Poprzednie części[A]Między drzewami. Prolog.  

[N]Manu Ko Dewata. Prolog

[N] Zbiór opowiadań, które nigdy nie zostały skończone.

Tytuł opowiadania: Manu Ko Dewata

Tom I: Z ognia zrodzeni

Kategoria: nieśmiertelni, nadprzyrodzone moce, feniksy

Rozdział I: Dziecko uratowane z płomieni

 

Nad miastem unosiła się ciężka chmura przysłaniająca piękno błękitnego nieba. I wbrew temu, co wielu z was mogło sądzić, nie zwiastowała deszczu, nie zwiastowała burzy ani nawet śniegu, była bowiem kłębem duszącego dymu wydobywającego się z płonącej niczym zapałka kamienicy pomiędzy ulicą Keene a Everson. W okrytej złą sławą dzielnicy biedy i rozpusty, dlatego nikogo nie zdziwiło, że płonie budynek, że coś złego się działo, bo w końcu co mogło dziać się w złej dzielnicy? Na pewno nic dobrego - rzekłoby wielu, chociaż to była krzywdząca opinia. Nie każdy był tutaj zepsuciem przesiąknięty - jak te dzieci z rozbitych rodzin błąkające się po zmroku z butelkami alkoholu w dłoniach, stanowiące wizytówkę tego miejsca. Zdarzali się także dobrzy mieszkańcy tylko mniej zamożni, mający tutaj swój własny kawałek świata, dziś ogniami zajęty.

Tłum ludzi zebrał się wokół, spoglądając, jak z masywnych wozów strażackich tryskają strumienie wody tak silne, że języki płomieni słaniały się przed nimi, kłaniając w uznaniu. Ogień, mimo zroszenia, wciąż próbował wchodzić głębiej w korytarze. Wychylał się śmiało przez popękane okna, chcąc łapczywie dosięgnąć kolejnego budynku: pełnego tajemnic, sekretów, złamanych obietnic o lepszym jutrze. Walka z żywiołem była ciężka, a akompaniowała jej wysycona smutkiem muzyka – ludzkie jęki. To żałosny płacz mieszkańców, którym w gruzach legło życie, wypełniane radością z małych rzeczy, drobnych sukcesów gwarantujących pozorne szczęście. Wszystko co mieli spoczęło w rozgrzanej wodzie, pośród popiołów - w zniszczonych doszczętnie mieszkaniach bez drzwi.

Wydawało się, że zbliżał się koniec tragedii, że po spalonym dorobku nie dało się już nic więcej stracić. Dla wielu, tylko tych empatycznych, radosny okazał się fakt, że nie zginął żaden z mieszkańców. Ale w końcu coś przedarło się przez chaotyczny hałas.

- Słyszę płacz dziecka! – wykrzyczał jeden ze strażaków głośno, a od napięcia zabolała go szyja. – Tam jest dziecko!

Powtórzył nawoływania, zbierając na siebie zszokowane spojrzenia mieszkańców. I zaczęły się rozmowy, domysły, teorie zabarwione spiskiem. Przecież tam nie było dziecka, kogo mogło być niemowlę - rozbrzmiały zdziwione głosy. Każdy wodził niespokojnie wzrokiem po gorejących ścianach budynku, spoglądali niechętnie na spopielone wejście - nikt nie miał odwagi nawet drgnąć nogą. Żaden nie chciał zostać bohaterem. Ogień, pomimo nieustannej walki, wciąż energicznie tańczył w korytarzach budynku, igrając, a płacz dziecka coraz śmielej docierał do niedowiarków. Faktycznie tam jest dziecko! - pomyślało wielu zebranych nadal grając odrętwiałych.

 

I pomimo, że nie padła żadna decyzja, a kapitan nie wydał rozkazu, bo chociaż życie nieznanego dziecka powinno obchodzić wszystkich, wysyłanie człowieka wprost w paszczę pełną ognistych języków szalejącego pożaru, byłoby okrutnym czynem, to znalazł się śmiałek, dla którego ratunek niewinnej istoty, okazał się ważniejszy niż jego własne życie.

Eric Peyton wykazał się prawdziwym męstwem, gdy w ułamku sekundy podjął decyzję, o jakiej żaden tutaj poważnie nie myślał, i równie szybko zniknął za zasłoną tłoczącego się gęsto dymu. Żadna z zebranych osób nie zdążyła nawet zaprotestować albo nikt nie chciał? Ericowi wydawało się, że trafił do piekła, do jego najgłębszych przedsionków. Miał wrażenie, chłodzące skutecznie zapał, że z każdym krokiem, jakby coraz bardziej przybliżał się do wrót czeluści. Wydawało się, że lada moment zapuka do posiadłości samego diabła.

Im cieplej się robiło, tym głośniejszy był płacz dziecka – dźwięk działał mobilizująco, odganiał złe myśli o śmierci w płomieniach, przyciągał w dziwny sposób, każąc wchodzić coraz wyżej i wyżej, iść głębiej i głębiej. Tak, odkrył teraz, że męska decyzja o ratowaniu dziecka, chociaż bohaterska, nie wynikała z altruistycznej chęci niesienia pomocy. Ten szaleńczy bieg zasilany niezwykłą dawką adrenaliny, wywołany był cudzą ingerencją, jakby czyjeś prośby rozbrzmiewały jego własnym głosem, gdzieś głęboko we wnętrzu strażaka. Hipnotyzowały go.

I uszło z Erica męstwo, cała napędzająca chemia powstających i rozpadających się związków. Dopadł mężczyznę strach zwykłego, śmiertelnego człowieka, który znalazł się pomiędzy językami płomieni, w punkcie bez możliwości odwrotu. Od dziecka dzieliła go zaledwie ściana z jedynymi drzwiami niestrawionymi przez ogień, z drzwiami lekko uchylonymi zapraszającymi do środka. Eric nie dał się długo prosić, wszedł do mieszkania o numerze czterdzieści trzy.

Niecodzienny widok przykuł spojrzenie mężczyzny, takiego obrazu się nie spodziewał. Próbował na szybko znaleźć wytłumaczenie, ale to co jego oczy wciąż lustrowały, wymykało się racjonalnym odpowiedziom. Pośrodku pokoju, w którym półki z książkami zdążyły poddać się płomieniom, leżało dziecko w ognistym okręgu. Jego duże oczy powędrowały na sylwetkę strażaka, duże bursztynowe oczy wyrażające podziękowanie.

Dziecko, którego nikt nie znał, zostało uratowane.

Erick Peyton – bohater, chluba narodu, duma dla straży – nigdy nie zdradził, co zobaczył w słynnym pokoju czterdzieści trzy.

 

***

 

Spojrzała na kanarka, jedną z wielu atrakcji niewielkiego sklepu zoologicznego, dla niej jak mini zoo, do którego zwykła chodzić z rodzicami. Ptak radośnie skakał z drążka na drążek, uciekając przed goniącym go palcem dziewczynki. Bawił się z nią? Możliwe.

- Śpiewasz o wolności? – zapytała, a przez bursztynowe oczy przemknął blask.

Blask wyrażający prawdziwy smutek. Podobnie jak ten żółty kanarek, również ona czuła się uwięziona, chociaż nie potrafiła wyjaśnić: gdzie i dlaczego? Czasami miała wrażenie, jakby nie pasowała do tych czasów, zbyt ciężkich i obfitujących w przesadny sadyzm, gniew ludzi do ludzi, ciągłe pretensje i niezadowolenie - to ją odrażało.

Miała zaledwie dwanaście lat. Dwanaście lat temu ktoś porzucił ją w płonącej kamienicy, gdzie wbrew temu, co nagłówki gazet sądziły, dla dziewczynki życie zaczęło się na nowo. Jako dziecko uratowane z płomieni. Wiedziała o tym, pomimo tego, że osoby podające się za biologicznych rodziców, nigdy o tym nie wspomniały. Wpajali dziewczynce wielokrotnie i nieumiejętnie, że świeciło słońce, lekki wiatr wiatr, kiedy przyszła na świat, ale ona pamiętała ogień, którego niespecjalnie się bała. Milczała, nie wychylając się z tym co wiedziała, przytakując zawsze, gdy opowiadano o cudzie jej narodzin. Rozumiała, że tak jest dobrze, że to poprawne zachowanie, ale wciąż zadawała sobie pytanie – dlaczego?.

Spojrzała z uśmiechem na kanarka.

- Kiedyś podziękuję tej osobie, która wyciągnęła mnie z budynku – przemówiła do zwierzęcia. – Wiem, że przyjdzie na to czas, że będzie to konieczne, jak to, że się tam znalazłam. Tak jak ty jesteś tu, żeby podarować komuś szczęście.

Przejechała palcem po szczebelkach klatki z kanarkiem. Kątem oka dostrzegała postać nieopodal akwariów z neonkami. Wyraźnie czuła, że owa osoba, wpatruje się w nią nieustannie, nie mrugnąwszy nawet okiem. Utkwiony wzrok był jak dotyk, nie traciła z nim kontaktu, zatem nie mrugał - tłumaczyła. Bez strachu odwróciła głowę w stronę tajemniczego gościa i z zaciekawieniem omiotła jego sylwetkę. Wysoki mężczyzna o szpakowatych włosach i ciemnych oczach nie wzbudzał w niej lęku, właściwie nie budził w niej jeszcze żadnych emocji. Z takim samym spokojem wewnątrz, lekkością na duszy uśmiechnęła się, jak przed momentem do kanarka.

Wszystko wokół dziewczynki zaczęło drżeć i pachnieć polnymi kwiatami. Przyjemne ciepło rozlało się z serca i ogarnęło całe ciało. Ciepło niezwykle znajome. W kamienicy, gdzie została porzucona, podobny żar roztaczał się wokół – nie groźny, a przyjemny, chroniący ją jak matczyne łono. Podeszła bliżej wlepiając śmiało wzrok w twarz nieznajomego. W oczach dziewczynki igrały iskierki ciekawości.

Odpowiedzi tworzyły się w głowie dziecka.

- W życiu są sytuacje konieczne, które powinniśmy robić bez pytania „dlaczego?” – oznajmiła mężczyźnie. – Osoby, które były mi w jakiś sposób bliskie, powinny to zrozumieć? Nie zostawia się nikogo bez słowa, to nieuprzejme, ale są przecież sytuacje konieczne.

Chociaż mężczyzna nie powiedział żadnego słowa, bijąca od niego aura tłumaczyła wszystko, a przynajmniej tyle na ile dziewczynka mogła to zrozumieć. Wiele pytań pozostało bez udzielenia odpowiedzi. Nie teraz, nie dziś – echem odbijały się szepty. Z całej tej sytuacji wynikało jedno - mężczyzna przyszedł po nią, a ona miała pójść z nim w świat daleki i nieznany. W świat, w którym w końcu ktoś otworzy klatkę i da jej wolność.

Nieznajomy odwzajemnił uśmiech. Wyciągnął rękę do dziewczynki, żeby mogła ją objąć - nikt nie zwrócił na nich uwagi. Mężczyzna widział w dziecku emocjonalnie dojrzałą osobę, kierującą się w życiu moralnością. Kogoś o naprawdę czystym sercu, jeszcze niestrawionym przez zło, czające się na świecie w najskrytszych zakamarkach ludzkiego umysłu. Stanowiła cenny skarb.

 

***

 

Wysokie skaliste wzgórze królujące nad lesistą doliną roztaczało przed oczami śmiałków widok, którego nie sposób było zapomnieć. Sosnowo-jodłowy las z domieszką białych brzóz oplatał wzgórze, rozciągając się na cztery strony świata. Miejscami zgiełk drzew przerzedzał się, przechodząc w szlaki dla turystów. To był wielohektarowy, nienapiętnowany techniką płat dzikiej ziemi, gdzie główną rolę odgrywał pierwotny instynkt.

Iglasto-liściaste korony drzew w żywych zielonych kolorach szeleściły przy podmuchach popołudniowego wiatru. W rytmie leniwie toczącego się do zmroku dnia. Ptaki przedzierające się nieustannie przez liście, wzbijały się w powietrze, a ich skrzydła mieniły się w zachodzącym słońcu wieloma odcieniami brązu.

Na samym skraju osypującej się skalistej półki stała dziewczyna o włosach w ciepłym miodowym kolorze powiewających na delikatnym wietrze. Miała przymknięte oczy i lekko uniesioną twarz, by umykające ku zachodzie promienie słońca zdołały jeszcze ogrzać zimne dziewczęco różowe policzki. I chociaż skórę miała bladą i zimną nie odczuwała żadnego chłodu, ale nie zwykła gardzić ciepłem spływającym z nieba. Promienie dodawały urody.

Zapadła noc, dziewczyna otworzyła oczy. Bursztynowy odcień tęczówek wydawał się tlić własnym światłem wśród otaczającej ją ciemności. Temperatura spadła, a ona pomimo skąpego ubrania, jakim była zwykła biała koszulka i cienkie kremowe, materiałowe spodnie, czuła w sobie ciepło tętniącej krwi.

Przysunęła się ku krawędzi - jeszcze bliżej. Na dole widziała pasma świateł rzucane przez latarki. Ludzie wciąż wędrowali między starymi drzewami, ale to nie stanowiło o zmroku kłopotu. Nabrała głęboko powietrza, po czym uniosła ręce ku górze i napięła się, jakby szykowała do skoku, następnie rozłożyła na boki jak ptasie skrzydła i rzuciła się w dół skalistego urwiska.

Dla osób widzących skaczącą ze skały człowieka, sytuacja wydałaby się oczywista. Młoda i zdesperowana kobieta, której życie nie było dostatecznie atrakcyjne, właśnie popełniła samobójstwo, ale czy tak brzmiało wyjaśnienie? A ona, wbrew temu, spadała w dół łagodnie jak piórko, nieśpiesznie zbliżając się ku ziemi. Rzekomy lot dziewczyny wydawał się zwykłym, ale efektownym cyrkowym przedstawieniem, tylko bez cyrku i bez widowni. Twarz nie wyrażała smutku ani złości, wręcz przeciwnie, cieszyła się tą chwilą. W oczach tliła się radość, gdy przeciwstawiała się grawitacji.

Im bliżej ziemi znajdowała się dziewczyna, tym wolniej opadała, całkowicie kontrolując sytuację. W końcu, mając wciąż rozłożone ręce na boki, miękko opadła na ziemię wypuszczając z płuc nabrane przed skokiem powietrze. Otworzyła oczy i obadała wzrokiem sosnowy las, o tej porze ciemny i przerażający.

Na twarzy dziewczyny rysowało się teraz lekkie zmęczenie. Akcja z pozornym lotem wyssała z niej całą energię, ale nie umiała odmówić sobie tej przyjemności. Zagarnęła włosy w niechlujnego kucyka i, nie bacząc na to jak szaleńczo biło serce, ruszyła w głąb huczącej puszczy prowadzona przez czujne spojrzenia zwierząt.

 

Marsz wydawał się niekończącą podróżą po bezkresach alternatywnego świata. Nocą, nawet najpiękniejsze za dnia miejsce, stawało się siedliskiem demonów i zjaw gnieżdżących się w każdej zbłąkanej duszy, wychodzących na żer w momencie najdrobniejszej słabości. Tak było i teraz. Zjawiskowy mieszany las, który przy blasku słońca zachwycał i radował oczy, zwłaszcza kiedy oglądało się go z wysoka, w tym momencie napełniał dziewczynę lękiem przed nieznanym. Tylko głupiec nie bałby się ciemności - pomyślała, spuszczając wzrok na ścieżkę.

Nie była to pierwsza ani ostatnia wyprawa dziewczyny. Jeszcze wiele razy miała tu przychodzić po zmroku, ale rozumiała, że pomimo tego niepokojącego krajobrazu, złowrogich dźwięków i cieni przemykających między drzewami, była tu bezpieczna. Strach nie malował się w dziewczynie z powodu samej ciemności – ona była tylko uosobieniem tego, co prawdziwy lęk budziło. To ludzie przyprawiali ją o mdłości i uczucie niepokoju. Byli chaotyczni i nieprzewidywalni, a przy tym niezwykle okrutni, szczególnie wobec nieznanego. Ich naiwność, ich pycha, ich dążenie do władzy, dążenie do odkrycia sekretów, ich religie różniące wyznawców. Rozumiała, że dla nich nigdy nie będzie człowiekiem i to napędzało w niej machinę klekoczącego strachu.

 

U kresu podróży jasnowłosej dziewczyny stała z pozoru drewniana chata. Nie zachęcała wyglądem do wejścia, wręcz wydawała się być centrum, sercem całego leśnego zła, ale nie żyły tu demony ani żadne zjawy. Stara chata była zwykłą kryjówką w głębi lasu, gdzie nikt o zdrowych zmysłach nie szukałby takiego miejsca, chociaż zdarzali się śmiałkowie, co zaglądali przez okna.

Otworzyła wyjątkowo ciężkie drzwi. Chata drewniana tylko z zewnątrz okazała się masywną budowlą zamykaną na zestaw wielu kluczy. Wewnątrz panował mrok, przeszywająca na wylot ciemność, przez jaką ludzki wzrok nie potrafił się przebić, dla dziewczyny nie stanowiła jakiejkolwiek zapory. Jasnowłosa poruszała się po pomieszczeniach nadzwyczaj zgrabnie. Nie potknęła się o żaden przedmiot ani nie zderzyła się z którąkolwiek ścianą w czasie przemykania między pokojami. Wykonywała określone czynności niczym zakazany rytuał pod osłoną cienia. Szukała, przestawiała, otwierała, ot najprawdziwsza rutyna, taka różna od tej ludzkiej - zwykła codzienność.

Wyglądało, jakby przygotowywała się do czegoś ważnego, pomimo mroku przetaczającego się w powietrzu, na twarzy dziewczyny dostrzec można było pełne skupienie. W pokoju, naprzeciwko wejścia do chaty, otworzyła starą olchową szafę wyciągając z niej trzy kufry. Mimo że przedmioty wyglądały na ciężkie i równie ciężko sunęły po drewnianej posadce, dziewczyna ani na moment nie zatrzymała się, by nabrać tchu czy otrzeć kropelki potu. Sprawiała wrażenie pełnej sił i werwy, mimo skoku ze skały, podróży przez las i siłowania się z przedmiotami, które wyglądały na zbyt ciężkie jak dla delikatnej kobiety. Po przeciągnięciu kufrów do pomieszczenia, zwanego przez ludzi salonem, sięgnęła do kieszeni, gdzie znajdował się kolejny pękaty zestaw brzęczących kluczy. Trzykrotne szczęknięcie zamków oznaczało, że tajemnicze przedmioty zostały otwarte.

Podeszła do kominka. Dzierżąc zapałki, kawałkami suchego i mokrego drewna oraz ostanie bryły węgla rozpaliła ognisko. Ogień zaiskrzył. Przyjemne ciepło wraz z jasnością w żółto-pomarańczowych kolorach napłynęło do chaty. Dziewczyna rozłożyła wełniany kocyk tuż przed źródłem żaru i ułożyła na nim pięć dużych przedmiotów. Przywodziły na myśl jaja. Czy nimi były ? Zdecydowanie większe od tych najokazalszych strusich, chropowate i ciemne jak wulkaniczna gleba.

Usiadła tuż za nimi, doglądając ich uważnie. Trzaski ognia, wypełniające ciszę, zagłuszone zostały przez melodyjny śpiew dziewczyny. Delikatny głos, miękki i usypiający, wyśpiewywał starą kołysankę, jakby miał utulić do snu niewidzialne dziecko.

Jedno z jaj drgnęło niespokojnie. Dziewczyna śpiewała dalej, a podrygiwania przedmiotu w końcu ustały.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Szpilka 3 tygodnie temu
    "Dziecko, którego nikt nie znał, zostało uratowane.
    Erick Peyton – bohater, chluba narodu, duma dla straży – nigdy nie zdradził, co zobaczył w słynnym pokoju czterdzieści trzy."

    Ojej, ciekawość mnie zżera, czy to specjalne dziecko, jak w thrillerze Polańskiego "Dziecko Rosemary"? 🙂
  • Szpilka 3 tygodnie temu
    Aha, Leea, dokończ, please, rozbudzasz w czytelniku ciekawość i potem go zostawiasz, no ja tak nie lubię 🙃
  • LeeaThorelli 3 tygodnie temu
    Dziecko bardzo specjalne. ;)
    Opowiadanie jest tak złożone, że ciężko będzie je dokończyć, z resztą od 3 lat leży zapomniane. :')
  • Szpilka 3 tygodnie temu
    Czyli zarzuciłaś pisanie, no, a teraz wiosna, do realu ciągnie, niebawem pomknę do lasu 😉
  • LeeaThorelli 3 tygodnie temu
    I zarzuciłam i nie byłam konsekwentna w pisaniu. ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania