Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Nowy Świat Czarownic, cz. 28

Został sam, bezsilnie miotając się w namiocie. I oto raz jeszcze zdołała go podejść, wykorzystała i odebrała moc. Wiedział przecież, że wiedźma udaje tylko Berenikę, ale i tak nie potrafił oprzeć się widokowi, uściskom i pocałunkom ukochanej. Zmysły wołały pełnym głosem, że oto stoi przed nim jego pani i małżonka, a on uległ im jak bezsilny głupiec, zapominając o własnym rozumie. Cóż takiego powiedziała przeklęta czarownica? - „Najlepszym sposobem na ciebie, mój książę, jest miłość, stara, dobra miłość.” - I okazało się, że znowu miała rację. Gdyby od samego początku trzymał ją na dystans, gdy tylko przywołała go do siebie i obdarzyła pierwszymi pieszczotami... Może zdołałby się opanować. Ale chciał pokazać coś Sudrun, podjął grę Lady Berengarii, a potem zmysły wzięły górę. Przynajmniej dziewczyna przekonała się naocznie, że nie ma dla niej miejsca w sercu „panicza Marcusa”. Może to wreszcie przywróci jej odrobinę rozsądku? - „To jedyny sposób.” - Tłumaczył sam sobie, czując ukłucia wstydu, że potraktował tak obcesowo nierozsądną, ale wierną gwardzistkę.

Gdy wreszcie ochłonął, pomyślał, że księżna opuściła już zapewne obozowisko i wyruszyła na nocną wyprawę. Może więc wykorzystać okazję i poćwiczyć z czarem ognia? Dla pewności odczekał jeszcze jakiś czas i spróbował. Na początek zdmuchnął kilka świec, potem przypomniał sobie, co pokazała mu Berenika, przypomniał widok, smak, zapach płomienia. Wyobraził trzask drewna płonącego w ognisku. Wbił spojrzenie w jeden ze zgaszonych knotów i wytężył siły... Nic... Nie rezygnował, przecież wiedział! Wiedział jak to zrobić, poczuł to wszystko w jednej chwili, gdy ukochana otworzyła przed nim umysł i ukazała płomień w błysku zrozumienia. Zaraz potem wdała się w beznadziejny, przegrany pojedynek z matką. Postać otoczonej ochronnym błękitem Lady Berengarii pojawiła się nieproszona przed oczyma chłopaka. Nie zdążył już jej odegnać. Oto zatlił się czerwony punkt żaru, knot zadymił! Jeszcze chwila i zapełgał wątły płomyczek. To jednak wystarczyło, ognik powiększył się, zapłonął, dając światło i ciepło. A więc potrafił rozpalić świecę! Naprawdę potrafił posługiwać się mocą! Poczuł pewne osłabienie, inne jednak niż wówczas, gdy po prostu oddawał magiczną siłę razem z nasieniem. Jeszcze jedna próba, może kilka świec od razu? Przecież matka, księżniczka Berenika i wreszcie sama pani Siedmiu Bram potrafiły dokonać tego na zawołanie, dla kaprysu. Powtórzył całą procedurę, ale nic się nie stało. Czegoś zabrakło. Może... Wzdrygnął się i świadomie już przywołał obraz sir Oswalda, duszącego nieszczęsną Anitę. Płomienie pojawiły się duże i silne. A więc to jest to, potrzeba mu emocji, by skorzystać z własnej mocy. O to nie powinno być trudno w obliczu Lady Berengarii.

Zgasił wszystkie świece i lampy, podjął kolejne ćwiczenie. Obraz ognia, twarz pani Siedmiu Bram, sir Oswald... Udało się, ale efekt nie okazał się już równie spektakularny. Zapłonęły tylko trzy knoty, słabo w dodatku, dając więcej dymu niż światła. Dopiero po chwili rozpaliły się lepiej, w naturalny jednak sposób. Poczuł się słabo. Czy naprawdę nie stać go na nic więcej? Zrozumienie przyszło po chwili. No tak, podobno gromadzi moc wyjątkowo szybko, ale przecież niedawno oddał ją całą, bez reszty. Księżna dosłownie wyssała go do ostatniej kropli. Nic dziwnego, że wyczerpał skromne, dopiero co zebrane siły. Musi odczekać. Odczekać i podjąć próby w bardziej sprzyjających okolicznościach. Pamiętając jednak o tym, by czynić to z daleka od wiedźmy. Tymczasem i tak osiągnął jednak całkiem sporo. Okazał się pierwszym od pokoleń szlachetnie urodzonym panem, który opanował sztukę rzucania czarów. Choćby i było to w tej chwili zaledwie jedno zaklęcie. Czy czekało go szaleństwo, jak twierdziły stare opowieści? Nie wierzył w coś takiego. Pomimo podekscytowania nie odczuwał przecież żadnego pragnienia zachowania mocy, zachowania i używania tylko dla siebie, przy wykorzystaniu własnego umysłu. Przeciwnie, chętnie podzieliłby się magiczną siłą z Bereniką. Co tam podzielił, oddałby ją nawet całą, gdyby tylko ukochana była tu przy nim. Może dzięki nabytym umiejętnościom zdoła jej w jakiś sposób pomóc? Pomóc im obojgu? Ostrzegała przed takimi myślami, ostrzegała na pewno w dobrej wierze. Musi zachować ostrożność, ćwiczyć ukradkiem i czekać na sprzyjającą okazję. W końcu nadejdzie, czegoś takiego wiedźma nie może się przecież spodziewać!

Podekscytowany, z trudem zdołał zasnąć. Obudziły go odgłosy zwijania obozu. Opuścił namiot rzekomej Bereniki i zakrzątnął się wokół własnych bagaży, oporządził konia, sam coś zjadł. Świadomie unikał Sudrun, która kręciła się gdzieś na skraju spojrzenia, ale nie próbowała nawiązać rozmowy. Księżna nadal nie wróciła i pomyślał, że może mógłby odejść gdzieś na bok i poćwiczyć. Opamiętał się po chwili. Mimo wszystko, znajdowali się na wrogiej ziemi i samotne krążenie poza obozem mogło okazać się niebezpieczne. Nikt też nie pozwoliłby na coś takiego cennej własności Lady Berengarii, to znaczy – oficjalnie księżniczki Bereniki, ale w tej chwili i tak nie czyniło to większej różnicy. A w obozie mógłby co najwyżej dyskretnie rozpalić jakieś małe ognisko, gdyby bardzo uważał. I w końcu księżna powinna pojawić się w każdej chwili. Jak powiedziała, zamierzała zaatakować barbarzyńców o świcie, a słońce stało już wysoko.

Ostrożność ta okazała się jak najbardziej uzasadniona. Rozległy się okrzyki powitania, w obozie zapanowała radosna wrzawa. To pani Siedmiu Bram powracała ze zwycięskiego wypadu. Pierwszej wygranej potyczki podczas tej kampanii. Nie potrafił opanować ciekawości i wyszedł na spotkanie. Czyż tego zresztą nie oczekiwano by po zadziornym, ciekawym świata młodzieńcu, który nigdy dotąd nie brał udziału w wyprawie wojennej?

Ujrzał wkraczające do obozowiska szwadrony, nie wydawało się, by jezdni ponieśli poważniejsze straty. Żołnierze sprawiali wrażenie zadowolonych, jak zawsze po zwycięstwie, nawet odniesionym w drobnej w sumie potyczce. Prawdopodobnie nie napotkali większego oporu, a w nagrodę za trudy pozwolono im ograbić wioskę. Co prawda, nie należało raczej spodziewać się w niej szczególnie cennych łupów. Wzięto tylko pewną liczbę brańców. Przyglądał się z ciekawością widzianym po raz pierwszy w życiu barbarzyńcom. Nie sprawiali wrażenia krwiożerczych potworów, jak przedstawiano ich w południowych księstwach. Berenika miała rację, wyglądali niczym zwykli poddani, bardziej tylko zabiedzeni, a obecnie jeszcze osowiali i przygnębieni. Przeważali mężczyźni i kobiety w stosunkowo młodym wieku, dzieci i starców nie zauważył. Wśród dziewcząt dostrzegł dwie wyróżniające się pewną urodą, prowadzono je osobno i pilnowano z większą uwagą.

Lady Berengaria, ożywiona i tryskająca energią, przyjmowała raporty oraz wydawała rozkazy dotyczące wymarszu. Zauważyła jednak Marcusa i przyzwała do siebie, gdy odprawiła już oficerów.

- Mam nadzieję, książę, że dobrze spędziłeś noc?

- Owszem, ty również wyglądasz na zadowoloną, pani.

- Wypadł powiódł się doskonale, jak na to liczyłam.

- Odniosłaś wielkie zwycięstwo, Szlachetna Pani. - Nie kryjąc ironii wskazał na gromadkę żałosnych jeńców.

- Uważasz, że barbarzyńcy to łatwy przeciwnik? Mylisz się, sir Marcusie. Tym razem okazali się nieostrożni i dali zaskoczyć. Ale była to tylko zwykła, niewielka wioska. Nie zdobyliśmy tam szczególnej chwały, ani bogatych łupów, od czegoś trzeba jednak zacząć.

- Co zrobisz z tymi ludźmi?

- Pójdą do pracy w kopalniach albo na folwarkach, część może odsprzedam. Czekają nas cięższe walki i dlatego pytam poważnie, czy dobrze wypocząłeś, książę?

- Czyżbyś spodziewała się powrotu lady Bereniki?

- Jeszcze nie teraz, ale zapewne nastąpi to wkrótce.

- Nie wątpię, Dostojna Pani, że księżniczka okaże się przydatna.

- O tak, nasunąłeś mi nawet pewien pomysł, sir Marcusie. Zbieraj więc tymczasem siły dla swojej pani i małżonki. Obdarzyłeś ją nimi wczoraj, ale w tej chwili nie zdołałbyś powtórzyć tego równie skutecznie.

Słysząc te słowa, pomyślał o własnych próbach z rozniecaniem ognia.

- Cóż więc uczynisz, pani? Sama poradzisz sobie ze wszystkim?

- Dokładnie tak. Jak zawsze, w razie potrzeby.

- Przy pomocy jednego ze swoich mężów?

Dostrzegł, że dziewczęta, które zwróciły jego uwagę, odprowadzono na bok i zniknęły gdzieś wśród taborów. Wolałby tego nie zauważyć, ale teraz nie potrafił już nie myśleć o sir Oswaldzie, pożądającym zapewne w jednym z wozów kolejnej ofiary.

- Owszem, sir Marcusie. Ty jednak czekaj na powrót Bereniki i ciesz się, że służysz tak łaskawej pani i małżonce. - Odprawiła chłopaka ruchem ręki.

Nie rozmawiał więcej tego dnia z panią Siedmiu Bram, gryzł się tylko tym, co miało wkrótce nastąpić, a czemu nie był w stanie przeszkodzić. Te barbarzyńskie branki... Nie powinien się nimi przejmować, należały do wrogich plemion, przecież wcale ich nie znał... Cóż z tego, przed oczyma pojawiał się nieustannie obraz owładniętego morderczym szałem pana Czwartego. Dzisiaj znowu doczeka się uczty. Czy księżna rzuci mu obydwie dziewczęta? Czy bardziej jeszcze pobudzi tym zwyrodnialca? W jaki sposób się to odbędzie? Zapewne dyskretnie, w miarę możliwości, w wozie sir Oswalda. Nie wiedział nawet dokładnie, w którym. Domyślał się tylko, że wiedźma poczeka do wieczora, zbrodnia dokona się pod osłoną mroku. Co prawda, to wszystko i tak zapewne nikogo specjalnie by nie obeszło. Tylko jego samego i pewnie jeszcze Sudrun. Tak, Sudrun! Za wszelką cenę musi oszczędzić jej podobnego losu. I co z prawdziwą Bereniką, uwięzioną w lochach Złotej Bramy, co z poczętym w jej łonie nowym życiem? Z małą Blanką, przyszłą panią Siedmiu Bram? O nich też nie może zapominać.

Słońce przesuwało się powoli po czystym, północnym niebie, silnie ubezpieczona kolumna posuwała się w dobrym tempie w głąb kraju barbarzyńców. Krajobraz nie zmieniał się, nadal przeważały lasy, rozdzielone jednak sporymi połaciami trawiastych łąk. Pomimo świecącego wesoło słońca przenikał go chłód, spowodowany nie tylko ponurymi myślami. Klimat był tu surowy, życie na pewno ciężkie. W sumie, trudno się nawet dziwić tym dzikusom, że ryzykowali napady na bogatsze ziemie Południa. Chociaż, tak naprawdę, to w tej chwili oni sami występowali w roli najeźdźców. Księżna osobiście spaliła wioskę, kto wie, jakie zniszczenia poczyniły inne kolumny? I nie wydawało się, by napotkała przy tej okazji na silniejszy opór. Gdzie podziewali się ci groźni wojownicy z opowieści, którymi straszono w Królestwie dzieci?

Obóz rozbito w podobnym porządku jak poprzedniego wieczora, tym razem nikt mu jednak nie przeszkadzał. Lady Berengaria, występująca obecnie pod własną postacią, zostawiła Marcusa w spokoju i zajęła się innymi sprawami. Mógł się bez trudu domyślić, jakimi. Starał się obserwować tabory, ale nie potrafił zauważyć, czy i kiedy tam się udała. Jeżeli tak, to zapewne uczyniła to dopiero w mroku, zapadłym po długim zachodzie słońca. Poganiany niezdrową ciekawością oraz pragnieniem jakiegokolwiek działania, postanowił rozejrzeć się wśród wozów taborowych. Może przynajmniej coś zauważy albo posłyszy? Zawrócono go niemal natychmiast. Okazało się, że kwatery szlachetnie urodzonych otoczono dyskretną strażą, której wydano dokładne instrukcje.

- Zechciej wybaczyć, książę, ale to wrogi kraj. Takie otrzymaliśmy rozkazy. To wszystko dla twojego bezpieczeństwa.

Oczywiście. Nie mając innego wyjścia, upokorzony i zniechęcony, zaszył się w namiocie. Pomyślał, że skoro jest tak dokładnie pilnowany, to nawet podczas nieobecności księżnej trudno będzie znaleźć okazję do poważniejszych ćwiczeń. Czymś innym było rozpalenie świecy we własnej kwaterze, a czymś innym spopielenie kulą ognia jakiegoś drzewa. W obozie na pewno nie da się zrobić czegoś takiego bez zaalarmowania wszystkich dookoła. Siły zdołał chyba odzyskać, przynajmniej częściowo. Poczuł wielką ochotę, by jednak coś podpalić. Cokolwiek, knot świecy albo lampy, stołek, skórę z legowiska. Choćby w taki sposób przeciwstawić się wiedźmie, która do spółki ze swym zwyrodniałym panem małżonkiem mordowała właśnie zapewne jedną albo nawet i dwie niewinne dziewczęta. Z trudem odzyskał opanowanie, księżna przebywała w pobliżu, a Berenika ostrzegała nie bez powodu. Długo i bezskutecznie nasłuchiwał każdego podejrzanego odgłosu, wyobrażając sobie różne okropne sceny. Wreszcie, zmęczony, zdołał zasnąć.

Kolejny dzień marszu okazał się podobny do poprzedniego. Posuwali się wciąż na północ, nie napotykając wroga i rozsyłając silne patrole zwiadowców. On sam krążył konno wśród wozów taborowych, usiłując rozpoznać ten właściwy, więzienie, a zarazem miejsce zbrodni popełnianych przez sir Oswalda. Żadnej z dwójki dziewcząt nie wypatrzył już wśród gromadki brańców. Nabrał pewnych podejrzeń odnośnie ciężkiego, zabudowanego i okutego żelazem pojazdu zaprzężonego w czwórkę silnych koni. Pewności nadal jednak nie zyskał. Wbrew przypuszczeniom chłopaka, w porze południowego posiłku nikt nie dostarczył tam żadnej strawy. Ale przecież wiedźma wydawała się zbyt sprytna, by pozwolić na coś równie oczywistego.

Wieczorem doczekał się wezwania. Nie zdziwił się nawet, gdy naprzeciw wyszła mu Berenika. Rozmawiali przed namiotem Lady Berengarii, na oczach wszystkich, chociaż poza zasięgiem czyichkolwiek uszu. Wolał jednak zachować stosowne formy, ona także.

- Wróciłaś już pani i małżonko? - Skłonił się na tyle ceremonialnie, na ile potrafił. Tym razem utrzyma dystans. - Jak powiodła się twoja misja, na czymkolwiek polegała?

- Och, wszystko udało się doskonale. Mamy tu kolejną, dużo większą osadę. Z tego, co zauważono, barbarzyńcy nie zamierzają tym razem uciekać i nawet wznieśli jakieś fortyfikacje. Głupcy! Rozbijemy ich w pył. Nikt nie zdoła uciec. Poprosiłam matkę, żeby to mnie powierzyła dowodzenie tą akcją.

- Co takiego?

Wiedział, oczywiście, że ma przed sobą księżną, ale takie słowa w ustach „Bereniki” jednak go zaskoczyły. Ciągle ulegał złudzeniu i nie spodziewał się przejawów aż takiej, bezlitosnej brutalności ze strony ukochanej. Czy jednak i ona sama, we własnej osobie, nie żywiła podobnej wrogości wobec dzikusów?

- A dlaczego nie? Poślubiłam dopiero co pierwszego małżonka, posiadłam moc i chcę zbierać doświadczenia. Żołnierze powinni przyzwyczaić się do mojego dowództwa, żeby później chętnie szli za mną w bój. A barbarzyńcy niech nauczą się odczuwać strach przed lady Bereniką, młodą panią Siedmiu Bram. Nie wątpisz chyba, że sobie poradzę?

- Oczywiście, poradzisz sobie na pewno, Szlachetna Pani. Jak zamierzasz to wszystko zorganizować?

- Matka wydała już odpowiednie rozkazy, sama pozostanie w obozowisku albo uda się do jakiejś innej kolumny i nie będzie się teraz do niczego wtrącać, żeby dać mi okazję wypróbowania moich talentów oraz mojej mocy. Poprowadzę jazdę i część piechoty. Tym razem nie zdołamy pewnie zaskoczyć dzikusów, ale i tak zwyciężymy. Księżniczka Berenika z Siedmiu Bram odniesie swój pierwszy triumf nad barbarzyńcami.

- Czy ta zwycięska pani zamierza może w tym celu już dzisiaj skorzystać z mocy posłusznego sługi i małżonka? - spytał z ironią.

- Miło, że o tym pomyślałeś, sir Marcusie – odparła w podobnym tonie. - Ale nie, obdarzyłeś swoją panią wystarczającą siłą poprzednim razem. Będzie lepiej, jeżeli zbierzesz jej więcej przed następną okazją. Nie chciałabym uczynić ofiarowywania mocy obowiązkiem zbyt przykrym i uciążliwym dla mojego pierwszego męża.

No tak, skorzystała zapewne z usług sir Oswalda i posiadała chwilowo dość magicznej siły. Wolała też może oszczędnie dozować swoje uwodzicielskie sztuczki, by nie spowszedniały w jego oczach.

- Mam jednak dla ciebie inną propozycję. Otóż jest moim życzeniem, żebyś towarzyszył mi w tej bitwie. Wyruszysz razem z moim oddziałem.

- Jak rozkażesz, Dostojna Pani.

Nie odczuwał wielkiej ochoty do przyglądania się masakrze barbarzyńców, ale przecież nie mógł odmówić.

- Doskonale. Wiem, że szlachetnie urodzonych panów należy trzymać z daleka od podobnych niebezpieczeństw, ale nie przewiduję większych kłopotów, a jako żona znajdująca upodobanie w swoim pierwszym małżonku, chciałabym ukazać się w twoich oczach silna i zwycięska. Mam nadzieję, że zrozumiesz tę odrobinę próżności i wybaczysz możliwe niewygody. Zwycięstwo rozpala też zwykle krew i zmysły, o czym może będziemy mieli okazję się przekonać, mój panie i mężu – dodała z uśmiechem. - Przygotuj się, wyruszamy o świcie. Czeka nas jednak dłuższa droga i pewnie nie zdołamy powrócić do głównej kolumny przed nocą.

Teraz zrozumiał. Zabierała go ze sobą jako rodzaj zabezpieczenia, gdyby coś poszło niekoniecznie po jej myśli i potrzebowała źródła nowej, magicznej siły. Czyżby jednak czegoś się obawiała? Może bitwa stworzy też jakąś okazję i dla niego?

- A teraz, wybacz, sir Marcusie, ale to moje pierwsze samodzielne dowództwo i muszę wszystkiego dopilnować. - Odprawiła „małżonka”, szczęśliwie nie próbując okazywać i nie oczekując szczególnych dowodów czułości. Uznała może, że w oczach ewentualnych obserwatorów tłumaczy ją podekscytowanie nadchodzącą walką.

Marsz okazał się trudny, musieli przedzierać się przez gęsty, podmokły las. Stało się jasne, dlaczego księżna rozdzieliła siły. Kolumna z ciężkimi taborami nie zdołałaby tędy przejść, Lady Berengaria musiała wysłać je inną drogą, bardziej okrężną. Zaczynał pojmować już co nieco z taktyki tej wojny. Nie należało spodziewać się walnych bitew w otwartym polu, raczej szybkich wypadów przeciwko kolejnym wioskom. Osławieni barbarzyńcy nie objawiali też, jak dotąd, swojej krwiożerczości i nie potrafili przeciwstawić się najazdowi, który spadł na ich ziemie. Czy rzeczywiście byli tak groźni, jak ich przedstawiano? A może obawiali się mocy i magii wojennej?

Z lasu wynurzyli się wczesnym popołudniem. Na ile zdołał to ocenić, rzekoma Berenika prowadziła prawie całą jazdę z kolumny księżnej oraz połowę piechoty. Teraz posuwali się znacznie szybciej i słońce stało nadal wysoko, gdy ujrzeli zapowiadaną osadę. Przypominała raczej dość prymitywny, ale sporych rozmiarów gródek. Fortyfikacje, o których mówiła Lady Berengaria, składały się z fosy oraz drewniano-ziemnego wału. Na kilku odcinkach wzmocniono je pospiesznie ustawionymi częstokołami. Nad bramą wznosiła się solidna, przysadzista wieża, także drewniana. Na koronie wału tłoczyli się obrońcy, wygrażając napastnikom i wykrzykując jakieś obelgi.

- No proszę, wystawili coś takiego - skomentowała księżna – To siedziba jednego z ich wodzów. Nie spodziewali się pewnie, że zapuszczę się tutaj z lekkimi siłami, przez lasy i bagna. Ale młoda pani Siedmiu Bram posiada moc, której nie zdołają się przeciwstawić. Przekonają się o tym jeszcze dzisiaj. Nie traćmy dnia, przez noc mogliby uciec albo ściągnąć posiłki.

Miał okazję ujrzeć, jak sprawnie rozstawia swoje wojska. Zatrzymując przy sobie setkę jezdnych, pozostałych konnych wyprawiła w dwóch grupach, które z przeciwnych stron objechały gródek, niepokoiły obrońców, zmuszały do rozdzielenia sił. Właściwy szturm podjąć miała jednak piechota. Na obydwu flankach bramy, każdy oddział po trzy setki pieszych. Ostatnią setkę księżna pozostawiła w odwodzie, naprzeciwko wrót forteczki. Wysunęła ją nieco do przodu, tuż poza zasięg strzały z łuku i nakazała ustawić szyk obronny. Być może po to, by zablokować ewentualną próbę desperackiego wypadu, jak przypuszczał Marcus. Towarzyszył „Berenice” na niewielkim pagórku. Żołnierze zajmowali pozycje szybko i sprawnie, nie wyglądali na amatorów w wojennym rzemiośle.

Żaden z oddziałów nie zaopatrzył się w drabiny, faszynę, topory, łopaty czy inny sprzęt szturmowy, który mógłby posłużyć do zasypania fosy oraz zniszczenia lub pokonania wałów i częstokołów. Po chwili chłopak zrozumiał, dlaczego nie były one potrzebne i nie obciążano nimi wojska podczas marszu, ani też nie tracono obecnie czasu na ich przygotowywanie. Armia polegała przecież na magii!

Księżna nie próbowała podejmowania rozmów, nie wyprawiła herolda, niczego nie obiecywała i nie wzywała nikogo do poddania się oraz otwarcia bramy. Po prostu, gdy tylko wszystkie oddziały zajęły wyznaczone pozycje, skoncentrowała się i posłała dwa uderzenia mocy. Widział już coś takiego w górach, gdy rozbiła skalny zawał. Obecnie użyła mniejszej zapewne siły, na tyle jednak skutecznie, że uczyniła w wybranych miejscach dwa wyłomy w fortyfikacjach, rozwalając tam wały oraz zasypując fosę. Żołnierze ruszyli do ataku, osłaniając się tarczami przed strzałami i oszczepami obrońców, wkrótce starli się z barbarzyńcami w bezpośrednim zwarciu. Nie zdołali jednak tym pierwszym uderzeniem wedrzeć się do środka, walka przy wyłomach przeciągała się.

„Na co ona czeka? Dlaczego nie zniszczy całego tego gródka od jednego razu, nie spopieli go kulą ognia? Teraz nie może już nawet użyć swobodnie mocy, żeby nie razić własnych ludzi?” - Zastanawiał się gorączkowo.

Wkrótce otrzymał pierwszą odpowiedź. Gdy rąbanina w wyłomach osiągnęła nowy stopień natężenia, Lady Berengaria zaatakowała ponownie. Tym razem cios trafił w bramę i okazał się równie skuteczny. Wrota rozpadły się, wieża pochyliła niebezpiecznie.

- Zostań tutaj, Marcusie – rozkazała i ruszyła w dół pagórka na czele odwodowej setki jeźdźców, zwalniając jednak, by dać czas własnej piechocie na przeformowanie zwodniczo obronnego szyku, opanowanie bramy i otwarcie drogi dla jazdy.

On sam przyglądał się temu zafascynowany, nie dostrzegając nawet kilku konnych przydzielonej mu eskorty. Nadal jednak nie pojmował, dlaczego księżna najwyraźniej oszczędza magiczną moc, oraz dlaczego osobiście prowadzi ten atak. Czy aż tak zależy jej na wojennej chwale córki? Odczuwał coraz większe napięcie, sam już nie wiedział, komu życzyć zwycięstwa. Krew szybciej krążyła w żyłach i przyłapał się na myśli, że on również chętnie wziąłby udział w szarży. Przecież potrafi walczyć, a skazany jest na bierne przyglądanie się bitwie! Wszystko przez to, że urodził się jako pan szlachetnej krwi!

Nagle stało się coś zaskakującego. Z bocznego, nieuszkodzonego dotąd fragmentu wałów trysnęła struga ognia, zmierzając prosto w stronę pieszych, wdzierających się już pomiędzy resztki rozbitej bramy. To znaczy, zaskoczyło to Marcusa, księżna okazała się przygotowana. I dała drugą odpowiedź na pytania chłopaka. Osłoniła oddział znanym mu już błękitem, płomienie opadły bezsilnie, wzniecając tylko kilka pomniejszych pożarów walającego się dookoła drewna. Ogień wydawał się zresztą znacznie słabszy niż ten, którym posłużyła się nie tak dawno w lochach Złotej Bramy prawdziwa Berenika. Nie ulegało jednak wątpliwości, ktoś spośród obrońców użył magii! Co prawda, bez powodzenia. Marcus spodziewał się rewanżu ze strony wiedźmy, ale nic takiego nie nastąpiło. Może brakowało jej już sił i oszczędzała moc na możliwe, kolejne niespodzianki? Szturm i tak przebiegał pomyślnie, jeżeli ataki magiczne nie powtórzą się, gródek wkrótce upadnie. Chyba, że...

„To jest ta chwila, na którą czekałem.” - Pomyślał w uniesieniu. - „Ona z pewnością nie ma już mocy, a przynajmniej bardzo ją nadwyrężyła. Teraz, teraz mogę ją dopaść!”

Wprawdzie nie znalazł dotąd okazji, by poćwiczyć z magią na większą skalę, ale lepsza sposobność i tak szybko się nie trafi. Czuł, że odzyskał siły, wiedział, jak skorzystać z mocy. Na pewno jest w stanie uczynić coś więcej, niż tylko rozpalić świecę! Skoncentrował się i spróbował przywołać obraz sir Oswalda. Piechota wtargnęła już przez rozbitą bramę do środka forteczki, w jej ślady poszła jazda odwodu. Stawiano tam jednak jeszcze opór, Marcusa dobiegły wrzawa i szczęk broni. Lady Berengaria zwolniła na chwilę, lustrowała czujnie ocalałe fragmenty wałów, ale przecież nie spodziewa się chyba ataku od tyłu? W obydwu wyłomach również spychano teraz obrońców, zwycięstwo nastąpi lada chwila. Ludzie z eskorty chłopaka skupili uwagę na toczącej się bitwie. Wysunęli się nieco do przodu, rozproszyli i wypatrywali magicznego zagrożenia na koronie fortyfikacji. Może obawiali się kolejnego uderzenia, skierowanego teraz ku ich wyróżniającej się grupce? Gródek i tak już upadł, a utrata źródła mocy byłaby największym ciosem dla najeźdźców. Przecież mężczyzna dosiadający wierzchowca w charakterystyczny i niedogodny sposób musiał być panem szlachetnej krwi, noszącym ochraniacz. Znakomity cel ataku. Poczuł smak, zapach, oddech płomienia. Tak, właśnie tak! Teraz!

W chwili, gdy miał już posłać własną kulę ognia, księżna trąciła konia i ruszyła w stronę bramy. Uczyniła to znajomym ruchem, tak bardzo znajomym... Berenika... Żar pojawił się wreszcie, posłuszny w końcu woli chłopaka, ale o wiele słabszy, niż na to liczył. Pragnął zniszczyć wszystko i wszystkich, przeklętą wiedźmę, jej żądnych krwi i łupów żołdaków, nawet barbarzyńców oraz ich żałosny gródek, ostatecznie to także wrogowie! Czuł, że mógłby to zrobić! Ale nie potrafił, nie chciał przecież godzić w Berenikę! To zawahanie zadecydowało. Osłabiony pocisk pomknął w ślad za znikającą pod chwiejącą się wieżą księżniczką. Nie, wcale nie księżniczką, w ślad za nienawistną wiedźmą, sam już nie wiedział, w kogo właściwie uderza. Drewniana konstrukcja zawaliła się ostatecznie, buchnęły dym i płomienie. Czy dostrzegł tam poblask błękitu?

Widząc upadek bramy, żołnierze atakujący wyłomy zawołali triumfalnie, zapewne niewielu z nich zdawało sobie sprawę, że pod płonącymi belkami mogła zginąć pani Siedmiu Bram, nieważne, czy młoda, jak sądzili, czy stara, jak stałoby się to naprawdę i na co liczył Marcus. Natarli z nowym animuszem, przełamując resztki zorganizowanego oporu. Wdarli się do gródka, skąd dobiegły krzyki oraz wzniosły się nowe, gęste kłęby dymu. Jeźdźcy z dwóch oddziałów ubezpieczających szturm rozjechali się szeroko, zgarniając i ścigając tych, którzy próbowali jeszcze ucieczki. Rozpoczynała się grabież i rzeź. Księżniczka Berenika z Siedmiu Bram odniosła swoje pierwsze zwycięstwo.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Kapelusznik miesiąc temu
    Nie wiem czemu, ale wydaje mi się że początek tego rozdziału już gdzieś czytałem
    Bitwa dość krótka i nie pochwyciła mocą
    Klimat też osłabł na samym końcu, przez tą głupotę i naiwność Marcusa
    I fakt że kto by nie zauważył że rzuca zaklęcie?
    Tym razem 4
    Pozdrawiam
  • Nefer miesiąc temu
    Owszem, ostatnim razem omyłkowo wkleiłem razem z poprzednim początkowy fragment tego rozdziału, stąd Twoje wrażenie. To nie bitwa tylko w sumie potyczka, ma zobrazować przewagę wojsk księstwa. A Marcus istotnie wielkim rozumem się nie wykazał, emocje wzięły górę. W taki sposób to wiedźmie zbytnio nie zaszkodzi. Co do zaklęcia może jednak liczyć na swego rodzaju alibi w postaci obecnego w gródku maga. Ogień nie wypływa z jego rąk czy coś w tym rodzaju, kula formuje się w pewnej odległości. I pamiętajmy, że nikt nie spodziewa się po bohaterze znajomości magii.
    Dzięki za wpis i pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania