[N]Manu Ko Dewata. Rozdział I

[N] Zbiór opowiadań, które nigdy nie zostały skończone.

Tytuł opowiadania: Manu Ko Dewata

Tom I: Z ognia zrodzeni

Kategoria: nieśmiertelni, nadprzyrodzone moce, feniksy

Rozdział I: Legendy spod rarógowego pióra

 

- A wszystko zaczęło się w paleolicie – oznajmiła kobieta, modulując głos, nadając swojej wypowiedzi swoistej tajemniczej otoczki.

Na kolanach ciążyła jej rozłożona gruba księga w skórzanej oprawie. Skóra niemal szmaragdowo-zielona wyglądała na zdartą z jakiegoś jaszczura, a drobne łuski miejscami przetarte ukazywały, jak stary był to przedmiot. Pierwsza strona tajemniczej książki nosiła tytuł, zapisany starannie kreślonymi literami, „Żar-Ludzie, legendy spod rarógowego pióra”.

Wokół kobiety zgromadziły się dzieci. Nieliczna grupka, raptem siedmioro maluchów w przedziale wiekowym od pięciu do góra jedenastu lat, rumianych na twarzy dziewczynek i chłopców, oczekiwała na kontynuację opowieści. Wszystkie tak samo zaciekawione tym, co za moment opowiedzieć miała im kobieta. Siedziały w milczeniu, od czasu do czasu lekko wiercąc się na chłodnej posadzce.

Bonita Habsburg posiadała dar. Potrafiła skupić na sobie uwagę nawet najbardziej rozkojarzonych dzieci, szukających wymówek, kręcących z niezadowoleniem nosami, uciekających od obowiązków, które wolały zamienić na zabawę. Wystarczyło jedno zdanie, nawet mało znaczące słowo, a oczy najmłodszych mieszkańców wędrowały na jej usta w kolorze dojrzałych wiśni, zawsze ciepło uśmiechające się do nich. Sprawiała wrażenie dobrej wróżki.

- Wyobraźcie sobie epokę, w której ludzie obcowali ze stworzeniami dużymi i groźnymi! – Bonita przerwała zalegającą ciszę, między nią a grupą słuchaczy, i rozpoczęła opowieść zawartą w księdze z jaszczurczej skóry. – Wielkie mamuty przemierzały ziemię skutą grubą warstwą lodu, a puchaty śniegu oblepiał ich grube, włochate kończyny jak białe skarpetki! – Dzieci zaśmiały się na myśl o mamucie w skarpetkach. Bonita kontynuowała. - Środowisko było nieprzyjazne dla ludzi, zagrożenie czyhało z każdej możliwej strony od pogody po szablozębne tygrysy nawet gigantyczny jeleń, chociaż smakowity, mógł zabić ostrym porożem. Śmierć byłą nieodłącznym elementem życia utworzonych społeczności, a każdej śmierci towarzyszył smutek.

Jak mamuty, na które polowano przeżywały straty bliskich ze stada, tak ludzie z trudem godzili się, że ich towarzysze odchodzili do dalekich krain w zaświatach. Największy żal odczuwali, kiedy umierały dzieci. Małe i bezbronne istoty, którym nie dane było zobaczyć jaki świat jest. A jak wiecie, drogie szkraby, żal i smutek za bliskimi zmuszał ludzi do sięgania po radykalne środki, obrzędy i rytuały.

I wyobraźcie sobie raz jeszcze wielkie włochate mamuty, jako masywne lądowe bestie, i górujące nad nimi jeszcze większe złoto-rdzawe ptaki. Były smukłe, długoszyje, z równie długimi kończynami, dostojne jak żurawie, a ich ogony wyglądały, jakby tlił się na nich ogień, tak pióra mieniły się w słońcu. Niesamowite, nie?

A słyszeliście o feniksach? Tych mitycznych stworzeniach zdolnych do odradzania się z popiołów? A gdybym wam powiedziała, że owo wspomniane ptaki, Rarógi, bo tak je nazywamy, mogły odradzać się na nowo z własnych popiołów? Tak, to wydaje się nieprawdopodobne, a jednak jest prawdą!

Kiedy nastała epoka lodowcowa żadne stworzenie nie było bezpieczne, nawet te, które zdawały się być nieśmiertelne. Dla Rarogów ta epoka w dziejach ziemi okazał się za ciężka. Chłód nie pozwalał odbudowywać się nowemu życiu z popiołów zmrożonych przez zimno bijące z lodowców. Obrócone w popiół i nienarodzone na nowo nie pozostawiły po sobie śladu dla żadnego człowieka. Czy było tak na pewno?

W tamtych bezwzględnych czasach człowiek musiał być dobrym obserwatorem, musiał patrzeć i wyciągać wnioski. Im większe zwierzę tym większe zagrożenie mogło stanowić. Zatem obserwowanie rarogów było dla człowieka czymś koniecznym. Obserwacje skłaniały do wyciągania wniosków, a wnioski ułożyły się w myśl, że Raróg równa się życie.

I tym sposobem ludzie, dzięki pomocy ognistych ptaków, oszukali bezwzględną śmierć i przywołali małe duszyczki dzieci, żeby mogło narodzić się na nowo. A działo się to w momencie, kiedy stare Rarógi spalały się we własnym żarze. Ułożone na gorącym stosie ciała, nawet te już rozłożone, chłonęły rarógowe życia tchnienie. Tak powstali Żar-Ludzie! – zakończyła z uśmiechem.

Kartki księgi przewracały się wraz z postępem historii. Bonita za każdym razem pokazywała rysunki zdobiące stare, pożółkłe kartki. Wizerunek wielkiego ptaka niosącego życie przykuł największą ilość spojrzeń, chociaż przedstawiony obraz nie oddawał piękna prastarego stworzenia. Oczy dzieci połyskiwały z fascynacją.

 

Frontowe drzwi posiadłości otworzyły się i zamknęły się z impetem. Do środka weszła Esabell - brudna i zmęczona, niezbyt skora do rozmów. Marzyła o ciepłej kąpieli i długim wypoczynku w świeżej pościeli, ale kiedy dostrzegła gromadę dzieci wybiegających z biblioteki, obawiała się, że ktoś zaciągnie ją do kolejnej roboty. Coraz gorzej znosiła wizyt w chacie pośrodku obszernego lasu - w miejscu, który nazywali Doliną Runy, nieopodal wioski Athran.

Najmłodsi mieszkańcy posiadłości, udając lecące Rarógi, wbiegli po schodach na piętro, na co Esabell odetchnęła z ulgą. Uniknęła właśnie niewygodnych pytań - A gdzie byłaś? - brzmiących niezwykle irytująco, kiedy umysł przemęczony minionymi wydarzeniami, był nadwrażliwy na każde banalne słowo, nie zmierzające do żadnego celu. Na ogół należała do miłych i cierpliwych osób. Musiano włożyć wiele sił w próby, żeby wyprowadzić dziewczynę z równowagi, ale dziś czuła, że ta granica między stoickim spokojem a furią niemal się zatarła.

Esabell podeszła do balustrady schodów. Zatrzymała się, głowa mimowolnie zwróciła się w lewą stronę, a oczy powędrowały daleko za próg drzwi. Omiotła wzrokiem niedużych rozmiarów bibliotekę, gdzie Bonita zazwyczaj dawała lekcje historii młodemu pokoleniu. Dziewczyna dostrzegła, jak kobieta chowa cenny dla siebie przedmiot: starą, wysłużoną księgę, na najwyższą półkę, po czym oparła się czołem o szafkę pełną innych dziwnie nazwanych pozycji.

Zbliżał się koniec pewnego okresu w życiu Bonity, właściwie koniec jej dotychczasowego życia. Kobieta oparła się, zmęczona podstawowymi czynnościami, a to oznaczało, że ciało było już bardzo stare. Mentorce brakowało siły na dźwiganie ciężaru własnego ciała i oddech męczył, a serce biło coraz wolniej. Esabell nie miała śmiałości, by podejść do Habsburg. Chciałaby porozmawiać, dodać otuchy, ale była zbyt młoda, żeby zrozumieć, co czuła Bonita zbliżająca się do krańca życia. Mogła współczuć kobiecie tylko wewnętrznie, mogła liczyć, że kiedyś zdobędzie doświadczenie, którym podzieli się z innymi. Teraz po cichu poszła do swojego pokoju.

Delikatnym ruchem otworzyła drzwi. Odkąd wyruszyła w cotygodniową podróż do głębi lasu pomieszczenie pozostało bez żadnych zabezpieczeń, a każda tajemnica, jaką chowała wewnątrz, mogła być łatwym kąskiem dla wścibskich osób. Mogło tak być, ale nie tutaj. W posiadłości nie istniało coś takiego jak wścibstwo czy podejrzliwość. Za murami istniało pełne zaufanie i poszanowanie prywatności, toteż zamykanie drzwi na klucz mijało się z jakimkolwiek celem.

Esabell miałam pewność, że nikt nie pokusił się o grzebanie w jej rzeczach, z drugiej strony nie obawiała się, gdyby coś takiego zaszło. Oprócz sekretu, jaki ukrywała przed ludźmi, ona i jej współbratymcy, była pozbawiona wszelakich tajemnic, a jej pokój stanowił nudny skrawek podłogi z łóżkiem, szafą i biurkiem, ulokowany na drugim piętrze.

Zamknęła za sobą drzwi. Zrzuciła brudne ubranie. W promieniach słońca skóra Esabell opalizowała od cielistego po zółto-pomarańczowe odcienie, jakby ktoś wtarł w nią starannie najwyższej jakości brokat. Owinęła się ręcznikiem i ruszyła na parter.

 

Kąpiel przeciągała się. Przez ostatnie cztery godziny dziewczyna leżała nieruchomo zanurzona po szyję w niemal zimnej wodzie i kontemplowała nad monotonnią w swoim życiu. Tylko chata, jaja, powrót do posiadłości, kąpiel i odpoczynek, podróż do lasu i znowu tylko chata, jaja i tak w kółko - myśli Esabell nie były pozytywne, wręcz popychały ją w otchłań szaleństwa.

Zamaszyste uderzania w drzwi wyrwały dziewczynę z matni rozważań. Oderwana na moment od rzeczywistości energicznie została ponownie w nią wrzucona. Natretnemu pukani zaczął towarzyszyć głos.

- Esa! – wykrzyczało jedno z dzieci imieniem Maria. – Esa! Teraz moja kolej!

Esabell widziała oczami wyobraźni, jak naburmuszony piegusek, bo tak zwykle nazywała niesforną rudą jedenastolatkę, tupie nogą ze złości, ponieważ znowu coś nie szło po jej myśli. Blondynka uśmiechnęła się pod nosem, usiłując zrelaksować się jeszcze przez moment, ale hałas zaburzył przepływ energii i cało zaczęło odczuwać zimno długo stojącej wody. Gęsia skórka niczym niechciany sekret pojawiła się na skórze.

Na całe nieszczęście, Maria została przydzielona Esabell pod opiekę, kiedy ukończyła osiem lat. Dziewczyna nie mogła odmówić ani zrezygnować z tego obowiązku, w końcu był to niemały zaszczyt, nagroda za bycie odpowiedzialną młodą osobą. Wprowadzanie nowego pokolenia w tajemnice życia Żar-Ludzi należało do trudnych i czasochłonnych wyzwań, które niejednokrotnie dawało korzyści w przyszłości. Tak zaczynało się wspinanie po szczeblach kariery.

Esabell powinna widzieć w młodej Magnolii kogoś, kto zaopiekuje się nią, gdy narodzi się na nowo, jako bezbronne i nieświadome niemowlę. Niestety porozumiewanie się z narowistą i kapryśną dziewczynką sprawiał dziewczynie ogromny problem. Esabell starała się, żeby złe myśli nie przyćmiewały rozsądku i, pomimo ciągłej niezadowolonej miny Marii, opiekowała się nią z należytą uwagą i dbałością o najmniejszy szczegół.

- ESA! – krzyknęła donośnie.

Drzwi do łazienki otworzyły się. Maria w ostatniej chwili zatrzymała rękę zdążającą do uderzenia w skrzydło. Błękitne oczy dziewczynki popatrzyły wściekle na opiekunki, a czerwone policzki paliły się ze złości.

- Wolne – rzekła Esabell i owinięta jedynie w ręcznik ruszyła w stronę drugiego piętra.

 

Zbliżała się noc, ciepła czerwcowa noc. Niebo jasne z jednej strony, ciemniejące z drugiej otuliło się chmarą połyskujących gwiazd, czekając aż pojawi się księżyc, ale nastała pora nowiu i złotej tarczy niebo miało się dziś nie ujrzeć.

Bursztynowe oczy jarzyły się w mroku pokoju, podobnie jak ślepia polującego zwierza: pumy, lwa, jaguara. Esabell podeszła do okna, oparła czoło o szybę, oglądając zasypiającą Andorę. Wioska Athran wyglądała magicznie, oświetlona raptem paroma światłami z domów i pasem latarni z głównej ulicy, przywodziła na myśl niedostępne dla ludzi miejsce, a przecież mieściła się niespełna trzy kilometry na północ od najbliższego miasta Les Bons w parafii Encamp.

Dla Esabell odległość była wystarczająca, żeby nie czuć na sobie ciężaru ludzkich spojrzeń. Nie przeszkadzało jej również, że ilość turystów w czasie pory zimowej zwiększała się ze względu na bliskość ośrodka narciarskiego, położonego na wschód od Athran. Czuła się tutaj bezpiecznie.

 

***

 

Ferreol Casparini stał na balkonie i wpatrywał się w rzekę Valirę, mającą swoje koryto na wprost. Błyszcząca w słońcu woda wydawała się stosem wciąż przetaczających się leniwie diamentów, tak mocno opalizujących, że ciemne oczy mężczyzny przez moment wyglądały na niebieskie.

Stał na balkonie budynku przy ulicy Prat Salit w Andorze, odliczając niechętnie czas do rytualnego wydarzenia. Energiczne postukiwania palcami o barierkę, dla osób znających dobrze Ferreola, oznaczały tylko jedno – zdenerwowanie. Ciągnące się zewsząd pasma Pirenejów, choć piękne, odzierały mężczyznę z nadziei, przytłaczając świadomością o zazębiającej się nad nim rzeczywistością, w której niebawem przyjdzie mu pożegnać się z wieloletnią znajomą, być może na zawsze.

Za rzeki dochodził nieznośny huk, zlepek wielu słabszych i głośniejszych warkotów. Mężczyzna niechętnie spojrzał na ruchliwą ulicę, gdzie samochód gnał za samochodem, zaburzając mechaniczną muzyką silników piękno poranka. Ferreol, wyczulony dzisiejszego dnia na dźwięki, nerwowo drgnął ręką w momencie przejazdu przez rondo klekoczącej ciężarówki. Jednym słowem, jakikolwiek bodzieć czy pozytywny, czy negatywny - wszystko źle wpływało na Caspariniego.

Czarne, kłębiące się nad mężczyzną, chmury nie odebrały całkowicie zdrowego rozsądku ani nie pozbawiły odczuwać radość. W momencie uchwycenia wzrokiem nieśpiesznie idącej Esabell, jego twarz nabrała promiennego wyrazu, niemalże dziecięcego i niewinnego. Usta, chociaż długo się opierały, wygięły się w końcu w uśmiech, a część ciężaru spadła z braków Ferreola, na co mimowolnie odetchną z ulgą. Wrócił do gabinetu.

 

Esabell nie musiała tu być, ten ciepły wiosenny dzień widniał w jej kalendarzu pod nazwą „wolne”. Esabell po części nie chciała tu być, wewnętrznie krzyczała rozdarta pomiędzy pragnieniem odpoczynku a koniecznością towarzyszenia Ferreolowi w tym wydarzeniu. Ostatecznie wybrała rolę towarzyszki, nie potrafiła być obojętna wobec swojego opiekuna. Kiedyś jeszcze się wyśpię – pomyślała, ziewając.

Dotarła do celu podróży. Trzypiętrowy budynek naprzeciwko rzeki znany był, jako firma spedycyjno-transportowa, przynajmniej dla szerszego grona ludzi. Jednak to, co mieściło się na wyższych kondygnacjach, nie pasowało do tego, co skrywało się w obszernych pomieszczeniach poniżej parteru.

Istniały dwa wejścia. Wejście pracownicze noszące miano „głównego”, którędy wchodziły osoby zajmujące się sprawami firmy, przeważnie zwykli ludzie, i wejście tylne, gdzie dostęp mieli wyłącznie Żar-Ludzie. Chociaż firma była dobrem wszystkich mieszkańców posiadłości w Athran, jako jej główny właściciel widniał Ferreol Casparini, w którym drzemała smykałka do zarządania i logistyki, dlatego tylko on korzystał z wejścia głównego.

Esabell minęła szybkim krokiem ochronę stojącą u wejścia do firmy. Młody chłopak bezpruderyjnie zerkał na nią zawsze, gdy tędy przechodziła. Wzrokiem wędrował od stóp aż po same bursztynowe oczy, niemal rozbierając dziewczynę z lekkiego odzienia. Koszulka chroniła zaledwie kilka ważniejszych miejsc, a spodnie przylegające idealnie do nóg, wydawały się być skórą Esabell. Nieświadomie kusiła.

Dziewczyna nie zwykła zastanawiać się nad tym czy stanowi dla kogoś atrakcyjną kobietę. Zdawało się, że nie posiada żadnej wiedzy na temat ludzkiej seksualności, w tym również swojej. Zamknięta w skorupie monotonni wykonywała większość czynności jak robot, któremu wgrano odpowiednie oprogramowanie.

Zeszła długimi, wąskimi schodami. Stopnie oświetlone czerwonym światłem wyglądały jak naznaczona krwią droga do piekła, ale dziewczyna nie znalazła się w Tartarze, gdy dotarła na ich koniec. Otworzywszy drzwi nie ujrzała diabła i demonów, znalazła się na prostym szarym korytarzu, gdzie co jakiś czas w ścianach zagłębiały się drzwi. Skąd te dziwne porównanie? - pomyślała, odpędzając od siebie kłębiące się w głowie wyobrażenia o płonącym piekle.

Nie często przebywała w tej skrytej pod ziemią siedzibie. Odkąd tajemnice o Żar-Ludziach zostały Esabell wyjaśnione, a praca przydzielona, nie miała powodu, by się tutaj zjawiać - w końcu nie nadano jej tytułu „naukowiec”. Nie odczuwała jednak żalu, że przypisane zadania wydawały się mniej ważne, niż te wykonywane w tym ukrytym laboratorium. Tłumaczyła sobie zawsze, że to co robi, niesie ze sobą jakiś sens. Próbowała odpychać od siebie myśli, że stała się tylko opiekunką kamiennych jaj.

Za dziecka, kiedy Bonita zajmowała się wieloma sprawami, w tym badaniem starości krwi u osób kilkukrotnie narodzonych i osób wielokrotnie narodzonych, Esabell regularnie zjawiała się tu cztery razy w tygodniu. Uczęszczała tu na lekcje od historii po biologię Żar-Ludzi i w przerwach między jednym wykładem a drugim, doglądała przeprowadzanych badań w sterylnych pomieszczeniach, będąc zawsze po drugiej stronie grubej szyby.

- Dawano cię tu nie było. – Esabell drgnęła po usłyszeniu głosu Ferreola.

Wyrwał ją z zamyślenia dość brutalnie. Nie usłyszała dźwięku kroków świadczących o tym, że mężczyzna się zbliża, popadawszy w dziwną zadumę. Serce zatłukło Esabell w piersi. Od kiedy stałam się taka strachliwa? – pomyślała, niepewnie spoglądając na opiekuna.

- Pamiętaj, że mam pracę, która jest bardziej odpowiedzialna, niż te wasze zabawy tutaj – oznajmiła, uśmiechając się przekornie.

- Nie zaprzeczę – dodał, odwzajemniając uśmiech, a w kącikach oczy pojawiły się kurze łapki. – Pozwól, że udamy się na miejsce.

 

W pomieszczeniu na końcu korytarza, o tajemniczej nazwie „Pepercinis”, znajdowały się trzy osoby. Bonita zdążyła okryć się szlafrokiem nim wraz z Ferreolem weszła do środka Esabell oraz dwoje pozostałych osób, znanych dziewczynie jedynie z przebłysków wspomnień z dzieciństwa. Należeli do kadry naukowców i zajmowali się fenomenem odrodzeń, asystowali przy tym jak położnik przy narodzinach ludzkich dzieci.

Nieznani z imienia mężczyźni zapisywali coś skrupulatnie na obszernych kartach, co parę chwil konsultując się z sobą odnośnie terminów.

- Badania - mruknęła Esabell krzyżując ręce na piersiach.

Metaliczne pomieszczenie przesycone gorącym powietrzem wyposażone było w stolik stojący pośrodku wraz z kilkoma krzesłami ustawionymi w rzędzie, a silne neonowe światło roztaczało kłujący w oczy blask. Esabell, przyzwyczajona do stonowanego oświetlenie korytarza, na chwilę zamknęła powieki. Czuła, jakby z nocy gwałtownie przeszła w środek dnia.

Pokój o kształcie prostokąta oprócz drzwi, jakimi Esabell wraz z opiekunem weszła do środka, posiadał kolejne przejście na wprost wszystkich zgromadzonych. Obok widniała pokaźna szyba, za którą rozciągało się kolejne małe pomieszczenie, jakby komórka na miotły. Wydzielony i zamknięty za drzwiami skrawek nie służył, jako schowek na preparaty chemiczne, a był swego rodzaju pokojem do obserwowania. Ustawiona na podłodze porcelanowa misa połyskiwała w jasnym świetle. Cel, w jakim została postawiona akurat w tym miejscu, nie stanowił dla Esabell tajemnicy.

Cisza panująca w ogrzewanym pokoju została przerwana przez szum przesuwanych krzeseł. Esabell wraz z Ferreolem i dwojgiem naukowców usiedli wspólnie przy stoliku, a Bonita całkiem samotna weszła do pomieszczenia. Rozpoczęło się magiczne przedstawienie.

Kobieta delikatnie wstąpiła do wnętrza porcelanowej misy, ustawiając się tyłem do obserwującej ją grupy, i bez wstydu zrzuciła z siebie szlafrok. Długie ciemno brązowe włosy sięgały kobiecie do pasa, a skóra w tym świetle wydawała się nienaturalnie mleczna.

Ceremonię przemiany człowieka w popiół i ponownie w człowieka Esabell znała jedynie z opowieści Ferreola i Bonity. Niemniej, między opowieściami a rzeczywistością granice się zacierały. Istotną różnicę stanowił ból, jaki towarzyszył samospopieleniu, ale była to indywidualna cecha każdego Żar-Człowieka. Pierwsze spopielenie, jak każdy wspominał, należało do bolesnych przeżyć, co zapisywało się w pamięci na tyle głęboko, że nowo odrodzony człowiek potrafił opowiedzieć o całym przeżyciu wiele lat po odbytej ceremonii.

 

W pomieszczeniu, gdzie przebywała Esabell, przygasło mocne neonowe światło, a zapaliły się małe światła zamontowane w ścianach tuż za plecami obserwującej grupy. W pokoju zapanował niepokojący półmrok. Ku zaskoczeniu dziewczyny temperatura gwałtownie spadła, wprawnym okiem oceniając, gdzieś poniżej zera.

Zdziwienie mieszane przerażeniem pojawiło się na twarzy Esabell. Dziewczyna oszołomiona dziwnym zdarzeniem, błagalnym wzrokiem spojrzała na Ferreola. Coraz wyraźniej odczuwała na skórze szczypiące zimno. Mężczyzna łagodnie uśmiechnął się do swojej podopiecznej, a jego spojrzenie sugerowało, że to normalna procedura. Esabell przełknęła gęstą ślinę, po czym dotknęła swojej ręki okrytej warstwą gęsiej skórki, było to dla niej niecodzienne zjawisko.

- Zrelaksuj się – wyszeptał Ferreol całkowicie niezrażony panującym w pokoju mrozem.

- Dlaczego jest tak zimno? – zapytała łamiącym się głosem.

Przez moment czuła się jak nienauczone życia dziecko, ale zerknąwszy ukradkiem na naukowców nie dostrzegła na ich twarzach drwiącego uśmiechu. Robię z siebie idiotkę – pomyślała.

- Szybka zmiana temperatury z wysokiej na niską zmniejsza próg dotkliwego bólu – wyjaśnił Ferreol obserwując, jak Esabell ociera dłońmi ramiona. – Nasz instytut jest jednym z najlepiej przygotowanych, przynajmniej tutaj w Europie.

Wraz z obniżeniem temperatur w obu pomieszczeniach rozpoczęło się przeobrażanie Bonity. Kobieta drgnęła, jakby przeszedł po jej ciele dreszcz bólu. Ciężko oddychała, nabierając coraz większych haustów powietrza – powierzchni płuc zmniejszała się, pęcherzyki rozsypywały się wewnątrz kobiety. Czyżby spopielanie zaczynało się od tego miejsca? - zastanowiła się Esabell, widząc w tym zdarzeniu coś obrzydliwego. Drgnęła, teraz nie była pewna czy chce kiedykolwiek się spopielić.

Bonita nie wyglądała na starą osobę, chociaż ciało Ferreola, w tym wcieleniu, liczyło więcej lat, to energia wypełniającą cielesną powłokę Bonity przeżyła więcej wieków niż Caspariniego. Wewnętrznie była już naprawdę starą kobietą, dlatego czas życia w człowieczym wcieleniu skracał się za każdym razem, gdy spopielała się i naradzała na nowo, za każdym razem żyła coraz krócej, umierając coraz młodziej.

Energia, jak Żar-Ludzie nazywali duszę, stanowiła ten cudowny element, który nie umierał po spopieleniu. Pomimo rozpadu całego ciała pośród popiołów tliła się jeszcze cząstka, energia, wydzielająca napięcie, które wiązało potrzebne, życiodajne cząsteczki. Z napięcia odradzało się życie i tak historia zataczała krąg aż do kolejnego spopielenia. Zasada była prosta im młodsza w energia, tym dłuższy czas egzystencji takiej osoby. Dla Bonity, przy tak zużytej energii, oznaczało to raptem sześćdziesiąt lat życia, gdzie Esabell mogła istnieć pod obecnym wcieleniem do stu pięćdziesięciu lat.

 

Popielenie trwało chwilę, ułamek sekundy. Oczy niespodziewające się kulminacyjnej sceny z ledwością zarejestrowały całe zdarzenie. Esabell niemal podskoczyła na krześle dostrzegając błysk, jakby mała bomba atomowa właśnie została zdetonowana w równie małym pokoiku.

Przepiękna błyszcząca chmura pełna jarzących się iskierek wypełniała po brzegi niewielkie pomieszczenie. Zimno ustąpiło miejsca żarowi bijącemu za szyby, w pokoju, w którym nie było już Bonity. Powoli opadające kłęby dymu coraz bardziej odsłaniały blade ściany obsypane drobinkami popiołu, aż w końcu iskrząca chmura całkowicie zniknęła, ukazując porcelanową misę.

Wewnątrz białego przedmiotu znajdowała się kupka szaro-rdzawego materiału, który przed wybuchem rozrywającym wszystko na swej drodze, tworzył ciało Bonity. Dwoje naukowców przerwało dudniącą w uszach ciszę i ruszyło ku drzwiom do małego pokoju. Wyższy mężczyzna o jasnych krótko ściętych włosach trzymał w dłoni prostokątny przedmiot. Był to najzwyklejszy ludzki wynalazek zwany potocznie woltomierzem, który sprawdzał się również przy testowaniu, czy w kupce popiołu tli się prawdziwa energia.

Szatyn poprawił biały kitel i uklęknął. Ustawił odpowiedni zakres pomiarowy, przyłożył kabel probierczy do popiołu. Spojrzał na wyświetlacz. Nic się nie pokazało, mężczyzna pokiwał przecząco głową w stronę Ferreola. Casparini stukał nerwowo o blat. Pomimo pierwszej negatywnej próby naukowiec przystąpił do kolejnego testu. Wetknął nieco głębiej końcówkę z uwagą śledząc czy wyświetlacz nie pokazuje zmiany napięcia. Kolejny raz miał kiwnąć głową na boki, kiedy na wyświetlaczu mignęły mu cyferki. To krótkie zdarzenia wystarczyło, aby uznać, że Bonita po kolejny nie dała się śmierci.

Po otrzymaniu pozytywnej odpowiedzi na twarzy Ferreola pojawił się uśmiech, prawdziwy i szczery, uśmiech niosący ulgę. Pomimo nieukrywanej radości w oczach mężczyzny wciąż krył się smutek. Esabell patrzyła na niego nie ukrywając zdziwienia, chociaż sama nigdy nie odczuła tego, co ludzie nazywali miłością, widząc zmęczoną oczekiwaniem postać Caspariniego zrozumiała, że darzył kobietę silnym uczuciem.

- Spotkajmy się na zewnątrz – rzucił w stronę dziewczyny i spokojnym krokiem skierował się do pomieszczenia z misą.

Esabell poczuła się jak odrzucone ze stada stworzenie, poczuła piekącą w klatce zazdrość, czego wstydziła się przez moment, i z chaotycznymi myślami udała się nad pobliską rzekę. Miłość to chyba jednak piękne uczucie – pomyślała.

 

Ferreol wyszedł z pokoju szybkim krokiem, wspiął się kilkoma susami po schodach na drugie piętro firmy i tak samo zwinnie, niezwykle sprawnie, przedostał się do swojego gabinetu, trzymając przyciśniętą do piersi kartkę. Ciche i słoneczne pomieszczenie z biurkiem z dębowego drewna stanowiło oazę dla strapionego umysłu mężczyzny. Zapach biura, zgiełk pracy uspokajało chaotycznie poruszające się myśli.

Z szuflady zamykanej na klucz wyciągnął teczkę opisaną słowami: „Pepercinis: Bonita Habsburg, kod: B_08”, obok ustawił kartkę A4, którą otrzymał od naukowca, gdzie złożył swój podpis.

Na papierze widniał ten sam tytuł, którym oznaczono teczkę oraz szczegółowe dane Bonity zawierające informacje na temat: wieku energii, wieku aktualnego, ilości odrodzeń, daty narodzenia z naznaczonego ogniem jaja oraz parametry krwi, gdzie na czerwono zapisano: krytycznie narażona.

Mężczyzna przyglądnął się karcie, przeskakując wzrokiem po zawartych tutaj liczbach. Dane układały się następująco: 1006 lat, 62 lata, 9 odrodzeń, 1000 rok, co stawiało Bonitę na liście jednych z najstarszych Żar-Ludzi klasy B, gdzie zajmowała 8 pozycję. Ferreol widział w tych liczbach przykrą rzeczywistość zwiastującą zbliżający się kres jego ukochanej. Kiedyś w końcu się nie odrodzi – przeszło mężczyźnie przez myśl.

Przetarł dłonią twarz, trawiąc w sobie wszystkie negatywne emocje. Nie będzie tak źle - pomyślał i wsunął kartę do teczki. Szuflada ponownie została zamknięta na klucz, a klucz ponownie został zawieszony na szyi. Mężczyzna spojrzał przez okno na siedzącą na chodniku podopieczną. W całym tym szaleństwie zapomniał, że Esabell także potrzebuje uwagi, wciąż była młoda i zagubiona, a świat Żar-Ludzi nie rozpieszczał nikogo..

 

Zawieszone wysoko na niebie słońce otulone zostało kilkoma chmurami. Szum płynącej rzeki przeplatał się z hałasem dochodzącym z ulicy. Rozpoczęła się ciężka szczytowa godzina dnia. Esabell siedziała na krawężniku z twarzą wystawioną ku ognistej kuli. Lubiła wygrzewać się, wystawiać na działanie promieni, tym bardziej dziś, kiedy brutalnie pokazano jej czym jest przenikliwe zimno.

Po głowie chodziły dziewczynie różne myśli, ale każda sprytnie przeradzała się w jedną dręczącą wizję obrazującą samotność w tłumie. Gwałtownie otworzyła oczy, serce ponownie zabiło szybciej niż zwykle, niż powinno, a to zdarzało się zdecydowanie częściej, niżby tego chciała..

- Miłość to chyba piękne uczucie? – rzekła, patrząc nieobecnie w dal.

Do dziewczyny dosiadł się Ferreol, trochę zdowolony i trochę przerażony, jakby się nie mógł zdecydować, jaki wyraz twarzy chce przybrać w tym dziwnym dniu śmierci i nadrodzin. Nie odpowiedział nic na pytanie, nie wiedział czy to takie piękne uczucie, gdy kochało się kogoś, kto odchodził tak szybko i nader często.

- I co z Bonitą? – zapytała Esabell, a wzrok nadal miała zawieszony, gdzieś na szczytach gór.

- W popiele jest energia – odparł mężczyzna, wzdychając. – Wykrycie energii daje sto procent sukcesu, to znak, że się odrodziła.

- Ale na twojej twarzy tego nie widać – powiedziała, przerzucając wzrok z gór na mężczyznę.

- Nic nie jest pewne, Esabell – zaczął, a jego głos wydawał się stłumiony. – Teraz wszystko zależy od Bonity. Czy z energii stworzy się życie, to kwestia paru dni.

- A dalej co zamierzasz? – Dziewczyna zrzuciła mrówkę, która przemierzyła połowę długości jej łydki. – Jak Bonita stanie się niemowlęciem, to kto się nią zajmie?

- Nie ma co się oszukiwać, będzie słabym, bardzo słabym dzieckiem – oznajmił, czując się dziwnie mówiąc o Bonicie, jako o noworodku. – Zapewnię jej co najlepsze, czyli stałą opiekę, gdzieś w cieplejszych stronach.

- W domach odrodzeń?

Dziewczyna znała dobrze realia i zwyczaje panujące wśród Żar-Ludzi, chociaż sama przez dwanaście lat żyła według człowieczych zasad. Domy odrodzeń były miejscami, w których przywróceni do życia, otrzymywali najlepszą opiekę: miłość, czułość i uwagę skupioną wyłącznie na nich, aby w czasie dziesięcioletniego okresu nieświadomości, mogli rozwijać się w sposób prawidłowy.

Niejednokrotnie w takich przygotowanych żłobkach, jak to określała Esabell, pracowali zaufani ludzie: kobiety z niższych sfer, mieszkające w niewielkich wioskach, odległych krajach, gdzie prawo stworzone przez człowieka nie miało takiej mocy jak w dużych i przeludnionych miastach świata. Zajmowały się dziećmi, jakby były ich własnym potomstwem, a to miało pozytywny wpływ na rozwój, czasem nawet wydłużając okres życia tak wychowywanej istoty.

Po osiągnięciu wieku świadomości, kiedy wszystkie myśli grupowały się, wspomnienia wyostrzały i młody Żar-Człowiek przypominał sobie kim jest. Mógł wówczas zadecydować, jaką drogą chce iść: czy zamierza wrócić do starych przyjaciół i trybu życia, czy pragnie czegoś nowego. Bywało, że odrodzony przekwalifikowywał się, wybierał inne miejsce do dalszego bytowania, inne osoby, z którymi bratał się na ten okres egzystencji.

Każdemu przynależało prawo do decydowania o swoim dalszym losie, dlatego negowano zachowania Żar-Ludzi, którzy zostawiali nowo odrodzonych pod własną opieką, niemal uzależniając ich od siebie. Zbyt głębokie uczucia, jakie mogły żywić do siebie mieszkające ze sobą istoty, potęgowały smutek i niezdrowe zachowania, odbierały rozsądek i racjonalne myślenie, przyczyniały się do wzrostu agresji u młodych Żar-Ludzi. Esabell porównywała te zachowania do kazirodztwa u ludzi, tak samo nieetyczne.

Esabell doceniała to, że Ferreol postanowił dać Bonicie wybór, pomimo uczuć żywionych do kobiety. Ta niezwykle odważna decyzja kosztowała mężczyznę dużo wysiłku, w momencie postrzał się, jakby zapadł w sobie, co rzucało się dziewczynie w oczy. Miała ochotę pochwycić go za dłonie i rzec: to dobra decyzja, nie można być samolubnym, ale powstrzymała się.

- Nie ma co gdybać – przerwał milczenie, wstając energicznie. – Kwestia kilku dni, a problemy się rozwiążą.

Nie pożegnawszy się z Esabell, mężczyzna ruszył w stronę wejścia na czerwone schody. Samotność otuliła dziewczynę.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Targówek 3 tygodnie temu
    Dość długie i niestety średniak. Jak dla mnie ocena 3.
  • LeeaThorelli 3 tygodnie temu
    XD
  • Szpilka 3 tygodnie temu
    Bordo, napisz lepiej 😁
  • Szpilka 3 tygodnie temu
    Do dziś się mówi - ty rarogu! Albo patrzeć na kogoś jak na raroga 😉

    Sprawnie napisane, no i wciąga, aczkolwiek zauważyłam, że userom raczej się nie chce długich tekstów czytać albo czasu nie mają. Chyba dlatego takie popularne zrobiły się drabble, ode mnie piątak 🙂
  • LeeaThorelli 3 tygodnie temu
    Tsa, też zauważyłam, a to tylko 4 tysiące słów. :D Chociaż nie dziwię się, samej jest mi ciężko znaleźć czas, aby przeczytać jakieś opowiadanie stąd.
    Cieszę się, że chociaż jedna... no już dwie, osoby przeczytały. ^^

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania