładniejsze poznanie dwójki białych stworzeń. Tygrysy słabły z każdym dniem przebywania na ogrodzonym terenie i z potężnych zabójców stawały się coraz bardziej apatycznymi dużymi acz niegroźnymi kotami. W takim stanie zwierzęta nie nadawały się do obserwacji.

Padły w tym samym czasie, chociaż z zewnątrz wydawały się zdrowe. Przeprowadzona wówczas sekcja ujawniła, co napędzało te tygrysy. Niebieskie kamienie wielkości przybliżonej do serca spoczywał tuż pod nim i był połączone licznymi żyłkami, tętnicami i zielonymi tworami, dziś nazywanymi atrystiami, z mięśniem. To był przełomowy moment dla ludzi, zwiastujący jednocześnie upadek ładu i harmonii Pradawnego Lądu Szaleństwa, w tym niezwykle złożonej społeczności białolicych awrag.

Wycięcie blazyidów, nawet jeżeli przeprowadzano to z chirurgiczną dokładnością i zachowaniem sterylności, powodowało śmierć zwierząt. Każde przecięcie zielonych atrysti, z których sączyła się błękitna krew, kończyło się ustaniem akcji serca, a ciało kotów stawało się wiotkie, jakby większość zajmowała dusza.

Z początku łapano stworzenia i transportowano do Międzymorskiego Kobaltu nowo utworzonym mostem powstałym w latach dziewięćdziesiątych. W przygotowanych do tego ośrodkach tygrysy szlachtowano, wycinano z nich blazyidy oraz zdzierano skórę, która również stała się materiałem do handlu, a ciała, żeby nie marnować niczego, przerabiano na karmę dla zwierząt domowych.

Wraz z pojawieniem się problemów przy próbie transportowania białolicych na ziemie kontynentu Gamma, postanowiono wycinać minerał na pradawnym lądzie. Tam też zostawiano ciała zwierząt. Nikt nie spodziewał się, że z pozoru nieżywe tygrysy, odradzały się na nowo pod postacią wielkich rdzawych kotów w smolite pasy na sierści; słabszych od awrag i podatnych na choroby, ale wciąż mądrych i niezwykle pamiętliwych. Gniewne i żądne zemsty na ludziach - nazwano je rdzawymi mścicielami. Tak oto człowiek stworzył sobie kolejnego wroga.

 

Shawn Cornwell, kolejny z władców w przełomowej erze blazyidów, później nazwaną erą rdzy, nie zdawał sobie sprawy, jakie zagrożenie czyhało na mieszkańców Międzymorskiego Kobaltu, gdy powstała za jego cesarskim natchnieniem armia żołnierzy przeczesywała coraz głębsze odmęty Pradawnego Lądu Szaleństwa.

Cesarz, który władzę objął po śmierci swojego ojca, był pysznym i chciwym człowiekiem, rządzącym ciężka ręką i prawem nie dbającym zanadto o dobro ludzi. To za jego panowania została odkryta rakowa rdza, kamienie złudnie podobne do niebieskich minerałów, ale nie posiadające żadne ich cechy. Niosły ze sobą jedynie klęskę, bo nie dało się uzyskać z nich czystej energii, i problem związany z promieniowaniem, odkrytym dopiero po narodzinach dzieci, których rodzice mieli styczność z fałszywie pięknymi blazyidami.

Tak rozpoczął się ciąg niepowodzeń niegdyś samowystarczalnego państwa. Produkcja pożądanych dotychczas kamieni zmniejszyła się krytycznie, a oczy świata skierowały się ku kontynentowi Gamma, ogarniętego zamieszkami i protestami mieszkańców.

 

Rok dwutysięczny czwarty stanowił początek prawdziwej batalii przeciwko napromieniowanym dzieciom. Bezpodstawny gniew osiągnął maksimum i przyczynił się do, w świetle prawa niezgodnych, egzekucji i linczów. Ale Shawn Cornwell nie dbał o to, nikogo przed sądem nie postawiono. W tych chwiejnych czasach odebrano życie siedemdziesięciu osobom w przedziale wiekowym od dziesięciu do piętnastu lat. Sprawcom winy nie zostały udowodnione, tłumacząc to brakiem dowodów, świadków. Sprawy zamykano szybko, ciała zakopywano w zbiorowej moglie, zalanej później grubą warstwą betonu.

Mirabillisa, w całym swym nieszczęściu, szczęśliwie uniknęła parszywego losu. Jako mieszkanka wysuniętej najdalej na północ części państwa, była poza zasięgiem przelewającego się po ulicach obłędu. Centrum opozycji miało miejsce w technologicznie zaawansowanych sektorach Ula i Plastra miodu, a niepisane zezwolenie na bezprawne działania, szło z samej siedziby cesarza, niewielkiego sektora Pałacowego przylegającego do dwóch zurbanizowanych terenów ula i plastra.

Z trzystu dwudziestu blazywolutów, zarejestrowanych w spisie odmiennych, pozostało dwieście pięćdziesiąt niepewnych swojego przyszłego losu, dzieci i młodzieży, rozsianych po najskrytszych zakątkach Międzymorskiego Kobaltu. Ukrywali się, ale zaostrzający konflikt rozprzestrzeniał się na tereny mniej rozwinięte i zacofane. Do sektorów, gdzie mieszkali ludzie przesądni i ubodzy, bez znaczącego w wykształcenie, podatnych na słowa osób elegancko ubranych, jak to mówili – oczytanych.

Propaganda szyta grubymi nićmi i knuta skrupulatnie przez rząd zjednała mieszkańców, i uzależniła ich od władzy cesarza. Z reguły mało szanowany władca stał się symbolem zwycięstwa, wygranej człowieka i zaczęto postrzegać go, jako wojownika walczącego w obronie słabszych, swoich umiłowanych poddanych.

Bazywoluty okazały się drogą do sukcesu cesarza, jego kartą przetargową do owocującej w dobrobyt przyszłości. Korzystał z dóbr płynących z walki ludzi z napromieniowanymi dziećmi i tylko nieliczni, pozostali przy zdrowych zmysłach, widzieli w tym upadek państwa. Dziwili się jednak, dlaczego Cornwell tak śmiało pozwalał na wyzbywanie się blazywolutów, pod rzekomą otoczą niewiedzy, kiedy to one dawały mu władzę absolutną?

Mirabilissa miała dwanaście lat, kiedy zaczęły się ze strony mieszkańców sektora, próby gnębienia napromieniowanych. W tym samym roku zakończyła naukę w szkole dla odmiennych i wraz z ojcem przeniosła się na wiejskie tereny, przedmieścia sektora, do nowo utworzonego obozu. Za sprawą nowo utworzonego rozporządzenia cesarza musiała opuścić rodzinny dom. Zgodnie z ustawą Showna, osoby dotknięte zarazą rakowej rdzy miały pozostać oddzielone od zdrowych ludzi, a miejsce ich pobytu oddalone od ostatniego zbiorowiska ludzkiego o minimum dwa klinometry. Dodatkowo pojawiły się raporty odnośnie szkodliwości i promieniowania ciał blazywolutów i ich prawa zostały ograniczone do minimum.

Wieś usytuowana była nieopodal przepaści. Na swym zielonym łonie chroniła garstkę odmiennych, ledwie dziesięć osób, z Miasta na Pograniczu Otchłani i czworo młodych blazywolutow z małego sektora Okno. U boku nielicznych dzieci zostali rodzicie, większość pozostała jednak porzucona przez matki i ojców, oddana pod opiekę państwa. Mirabilissa należała do tych szczęśliwców, których nie odtrącono w zupełności. Wraz z ojcem wiodła w końcu spokojne życie, normalne na tyle, ile zagwarantować mogła rzeczywistość. Nie rozpaczała, że matka wolała pozostawić ją, a przy tym zapomnieć, że kiedykolwiek miała córkę. Gdy odzyskała spokój zrozumiała, że chciałaby żyć tak wiecznie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania