Poprzednie częściNowy Świat Czarownic, cz. 1  

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Nowy Świat Czarownic, cz. 2

Do wieczornego posiłku przywiązywano na dworze Lady Mirandy szczególną wagę. Pani zamku życzyła sobie każdorazowej obecności wszystkich członków rodziny i nie tolerowała błahych wymówek. A jej niezadowolenie potrafiło przybrać niemiłe dla winowajcy formy. Ten wieczór wydawał się tym bardziej szczególny, że powróciła właśnie z trwającej ponad tydzień podróży do jednej z bardziej odległych posiadłości. Dlatego po przejażdżce Marcus wziął szybką kąpiel i przebrał się do kolacji, matka wymagała bowiem również stosownego stroju. Ciemnozielony, wyszywany złotą nicią kaftan z bufiastymi rękawami oraz obcisłe rajtuzy w tymże kolorze, podkreślające zgrabny, umięśniony kształt łydek, a także inne walory wysportowanej sylwetki, powinny chyba wystarczyć? Do tego czarne buty oraz stosowny beret, niezbędny do składania uprzejmych ukłonów obecnym na wieczerzy damom. Prawdę powiedziawszy, odczuwał pewne zmęczenie, prawdopodobnie gwałtowna galopada oraz świeże, wiosenne powietrze sprowadziły nań niejakie osłabienie. Z obojętnością przyjmował więc śmiałe raczej zabiegi jasnowłosej Ingi oraz kruczoczarnej i krótkogrzywej Anity, dwóch przydzielonych mu służek, które przygotowały kąpiel, obmyły wszystkie zakamarki jego ciała, a następnie pomogły osuszyć się i przywdziać ubranie. Czynności te dawały niezliczone okazje do różnych niewinnych swawoli, a dziewczęta często pozwalały sobie drażnić wówczas młodego panicza na wszelkie możliwe sposoby. Zazwyczaj witał to z ochotą, ale nie dzisiaj. Wiosenna słabość oraz szybko przebiegające przez głowę myśli nie sprzyjały igraszkom. Obydwie ślicznotki długo nie ustawały w swoich prowokacjach, odstąpiły wreszcie, nie kryjąc zawodu i lekkiej urazy. Obiecał sobie, że wynagrodzi im to jeszcze stokrotnie, ale doprawdy, nie teraz!

A więc ta biaława, lepka i przeźroczysta ciecz, która wytrysnęła dziś z jego przyrodzenia oznaczała, że stał się mężczyzną? Dotychczas wszystkie zabiegi gwardzistek, Anity, Ingi czy innych dziewek prowadziły jedynie do dających niewypowiedzianą przyjemność skurczów. Prawda, w ciągu kilku ostatnich miesięcy, odkąd odkrył to źródło rozkoszy, stawały się one stopniowo coraz gwałtowniejsze. A dzisiejsze doznanie okazało się o wiele bardziej ekscytujące niż wszystko, co przeżył do tej pory. Ale żeby od razu i to akurat tego pierwszego dnia wiosny miał stać się po prostu mężczyzną? Taki status oznaczał niechybne zmiany w jego życiu. I to zmiany, których bardziej się w tej chwili obawiał, niż ich pragnął. Szlachetnie urodzony młodzieniec, uznany za dorosłego, niemal natychmiast zawierał związek małżeński, opuszczał rodzinną siedzibę i wyruszał do posiadłości małżonki. Tak jak uczynili to mężowie matki, a ostatnio Jason, jego niewydarzony szwagier. W zamku Lady Mirandy żyło im się nie najgorzej, margrabina pozostawiała domownikom wiele swobody, ale czy wszędzie będzie tak samo? Dokąd trafi? Kogo matka wybierze mu na żonę? I jeszcze jedno. Nie wiedział tego na pewno, ale z posłyszanych tu i ówdzie urwanych słów, z dziwnych uśmieszków służek zajmujących się jego przyrodzeniem, z ich wymienianych ukradkiem spojrzeń domyślał się, że z najważniejszym narządem mężczyzny dzieje się po ślubie coś dziwnego. I dotyczyło to tylko szlachetnie urodzonych, w których żyłach płynęła błękitna krew. Inga i Anita za nic nie chciały na ten temat otwarcie rozmawiać, Tamary i Sudrun, żołnierzy czy sług niższego stanu wstydził się pytać. Gwardzistka zapewniła go dzisiaj, że na pewno nie doświadczył tej niezwykłej chwili rozkoszy po raz ostatni. Może ta tajemnicza przypadłość nie była więc aż tak straszna? Inni szlachetnie urodzeni panowie z rodziny służyli w łożach swoim małżonkom, Lady Mirandzie oraz Mirelli, raczej często, o tym też służba plotkowała z upodobaniem. Oczywiście, zwrócenie się w tej sprawie do matki czy też któregoś z jej mężów nie wchodziło w grę. Może Jason... On na pewno musiał wiedzieć... Gdyby tylko nie był takim zastraszonym, nijakim dupkiem. Cóż takiego mogła w nim widzieć Mirella? Czy on sam też stanie się kimś równie mdłym w zamku swojej przyszłej pani i małżonki?

Otrząsnął się z tych ponurych myśli i odprawił obydwie dziewczyny, nakazując im posprzątać po kąpieli. Same wiedziały, że należy to do ich obowiązków, ale wydając ten szorstki rozkaz starał się opanować własny niepokój. Nadal osłabiony, udał się do sali jadalnej. Stół nakryto na osiem osób, tylko rodzina: Lady Miranda, siostra, której też należał się obecnie podobny tytuł, ale o czym często zapominał, czterej mężowie pani zamku, Jason jako małżonek Lady Mirelli oraz on sam, książę Marcus, syn margrabiny Międzyrzecza. Matka i siostra jeszcze nie przybyły, jak zwykle przygotowania zajmowały im więcej czasu. One jednak mogły się spóźnić, ich syn i brat w jednej osobie oraz wszyscy mężowie nie posiadali takiego przywileju. W świetle kilku zapalonych świec dostrzegł pięciu obecnych już współbiesiadników. Skłonił się lekko, odpowiedzieli w ten sam sposób.

- Jak udała się przejażdżka, Marcusie? - spytał sir Dorian, drugi mąż margrabiny.

- Doskonale, panie. Demon potrzebuje ruchu po zimie.

Spośród męskich członków rodziny najbardziej lubił właśnie Doriana. Podejrzewał, że może on nawet być jego ojcem, na co wskazywałby podobny kolor jasnorudych włosów. Oczywiście, nikt nie mógł mieć w tej sprawie całkowitej pewności, zapewne nawet matka. Z tego co wiedział, gdy przyszedł na świat, wszyscy czterej przebywali już na zamku jako jej poślubieni małżonkowie. I zapewne korzystała z towarzystwa każdego z nich. Dlaczego nie, skoro czyniła tak do tej pory?

- Ach, to piękny ogier. - W głosie rozmówcy pojawiło się coś na kształt nostalgii. - Kiedyś lubiłem konie... Później znalazłem inne rozrywki.

- A co w twoim ogrodzie, panie? - Uprzejmie zmienił temat, gdyż sir Dorian z zamiłowaniem oddawał się uprawianiu i pielęgnowaniu sporego kawałka gruntu na jednym z wystawionych na południowe promienie słońca zamkowych dziedzińców, łaskawie oddanym do jego dyspozycji przez Lady Mirandę.

- Dziękuję, wszystko dobrze rośnie. Wiosna służy też moim roślinom.

- Ja tam wolę jesień i moje szczepy winogron oraz ich owoce... Wszelkiego rodzaju owoce. – Roześmiał się sir Hektor, trzeci mąż margrabiny, tryskający zawsze dobrym humorem. - Nie wadzimy sobie jednak z sir Dorianem, prawda panie Drugi? Zawsze chętnie przyjmujesz zaproszenie do mojego królestwa, zwłaszcza po zbiorach. Nasza piękna pani też zaszczyca nas wówczas swoim towarzystwem.

- Panowie, więcej powagi, proszę – interweniował sir Roland, jak zwykle dbający o maniery.

- Może i ty się kiedyś do nas przyłączysz, panie Pierwszy? Mógłbyś docenić nie tylko wino, ale również poczucie humoru, przejawiane przy takich okazjach przez Jej Wysokość.

- Sir Hektorze, wiesz, że nie bawią mnie takie przezwiska. A tym bardziej żarty na temat naszej pani i małżonki.

- Jak rozkażesz, panie Wielki. Jako pierwszy mąż możesz wymagać od nas, obdarzonych niższymi numerami, stosownego szacunku. Z pewnością miałeś też wiele sposobności, aby wprawić Milady w dobry nastrój, towarzysząc jej w ostatniej podróży.

Sir Hektor ukłonił się przesadnie, zdzierając beret. Zawsze potrafił obrócić sytuację na swoją korzyść, a margrabinę zdawały się bawić jego błazenady. Znał jednak swoje miejsce i dobrze wiedział, na co może sobie pozwolić. Dalszą wymianę żartów i uszczypliwości przerwało otwarcie drzwi.

- Jej Dostojność, Lady Miranda, Margrabina Międzyrzecza, oraz Jej szlachetna córka, Lady Mirella! - zawołał majordomus.

Pani zamku, piękna dojrzałą, nieprzemijającą zdawałoby się urodą brunetka, wkroczyła do komnaty spokojnym, pewnym krokiem. Zatrzymała się na chwilę i bez niczyjego, jak można by sądzić udziału, zapłonęły dziesiątki wygaszonych dotąd świec, rozświetlając komnatę i pozwalając podziwiać postać damy. Wybrała zieloną, elegancką suknię z trenem. Spięta brązowym, skórzanym paskiem, podkreślała jej kobiecą sylwetkę. Reszty dopełniały naszyjnik i kolczyki z oprawionych w złoto szmaragdów, śmiały dekolt oraz rozpuszczone włosy. Dyskretny makijaż aż nadto wystarczał, by uwypuklić urodę twarzy, a całość kreacji uzupełniały równie stonowane perfumy. Obecni na sali mężczyźni natychmiast zerwali czapki i pochylili się w głębokich ukłonach.

- Witajcie, panowie. Dziękuję za przybycie. - Uprzejmie skinęła lekko głową.

Sir Roland pospieszył podać jej ramię i odprowadził do należnego pani zamku miejsca u szczytu stołu. To był jego przywilej jako pierwszego małżonka i zazdrośnie strzegł tej funkcji. Jason, z dużo mniejszą wprawą oraz pewnością siebie, podszedł w tym samym celu do Mirelli. Jeszcze niedawno nie potrafił zdobyć się nawet na to i ku ogólnemu zakłopotaniu żona musiała w takich chwilach przyzywać męża. Dziewczyna nie dorównywała jeszcze urodą matce, ale Marcus musiał przyznać, że małżeństwo jej służy. Z nijakiego raczej dziewczęcia przeobraziła się w całkiem pociągającą, młodą damę. A od jakiegoś czasu bardzo dobrze potrafił ocenić zarówno te ukazywane publicznie, jak i dostępne tylko wybranym elementy urody kobiecej. Co prawda, brakowało jej jeszcze stylu i wyczucia Lady Mirandy. Wybrała suknię koloru złocistego, co nie do końca komponowało się z jasnymi puklami włosów oraz biżuterią, w której dominowały krwiste rubiny. Podczas gdy pani zamku pozwalała obecnym domyślać się piękna swych kształtów, sugerowanego przez elegancki krój stroju, jej córka wolała dekolt odrobinę głębszy oraz bardzo wąski dół sukni, opinający biodra i nogi. Sprawiało to wrażenie dość wyzywające i musiało przeszkadzać w chodzeniu. Na Jasonie, czy raczej sir Jasonie, wywierało jednak wielkie wrażenie, czego nie zdołał ukryć, śledząc swoją panią i żonę pożądliwym wzrokiem. Pełen zadowolenia uśmiech, który pojawił się na ustach siostry, gdy przyjmowała ramię małżonka i pozwalała prowadzić się na honorowe miejsce po prawej ręce Lady Mirandy, zdradził Marcusowi, że właśnie o to jej chodziło. O uwodzenie męża. Po raz kolejny zadał sobie pytanie, co Mirella, w końcu dziewczyna nie pozbawiona urody i rozumu, widzi w tym chłystku? On sam próbował na początku zaprzyjaźnić się ze szwagrem, starszym zaledwie o rok czy dwa. Ofiarował się nawet oddać mu jednego ze swoich lepszych wierzchowców i wprowadzić w świat polowań, galopad oraz towarzyszącej im radości i dobrej zabawy. Oczywiście, nie oddałby Demona – on był wyjątkowy – ale miał jeszcze kilka innych koni, całkiem przyzwoitych. Propozycja ta została z miejsca, z wyraźną niechęcią odrzucona. Podobnie jak i kolejne próby. Jason zachowywał sztywną rezerwę, najchętniej przebywał w przydzielonych sobie apartamentach i unikał towarzystwa. To znaczy, towarzystwa żony unikać nie mógł, skoro często wzywała go do sypialni. I to podobno nie tylko nocami, jak poszeptywały podochocone dziewki służebne. Z czasem szwagier ujawnił, co prawda, pewien talent. Interesował się strojami, okazało się, że sporą ich kolekcję przywiózł jako część wiana z domu swojej matki, pani hrabstwa Wysokiej Jodły, a ostatnio wydatnie jakoby powiększył. Początkowo ubierał się jednak w nijakie szarości i dopiero nalegania małżonki skłoniły go do zmiany tej maniery. O tych szczegółach Marcus też dowiedział się z plotek służby. W każdym razie, obecnie Jason prezentował się znakomicie w ciemnoczerwonym, doskonale skrojonym kubraku oraz w takiegoż koloru rajtuzach, do których dobrał dyskretne, filetowe dodatki. Nawet skórzana obroża z niewielkim znakiem Jodły, herbem jego matki, oraz większym Łabędzia, godłem małżonki, jakimś cudem wydawała się na jego szyi wytworną ozdobą, a nie symbolem pewnej jednak podległości. Dowodziła też zarazem przynależności do stanu szlachetnie urodzonych oraz gwarantowała bezpieczeństwo. Każde zranienie lub, oby Bogini broniła, zabójstwo błękitnokrwistego popełnione przez kogoś z ludu ścigano i karano z całą surowością, bez względu na ewentualne animozje polityczne. Byli wyjątkowi, nieskończenie lepsi od zwykłych prostaków i należało ich chronić. Marcus słyszał to odkąd pamiętał. I odkąd pamiętał, nosił też własną obrożę, która w jakiś przedziwny sposób rosła razem z nim i której nie dawało się w żaden sposób zdjąć. W jego przypadku posiadała tylko jeden, niewielki znak – Łabędzia. Ale to zapewne szybko się teraz zmieni.

Wszyscy zajęli należne im miejsca, Lady Miranda u szczytu stołu, mając po prawej córkę, a następnie zięcia, a po lewej uszeregowanych wedle kolejności mężów. Samemu Marcusowi przypadało obecnie krzesło za szwagrem, co mocno go irytowało. Początkowo próbował nawet zwrócić się w tej sprawie do matki, ta jednak odrzuciła prośby syna.

- Jason jest pierwszym mężem twojej siostry, ma prawo wieczerzać u boku swojej pani i małżonki. A nie przesunę przecież własnej córki i następczyni na miejsce mniej zaszczytne. Ona z kolei powinna zasiadać po mojej prawej ręce.

Jak z tego wynikało, dla syna pani zamku żadnego honorowego miejsca nie przewidziano. Podobnie jak i żadnej innej istotnej roli, poza, oczywiście, wystawieniem go na sprzedaż, gdy tylko stanie się mężczyzną. Może to i lepiej, gdyby doczekał się kolejnego małżeństwa Mirelli, z pewnością spadłby w hierarchii jeszcze niżej.

Margrabina skinęła dłonią, służba rozlała wino i zaczęła podawać przystawki. Gdy zaspokoili pierwszy głód, a raczej pobudzili apetyt, dwoje służących wniosło olbrzymi półmisek z ogromnych rozmiarów, upieczoną w całości rybą. Pewnie sandaczem, jak ocenił Markus. Matka lubiła ryby, zwłaszcza drapieżne, o szlachetnym smaku mięsa. Milady kilkakrotnie uderzyła srebrnym nożem w kryształowy kielich, nadal pełen trunku.

- Droga córko, moi panowie. Oto piękny połów sir Gracjana, mojego czwartego męża. Osobiście złowił dziś o świcie tego rzecznego potwora i zechciał ofiarować na tę wieczerzę, za co jesteśmy mu winni wdzięczność i podziękowanie. - Skinęła lekko głową. - Ale nie tylko on przyczynił się do uświetnienia naszej kolacji. To znakomite wino jest dziełem sir Hektora, podczas gdy pierwsze wiosenne kwiaty, którymi przystrojono salę, pochodzą z zakrytego ogrodu sir Doriana. Wam również dziękuję, moi panowie.

Wzniosła kielich i upiła nieco trunku. Wszyscy poszli w jej ślady, Mirella siedząc, mężczyźni na stojąco. Przez twarz sir Rolanda, który jako jedyny został pominięty w podziękowaniach, przemknął cień niezadowolenia. Szybko się jednak opanował. Lady Miranda nie tolerowała przy kolacji złych manier.

- Moja pani i żono, pozwól, że osobiście usłużę ci z tym sandaczem i wybiorę najlepsze kąski – zaofiarował się uszczęśliwiony sir Gracjan.

- Oczywiście, mój drogi – zezwoliła łaskawie margrabina.

Czwarty mąż podjął się więc roli krajczego, najpierw wobec pani zamku, a następnie również jej córki i następczyni. Niewykluczone, że była to i jego córka, na co także mógłby wskazywać kolor włosów. Ale jasną czuprynę posiadał również sir Roland, podobnie jak i błękitne oczy Mirelli. Sprawa nie wydawała się w tej sytuacji przesądzona. Co prawda, siostra mogła odziedziczyć kolor oczu po matce, również błękitnookiej. Sam Marcus, który nie jeden raz zastanawiał się nad tymi kwestiami, nie wziął po Milady ani włosów, ani oczu, najzwyczajniej w świecie brązowych.

Pozostali uczestnicy wieczerzy zostali obsłużeni przez służących. Chłopak spróbował ryby. Wolałby mięso jakiegoś czworonoga, ale uczciwie przyznał, że sandacza przyrządzono całkiem nieźle. I tak decydowały jednak gust oraz upodobania pani zamku, wszyscy pozostali musieli się do nich dostosować. Powinni czuć się dumni i szczęśliwi z tego, iż regularnie dostępowali zaszczytu spożywania posiłków w jej towarzystwie oraz że traktowała ich wówczas uprzejmie, niemal jak równych sobie. Postępowała tak zresztą również przy wszystkich pozostałych okazjach, co jakoby nie zawsze zdarzało się w innych posiadłościach i w przypadku wielu dam szlachetnego rodu. No chyba, że coś szczególnego mogło dziać się w sypialni Lady Mirandy. Jeżeli nawet, to o tym służba nie ośmielała się plotkować.

Matka wyraziła uznanie dla spożywanego dania i spytała sir Gracjana o okoliczności udanego połowu. Otworzyło to ogólną konwersację, w której prym wiódł początkowo właśnie pan Czwarty, aż do chwili, gdy pałeczkę przejął sir Hektor. Dostrzegając pusty kielich Lady Mirandy wykorzystał okazję i poprosił z kolei o prawo usłużenia jej jako podczaszy. Nie mogła, a pewnie i nie chciała odmówić. To z kolei stało się pretekstem do skomplementowania wina. Pan Trzeci nalegał następnie, aby małżonka popijała powoli kolejne próbki, doszukując się rekomendowanych jej przez męża poszczególnych zalet trunku. W ten sposób opróżniła dwa następne kielichy. Wtedy błysnął również sir Dorian.

- Pani i małżonko, pozwól, że i ja wręczę ci mały prezent.

Nie czekając na zezwolenie skinął na jednego z służących i po chwili trzymał już w ręku bukiet jakichś wiosennych kwiatów o szczególnie żywych barwach. Przyklęknął przed panią zamku i ofiarował jej ten dar.

- Pani, oto specjalna odmiana, którą zdołałem wyhodować po wielu próbach. Jeżeli uczynisz mi ten zaszczyt, nazwę je twoim imieniem. Lady Miranda, czyż to nie piękne miano dla pięknych kwiatów? Tylko w ten sposób zdołamy oddać sprawiedliwość ich urodzie.

- Rzeczywiście, są cudowne. Sprawiłeś mi prawdziwą przyjemność, pochlebco.

- Sir Dorian z pewnością nie jest pochlebcą, brak mu ku temu wystarczających talentów. Nie potrafi kłamać, zawsze mówi tylko prawdę i to czyni go niekiedy nudnym.

Sir Hektor ponownie przejął inicjatywę. Sięgnął po dzban i zamierzał po raz czwarty napełnić kielich margrabiny. Ta jednak przykryła naczynie dłonią.

- Wystarczy, moi panowie. Jesteście dzisiaj przemili i ucztuję z wami z prawdziwą przyjemnością, ale mam jeszcze tego wieczoru do załatwienia pewne ważne, nie cierpiące zwłoki sprawy.

Wypowiedziała te słowa głosem cichym i spokojnym, ale sir Hektor z właściwym sobie wyczuciem pojął natychmiast, że oto przemówiła nie wprawiona w dobry nastrój i łaskawie przyjmująca hołdy małżonka lecz Margrabina Międzyrzecza, Władczyni.

- Oczywiście, jak sobie życzysz, pani.

Cofnął się ze swoim dzbanem, szturchając przy okazji sir Doriana, aby powstał z kolan. Lady Miranda przyjęła jednak jeszcze kwiaty i przekazała je jednemu z służących.

- Umieść je w wiosennym salonie – poleciła.

Uniosła się z siedziska, a w ślad za nią uczynili to wszyscy obecni. Przez chwilę przyglądała się uważnie swoim mężom, jak gdyby podejmując decyzję, czy też może raczej utwierdzając się w jakimś wcześniejszym postanowieniu.

- Dziękuję za towarzystwo. Sir Dorianie, zechciej odprowadzić mnie do prywatnych komnat. Droga córko, moi panowie, życzę wam wszystkim dobrej nocy.

Uradowany sir Dorian podał ramię swojej pani i małżonce, po czym wspólnie opuścili salę jadalną, żegnani spojrzeniami pozostałych mężów margrabiny, z trudem kryjących zawód i rozczarowanie.

- Ja także chcę, abyś towarzyszył mi do moich apartamentów, Jasonie. - Mirella wydała dyspozycję swemu małżonkowi, który przyjął to z miną wyrażającą cielęce zadowolenie.

Marcus zauważył, że i ta para została odprowadzona wzrokiem pełnym zawiści. Pozostawieni sami sobie, panowie wymienili zdawkowe uprzejmości i rozeszli się w swoją stronę. - „Zawsze nadskakiwali mojej matce, ale dzisiaj czynili to w sposób szczególny. Czyżby chcieli powitać ją i wprawić w dobry nastrój po powrocie z podróży? Nie było jej ponad tydzień... Tylko Roland w tym nie uczestniczył... Dziwne, gdyby popadł w niełaskę podczas tego objazdu, to przecież starałby się bardziej niż pozostali... I dlaczego sir Hektor oraz sir Gracjan zdawali się zazdrościć nawet Jasonowi?” - Myśli te szybko wywietrzały z głowy Markusa, zastąpione kolejną, dużo bardziej przykrą. - „Czy i ja stanę się podobnym trutniem, czekającym na każde skinienie mojej przyszłej pani i małżonki?”

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ozar 9 miesięcy temu
    Ciekawy pomysł: jedna kobieta i czterech mężów. Zazwyczaj jest odwrotnie. Ciekawie sie zapowiada. Ten odcinek raczej tylko pokazał nam kto jest kim jeśli chodzi o rodzinę Mirandy. Dobrze się zapowiada. 5 za ciekwy opis jak mniemam czołowych postaci całego dzieła.
  • Nefer 9 miesięcy temu
    Odcinek ten służył głównie ukazaniu układów politycznych, społecznych i obyczajowości tego świata, przy unikaniu zarazem nachalnej "łopatologii" wydaniu narratora. Wolę, gdy Czytelnicy sami odkrywają i poznają przedstawiany świat, domyślając się wielu spraw. Przyczyny zarysowanego stanu rzeczy ujawnią się w miarę rozwoju fabuły. Pozdrawiam.
  • pasja 9 miesięcy temu
    Witam
    Strasznie skomplikowane jest to życie na zamku. Ciekawa jest też rola kobiety. Lady Miranda trzymała ster praktycznie w każdej sprawie. Bardzo ciekawa część pokazująca i dobre strony i złe całego tego dworskiego bałaganu.
    Markus tez kiedyś popadnie w szpony swojej małżonki.


    Pozdrawiam
  • Nefer 9 miesięcy temu
    Ponieważ to świat, w którym z takich czy innych powodów (uajwnią się z czasem) rządzą kobiety, to uznałem, że właśnie panie przywiązują zwykle większą wagę do eleganckich, wytwornych manier, dobrego smaku, etykiety itp. Stąd to wyszukane życie dworskie. Pod tym wszystkim kryje się jednak bezwzględna walka o władzę, w której Marcusowi przeznaczono rolę ważnego pionka. O czym przekona się już wkrótce. Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.
  • Kapelusznik 7 miesięcy temu
    Ok. Ciekawa koncepcja.
    Nie wiem co powiedzieć.
    Nie mogę powiedzieć że to mój styl opowieści
    Trochę nawet za dziwne
  • Nefer 7 miesięcy temu
    Ha. Gatunek fantasy jest na tyle pojemny, że pomieści bardzo różne pomysły.
  • Pontàrú 3 miesiące temu
    Ygh, ta etykieta przy stole zawsze była dla mnie dziwna, żeby nie powiedzieć okropna. To, że teraz odczuwam lekki dyskomfort z nią związany świadczy tylko o tym, że teks jest dobrze napisany a realia wspólnej wieczerzy przedstawione naturalnie, wręcz realistycznie.
    Zdziwiło mnie to, że Lady posiada czterech mężów, bo jak już było zaznaczone we wcześniejszym komentarzu odbija to bardzo od realiów średniowiecza... choć może należałoby powiedzieć europejskiego średniowiecza lub chrześcijańskiego średniowiecza do którego jesteśmy tak przyzwyczajeni w światach fantasy.
    Teks ciekawy i co istotne - realistyczny (oczywiście mówimy o świecie fantasy)
  • Nefer 3 miesiące temu
    Dokładnie tak, jesteśmy przyzwyczajeni do pewnych schematów obecnych w światach fantasy. I ja ich tutaj tak zuełnie nie odrzucam (zamki, konne galopady, średniowieczna broń, tytulatura itp.) Bawię się natomiast odwracaniem konwencji społecznych i obyczajowych (przecież cztery żony to nic nadzwyczajnego w relanej rzeczywistości, wystarczy tylko przejść do świata islamu). Tutaj mamy natomiast uniwersum, którym władają kobiety, co oparte jest na konkretnych podstawach (te ujawnione zostaną później), a posiadanie kilku mężów okaże się czymś logicznym i przydatnym z punktu widzenia ich potęgi i tejże władzy. Zakładam zarazem (może zbyt staroświecko), że panie przywiązują zwykle większą wagę do form zewnętrznych, wyglądu, ubioru, zachowania. Stąd tak formalna kolacja w gronie rodzinnym, co służy budowaniu wizerunku uniwersum oraz ukazuje strukturę życia rodzinnego i społecznego. Nie wszytsko jest tutaj takie ułożone, istnieją bardzo mroczne strony świata. Ale walka o władzę pomiędzy wysoko urodzonymi władczyniam księstw toczy się w inny sposób, niż poprzez proste wymachiwanie mieczem. Stąd, nie zabraknie różnegpo rodzaju intryg, które już się związują.
    Pozdrawiam i zapraszam, rzecz jasna.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania