Poprzednie częściNowy wspaniały świat (cz.1 z 3)  

Nowy wspaniały świat (cz.2 z 3)

Garncewicz leżał dalej na kanapie. Kilkukrotnie odtworzył w pamięci scenę spotkania z tajemniczym mężczyzną. Próbował w ten sposób znaleźć trop, który by go naprowadził na to, kim jest Blake? Przestępcą? Farmerem hostów? Duchem? Czy członkiem ruchu oporu? Tę ostatnią opcję Jan natychmiastowo odrzucił. Jakikolwiek opór został zdławiony lata temu. Przestępca albo farmerem hostów nie operowałby takim językiem. Zostawała, więc tylko jedna opcja Blake był członkiem Duchów. Nie raz Jan słyszał historie o tym, jak na różne dziwaczne sposoby rekrutowały ludzi. Nagle rozległy się syreny policyjne. Z ulicy zaczęły dochodzić czerwono-niebieskie błyski.

— Asystent! Rolety! — wrzasnął Jan.

Oglądanie akcji policyjnej w nowym świecie było dość ryzykowne. Funkcjonariusze aresztowali często gapiów i oskarżali o fikcyjne zbrodnie. Po długich, brutalnych oraz nierzadko dziwacznych przesłuchaniach schwytani przyznawali się do stawianych im czynów. Takie działania miały na celu jeszcze większe zastraszenie społeczeństwa. Ludzie bali się przechodzić koło okien, gdy zauważyli tylko czerwono-niebieskie rozbłyski, dlatego też powszechną praktyką stało się zasuwanie rolet. Jan powrócił do swoich rozmyślań. A przynajmniej próbował. Miał ogromną ochotę wstać, odsunąć delikatnie roletę i zobaczyć co się dzieje. Ach ta nasza zwyczajna ludzka ciekawość!

,, Nie! Durniu, mało Ci problemów?!?! Brakuje jeszcze, abyś do paki trafił" - pomyślał Jan.

— X3! — krzyknął.

Nastąpiło syknięcie. Drzwi rozsunęły się. Do pokoju wszedł robot.

— Tak Sir? — powiedział metalicznie.

— Ile dni mi pozostało? — spytał ze smutkiem w głosie Garncewicz.

— Policzmy. Biorąc pod uwagę stan protezy, częstotliwość awarii. Jej wiek...

— X3! — wrzasnął.

— Około miesiąca...

— Żesz kurwa! — wrzasnął Jan, łapiąc się rękoma za głowę.

,, W miesiąc nie znajdę pracy, która mi pokryje koszty protezy oraz operacji... Jestem w czarnej dupie. Mam tylko dwie opcje. Samobójstwo albo ofertę Blaka. Nie mam pewności czy ona mi da gwarancję. Eh trudno lepsze to niż czekać na śmierć lub ją przyspieszyć. Warto spróbować" — pomyślał.

— X3! Doprowadź mnie do porządku, aby nikt nie zwracał na mnie uwagi — powiedział stanowczo Garncewicz.

W nowym świecie każdy ubiór oraz wygląd inny od przyjętych standardów był surowo zabroniony. Wytyczne jasno mówiły, że wszystkie choroby wyeliminowano, więc jeżeli się widzi osobę wyglądającą inaczej, to znaczy ma coś wysoko zaraźliwego i trzeba to zgłosić policji. Tak brzmią te oficjalne, ale prawda jest zupełnie inna. Nowi władcy Ziemii boją się indywidualność, jednostek, które wywrócą ich ład do góry nogami. To jest prawdziwą przyczyną tych durnych standardów. Jan aktualnie był blady jak ściana. Nie chciał zwracać na siebie uwagi z pół kilometra.

— Ale...

— Żadnych, ale! — wrzasnął Jan — Pójdziesz ze mną na wszelki wypadek...

***

Za murem, który właśnie mijali, wznosiły się różnej wielkości budynki z czerwonej cegły oraz betonu od lat opuszczone. Puste oczodoły okien straszyły przechodniów zmuszonych zapuścić się w tą część Szczecina. Dzielnica miała złą sławę dzięki gangowi ,,Bezprizornich". Jego członkami były głównie bezdomne dzieci oraz młodzież, której nie udało się wyjść na prostą. Ta nazwa do nich przylgnęła dzięki skojarzeniu jednego z dziennikarzy medialnych. Zaczerpnął on ten termin z ,,Innego Świata” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Tak gang zyskał swoją nazwę. Zajmowali się oni głównie wyłudzeniami oraz kradzieżami. Zdarzały się również gwałty i morderstwa. Czerwone cegły odpadały. Ogólnie miało się wrażenie, że spojrzenie na te budynki je niszczy. Był to dawny Samodzielny Kliniczny Szpital nr 2 PUM. Po mieście krążyły plotki, że to miejsce jest nawiedzone. W oknach można niekiedy było zobaczyć duchy dawnych pacjentów, dlatego ludzie mijali tę okolicę szerokim łukiem. Garncewicz nie wierzył w te historyjki. Uważał je za bujdy na resorach. Jan oraz robot szli bardzo powoli chodnikiem. Ich oczy skierowane były w kierunku drugiej strony ulicy. Przesuwali swój wzrok z jednej kamienicy na inną szukając restauracji ,,U Michała". Jan nie mógł wyjść z podziwu. Pierwszy raz od wielu lat widział tak stare budynki w dobrym stanie! Oczodoły okien nie ziały pustką. Miały piękne czyste szyby. Kamienice zostały pomalowane na najróżniejsze kolory. Beżowy, żółty, brązowy i wiele innych. Ulica była bardzo dobrze oświetlona. Metalowe lampy uliczne zostały ustawione co kilka metrów.

— Widzisz tę restaurację? — spytał zdezorientowany Jan.

— Nie Sir — odpowiedział metalicznie robot.

Godziny popołudniowe cechują się wzmożonym ruchem. Ulica powinna tętnić życiem, lecz nie było na niej żywej duszy. Odkąd szli, nie napotkali nikogo. Można zaistniałą sytuację tłumaczyć złą sławą dzielnicy. Jednak budynki po drugiej stronie mówiły co innego.

,, Coś tu jest nie tak"- taka myśl przemknęła w głowie Jana.

— Sir tam jest salon fryzjerski ,, U Michała". Może Blake pomylił się? — powiedział metalicznie robot, podnosząc rękę.

Garncewicz spojrzał we wskazanym kierunku. Faktycznie jego oczom ukazał się zakład fryzjerski o takiej nazwie. Był to jedyny lokal na tej ulicy.

,, O co tu biega? Pomylił się? Czy to podstęp? Nie podoba mi się to. Eh wyboru też nie mam" - pomyślał Jan.

— Co robimy Sir?

— Pójdziemy tam i podpytamy — powiedział spokojnie.

Podeszli do krawędzi chodnika, którego szarawe płyty były w bardzo dobrym stanie. Nie miały żadnych pęknięć oraz wszystkie znajdowały się na swoim miejscu. Garncewicz odruchowo spojrzał się w obie strony. Poczuł dziwne mrowienie na karku. Zaczął mieć wrażenie, że ktoś się im przyglądać. Jan stanął.

— Coś się stało Sir? — spytał metalicznie robot.

Garncewicz milczał.

— Sir?

Jan zaczął przenosić wzrok na kolejne okna kamienic. Niestety we wszystkich założono firanki. Nic nie było widać.

— Sir wszystko dobrze?

— X3 sprawdź termowizją okna — powiedział podenerwowany Jan.

Oczy robota zmieniły kolor. Stały się czerwone. Chwilę zajęło mu sprawdzenie wszystkich okien w przeciwległych kamienicach. Oczy wróciły do koloru niebieskiego.

— Nikogo nie ma — powiedział metalicznie robot.

,, Eh. Pewnie Ci się wydawało" - pomyślał Garncewicz.

Przeszli przez jezdnie i stanęli przed wejściem do salonu fryzjerskiego ,,U Michała". Ogromny neonowy napis był koloru czerwonego oraz wisiał nad wejściem. Oślepił on na chwilę Garncewicza. Zmrużył oczy.

,, Nigdy nie przyzwyczaję się do tych zasranych neonów" - pomyślał Jan.

Witryna salonu sięgała wysokości aż trzech metrów i szerokości czterech. Posiadała również piękną czarno-białą grafikę przedstawiającą fryzurę ala Elvis. Obok tej ogromnej szyby znajdowały się szare automatyczne drzwi. Salon mieścił się w trzypiętrowej beżowej kamienicy. Nastąpiło syknięcie. Drzwi rozsunęły się. Weszli do środka. Oczom Jan ukazało się dość sporej wielkości pomieszczenie. Miało najprawdopodobniej podobną powierzchnie co mieszkanie Garncewicza. Po prawej stronie od wejścia ustawiono w rząd wygodne czerwone fotele i drewniane stoliki kawowe. Pomiędzy siedzeniami a witryną stała ogromna plastikowa palma. Po lewej stronie od wyjścia znajdowały się stanowiska fryzjerskie. Każde z nich bogato wyposażone między innymi w suszarki, żele, maszynki, brzytwy, czyste lustra, grzebienie, różne szczotki, fotele obrotowe oraz miski do spłukiwania farby z włosów. Takie rzeczy w dzielnicach o złej sławie były trudno dostępne. Ściany pokryto tapetą imitującą czerwone cegły. Powieszono na nich najróżniejsze ozdoby. Od lampek w lampionach po obrazy krajobrazów miejskich Rzymu, Londynu, Paryża, Moskwy. Wiele było kopiami tych, które wiszą u Jana. Przeciwległej do wejścia ścianie znajdowały się dwie pary drewnianych drzwi. Jedne prowadziły do WC, świadczyły o tym piktogramy symbolizujące płcie. Drugie najprawdopodobniej na zaplecze. W lokalu było sporo osób ubranych odświętnie. Mężczyźni mieli na sobie piękne czarne garnitury, a kobiety piękne kolorowe sukienki. Fryzjerzy uwijali się jak najszybciej, aby obsłużyć najwięcej klientów lub klientek. Jan zdumiał się tym widokiem, od lat nie widział tylu ludzi ubranych inaczej niż w szaro-bury kombinezon. Podszedł do nich niski grubasek o pulchnej twarzy i ogromnym czerwonym nosie z wąsami ala Kmicic.

— Witam Panów! — krzyknął radośnie — Cóż was sprowadza w skromne progi mojego lokalu !?

— Szukamy restauracji ,, U Michała" — odpowiedział spokojnie Jan.

— Aaa. Panowie pewnie do Blaka! — powiedział grubasek, tonem jakby odkrył Złoty Pociąg — Usiądźcie. Poślę mojego syna po niego!

,, O co tu chodzi?" - zamyślił się Jan.

Robot oraz Garncewicz usiedli na fotelach obok palmy.

— Antek! — zwołał właściciel.

— Tak tato? — odezwał się mały chłopczyk, który właśnie wszedł.

Dziecko miało na oko około dziesięciu lat. Był bardzo niziutki jak na swój wiek, blady oraz wątły. Jego oczy czerwone od niewyspania się posiadały w sobie jakieś ogniki. Miał na sobie czerwony sweterek, jeansy oraz czarne trampki. Fryzura chłopca przypominała tą z wystawy. Jan w pierwszej chwili, gdy go zobaczył pomyślał, że dzieciak jest bardzo chory.

— Idź po Pana Blaka — powiedział spokojnie grubasek.

Chłopiec wybiegł z salonu. Po jakiś pięciu minutach wrócił.

— Zaraz przyjdzie — powiedział piskliwie — Mogę już iść tato?

— Oczywiście — powiedział uśmiechając się grubasek.

Dziecko poszło na zaplecze. Jan odprowadził je wzrokiem, aż do momentu zniknięcia jego pleców za zamykającymi się drzwiami. Minęło z dziesięć minut, gdy drzwi rozsunęły się i do salonu wszedł Blake, a zanim dwóch łysych umięśnionych facetów w białych koszulach oraz czarnych garniturowych spodniach. Cyborg miał na sobie taki sam strój jak przy pierwszym spotkaniu.

— Dzień dobry! — krzyknęły radośnie osoby siedzące w kolejce.

— Dobry, dobry — odpowiedział, uśmiechając się Blake.

Podszedł do Jana.

— Miło, że się zdecydowałeś. Panowie!

Drab wyjął z kieszeni małe urządzonko w kształcie pistoletu, lecz zamiast komory nabojowej miał rurę. Wycelował i strzelił w robota. Koło Jana świsnęła mała pastylka, która przylgnęła do powierzchni maszyny i puściła iskry. Oczy robota zgasły. Garncewicz, zanim zdążył zareagować został przywiązany do krzesła przez drugiego.

— Wiedziałem! Kurwa wiedziałem! — krzyczał wściekle Jan.

— Uśpij go — polecił Blake metalicznym tonem.

Ten goryl, który był odpowiedzialny za związanie wyjął z kieszeni małą buteleczkę i kawałek małej białej miękkiej szmatki. Odkręcił. Przechylił flakonik. Nasączył dziwnym płynem materiał.

,, Chloroform najprawdopodobniej" - pomyślał Jan.

— Wiedziałem! Kurwa wiedziałem! — krzyczał wściekle.

Odwrócił wzrok w kierunku ludzi. Żadna z osób siedzących w poczekalni nie reagowała na poczynania Blaka i jego drabów. Zachowywali się jakby to, co się działo widzieli codziennie. Jedni czytali, drudzy rozmawiali. Nagle Garncewiczowi zrobiło się ciemno przed oczami. Goryl docisnął materiał do nosa Jana.

***

— Za dużo tego nalałeś debilu! — krzyknął wkurzony Blake.

— Szefie... Sam... szef.... powiedział... ,, uśpijjjjj.... go" - dukał drab.

— Uśpij! A nie zafunduj czterdzieści osiem godzin snu!

***

Jan powoli odzyskiwał przytomność. Szumiało mu w głowie do tego stopnia, że każde poruszenie nią sprawiało mu ból. Ciemność przed oczyma ustępowała miejsca białej jasnej plamy. Kończyny do tej pory jak z kamienia odzyskiwały sprawność. Zmysł dotyku już powrócił na swoje miejsce. Jan mógł teraz poczuć, że pod jego plecami znajduję się coś miękkiego.

— Budzi się śpiąca królewna — zaśmiał się Blake.

Garncewiczowi przeszły ciarki po plecach. Chciał się zerwać i uciekać, ale jego nogi oraz ręce odmówiły mu posłuszeństwa.

,, Kurwa mać! Oby nie byli to handlarze narządów ani farmerzy hostów" - takie myśli przebiegły Janowi przez głowę.

— Spokojnie — powiedział łagodnie Blake — Nie jestem ani tym, ani drugim.

Jana zamurowało. Miał dalej jasną plamę przed oczyma oraz nie czuł kończyn.

— Umiesz czytać w myślach? — spytał nerwowo Garncewicz.

— Nie. Wierzgasz tak jakbyś był u handlarzy narządami albo farmerów hostów. Nie czujesz pewnie kończyn?

— Tak.

— Zaraz to Ci przejdzie — powiedział spokojnie Blake.

— Jak to możliwe, że ruszam się i tego nie odczuwam? — spytał nerwowo Garncewicz.

— To wina tego, czym Ciebie uśpiliśmy.

— Co to było?

— Zmodyfikowany chloroform Y10 — odrzekł spokojnie cyborg.

,, Wszystko jasne" - pomyślał Garncewicz.

— Czemu mnie uśpiliście? — powiedział spokojniej Jan.

— Darłeś japę tak, że ściągnąłbyś gliny z całej okolicy.

— Kim jesteś? — spytał, nerwowo oddychając.

— Słyszałeś o Grocie? — powiedział spokojnie cyborg.

— Tak. Ta organizacja to tylko legenda... Chwila moment... Nie mów mi, że...

— Hahaha nie. Jesteśmy bliźniaczą organizacją. Grot upadł wiele lat temu. Dokładnie dwie dekady temu.

Grot zawiązał się zaraz po trzeciej wojnie. Organizacja ta zrzeszała w swoich strukturach byłych żołnierzy oraz ludzi, którzy nie chcieli pogodzić się z nowym porządkiem. Biała plama przed oczami Jana zeszła już na tyle, aby mógł zobaczyć, gdzie jest. Znajdował się w dobrze oświetlonym pokoju o wymiarach pięć na sześć. Jan podniósł się delikatnie łokciami. Rozejrzał się. Leżał na zupełnie nowej czarnej kanapie w lewym rogu pomieszczenia. Wszystko tutaj było nowe. Co prawda mało ustawiono tu mebli, ale ich stan i tak robił wrażenie. Pod prawą ścianą koloru szarego przy ogromnym oknie znajdowało się piękne dębowe biurko z czarnym fotelem używanym przez prezesów megakorporacji. Na samym środku stał szary spory sześcian, był to specjalny projektor holograficzny. Nad kanapą ulokowano biały regał na książki z największymi dziełami polskiej literatury. Blake siedział na kawowym stoliku obok kanapy. Oprócz nich nie było nikogo w pomieszczeniu.

,, Gdzie jest X3? Czemu Asystent oraz smartband nie wezwały policji? I kolejne pytania... Cholera" - takie myśli zakotłowały się Garncewiczowi pod czaszką.

— Widzę przyjacielu, że jesteś skołowany. Czas wyjaśnić kilka rzeczy — powiedział spokojnie Blake — To dziadostwo w salonie zostało zmodyfikowane. Wysyła spreparowany obraz do ich centrali i zakłóca pracę nieprzerobionych urządzeń. Robot jest w Twoim mieszkaniu.

Cyborg wyjął z kieszeni spodni papierośnice oraz zapalniczkę. Otworzył ją. Wydobył cygaro. Przystawił je do zapalniczki. Poszła iskra, a po niej pojawił się mały płomyk. Kawałek cygara spopielał. Blake zaciągnął się. Wypuścił dym. Jan był w ogromnym szoku. Cyborg czytał z niego jakby Garncewicz miał wypisane swoje myśli na czole. Ogólnie sprawiał również wrażenie, że na takie pytania odpowiadał nie raz. To rodziło kolejne pytania. Jan odzyskał wzrok i siedział na kanapie.

— Kontynuując to, co mówiłem — ciągnął dalej spokojnie Blake — Jesteśmy bliźniaczą organizacją do Grotu. Nasza organizacja nosi nazwę Achilles.

— Ruch oporu? — spytał Jan.

— Dokładnie — odrzekł, uśmiechając się cyborg.

,, Hmm. Nie klei to się kupy" - pomyślał Garncewicz.

— Widzę, że masz jeszcze wątpliwości...

— Dziwisz się? Najpierw proponujesz mi pracę w barze potem porywasz i mówisz, że należysz do ruchu oporu. Jaką ja mam pewność, że to nie pułapka Duchów?

— Wyglądałeś przez okno? — spytał spokojnym tonem Blake zaciągając się cygarem.

— Nie — odparł zdziwiony pytaniem Jan.

— To lepiej wyjrzyj.

Garncewicz podniósł się z kanapy. Gdy tylko stanął, poczuł jak mięśnie zaczynają mdleć. Zachwiał się, jednak po chwili odzyskał równowagę. Szedł powoli. Każdy krok sprawiał mu ból. Dokładnie mówiąc czuł kłucie w mięśniach. Jakby tysiące małych igieł wbijało się. W końcu dotarł do ogromnego okna, które de facto było ścianą pokoju. Widok, który zobaczył, zrodził w nim strach, również zbudził wspomnienie wojennego koszmaru. Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to wszystko wygląda? Pewnie nie. Tak samo nie myśleliście o bliznach, jakie wojna żłobi w psychice. To nie jest tak jak na filmach, grach lub według propagandy. We wojnie nie ma nic chwalebnego. Są tylko upodleni oraz Ci próbujący zachować człowieczeństwo. Łatwy podział nieprawdaż? Jednak on też jest błędny. Jan przekonał się o tym na własnej skórze. Widok tego, co zobaczył za oknem przypomniał mu bitwę pod pewną wsią niedaleko Lublina. Przed oczami miał stosy trupów zalegających na jezdni oraz wiszących. Wrócimy do obrazu. Okno bowiem wychodziło na podwórze średniej wielkość otoczone zewsząd trzypiętrowymi kamienicami. Tym razem nieodnowionymi. Budynki rozsypywały się, zewsząd odchodziły kawałki tynku. Okna w większości były zabezpieczone foliowymi niebieskimi workami. Co jakiś czas od dachów odrywała się jedna dachówka. Spadała ona na ziemie, gdzie roztrzaskiwała się z hukiem. Ornamenty budowli już dawno zostały rozkradzione. Na podwórku nie rosła żadna roślina oprócz ogromnego dębu na samym środku. Teren koło miejsca, gdzie stało drzewo, pokryty był płytami chodnikowymi. Nadszarpnięte przez czas miały już dawno swoje świetne lata za sobą. Każda z kamienic miała drzwi, które umożliwiały wejście od atrium. Po placyku krzątało się kilka grup ludzi. Pierwsza miała na twarzach maseczki malarskie oraz rozkładała przybory do malowania pod jedną ze ścian. Druga ustawiała worki zaprawy pod tą samą ścianą. Nie zaprzątali sobie myśli widokiem dębu. Gruby pień drzewa piął się w górę, dochodząc do drugiego piętra, gdzie zaczynała się korona. Gałęzie rozchodziły się tworząc okrąg w środku kwadratu podwórka. O tej porze na nich powinno znajdować się sporo liści jednak tak nie było. Gdzie nie gdzie od pni odchodziła kora, odsłaniając piękne drewno. Z gałęzi zwisały liny. Dyndały na nich trupy w różnym stopniu rozkładu. Jedne już utraciły całe mięso zostawiając same kości w przegniłych łachmanach. Innym dopiero ono zaczynało schodzić. Proces ten rozpoczynał się od głowy. Można było u niektórych zobaczyć połowę twarzy. Co w nich zastygło, jest nie do opisania. Odzwierciedlały one najpotworniejsze grymasy, które wyglądały jak połączenie śmierci z groteską. Wydawało się jakby ona w nich zastygła. Zwłoki miały na sobie szczątki poszarpanych ubrań lub mundurów w kamuflażu.

— O ja pierdole... — powiedział zszokowany Jan — Jak?

— Ma się te swoje sposoby — zaciągnął się Blake — Jak widzisz, nie jestem Duchem ani nie pomagam Bezprizornym. To jest świadectwo tego. Wrócimy do tego, po co tu przyszedłeś bez zbędnych już pytań. Praca jest łatwa — cyborg wypuścił dym — Będziesz musiał dostarczyć lekarstwa do jednego z naszych szpitali. Od razu Ci tam protezę wymienią. Tu masz adres.

Blake wstał. Podszedł do Garncewicza. Wcisnął mu w dłoń kawałek kartki.

— Czy ja się zgodziłem? — spytał zdziwiony Jan.

— Nie masz już wyboru — uśmiechnął się szyderczo cyborg — uważaj na Bezprizornych. Będą próbowali się dobrać do tych leków. Powodzenia!

***

— Zgodził się? — spytał ktoś chłodnym tonem.

— Tak. Nieźle nim zamotałem. Myśli, że niesie leki dla szpitala — odparł Blake, patrząc w bursztynową ciecz w szklance.

***

Ciąg dalszy nastąpi

Następne częściNowy wspaniały świat (cz.3 z 3)  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania