Nie będę twoim bohaterem - Rozdział 12

Arek

– To jest jakiś idiotyzm. Nie wiem, na jaką cholerę się zgodziłem. – Stoję przed lustrem w mieszkaniu Pawła, ubrany w stalowy garnitur, pod marynarką widać białą koszulę z guzikiem rozpiętym pod szyją. Przeczesuję włosy palcami. Powinienem iść do fryzjera, ale nie mam już na to czasu, więc nie zrobiłem z nimi absolutnie nic, poza tym, że je umyłem.

Z tyłu podchodzi do mnie Monika. Poprawia kołnierzyk marynarki, wygładza jej materiał na plecach. Uśmiecha się do mojego odbicia w lustrze.

– Nie rozumiem, czemu narzekasz. To bardzo miłe ze strony tej dziewczyny, że wyciągnęła cię na studniówkę. To twoje ostatnie miesiące w liceum. Fajnie, że wyjdziesz trochę do ludzi.

– To nie ludzie, tylko banda idiotów. – Przewracam oczami.

Monika karci mnie swoim spojrzeniem, następnie obraca przodem do siebie i jeszcze raz uważnie się mi przygląda. Jest niemal mojego wzrostu. Ma nieskazitelną figurę. Oprócz pracy księgowej, była też instruktorką fitness, co pozwoliło jej zachować zgrabną sylwetkę po porodzie. Mogę tylko pozazdrościć Pawłowi takiej żony.

– Wyglądasz świetnie – Monika uśmiecha się szeroko – gdybym nie była już mężatką, to bym się w tobie zakochała. – Puszcza do mnie oko, a ja czuję, że się rumienię. – Może jednak założysz ten krawat, który ci pokazywałam?

– Nie – warczę – żadnych krawatów, już i tak wyglądam, jakbym się urwał z choinki.

W pierwszej chwili chciałem posłuchać Malwiny i faktycznie założyć jeansy i czarny T-shirt, ale przemyślałem sprawę. Nie chciałem aż tak wyróżniać się z tłumu. Wpadłem na pomysł, że może właśnie Monika i Paweł coś wymyślą. Jak zwykle mogę na nich liczyć. Monika wygrzebała z szafy ślubny garnitur Pawła. Ponoć jest już dla niego za mały, bo przez te pięć lat nabrał mięśni i nie może się w niego wcisnąć. Na mnie leży idealnie. Nawet jego buty na mnie pasują. Ja to jestem w czepku urodzony, choć już wiem, że wcale nie będzie mi wygodnie w tym stroju.

– Paweł! – Monika krzyczy w stronę salonu, skąd po chwili wychodzi mężczyzna z córką na rękach. Posyłam małej swój najlepszy uśmiech, a ona odwzajemnia się tym samym.

– No, stary – Paweł robi wielkie oczy – teraz to żadna laska ci się nie oprze. – Klepie mnie w ramię.

– Garnitur, leży jakby był szyty na Arka – mówi Monika. – Teraz widzę, jaki byłeś kiedyś szczupły – zwraca się do Pawła.

– Bardzo zabawne. Może teraz ci się nie podobam? – Napina przed nią swoje wytatuowane ramiona.

– Nic takiego nie powiedziałam. Teraz też mi się podobasz. – Dziewczyna całuje męża prosto w usta, a ja znów czuję ucisk w klatce. Chciałbym mieć taką rodzinę. – Arek, po studniówce, przynieś garnitur i koszulę. Dam go do czyszczenia, będziesz miał go potem na maturę.

– Nie, nie musisz – czuję się zmieszany, coś ściska mi gardło – do czasu matury, coś sobie na pewno kupię.

– Przestań, nie będziesz wydawał pieniędzy, jak ten leży na tobie idealnie. – Monika macha ręką. – Odkładaj kasę, a pewnie matka nie zadba, żebyś miał, w co się ubrać – dodaje ze smutkiem. Ma rację. Mama pewnie ma to w dupie. Wolałaby, żebym poszedł do pracy, a nie zdawał durną maturę.

– Dzięki – przebąkuję. Wiem, że z Moniką nie warto się kłócić i tak postawi na swoim w sprawie garnituru, taka z niej uparta osóbka. W sumie, kogoś mi przypomina. Pewną upierdliwą dziewuchę z klasy.

Ciągle nie mogę uwierzyć, że Malwina ośmieliła się mnie zaszantażować. Zawsze wiedziałem, że takie dziewczynki z dobrych domów są najgorsze. Ten błysk w jej oku. Dokładnie taki sam ma teraz Monika. W takich chwilach wiem, że stoję na pozycji straconej, a moja asertywność strzela sobie w łeb.

– Masz dla niej jakiś kotylion na rękę? – Głos Moniki wyrywa mnie z zamyślenia.

– Słucham? – Nie mam zielonego pojęcia, o czym ona do mnie mówi.

– No wiesz, taki kwiatek na rękę – tłumaczy, a ruchem ręki wyjaśnia, o co jej chodzi.

– Zlituj się. Nie będę jej kupował jej żadnego kwiatka.

– Arek – blondynka przewraca oczami – dziewczyna zabiera cię na studniówkę to, choć tyle mógłbyś dla niej zrobić. Paweł zawiezie cię i po drodze kupicie kotylion w jakiejś kwiaciarni. – Już otwieram buzię, żeby powiedzieć, że nie będę kupować żadnych kwiatów tej bezczelnej dziewusze. Przeklinam siebie za to, że nie mogę im wyjawić powodu, dla którego Malwina zaciągnęła mnie na tę imprezę. Nie mogę im powiedzieć, że mnie szantażuje. Przecież nie wiedzą, że zwiałem z domu i mieszkam w szkole. – Nie dyskutuj ze mną – Monika nie daje mi dojść do słowa. – Jeśli potrzebujesz na to kasy, to Paweł ci pożyczy.

– Mam pieniądze – przebąkuję pod nosem, choć wcale nie uśmiecha się mi wydawać pieniędzy na takie pierdoły.

– Pewnie nie wiesz, jakiego koloru będzie miała sukienkę? – nie odpuszcza.

– Żartujesz sobie ze mnie? – prycham.

– To kupcie biały, będzie pasował do wszystkiego.

– Dobra – Paweł wreszcie się wtrąca – ubieraj się. Jedziemy, zanim pozamykają nam wszystkie kwiaciarnie.

Wzdycham. Spoglądam jeszcze raz w lustro. To jakiś pieprzony koszmar.

***

Docieramy na miejsce piętnaście minut po dwudziestej. Musieliśmy objechać trzy kwiaciarnie, bo dwie z nich były już zamknięte. Trzymam w rękach pudełko z małym, białym bukiecikiem na białej wstążce, ozdobiony perełkami. Moje ręce trochę drżą, jakbym trzymał w dłoniach największy skarb na świecie. Wcale nie był tani. Paweł zatrzymuje się pod budynkiem stołówki, w której ma odbyć się studniówka. Wzdycham ciężko.

– To ona? – Paweł wskazuje samotną postać stojącą pod budynkiem, która rozgląda się na prawo i lewo oraz zerka na komórkę, sprawdzając zapewne godzinę.

– Tak – odpowiadam, nie odrywając od niej wzroku.

– Zadzwoń potem, to przyjadę po ciebie.

– Poradzę sobie.

– Prześpisz się u nas. Lepiej, żeby matka i Bartek nie widzieli cię w tym garniturze, bo zrobią aferę. Będą dociekać skąd miałeś na niego pieniądze.

– Okej – przytakuję. W sumie Paweł ma rację. Pewnie tak by zrobili. Tyle, że ja nie planowałem wracać do domu, ale on o tym nie wie.

– Powodzenia – rzuca do mnie, kiedy wysiadam.

Paweł odjeżdża, a ja podchodzę do Malwiny. Na mój widok dziewczyna jakby się rozpromienia. Ubrana jest w czarny płaszcz i buty na obcasie, w których chyba musi być jej zimno.

– Cześć – mówi cicho, uśmiechając się delikatnie. Spogląda na mnie trochę wystraszona.

– To dla ciebie. – Bez słowa przywitania podaję jej pudełko z kotylionem. Dziewczyna robi wielkie oczy i przygląda się zawartości pudełka przez jego przeźroczyste ścianki.

– To dla mnie? – pyta głupio. – Rany, Arek to bardzo miłe z twojej strony, ale nie musiałeś.

– Chyba jednak musiałem, skoro do przyjścia tutaj też mnie zmusiłaś. – Jestem dla niej nieprzyjemny, ale wcale nie chciałem tu być. Do tego nerwy robią swoje.

Malwina spuszcza wzrok. Robi się jej głupio, widzę to. To zabawne ile jestem w stanie wyczytać z twarzy dziewczyny, którą ledwie znam.

– Słuchaj – mówi wpatrzona gdzieś w chodnik – przepraszam za ten mały szantaż. Chyba jestem trochę zdesperowana, ale jeśli to dla ciebie taki problem, to nie musisz tam iść ze mną. Nie zdradzę nikomu twojej tajemnicy.

Mina Malwiny wyraża najprawdziwszą skruchę. Robi mi się jej żal. Może faktycznie nie miała z kim pójść? Choć trudno mi uwierzyć, że nie znalazła żadnego innego kandydata oraz że chciałaby ten czas spędzić akurat ze mną.

– Żartujesz? – Patrzy na mnie zaskoczona. – Nie po to wystroiłem się, jak idiota i przejechałem pół miasta za kwiatkiem na kawałku sznurka, żeby teraz tam nie pójść. Miejmy to już za sobą.

Ruszam w stronę budynku. Malwina idzie za mną. Wchodzimy po schodach, a następnie otwieram jej drzwi i już po chwili znajdujemy się w szatni, dość dobrze oświetlonej. Serce wali mi jak szalone. Denerwuję się, chociaż nie wiem właściwie, czym. Czuję się, jak wtedy, kiedy wchodziłem do sali sądowej na rozprawę swojego brata. W pomieszczeniu znajduje się spora grupka ludzi, dzieciaków z naszej szkoły. Część z nich spogląda ze zdziwieniem na mnie i Malwinę. Staram się ich ignorować.

Stajemy przy ladzie, gdzie oddajemy nasze wierzchnie ubrania pani szatniarce. Malwina lustruje mnie wzrokiem z góry na dół. Kącik jej ust drga w lekkim uśmiechu, ale nic nie mówi, więc nie wiem, co jej chodzi po głowie. Może wyglądam komicznie? Ona natomiast wygląda ślicznie. Jej niebieska sukienka jest dopasowana w talii, choć zdecydowanie ma zbytnio zabudowany dekolt. Włosy ma upięte w kok, dzięki czemu jej szyja wydaje się jeszcze bardziej smukła. Jej ładnych oczu i ciemnych brwi wreszcie nie zasłaniają mało twarzowe okulary. Już w szkole, w poniedziałek zauważyłem, że posłuchała mojej dobrej rady. Siniak na policzku sprawnie ukryła pod warstwą makijażu, teraz ledwie prześwituje pod nią żółty kolor.

Malwina sprawia wrażenie takie kruchej i niewinnej, choć pewnie wcale taka nie jest, zważając na to jak lubią sobie imprezować razem z Alicją.

Stojąc ciągle przy ladzie, Malwina szarpie się z pudełkiem, które pomagam jej otworzyć.

– Będzie pasował? – pytam cicho.

– Jasne. – Uśmiecha się szeroko. – Te perełki pasują mi do wisiorka i kolczyków. – Dotyka perły wiszącej na łańcuszku. W uszach faktycznie również tkwią perłowe kolczyki. – Założysz mi? – Wyciąga w moja stronę swoją szczupłą dłoń.

– Jak to się robi? – dukam.

– Musisz zawiązać na kokardkę.

Udaje mi się zawiązać dość zgrabianie wstążkę na jej nadgarstku. Unoszę wzrok i widzę, że Malwina wpatruję się w moje palce, następnie jej spojrzenie wędruje ku górze, zatrzymuje się na moich ustach, aż w końcu patrzy mi w oczy i rumieni się, kiedy orientuje się, że się jej przyglądam.

– A ten ćpun, co tu robi? – Słyszę za sobą głos któregoś z kolesi. Mówi cicho i chyba nie jest świadomy, że go słyszę. Automatycznie wszystkie moje mięśnie się napinają. Mam ochotę odwrócić się i przywalić jednemu z nich. Malwina to dostrzega. Łapie mnie za dłoń i mówi:

– Zostaw. Nie warto.

Ciągnie mnie za sobą na salę. Większość osób zajęło swoje miejsca. Malwina zaprowadza mnie do okrągłego stolika, przy którym siedzi już Alicja w seksownej, jasnej sukience z sporym dekoltem. Obok niej krzesełko zajmuje jakiś czarnowłosy, rozczochrany koleś w czarnym gangolu. Druga para przy stoliku to Weronika z naszej klasy i Dominik z równoległej. Przynajmniej ich znam. Wyglądają na zaskoczonych moją obecnością. Jedynie Alicja uśmiecha się szeroko.

– Nareszcie jesteście! Arek poznaj, to Michał, mój chłopak – Alicja przedstawia mi kolesia, a on wyciąga do mnie rękę, którą ściskam. Następnie witam się z Weroniką i Dominikiem, którzy również witają mnie uśmiechami.

Odsuwam krzesełko przed Malwiną. Dziewczyna zerka na mnie zaskoczona – taki ze mnie pieprzony gentelman. Sam siadam obok. Ręce mi się pocą, więc wycieram je o materiał spodni. Przez krótką chwilę przy stoliku panuje krepująca cisza. Na szczęście szybko przerywa ją Alicja swoim pierdoleniem o niczym. Ta dziewczyna ma gadane. Powinna iść na dziennikarstwo. Widać, że jest podekscytowana, szczęśliwa z tego, że Michał przyszedł razem z nią. Odnoszę wrażenie, że próbuje wręcz popisywać się przed chłopakiem. Zerkam nerwowo na Malwinę, która posyła mi uśmiech, mający podnieść mnie na duchu. Sorry mała, ale nie działa. Atmosfera się wreszcie rozluźnia, przynajmniej w przypadku reszty towarzystwa, a po kilkunastu minutach zaczyna się część oficjalna studniówki. Malwina zrywa się z krzesełka i dołącza do reszty rady uczniowskiej oraz nauczycieli. Zaczynają się nudne przemowy, których omal nie przesypiam. Najpierw dyrektorka, potem Joasia Dąbek. Nawet nie próbuję skupić się na tym, co mówią. Wystukuję palcami rytm o blat stołu, żeby nie zasnąć. Od czasu, do czasu zerkam nerwowo, czy aby na pewno nikt nie zwraca na mnie zbytniej uwagi.

Nareszcie Malwina wraca do stolika, cała rozpromieniona, a dyrektorka zaprasza do wspólnego poloneza. Wszyscy zrywają się ze swoich miejsc i udają na środek.

– Nie zatańczę tego durnego poloneza – warczę do Malwiny, kiedy siada obok – choćbyś miała mnie wydać samej dyrektorce.

Ku mojemu zaskoczeniu, Malwina śmieje się.

– Spokojnie, nie zależy mi. Też nie lubię odwalać takiej szopki.

Jej słowa uspokajają mnie nieco. Siedzimy razem i przyglądamy się temu korowodowi barw. Na samym przodzie, jako pierwsza para idzie Joasia z Piotrkiem Jeziorowskim. Robię wielkie oczy. Omal nie upuszczam szklanki, z której brałem właśnie łyk soku.

– Co tu robi Peter? – pytam Malwiny, nie spuszczając oczu z chłopaka.

– Jest chłopakiem Joasi. Znasz go?

– Chodziliśmy razem do klasy – tłumaczę. – Peter spotyka się z przewodniczącą szkoły? Tego jeszcze nie grali. – Kręcę głową, nie mogąc wyjść z szoku.

Pomijam fakt, że byliśmy całkiem dobrymi kumplami i tworzyliśmy zgraną paczkę. Jednak po wypadku zerwałem z nimi kontakt. Mało powiedziane. Wprost kazałem Peterowi odpierdolić się ode mnie. Nie chciałem wciągać go w to bagno, w które wpadłem.

Kilka par dalej dostrzegam Filipa razem z Eweliną, o ile dobrze pamiętam jej imię. Trochę zeszczuplała od tamtych czasów. To, że są parą akurat mnie nie dziwi. Odkąd tylko Ewelina dołączyła do naszej paczki, Filipa ciągnęło do niej. Uśmiecham się sam do siebie na wspomnienie tamtych czasów. Wtedy jeszcze wydawało mi się, że mogę być normalny. Malwina przygląda się mi uważnie, wiec szybko przybieram znów poważny wyraz twarzy. Niech sobie nie myśli, że mi się tu podoba.

Po odtańczeniu poloneza, impreza rozkręca się powoli. Podają nam ciepły posiłek, który z chęcią zjadam. Kilka kieliszków wódki sprawia, że ludzie przy stoliku czują się o wiele mniej skrępowani. Sam wypijam trzy i odmawiam dalszego picia. Nie lubię wódki. Chcę się po prostu trochę rozluźnić, ale wolę unikać alkoholu. Nie chcę skończyć, jak moi starzy.

W pewnym momencie przy stolikach siedzi zaledwie garstka ludzi. Reszta bawi się na parkiecie. Przyglądam się, jak Peter i Filip wywijają swoimi partnerkami do rock n' drollowego kawałka. Widać, że są szczęśliwi. Mogłem być taki, jak oni. Miałem skończyć liceum razem z nimi. Oni pewnie studiują teraz, ja bym pracował, może studiował zaocznie. Pewnie nadal bylibyśmy kumplami.

Zerkam na Malwinę. Siedzi na swoim krzesełku i również przygląda się tańczącym parom. Uśmiecha się sama do siebie. Jej noga podryguje w rytm muzyki. Widzę, jak rwie ją do tańca. Założę się, że teraz żałuje, że zaprosiła takiego buca, jak ja.

Jesteśmy sami przy stoliku. Kładę rękę na oparciu jej krzesełka i pochylam się w jej stronę.

– Ostrzegałem, że nie jestem dobrym towarzyszem na takich imprezach. – W ogóle nie jestem dobrym towarzyszem, dodaję w myślach. – Może jednak znajdziesz sobie kogoś do tańca?

– Nie. – Kręci głową. – Jest dobrze. – Uśmiecha się.

– No przecież widzę, że wolałabyś być teraz na parkiecie. Możesz mnie zostawić samego.

– Wcale nie czuję się dobrze na parkiecie – mówi patrząc mi prosto w oczy. – Lubię obserwować, jak inni się bawią. – Nie potrafię wyczuć, czy mówi prawdę, czy tylko zbywa mnie takim tłumaczeniem. – Możemy sobie po prostu porozmawiać – dodaje szybko.

Świetnie. W rozmawianiu jestem jeszcze gorszy niż w tańczeniu. Spoglądam znów w stronę parkietu. Muzyka zwalnia, ludzie łączą się w pary, zaczynają tulić się do siebie. Wzdycham ciężko. Mój wzrok ponownie pada na Malwinę, która jakby posmutniała. Postanawiam postawić wszystko na jedną kartę. W tańcu może nie będę musiał z nią rozmawiać.

– To może już lepiej zatańczmy?

– Naprawdę nie musisz – zapewnia mnie.

– Może nie będę tobą tak wywijał, jak Peter i Filip swoimi laskami, ale pobujać się możemy.

Podnoszę się z krzesełka i podaję dłoń Malwinie. Oczy dziewczyny robią się wielkie, a twarz rozpromienia się w szerokim uśmiechu. Jej policzki lekko różowieją. Przygryza dolną wargę. Ujmuje moją dłoń. Prowadzę ją na parkiet. Obejmuję Malwinę w pasie, przyciągam do siebie. Jej wolna ręka ląduje na moim ramieniu.

Kiedy tylko owiewa mnie jej kwiatowy zapach, zdaję sobie sprawę, że to był zły pomysł. Bardzo zły pomysł. Jej dłoń pasuje idealnie do mojej dłoni, ona idealnie wtapia się w moje ramiona. Powoli dociera do mnie, że stoję o krok od przepaści i boję się, że za chwilę nie będzie już odwrotu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 4 miesiące temu
    Będzie jej bohaterem:)
    Jak zwykle z wielką przyjemnością, sentymentem.
    5 dla klimatu, narracji, bohaterów.
    Pozdrawiam.
  • weatherwax83 4 miesiące temu
    dziękuję :*

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania