Nie będę twoim bohaterem - Rozdział 8

Malwina

Nie wiem. Naprawdę nie wiem, co we mnie wstąpiło, że to właśnie Arka wyciągnęłam z lekcji fizyki. Przed czym chciałam go ratować? On faktycznie jest świetny z tego przedmiotu. Z drugiej strony, to logiczne, że Suchoniowa odesłała swojego najlepszego ucznia z lekcji, na której miała zamiar pytać, i tak by go nie wywołała do tablicy. Swoją drogą, jak na chłopaka z rodzinnymi problemami, ma całkiem niezłe oceny. Może nie same piątki, choć z nauk ścisłych i takie noty się znajdą. Często mam wrażenie, że wręcz nudzi się na lekcjach. Wiem, że jest spadochroniarzem, ale w końcu materiał, który przerabiamy w czwartej klasie powinien być dla niego nowy. Sama siebie zaskakuję taką wiedzą na temat ocen Arka.

Zżera mnie ciekawość, co takiego dzieje się w domu Arka, że zmuszony jest pomieszkiwać w szkole. Alkohol? Narkotyki? Ojciec sadysta? Może był molestowany? Choć patrząc na jego muskuły, mógłby spokojnie sobie poradzić z ojcem znęcającym się nad nim. Moja wyobraźnia zaczyna mi płatać figle. Zdecydowanie za dużo myśli. Ciekawe, czy to prawda, że jego brat siedzi w więzieniu. Ponoć kiedyś też chodził do tej szkoły, ale jej nie skończył.

Setki, tysiące pytań krąży w mojej głowie, jednak boję się wypowiedzieć je na głoś. Dlatego też jedyne, co robię to siedzę na ławeczce pod ścianą sali gimnastycznej i nadmuchuję balony. Tak kuźwa, balony! Na konkurs polonistyczny. Śliczne, srebrne balony w kształcie literek, mieniące się kolorami tęczy. Nie rozumiem, czemu to tak wszystkich dziwi?

Arek porozwieszał już wszystkie papierowe ozdoby i teraz zabiera się za mocowanie balonów do szczebli drabinek przy ścianach. Jeszcze czuję się głupio po tym, jak zleciałam z tej piekielnej drabiny prosto na niego. Mogliśmy się połamać. Ja mogłam się połamać, a na pewno, ten upadek byłby o wiele bardziej nieprzyjemny, gdyby nie było tam Arka. Huknął głową dość mocno o parkiet, a ja czuję jeszcze ból w prawym ramieniu, ale żyjemy. Wszystko trwało raptem kilka sekund, ale teraz żałuję, że tak szybko odsunęłam się od niego. Przyjemnie było wylądować w jego ramionach. Chryste, obecność Arka wywołuje we mnie myśli, których nigdy bym się nie spodziewała po sobie.

Spoglądam w stronę chłopaka, który w ciszy przyczepia kolejny balon. Jest całkiem skupiony na tym banalnym zajęciu i widać, że się przykłada. Uśmiecham się pod nosem. Nigdy bym nie przypuszczała, że zobaczę Mokrzyckiego skaczącego po drabinie i wieszającego baloniki.

Arek wiesza ostatni balon i staje na środku pomieszczenia. Przystaję przy nim. Przyglądam się ozdobionym ścianom. Jest kolorowo, ale i elegancko. Wyszło lepiej niż zajebiście.

– I co? Chyba nie jest tak źle? – pytam, choć bardziej samą siebie. – Te balony, to wcale nie był taki zły pomysł, prawda? – Szturcham Arka łokciem w bok i od razu klepię się za to mentalnie w czoło. Kobieto, przecież to Mokrzycki, ten sam, który jeszcze rano groził ci w męskiej szatni.

– Może być – duka pod nosem i idzie po swój plecak. Robię to samo.

Moje rzeczy leżą koło kosza z piłkami do koszykówki, których chłopcy nie zdążyli jeszcze wynieść z sali, a mi do głowy wpada głupi pomysł. Wyciągam jedną z tych brązowych piłek, odbijam ją kilka razy o parkiet.

– Hej, Mokrzycki! – krzyczę i rzucam piłką w stronę chłopaka, który zmierza już w kierunku wyjścia z pomieszczenia.

Dlaczego zachowuję się przy nim, jak idiotka? Nie mam pojęcia. On może nie zdaje sobie sprawy, ale to nie jest typowe dla mnie. Postępuję zupełnie irracjonalnie. Gdyby była tu Alicja, pewnie zaniemówiłaby widząc, co wyprawiam.

Oczywiście, Arek orientuje się zbyt późno, że rzuciłam w niego piłką, więc ta trafia go w ramię. Odległość nie jest zbyt, duża, a ja nie rzuciłam mocno, ale to w końcu piłka do kosza, duża i twarda. Musiał to poczuć. Patrzy na mnie spod łba.

– Odwaliło ci? – pyta, a ja przewracam oczami.

Piłka toczy się z powrotem w moją stronę. Znów biorę ją do rąk.

– Może zagramy? – Serio. Nie poznaję samej siebie. – Jeden na jednego?

– Nie. – Krótka odpowiedź.

– Oj, daj spokój.

Robię lekki rozbieg, zaczynam kozłować i przymierzam się do zrobienia dwutaktu. Pod koszem wybijam się, rzucam piłką, ale nie trafiam do celu. W ramię Arka jakoś trafiłam. Uśmiecham się pod nosem i cały czas odbijając piłkę, podchodzę do Arka.

– No dobra. Ty pewnie w graniu jesteś lepszy, ale może chociaż porzucamy do kosza? Zagrajmy w pytanie za trafienie.

– Że co? – Arek przygląda się mi uważnie.

– No wiesz, będziemy rzucać na zmianę, ten kto trafi do kosza zadaje drugiej osobie pytanie. – Wiem, że nie jestem zbyt oryginalna. Gra w pytania pojawia się praktycznie w każdej książce dla nastolatków, ale skoro pisarze tak często o tym wspominają, to może ma to swoje uzasadnienie? Może dzięki temu będę mogła dowiedzieć się kilku rzeczy na temat Arka?

– Jest jeden problem – mówi i posyła mi kpiące spojrzenie – nie bardzo wiem, o co miałbym cię spytać, bo nie interesują mnie sprawy innych.

Wzdycham. To zabolało, nie powiem. Nie interesują go moje sprawy, ale jednak stoi ciągle tam, gdzie stał. Nie trzymam go na siłę, nie przywiązałam go do drabinek, choć, nie powiem, rozważałam taki plan. W każdej chwili może mnie olać i wyjść stąd. Mimo wszystko tego nie robi. Puszczam mimo uszu jego ironiczną wypowiedź. Obracam się w stronę kosza. Skupiam na nim cała swoją uwagę i rzucam, no i znów chybiam.

– Kuźwa – klnę pod nosem, a Arek prycha.

– Jesteś pewna, że chcesz w to grać?

– Wcześniej czy później trafię – zapewniam.

– Ta, jasne – znów ze mnie kpi. – Może do wieczora ci się uda, ale będziemy musieli zrobić przerwę na obiad.

Nabija się ze mnie, ale jednak rzuca swój plecak na ziemię, schyla się i łapie piłkę. Odbija ją od parkietu swobodnym ruchem nadgarstka. Powolnym krokiem oddala się od kosza na większą odległość i rzuca. Trafia bezbłędnie do celu. Rzut za trzy punkty. Stoję z rozdziawioną buzią i nie wierzę własnym oczom. Arek podchodzi do mnie z ironicznym uśmiechem po drodze zgarniając piłkę. Staje naprzeciwko mnie i patrzy mi w oczy.

– Czyli co? Teraz mogę zadać ci pytanie? – Przytakuję, a on pochyla się nieco w moją stronę i pyta: – Dasz mi wreszcie święty spokój?

– Nie – warczę i wyrywam mu piłkę z rąk.

– Za taki rzut powinienem mieć trzy pytania – mówi jeszcze, ale go olewam.

Przymierzam się do kolejnego rzutu. Tym razem musi się mi udać! Jednak zanim go wykonuję, Arek łapie mnie za przedramię.

– Czekaj. – Zatrzymuje mnie. – Źle to robisz. Źle trzymasz piłkę.

Chłopak staje tuż za moimi plecami. Jest bardzo blisko. Zdecydowanie zbyt blisko, przez co mam wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Łapie mnie za biodra i ustawia twarzą do kosza, a moje biodra lekko po skosie. Następne unosi moje ręce. Staram się zachować równomierny oddech. Jego dłonie muskają moje, kiedy pokazuje mi jak prawidłowo powinnam chwycić piłkę. Skóra mrowi mnie w tych miejscach.

– Chodzisz do czwartej klasy i nie potrafisz grać w kosza? – pyta tuż przy moim uchu. Jego głos jest spokojny, choć wczuwam w nim odrobinę typowej dla niego kpiny. Jego oddech drażni moją skórę, a po plecach przebiega mnie dreszcze. Czuję się jak bohaterka filmu i całkiem mi się to podoba.

– Nigdy nie byłam dobra w sporcie. – Dziwię się samej sobie, że potrafię sklecić sensowne zdanie.

– To kwestia pracy nadgarstków. Twoje ruchy powinny być bardziej płynne. Rzucając, wybij się trochę na stopach.

Nie wiem, jakim cudem, ale z pomocą Arka rzucam piłką, która odbija się od tablicy i trafia do kosza. Mrugam powiekami z niedowierzania. Udało mi się!

– Jest! – Unoszę ręce w zwycięskim geście. Arek schyla się po swoją torbę, ale zatrzymuje go mój głos. – To teraz ja zadaję pytanie. – Spogląda na mnie zrezygnowany. – Dlaczego pomieszkujesz w szkole, zamiast w swoim domu? – Zadaję pierwsze pytanie, które przychodzi mi do głowy, zanim on zdąży mi uciec.

Arek po raz kolejny wzdycha ciężko.

– Myślałem, że cała szkoła zna historie mojej rodziny. – Wzrusza ramionami. – Moja matka jest pijaczką i razem ze swoim fagasem urządza melinę w mieszkaniu. Miałem tego dosyć, więc się wyprowadziłem.

W sumie faktycznie, nie powiedział nic, czego bym się nie domyśliła, ale to jego wyznanie i tak sprawia, że wmurowuje mnie w podłogę. Milczymy. Jego oczy robią się smutniejsze. Pora rozładować trochę atmosferę. Uderzam piłką o parkiet, rzucam kolejny raz i znów trafiam. Chyba będą ze mnie ludzie.

– A to nie była czasem moja kolej? – Arek uśmiecha się półgębkiem.

– Nie. – Unoszę dumnie głowę. – Zmarnowałeś swoją kolejkę pytając, czemu nie umiem grać w kosza.

– To, o co chcesz spytać tym razem?

– Nauczysz mnie kozłować? – Odbijając piłę o podłogę, podaję ja Arkowi.

Chłopak obraca kilka razy brązową kulę w rękach, po czym rzuca ją z powrotem do mnie.

– Nie.

– Dlaczego? – Robi mi się przykro.

– To już są dwa pytania, cwaniaro. – Arek podnosi swój plecak i zarzuca go sobie na plecy.

– Arek... – mówię cicho. Chłopak przygląda się mi przez chwilę.

– Nie mogę, okej? Miałem operację kolana i nie mogę skakać, ani go nadwyrężać. Dlatego jestem zwolniony z w-fu. Ale idzie ci całkiem nieźle, tylko za bardzo skupiasz się na trafieniu, zamiast na dobrym wybiciu pod koszem. – Zerka na zegarek. – Cholera, widziałaś która godzina? Przegapiliśmy kartkówkę z chemii.

– Spoko. – Macham ręką. – Usprawiedliwię nas. Napiszemy na kolejnej lekcji.

Arek posyła mi krzywy uśmiech, obraca się napięcie i udaje w stronę wyjścia. Odkładam szybko piłkę na miejsce, łapię swoje rzeczy i doganiam go jeszcze przed drzwiami.

– Znasz się na koszykówce. – Stwierdzam fakt.

– Tak jakby. Facet od w-f miał nawet wobec mnie plany, chciał, żebym grał w drużynie klubowej. Może nie jestem wysoki, ale jestem... znaczy się, byłem zwinny. Niestety wszystko wzięło w łeb po tym... – waha się – incydencie z kolanem.

Chciałabym go jeszcze spytać, co to był za incydent, ale boję się, że mogłabym tym samym przegiąć. Dziwi mnie, że Arek otworzył się przede mną choćby odrobinę. Dlatego przez chwilę idziemy w ciszy, ramię w ramię. Korytarz jest pusty, ponieważ reszta uczniów siedzi jeszcze w klasach. Sama nie wiem, gdzie powinnam się teraz udać. Może do pokoju nauczycielskiego, jest jeszcze kilka spraw do pozałatwiania przed konkursem. Ciekawe, gdzie pójdzie Arek? Do swojej nory?

– Co dalej? – To pytanie pada z moich ust, ale nie koniecznie odnosi się do obecnej chwili. Arek spogląda na mnie i marszczy brwi. – Ile czasu masz to zamiar dalej ciągnąć? Chodzi mi o pomieszkiwanie w szkole. Przecież nie możesz tak na dłuższą metę.

Arek zatrzymuje się na środku rozgałęzienia korytarzy, a ja idę w jego ślady. Odwraca się w moją stronę.

– To naprawdę nie twój interes, Malwa – mówi całkiem spokojnie.

– Jestem Malwina. – Wzdycham. Zaczyna mnie ten koleś irytować.

– Uzbieram trochę kasy na kaucje, czy tam pierwszy czynsz i sobie wynajmę jakiś pokój. Nie musisz się użalać nade mną. Nie potrzebuję niczyjej pomocy – cedzi przez zęby, po czym wymija mnie i rusza korytarzem prowadzącym do wyjścia na tyły szkoły, kiedy znika mi z oczu, uświadamiam sobie, że nie podziękowałam mu za pomoc przy zdobieniu sali gimnastycznej. Trudno. Niech się wypcha. Nie potrzebuje niczyjej pomocy, to nie mam zamiaru mu pomagać.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania