[N]Bogowie Szaleństwa. Rozdział I, cz. 2

[N] Zbiór opowiadań, które nigdy nie zostały skończone.

Tytuł opowiadania: Bogowie Szaleństwa

Tom I: Przeciwko blazywolucji

Kategoria: technologia, mutacja, natura

Rozdział I: Kroniki nienawiści do bestii

 

Rok 2006, Obóz dla napromieniowanych.

Atłasowe rękawice spoczywały na dłoniach. Mirabilissa nie nosiła ich ze strachu przed tym, że niekontrolowana zmiana mogła ujawnić się na ciele – już nie, te czasy dawno minęły. Przyzwyczaiła się do nich, polubiła bardzo i uznała je za rzecz do niej przynależącą, nierozłączna, charakterystyczną na tyle, że pragnęła mieć rękawice przy sobie. Pozwalały dziewczynie uczyć się panować nad sygnałami, kontrolować bodźce nachalnie dochodzące z zewnątrz.

Wyszła z domu o poranku. Z przyzwyczajania spoglądając na południe, wypatrując samochodu ciężarowego z dostawą pożywienia. W każdy piątek zjawiał się Harry, obozowy transporter wysyłany przez Wydział Żywności i Żywienia, utworzony w każdym sektorze państwa. Składy skrzyń z prowiantem były odgórnie ustalany przez samego Cesarza. Niemniej, każdy mieszkaniec obozu mógł co tydzień na liście życzeń wypisać dwa dodatkowe produkty, ale o tym, czy pojawią się one w piątkowej dostawie, decydowali urzędnicy Showna. I działało to na zasadzie ich własnego „widzi mi się”. Mirabilissa starała się nie uzależniać od nikogo i nie zwykła wypisywać dodatkowych produktów.

Dziewczyna zmierzała cichą ulicą, pokrytą pasmami jasnych promieni słońca, całkiem sama. Okolica otoczona była zewsząd rozległymi łąkami i drobnymi drzewami, dopiero rosnącymi, pachniało tutaj wilgotną ziemią i kwiatami. Mmm, bzy, uwielbiam je – pomyślała. Doszła do rozwidlenia dróg, gdzie stała grupa osób, żywo rozmawiając o czymś, co nie interesowało zbytnio dziewczyny. Skupiła się na dotarciu do obranego wcześniej celu podróży.

 

Przyśpieszyła. Spuściła głowę i wbiła wzrok w przybrudzone trampki, udając roztargnioną, oderwaną od rzeczywistości, czyli robiła to co zwykle. Błagam, niech mnie zignorują! – jęczała w myślach, próbując kątem oka uchwycić grupę dzieciaków, nieco rozmytą z tej perspektywy. Mirabilissa przez ostatnie dwa lata spędzone w obozie zamknęła się w sobie. Stroniła od znajomości, chociaż osoby, z którymi zamieszkiwała to miejsce, powinny być jej bliskie. Nie mogła jednak wyzbyć tej nienawiści do odmiennych, do siebie samej, wpajanej latami i rosnącej w niej każdego dnia.

- Hej! – zawołała jakaś dziewczyna. – Wybierasz się nad przepaść? Śpieszysz się?

Mirabilissa westchnęła bezsilnie i zawróciła w stronę dzieciaków, uśmiechając się pod nosem. Wykrzywione, niby w radości, usta wyglądały jak grymas nie smaku po skosztowanej cytrynie. Udawanie w zupełności jej nie wychodziło.

Podeszła do zebranych blazywolutów z mieszanymi uczuciami, złośliwie tłukącymi się w klatce, w rytmie pobudzonego zdenerwowaniem serca. Każda próba otwarcia się na innych, każda próba podjęcia rozmowy skutkowała migrenowym bólem głowy. Mirabilissa już czuła, że cała energia została z niej wyssana, a nawet nie zamieniła jeszcze z nikim słowa. Tak, spieszę się - zabrzmiały myśli, których nie ośmieliła wydusić, zatem zdusiła je w sobie nerwowo przełykając ślinę.

- Nie sądziłam, że tak wcześnie wyjdziecie – mruknęła.

Zawsze ulice są puste – dodała w myślach. Spojrzała na troje nastolatków i ponownie uśmiechnęła się, chociaż nie wiedziała po co. Ta sytuacja wprawiła ją w zakłopotanie.

- To była dziwna i ciężka noc – wydusiła z siebie dziewczyna, która wcześniej przywołała Mirabilissę.

Miała ciemne oczy i jasne włosy o przyjemnej miodowej barwie. Wąski nos zdobił jej pociągłą, owalną twarz: bladą i chudną z wypiekami na kościstych policzkach. Nie liczyła więcej niż piętnaście lat, ale nie była tego pewna. W obozie mogła liczyć wyłącznie na pomoc innych, bowiem rodzice pozostawili ją pod opieką państwa. Amy Malakian uchodziła za piękną wśród płci przeciwnej, w przeciwieństwie do Mirabilissy odznaczającej się pospolitą urodą.

- Tak! – ożywił się chłopak. – Jakby miał nastąpić koniec, ekscytujące!

Zaśmiał się szesnastoletni blazywolut o piegowatej twarzy i szczery uśmiechu, dla Amy słodkim i uwodzicielskim. Podkochiwała się w nim. Brązowe włosy Maxima Allara jak zwykle wiły się w nieładzie po skroniach i czole.

- Koniec? Dlaczego tam mówisz? – Dziewczyna przerzuciła na chłopaka zmartwiony wzrok.

Serce Mirabilissy zabiło mocniej, odczuła doskwierający ucisk w brzuchu. Nie rozumiała, dlaczego tak nerwowo zareagowała na te słowa, ale nie potrafiła powstrzymać swojej reakcji.

- To niepoważne, nieodpowiedzialne, to może spowodować klęskę. Wypowiadając takie słowa jesteś w stanie przywołać upadek, tak to działa, tak mówią o nich o jeźdźcach…

- Uspokój się – zdziwił się Maxim, przerywając dziewczynie.

Wzruszył ramionami, nie wierząc w słowa nastolatki nader poważnie opowiadającej o przesądach i wierzeniach wyciągniętych z legend.

- Co było w tym złego? – dopytał.

- Zwiastuny Upadku, jakbyś nie wiedział, są utożsamiane z tygrysami z ziem pradawnego lądu. Podobno są ciemne, smoliście czarne, niektóre mają jasne paski, ale wszystkie oznaczają jedno upadek ładu i doskwierający głód – oznajmiła, a głos dziewczyny zabrzmiał dorośle, jakby nie była tylko trzynastolatką.

Zmierzyła Maxima wzrokiem wyrażającym zażenowanie. Wyraźnie niezadowolona brakami w podstawowej wiedzy chłopaka, pokręciła głową. Według dziewczyny każdy powinien sięgnąć po legendy, bo, pomimo słowom protestu, mogły wyjaśnić wiele niewiadomych. Blazywoluty zostały zrodzone z Pradawnego Lądu Szaleństwa i dla Mirabilissy oczywistym było, że należy zgłębiać informację na temat tej odległej ziemi. Przez to uchodziła za nudziarę i mola książkowego, która czasem lubiła się wymądrzać.

Maxim zastanowił się przez chwilę. Nie chciał wierzyć w przesądy, ale niezaprzeczalnie coś dziwnego unosiło się w powietrzu. Dzisiejsza noc też nie należała do lekkich. Niepokojące sny budziły go zalanego zimnym potem, co dwadzieścia minut.

- Rany, Lissa za dużo siedzisz w tych książkach – burknął kolejny szesnastolatek.

Daryl Kroun najwyższy z całej trójki odznaczał się na ich tyle niec innym wyglądem. Zdobiły go długie, siegające do ramion, kręcone włosy w szatynowym odcieniu, stylizowane na liderów grup heavy metalowych, które zwykł słuchać, dopóki nie zepsuł mu się odtwarzacz. Miał jasne oczy wpadające raz w szarość, raz w czysty błękit, oprawione gęstym wachlarzem rzęs, o które zawsze zazdrosna była Amy. Toż to niesprawiedliwe! – mówiła zawsze nadąsana. Twarz Daryla zarysowywała kwadratowa szczęka, w zupełności nie wyglądał na swój wiek.

- Wybacz, chyba masz rację – zgodziła się bez protestowania.

Chłopak ją peszył. Nie był ani zły, ani niemiły dla niej, ale jego stanowczość, często sprawiała, że dziewczyna wstydziła się nawet swoich myśli. Dlatego zawsze przyznawała mu rację, nie chcąc ciągnąć przegranej dyskusji dalej.

- Jednak samochód nie przyjeżdża – wtrąciła Amy, kierując wzrok w stronę rzadko uczęszczanej ulicy. - Czyżby cesarz dał nowe rozporządzenia? A teraz będziemy głodzić napromieniowanych, badania wykazały, że kiedy jedzą nasze jedzenie, złe mocne niszczą uprawy i psują, to co udało nam się przetworzyć, dzięki moim staraniom. – Amy udała władczy ton cesarza, odchrząkując po paru słowach chrypę.

Daryl poklepał dziewczynę po plecach delikatnie, ale ona zamiast podziękować, odrzuciła gwałtownie jego rękę, grożąc mu palcem wskazującym. Rozeźlony wzrok mówił: nie waż się tak więcej robić.

- Faktycznie, coś zgadza się z tymi zwiastunami upadku – zauważył Maxim, wymieniając znaczące spojrzenia z Amy.

Dziewczyna uśmiechnęła się do chłopaka, sugerując mu, że lubi sposób, w jaki na nią patrzy i obserwuje. Ah, te jego oczy i piegowate policzki – pomyślała, czerwieniąc się na policzkach. Na moment jakby zapomnieli, że są w towarzystwie i, ignorując pozostałą dwójkę, spoglądali na siebie w milczeniu.

- Bardzo możliwe – zaśmiał się Daryl, próbując przywołać przyjaciół na ziemię. – Ciężarówki jak nie było, tak nie ma, to poważny zwiastun głodu!

- Bardzo śmieszne – rzekła zirytowana Mirabilissa, nieco zmieszana dogryzaniem. – Myślcie sobie co chcecie. Ale ja wierzę w to.

Blazywoluty nie brały na poważnie teorii spiskowych dziewczyny, uważali i traktowali ją jak dzieciaka, chociaż sami nie byli o wiele starsi. Próbowali wielokrotnie wciągnąć ją do swojej paczki, jak pozostałych, ale większość była zamknięta pod kloszem, rodziny nie pozwalały wychodzić im dalej jak ogródek domu. Tylko Mirabilissa mogła chodzić wszędzie za to stroniła od znajomości. To z inicjatywy Amy podjęli się wyzwania, ale w zupełności nie mieli podejścia do młodszych osób.

Trzynastolatka czasem zbyt poważnie podchodziła do otaczającego ją świata. Nie zawsze potrafiła celnie ocenić sytuację. Słowa, które atakiem nie były, za atak odbierała, dlatego nie lubiła przebywać w towarzystwie starszej trójki, a przynajmniej nieczęsto. Ceniła sobie swoje towarzystwo, łąkę na skraju ziemi i Pradawny Ląd Szaleństwa.

- Dzieciak z ciebie – rzekł Daryl.

- Tak sądzisz?! – fuknęła na niego, czerwieniejąc na twarzy: napiętej i ozdobionej grymasem niezadowolenia. -

Szczerze nienawidziła, kiedy traktowano ją w sposób nieistotny, niekonkretny, ignorujący, bo miała trzynaście lat. Nie lubiła słuchać, że jest dzieckiem, to nie był dla niej żaden argument. Mogła, chociaż nie chciała tego robić, zgodzić się z rozmówcami, że czasem przesadzała, ale w uważała, że większości ma rację i wielokrotnie próbowała ją udowodnić. Nikt jednak nie brał tego na poważnie.

- Dobra, skończymy, wyluzujesz się w końcu? – powiedział nieco znudzony Maxim.

Próbował przytkał dłoń do ust Mirabilissy, aby nie próbowała się sprzeciwić.

- Bez spięć, ok? – dodał.

- Niech ci będzie – zgodziła się, kiedy odepchnęła zmierzającą ku jej twarzy rękę.

Dziewczyna nie pożegnała się. Spuściła ponownie głowę i ruszyła tam, dokąd miała dotrzeć już jakiś czas temu. Myślami już błądziła po skraju ziemi z obłokami w tle.

- Nie chcesz z nami potrenować? – Zapytał piegus,

Odkąd zamieszkali wspólnie w obozie, potajemnie spotkali się w rozległych podziemnych grotach, gdzie ćwiczyli swoje umiejętności, tak robiły wszystkie blazywoluty w odizolowanych miejscach na całym terenie Międzymorskiego Kobaltu. To niesamowita więź, jaka niezaprzeczalnie łączyła nawet obce sobie osoby, motywowała ich do doskonalenia siebie, doskonalenia mocy drzemiącej w nieprzeciętnym organizmie.

Wszystkie blazywoluty pragnęły zemsty, chociaż bez sprzeciwów czy buntów, z pokorą znosiły kolejne upokarzające rozporządzenia władcy. Szkoliły się wzajemnie, aby kiedyś stanąć naprzeciwko armii cesarza, by odzyskać to co im się należało – wolność.

Mirabilissy stroniła od treningów, dlatego dla paczki przyjaciół, była zwyczajnie słaba i ślamazarna, co zwykli wytykać jej przy byle okazji. Zrażona brakiem umiejętności zaprzestała chodzić do groty i zagrzebała się w książkach, szukając w nich wyjaśnienia, dlaczego nie radziła sobie tak dobrze jak inni?

- Spieszę się – dodała tylko i odeszła.

 

***

 

Rok 2006, Sektor Pałacowy.

Złoty ratusz, siedziba cesarza, od kilku dni okupowana przez protestujących mieszkańców, żądających ostatecznego zakończenia spraw związanych z blazywolutami. Shown, pierwszy raz po objęciu tronu, z niepokojem spoglądał przez odsłonięte delikatną satynową zasłoną okno gabinetu, zastanawiając się, co podburzyło tak ludność Międzymorskiego Kobaltu? Z reguły napromieniowane dzieci zachowywały się dobrze, owszem zdarzały się przypadki buntujących się, w napływie heroizmu, osobników, ale były to sporadyczne zdarzenia, nie miał zatem powodów do obaw, tym bardziej nie powinni mieć ich mieszkańcy, a jednak coś leżało im na sercach.

Cornwell widział w tym jakiś spisek, plan uknuty przez kogoś z opozycji, mający na celu zrzucenie go z należytego mu tronu, odciągnięcie od władzy absolutnej. Ktoś musiał zrozumieć, że blazywoluty stały się dla cesarza sposobem na zarządzanie mieszkańcami, motywem, pretekstem i narzędziem do omamiania umysłów, tak myślał Shown. Komuś najwidoczniej nie podobał się typ władzy, jaki obrał, i model państwa, który stworzył, i dumnie podpisał swoim nazwiskiem, spekulował cesarz. Takie też spekulacje snuł Cornwell.

Mężczyzna odszedł od okna masując podbródek kciukiem. Gest ten, w przypadku cesarza, zazwyczaj oznaczał bitwę myśli, głębokie rozważania nad wszystkim, co doprowadzało go do szału. Zasiadł za biurkiem, obsypanym niepoukładanymi papierami, i włączył uśpiony laptop. Oczom władcy ukazały się czytane przed momentem maile z pogróżkami i przesycone nienawiścią teksty o jego rychłym upadku na dno społeczeństwa, które sam stworzył.

Twarz Showna pobladła. Bezsilność coraz śmielej rozgaszczała się w jego umyśle, odbierając zdrowy rozsądek. Walczył z natrętnymi myślami o przegranej i utraconej władzy, ale nie miał pomysłu, jak wyjść z tego bagna.

Sine łuki zagościły na stałe pod oczami, był zmęczony. Wyraziste rysy twarzy, o niegdyś pełnych policzkach, dziś z wyraźnie wystającymi kośćmi jarzmowymi, nadawały mężczyźnie posępnego wyrazu. Ciemne proste włosy układały się w skomplikowanym nieładzie, jakby cesarz dopiero opuścił łoże, przestało się tym interesować. Skóra straciła zdrowy kolor, stała się nieprzyjemnie matowa. Shown Cornwell nie prezentował się tak dobrze jak kiedyś. Schudł i faszerował się lekami dla poprawy humoru.

 

Mężczyzna przymknął na moment oczy i westchnął, wolno wypuszczając powietrze. Wystawny gabinet spowity w półmroku nie oferował nawet ciszy, więc stłumione głosy dochodziły z wypełnionej protestującymi ludźmi ulicy. Co tu zrobić, co tu zrobić? – myślał gorączkowo.

Wbił wzrok w jasną ścianę w brązowe staroświeckie wzory. Obrzydliwe, dlaczego nigdy tego nie zmieniłem? – zdziwił się, po czym przerzucił wzrok na regał z książkami, który uginał się pod ciężarem grubych tomów opowieści, literatury faktu z historią i polityką w tle. Żadna z pozycji nie należała do cesarza, ale trzymał je ze względu na ojca, który latami zapełniał gabinet przedmiotami swoich fascynacji.

Cronwell nie przepadał za czytaniem ani zdobywaniem wiedzy poprzez archaiczne metody – jak to zwał. Wolał sprzęt elektroniczny, laptop czy telefon, gdzie mógł słuchać o bieżących sprawach i trendach w polityce i wszelakich wydarzeniach, aktualnych lub tych sprzed jakiegoś okresu czasu, bez wytężania wzroku. Wstawił nawet do gabinetu masywny mahoniowy barek, z którego korzystał w wolnych chwilach od pracy. Ale ostatnio tych chwil było coraz więcej i zawartość butelek z alkoholem ubywała w zawrotnym tempie.

Cesarz, nagle olśniony, poderwał się gwałtownie z fotela. Dobry moment - pomyślał. Podszedł do barku, przekręcił klucz, otworzył i sięgnął po whiskey, ostatnio jego ulubiony napój. Nalał sobie szczodrze do szklanki o grubym dnie, gdzie spoczęły kostki lodu, i obadał uważnie zawartość. Za mało – przytaknął, jakby komuś odpowiedział na zadane pytanie, i dolał jeszcze trunku.

Drzwi do gabinetu Showna otworzyły się. Osoba, która zawitała w pomieszczeniu, nie raczyła zapukać, co nie spotkało się z dezaprobatą ze strony władcy. Corbin Maughan, wieloletni przyjaciel cesarza, po objęciu przez Cornwella władzy stał się jego prawą ręką, sekretarzem nadzwyczajnym. Miał smykałkę do polityki i z Shownem, umiejętnie manipulującym, tworzyli uzupełniający się duet.

Długie jasne włosy Corbin zaczesywał w kucyka, eksponując trójkątnego kształtu twarz. Na wąskim nosie spoczywały okulary połówki, przysłaniające lekko błękitne, chytre oczy oprawione niemal białą jak łuna linią rzęs. Zawsze nosił garnitur, każdego dnia w innym ciemnym, matowym kolorze, cenił sobie nieskazitelną prezencję. Wśród ludzi uchodził za intelektualistę i łaskawszą stronę władzy.

Maughan sposobem bycia i niektórymi cechami charakteru różnił się od Showna, ale łączyła ich skomplikowana więź oraz to samo zamiłowanine do rządzenia. Jednak w Corbinie, w przeciwieństwie do Cornwella, zachowały się jeszcze niewielkie ilości empatii. Często popadał w zadumę, rozmyślając nad zmianami zachodzącymi w państwie, zastanawiał się wtedy czy nie dążą powoli do upadku?

W zupełności nie przeszkadzało Corbinowi, kiedy ludziom żyło się dobrze, ale z dystansem podchodził do napromieniowanych. Niestety Shown zatracił się całkowicie w we własnym szaleństwie. Stał się egocentryczny i narcystyczny, a przynajmniej bardziej niż kiedykolwiek, odkąd odniósł sukces, ale po porażce nie przyznał się do błędu. Wiele osób straciło pracę, mówiono również, że posypały się głowy – w dosłownym znaczeniu. Ale Cornwell sprytnie manipulował faktami.

Cesarz jednym łykiem opróżnił zawartość szklanki i z zadowoleniem rysującym się na twarzy, zwrócił się w stronę przybyłego mężczyzny.

- Dobrze, że jesteś! – rzekł, odkładając pusty przedmiot i kierując się w stronę biurka. - Nalej sobie co tylko chcesz i usiądź ze mną. Musimy omówić tę sytuację. – oznajmił, wskazując ręką w kierunku okna, gdzie rozpościerał się widok buntujących mieszkańców.

- Właśnie przyszedłem w tej sprawie – oznajmił Corbin.

Mężczyzna zrezygnował z drogich trunków i zasiadł na krześle naprzeciwko przyjaciela. Minę miał posępną, szykowała się ciężka rozmowa, ale tylko Maughan wyraźnie przejmował toczącymi się na ulicach zamieszkami. Odchrząknął, zwracając na siebie zmęczoną twarz Showna i poluźnił krawat, zamierzając przejść do konkretów.

- To zaczyna wymykać się spod kontroli – dodał.

- Wiem, Corbin, ja to wszystko wiem, ale co mogę zrobić? – wzruszył ramionami, rozkładając bezradnie ręce na boki.

Uniesione do góry brwi ponacinały czoło głębokimi bruzdami. Przyjaciel jeszcze nigdy nie widział takiej bezsilności u cesarza. Zdziwił się. Uważał, że każdy mógł się poddać, ale nie on. A jednak czuć było w powietrzu zapach rezygnacji.

- Zdajesz sobie sprawę czego oni ode mnie oczekują? Nie mogę tego zrobić…

- Może czas wziąć po uwagę żądania mieszkańców? – zauważył Maugha, próbując w delikatny sposób nakierować rozmowę na temat, o którym od początku zamierzał mówić. - Plotki krążące o napromieniowanych wcale nie stawiają ich w dobrym świetle.

- W dobrym czy nie dobrym, to nie jest ważne! – zagrzmiał Cornwell.

Grunt sypał się pod nogami mężczyzny w zatrważającym tempie. Czuł, że bezdenna pustka tylko czekała aż wpadnie w nią na wieki zhańbiony i zapomniany. Obawiał się utraty władzy bardziej niż życia, bo czymże było życie bez dóbr i wygód? Dla cesarza niczym, zwykła wegetacją, czego nie zamierzał doświadczyć. - Oni są moją gwarancją na władzę absolutną, kiedy się ich wyzbędę, będę mógł śmiało ustąpić z tronu, bo kto będzie się przejmował mną, kiedy nastanie spokój? Temu państwu potrzebne jest zagrożenie!

- Zagrożenie jest potrzebne tylko i wyłącznie tobie. – Przeciwstawił się słowom przyjaciela, kręcąc przy tym głową znaczącym geście. - Ale nie mam ci tego za złe, to w końcu twój sposób na sprawowanie rządów. Ale może czas w końcu coś zmienić? Wspomógłbyć trochę państwo, nie wyłącznie siebie?

- Czego mi brakuje, no czego? – uniósł głos.

Słowa przyjaciela przeszły przez niego praktycznie niezauważone. Nie zastanowił się nad tym, jak zwykle. W głowie Cornwella kotłowały się wyłącznie pytania tyczącego się jego osoby. Jestem młodym i ambitnym władcą. Mam dopiero trzydzieści lat, przede mną świetlana przyszłość, jeszcze tyle mogę zrobić dla siebie.

- Przeprowadź debatę, zrób referendum dla wybranych przez mieszkańców przedstawicieli z każdego sektora – oznajmi Corbin.

Cesarz, który nieobecnym wzrokiem wodził po suficie, został przywołany przez przyjaciela, kiedy ten uderzył ręką o blat biurka.

- Pokaż, że słuchasz swój lud. Shownie, oni tego potrzebują, pragną wyrozumiałego władcy!

- Masz racje, jak zawsze – zgodził się, chociaż z trudem przeszły mu te słowa przez gardło. – Czas odbudować swoją reputację. Debata dziś o godzinie szesnastej, zawiadom stacje telewizyjne.

 

***

 

Godzina szesnasta, debata.

Zjawiło się dwunastu przedstawicieli z każdego sektora państwa, o różnych klasach i zawodach, reprezentujących każdego mieszkańca Międzymorskiego Kobaltu. W większości byli to pości ludzi, z biedniejszych części nawet bez podstawowego wykształcenia. Zaproszeni do wnętrza Złotego Ratusza, przebywali w sali konferencyjnej nie ugoszczeni w żaden sposób. Shown próbował ukryć obrzydzenie. Plebs w moim domu – pomyślał z goryczą.

Władca starał się być elokwentny, przez pewien moment stosował wyważone słowa, niestety kilkukrotnie użył określeń obraźliwych, nie przystających tak wysoko postawionemu urzędnikowi. Siedzący obok niego Corbin nie mógł uwierzyć, że Cornwell zniszczył wszystko w przeciągu dziesięciu minut. Idiota – skwitował w myślach.

Shown niechętnie spoglądał na urażone twarze zebranych wokół dębowego stołu ludzi, którzy jeszcze do czasu tego spotkania, mieli go za człowieka godnego zaufania. Pojawiły się pierwsze myśli sugerujące, aby zakończyć debatę, poddania się i ogłosić światu „odchodzę, róbcie, co chcecie, mnie to już nie dotyczy”. Corbin wyczuł zakłopotanie przyjaciela, co nie było podobne do niego, dlatego postanowił interweniować.

- Wybaczcie, drodzy mieszkańcy Międzymorskiego Kobaltu – zaczął, powstając z krzesła.

Poprawił garnitur i wygładził krawat, jasne włosy spięte w kucyka zsunęły się z ramienia.

- Cesarz jest poruszony tą sytuacją, podobnie jak wy. Jak widać jest tylko człowiekiem, którego również ponoszą nerwy, ale nie oburzajcie się. To czas, aby wszystko ustalić i dojść do porozumienia.

- Człowieku! – warknął gruby mężczyzna z łysiną na czubku głowy i wąsami gęsto obrastającymi bladą skórę.

Był przedstawicielem sektora dziesiątego, wiejskiej siedziby rolników i hodowców zwierząt, Terytorium Wiejskie, gdzie posiadał swoje własne pole i rozległe pastwisko dla krów. Przekrwione, mętne oczy wybałuszył wściekle i rozeźlone spojrzenie padło na Corbina, próbującego uratować sytuację.

- Od godziny mówimy wam, że chcemy całkowitej eksterminacji tych pasożytów! – ciągnął dalej.

- Spokojnie, bez nerwów i niepotrzebnych słów. – Maughan uniósł ręce, dając znak, aby mężczyzna spuścił z tonu.

Kropelki potu ujawniły się na twarzy Crobina, spływając wolno i nieprzyjemnie po skroniach. Połówki okularów spoczywające na nosie zsunęły się w dół po wilgotnej skórze.

- Nie jesteśmy w stanie wykonać tego bez naruszenia praw.

- To nie żadne dzieci! – zaprotestowała piskliwym głosem kobieta drżąca ze strachu.

Sama zdziwiła się, że odważyła się włączyć do dyskusji. Młoda mieszkanka sektora piątego, Mrowiska, prowadziła spokojne życie wraz z rodzicami. Uczęszczała jeszcze do szkoły, ale osiągnęła już odpowiedni wiek do brania udziału w politycznych deabatach. Przełknęła głośno ślinę, zorientowawszy się, że zapadła cisza, a oczy zebranych padły na nią.

Krótkie, sięgające raptem żuchwy, ciemne włosy były proste i połyskujące, na czoło zaś opadała grzywka ściętą na kształt łuku. To nadawało dziewczynie niecodziennego wyglądu, chociaż uroda nie zwalała z nóg, było w niej coś intrygującego, co przykuło wzrok cesarza. W końcu całą debatę prowadził za niego sekretarz, więc Shown rekompensował sobie tracony tutaj czas.

- Proszę nie osądzać tego w taki sposób – zwrócił się Corbin.

Zrobił to uprzejmie, ale dziewczyna spuściła przerażony wzrok i zamilkła. Mężczyzna westchnął, a resztę swojej wypowiedzi słów skierował do pozostałych mieszkańców.

- Z prawnego punktu widzenia, dopóki napromieniowanymi zajmują się ich właśni rodzice, to mają status dziecka. – oznajmił.

- My domagamy się tylko bezpieczeństwa! – odezwał się przedstawiciel sektora Ula oznaczonego numerem szóstym.

Biznesmen w silne wieku, zadbany i elegancko ubrany, wręcz przesadnie pokazujący swoją wysoką pozycję, wśród zebranych osób. Ale wbrew temu, co chciał sobą prezentować, nie należał do światowej elity Ula. Był mieszkańcem przeciętniej klasy obrzydliwie bogatego sektora. Posiadał swoją własną aptekę z certyfikatem i zezwoleniem na sprzedaż produktów z blazyidów. Jednakże, ostatnimi czasy, interes nie szedł za dobrze, wielu stroniło od minerałów w obawie, że to może być rakowa rdza. Pozycja mężczyzny malała.

- Czy nie jesteście bezpieczni? – zapytał Corbin, już któryś raz z rzędu poprawiając zsuwające się okulary.

Prowadzenie dyskusji szło Maughanowi znacznie lepiej niż Shownowi. Cesarz, odkąd przyjaciel przeją tyczkę, nie odezwał się ani słowem. Siedział, jak za karę, z nudów stukając palcami w miękkie obicie fotela.

- Obozy są oddalone od miast, żaden mieszkaniec od dwóch lat nie widział wolnego blazywoluta, w czym problem?

- W ich promieniowaniu – wyjaśniła kobieta z włosami ciemnymi, ale przeplatanymi siwymi pasmami, które spięła w koka.

Zimny wyraz twarzy i niskim ton głosu, sugerowały, chociaż błędnie, że mieszkanka sektora przemysłowego oznaczonego cyfrą dziewięć, Fabryczna Przystań, zna się na rzeczy i doskonale wie o czym mówi. W rzeczywistości była tylko koordynatorką w firmie swojego męża, a o wydarzeniach i samych blazywolutach informacje czerpała z gazet oraz telewizji.

- Udowodniono, są przypadki. Podobno wciąż będą rodzic się dzieci bestii, bo samych blazywolutów jest za dużo na obszarze takiego państwa! – wyjaśniła z przejęciem.

- To są pomówienia. – wtrącił się cesarz.

Kretynka – pomyślał Shown. Gdyby nie kamery skierowane na niego i kobietę, wyrzuciłby ją własnoręcznie. Na zbity pysk – dodał w myślach. Rozgoryczony musiał stłumić w sobie palącą chęć rzutu kobietą. Zamknął oczy, nie mógł patrzeć na zbiorowisko, które okrasił słowem – cyrk.

- Nie możecie nam udowodnić, że te stworzenia nie są szkodliwe – zauważyła kobieta z sektora siódmego.

Posłała władcy delikatny uśmiech. Nie było w nim nic pozytywnego. Jak ona śmie!

- W druga stronę to też działa. - Shown przeniósł wzrok na zebranych. - Brak dowodów odnośnie szkodliwości. Nie ma dowodów, nie ma problemu.

- Mamy dowody! – zawołał łysiejący mężczyzna, unosząc zaciśniętą pięść do góry.

Ponownie poczerwieniał na twarzy. Jak on mi wmawia, że tak nie jest, jak ja wiem lepiej – pomyślał.

- Nowe dzieci, które urodziły się bestiami – dodał wyraźnie z siebie zadowolony.

- Nie ma takiej możliwości – odpowiedział ze spokojem Shown.

- Jako podatnicy, jako rodowici Kobaltczycy, chcemy, aby władza coś z tym zrobiła – przemówił dotychczas milczący mężczyzna.

Mieszkaniec sektora drugiego: Ekologiczna Równowaga, zajmował się ochroną lasów i ratowaniem niszczonych przez człowieka terenów naturalnych. W wyprawach na pradawny ląd nie widział nic dobrego, a napromieniowane dzieci były dla niego zwykłym wynaturzeniem. Widział w nich karę dla ludzi, którzy dopuścili się dewastacji miejsca, mającego pozostać poza zasięgiem człowieka. Obawiał się tego kim były blazywoluty i, mimo iż znajdowały się poza zasięgiem miast, nie czuł się komfortowo na myśl, że parę kilometrów dalej znajduje się obozowisko pełne dziwnych istot.

- Kierując się waszymi prawami, czyli prawami mieszkańców Międzymorskiego Kobaltu – otrząsnął się Cornwell i przemówił, chcąc zakończyć jałową wymianę zdań. – Możemy zezwolić jedynie na eksterminację blazywolutów, którzy zostali porzuceni przez rodziny, a ich opieka przypadła pańctwu. To moja ostateczna propozycja.

- Czy, jako mieszkańcy, przystajecie na te warunku? – dodał Corbin.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania