Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Nieopodal zdrowych zmysłów

Wrócił do domu przed północą.

Zamknął za sobą drzwi, odłożył klucze na szafkę z butami najciszej jak umiał i na palcach ruszył do kuchni. Było kompletnie ciemno. Przykucnął przy lodówce i ostrożnie ją otworzył. Nie chciał nikogo obudzić. Zaleciało słodkim odorem zepsutego mięsa. Na środkowej półce leżał żółty, ociekający kawał wołowiny. Przesunął go dłonią i sięgnął głębiej, aż jego palce natrafiły na zimny metal. Podniósł się z klęczek i przez chwilę stał bez ruchu w ciemności. Zza uchylonego okna dobiegały do niego odgłosy miasta, szum przejeżdżających samochodów, szczekanie wyjątkowo zajadłego psa z bloku z naprzeciwka. Zamknął oczy, odetchnął głęboko relaksując się. Zacisnął palce na drewnie. Było zimne. Nie tak zimne jak stal, oczywiście, ale zdecydowanie chłodne.

Decyzję podjął już jakiś czas temu, jednak przez ostatnie tygodnie nie potrafił wprowadzić swojego planu w życie. Biorąc pod uwagę co zamierzał zrobić, trudno byłoby komukolwiek mu się dziwić. Musiał wielokrotnie odegrać w głowie wszelkie prawdopodobne scenariusze, szukając w nich dziur, potencjalnych problemów. W pracy, od momentu w którym w końcu postanowił co zrobi, szefostwo często zwracało mu uwagę, że wydaje się nieobecny, zatopiony w myślach, jakby mentalnie przebywał w zupełnie innym miejscu. Kwitował uwagi niemrawymi skinieniami głowy. Nie bał się o stratę pracy.

W końcu finanse nie miały już dla niego żadnego znaczenia.

Usłyszał delikatny odgłos szurania dobiegający z sypialni. Skryty w mroku, nie poruszył się. Pokój z łóżkiem oddzielała od kuchni ściana, więc o ile Laura nie zamierzała na przykład iść do łazienki, był bezpieczny.

Pstryknęło światło, zobaczył jego łunę na korytarzu, ale żaden odgłos nie wskazywał na to, by dziewczyna wstała z łóżka. Usłyszał dźwięk lekko zgniatanego plastiku, potem ssania. Następnie cichutki stukot odstawianej na podłogę butelki, najprawdopodobniej z wodą. Światło zgasło.

Odczekał kilka minut, a potem, najciszej jak umiał, zaczął skradać się w stronę sypialni. Wyjrzał zza rogu.

Oczy przyzwyczaiły mu się już do ciemności. Widział ją, obły, spokojnie i lekko unoszący się kształt pod cienką kołdrą. W pokoju pachniało jej perfumami, na oparciu krzesła wisiały niedbale rzucone stanik i majtki, na szafce stał talerz z niedojedzonymi truskawkami w śmietanie i kubek po herbacie, z przewieszonym przez krawędź listkiem od brzoskwiniowego liptona. Czekał. Oddychała równo, miarowo. Spała. Ale i tak czekał. Musiał być ostrożny. Nie chciał jej obudzić. Nie mógł pozwolić na to, by doszło do jakiejkolwiek konfrontacji. Chyba nie dałby wtedy rady. Nie zniósłby jej spojrzenia. Wykrzywionej w grymasie strachu twarzy. Wyrazu niedowierzania w oczach.

To musiało spaść na nią znienacka, jak sen, taki, w który zapadasz będąc skrajnie wyczerpanym. Taki, który uderza cię jak grom, powala w ułamku sekundy i leżysz bez świadomości, aż budzą cię poranne promienie słońca i odgłos gotującej się wody na kawę.

Wizualizował sobie ten moment setki razy. Zrobi to szybko i zdecydowanie. Nie zawaha się, użyje nawet więcej siły, niż sądzi że trzeba, po prostu by być pewnym, że nie będzie musiał niczego poprawiać.

Przejdzie kilka kroków cicho, a kiedy będzie już wystarczająco blisko, doskoczy do niej w jednym susie.

Leży na brzuchu, na boku, czy na plecach? Obserwował zakryty kształt, szukając wskazówek. Dostrzegł dwie, lekko zarysowane pod kołdrą kopuły piersi, widział jak unoszą się w sennych oddechach. Miał szczęście.

Teraz albo nigdy.

Zrobił pierwszy krok. Ocenił odległość. Za daleko. Kolejny krok. Jeszcze trochę. Teraz jest idealnie. Na czole perlił mu się pot. Zacisnął dłoń na drewnianej rączce wyostrzonego noża do mięsa i zawarł szczęki. Zgarbił się, przygotowując się do skoku, który miał odmienić jego życie raz na zawsze, i wtedy Laura poruszyła się, wydając z siebie cichy jęk.

Zamarł, sparaliżowany.

Dziewczyna wyciągnęła rękę spod kołdry i po omacku sięgnęła nią na szafkę, trącając lekko miskę z truskawkami. Z przerażeniem zobaczył, że podnosi schowany za kubkiem zegarek na rękę.

Chce sprawdzić godzinę, a więc za chwilę wyjmie głowę spod kołdry i go zobaczy.

Nie mógł się poruszyć ani podjąć jakiejkolwiek decyzji. Przerobił w głowie setki jeśli nie tysiące scenariuszy, ale żaden z nich nie zakładał tego rodzaju wpadki, i to w absolutnie ostatnim momencie.

Wolną ręką ściągnęła z twarzy kołdrę. Miała zmierzwione, puszyste loki, była oczywiście bez makijażu i prześmiesznie wykrzywiała twarz ,mrużąc oczy, by dostrzec wskazówki świecącego zegarka.

Nie widzi go.

Ale teraz tego nie zrobi. Jak mógłby? Teraz to oddychająca, świadoma osoba, jego narzeczona, która wygląda wyjątkowo zabawnie i słodko, marszcząc czoło, usiłując pokonać senne mroczki zaćmiewające jej oczy. I do tego pachnie zmytymi, choć nie do końca, pod wieczornym prysznicem perfumami, słodkim olejkiem do ciała i szamponem mango.

Laura odrzuciła zegarek na szafkę i podniosła się na łokciu, na szczęście w przeciwną stronę łóżka, odwracając się do niego plecami. Sięgnęła po coś, nie widział po co. Zamarła na chwilę w tej pozie, jakby skupiając się na jakiejś czynności wykonywanej ręką, którą się nie podpierała.

I nagle jego kieszeń w spodniach zawibrowała.

Laura, zdziwiona, odwróciła się w jego stronę a on pojął, że teraz nie ma już wyjścia. Zobaczył białka jej nagle wytrzeszczonych oczu.

Otworzyła usta do wrzasku, a na to nie mógł pozwolić. Ale przecież w tym skoku, w tym susie nie da rady trafić, nie ma szans. Musi zrobić coś innego, coś gorszego, coś bluźnierczego, ale nie chce, to jakiś sen, co on wyprawia, błagam, niech to będzie tylko koszmar...

Doskoczył do łóżka i zwalił się na jej drobne ciało, przygniatając ją swoim ciężarem. Dłonie zacisnął na chudej szyi, dławiąc krzyk dziewczyny w gardle. Nóż wpadł w pościel, zniknął pod poduszkami. Szarpnęła się konwulsyjnie, charknęła, wierzgnęła biodrami. Ale on ważył z dobre pięćdziesiąt kilo więcej od niej. Łkał w kołdrę, zaciskając dłonie z całych sił. Mięśnie drżały mu z wysiłku, pot spływał po plecach, ale ona wciąż wierzgała, wiła się pod nim jak zapaśnik podczas walki w parterze, który wie, że jeśli zaraz nie wymknie się spod przeciwnika, ten za moment założy mu śmiertelny chwyt. Co gorsza z jej ust zaczynało dochodzić makabrycznie brzmiące rzężenie, charkot.

Nie wiedział czy była to ciekawość, rozpacz, czy palec boży, ale podniósł głowę, odlepiając twarz od mokrej kołdry i spojrzał na nią.

Była prawie fioletowa, oczy miała wytrzeszczone i zasnute krwawym dymem pajęczyn. I wpatrzone w niego. Na skroni pulsowała gruba, nabrzmiała żyła, z kącika ust ciekła ślina. Okładała go zaciśniętymi w pięści dłońmi i nadal wierzgała biodrami.

Patrzył na nią, a ona na niego.

Trwało to około dwóch sekund.

A potem ją puścił.

Laura wciągnęła powietrze do płuc z taką siłą, że aż wygięła się w łuk podnosząc go biodrami, pokonując jego ciężar. Chwyciła się za szyję. Przeraził się, że zmiażdżył jej tchawicę, ale ona tylko wzięła kolejny potężny oddech i zaniosła się gwałtownym kaszlem. Uniósł się lekko, gdy poczuł że dziewczyna zamierza przewrócić się na bok. Laura zrobiła to, ściskając się za szyję i drgając konwulsywnie.

Odsunął się na drugi kraniec łóżka, spuścił stopy na podłogę, i skrył twarz w dłoniach. Za sobą słyszał kaszel, głośne, świszczące oddechy, szloch. Za chwilę spróbuje uciec, pomyślał. Jak tylko minie szok, zerwie się i nie zwracając na nic uwagi rzuci się do drzwi. Albo do okna. Ich mieszkanie znajdowało się na pierwszym piętrze. Może wykalkuluje sobie, że ma szansę przeżyć upadek z takiej wysokości. Ale wątpił w to. Jeśli zdecyduje się skoczyć, to tylko w akcie desperacji. Kalkulacje? Jakie, kurwa, kalkulacje. Tylko ty jesteś zdolny do kalkulacji w takim momencie. Ciekawe, co to o tobie świadczy.

Ale Laura nie zerwała się z łóżka, nawet gdy przestała kaszleć i szlochać. Po prostu nagle umilkła. Nie poczuł najmniejszego ruchu materaca, leżała nieruchomo i w ciszy.

Trwali tak przez dobrą minutę, on siedząc na skraju łóżka, ona zwinięta w kłębek, oddychająca szybko, spazmatycznie, nierówno.

- Dlaczego? - zapytała w końcu. Poczuł wyrzuty sumienia, gdy usłyszał jak chrapliwie i słabo brzmi jej głos, jak słyszalnie z bólem przełyka ślinę.

- To już nie ma znaczenia - odpowiedział. Jego głos brzmiał nosowo, ale nienaturalnie wysoko - Dzwoń na policję. Wyjdę z mieszkania, poczekam na nich przed blokiem. Zamkniesz za mną drzwi, więc już nie będziesz musiała się bać.

Milczała.

- Przepraszam - podniósł się z łóżka i nagle poczuł jak Laura chwyta go za przegub ręki. Nie potrafił zmusić się, by na nią spojrzeć, ale oczyma wyobraźni widział, jak dziewczyna intensywnie wpatruje się w tył jego głowy.

- Dlaczego? - powtórzyła, nieco silniej i bardziej zdecydowanie. Lecz nagle w jej głosie zabrzmiało przerażenie - Chcę wiedzieć. Czy... czy ty...

- Chryste, Laura, to nie ma już żadnego znaczenia. Puść mnie i dzwoń po nich.

- Dlaczego? - wyczuł w jej głosie rozpaczliwą nutę. Skręciło go w środku, poczuł do siebie obrzydzenie i wstręt, odnosił wrażenie, że zawalił się na niego wieżowiec wyrzutów sumienia. Albo, pomyślał dobijając się metaforycznie, jakby poczucie winy ścisnęło mnie z całych sił za gardło.

- Wiem o tobie i o Buckym - powiedział bardzo cicho. Dłoń, którą ściskała mu rękę cofnęła się gwałtownie.

Wciąż nie miał odwagi się odwrócić.

Usłyszał i poczuł po ruchu materaca, że Laura cofa się na drugi skraj łóżka. Milczeli. W sąsiednim bloku nadal ujadał pies. Po torach wciąż sunęły nocne tramwaje, emitując ten charakterystyczny szum i odgłos tarcia stali o stal, gdy maszyny zwalniały przed pętlą. Podobnie zwolnił czas w sypialni, odmierzany pustką i milczeniem, niewypowiedzianym żalem i strachem.

- Jak mogłaś - stwierdził, nie zapytał.

- Jak mogłeś - stwierdziła, nie zapytała - Kocham cię.

Zaśmiał się cicho.

- Jakby to miało znaczenie. Poza tym, kiedy dowiedziałem się... dowiedziałem... - w jego głosie nagle pojawił się gniew - Od tamtej chwili… czułem do ciebie już tylko nienawiść. Chociaż na początku nie wierzyłem. Ale wiedziałem. Nie wiem, kurwa jak, ale wiedziałem.

- Musiałam to zrobić. Musiałam to zrobić dla nas. Dla mnie i dla ciebie.

- To sobie powtarzasz? Tak to, kurwa, tłumaczysz? - gniew zmieniał się powoli w rozpacz - To myślałaś, kiedy waliłaś… waliłaś jego małą główką w…

- Nie… waż… się… o… tym… mówić! Nie masz, kurwa pojęcia, co się stało!- wycedziła, a on odwrócił się w jej stronę tak gwałtownie, że aż strzyknęło mu w szyi. Siedziała na skraju łóżka, obejmując kolana ramionami, wyglądając znad nich parą świecących w półmroku oczu. Nie było w nich smutku, strachu. Była rezygnacja. Była złość. Na zmianę, jak w zepsutym mechanizmie.

- To nie było to, Laura. To był on. To był Bucky - powiedział. Oczy zaszły mu łzami. Schował twarz w dłoniach i zgarbił się, odwracając się od niej, pochylając się, wdychając zapach perfum i potu, łykając słono-gorzkie łzy.

Odsłaniając kark.

Nie usłyszał cichego świstu. Poczuł nagły, ostry ból i zimno metalu, który przez kilka godzin leżał w lodówce za kawałkiem zepsutego mięsa. Jęknęły sprężyny materaca. Zerwał się z łóżka i zatoczył, wpadł na szafkę nocną, niedojedzone truskawki ze śmietaną karminowo rozbryznęły się na ścianie. Kubek z brzoskwiniowym liptonem spadł na podłogę, resztki brązowego płynu natychmiast wsiąknęły w dywan. Odepchnął się gwałtownie od szafki. Zatańczył w piruecie, nieudolnie usiłując sięgnąć rękoma za plecy, szukając rękojeści noża, rozpaczliwie chcąc wyciągnąć z siebie te dziesięć cholernych centymetrów nierdzewnej stali. Zrobił kolejny piruet próbując ustać na nogach, ale nie utrzymał równowagi, świat wirował. Zwalił się, kolejno, na: jedno kolano, na drugie, i w końcu na bok, dysząc ciężko, krwawiąc z ust i wybałuszając oczy. Drżał. Ból rozchodził się od karku na całe ciało ostrymi, regularnymi falami, jakby ostrze noża raziło go raz za razem potężnymi wiązkami prądu.

Nagle zobaczył przed sobą nagie stopy. Paznokcie miała pomalowane na czerwono.

Pochyliła się nad nim, jej loki musnęły jego twarz. Opadały mu już powieki, chociaż z całych sił walczył, by utrzymać otwarte oczy. Spojrzał na nią. Płakała. Bezgłośnie i bezłzawo.

Tracił siły. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale w tym samym momencie poczuł kolejną falę bólu, i zwymiotował krwią. Zacharczał, zaciskając mięśnie przepony, wziął trzy szybkie, płytkie oddechy i nagle zamarł, z półotwartymi ustami z których zwisała cienka strużka krwawej śliny. Oczy zaszły mu mgłą, a powieki opadły.

I umarł.

Laura popłakała jeszcze jakiś czas. Potem podniosła się, wydmuchała nos w prześcieradło i wyszła z sypialni.

Wylał jej herbatę. Musi zaparzyć sobie nową.

 

~Bogu

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania