(Artykuł) O postrzeganiu współczesnego odbiorcy

Artykuł pochodzi z bloga: Tekst pochodzi z bloga: http://rozpisany.pl/

 

_________________________________________________________________________________________

 

"Kuba, nikt tego nie zrozumie", słyszę nader często w pracy, czasem podczas publikacji lub w pracy copywriterskiej, kiedy wplotę jakiś kulturowy żarcik.

 

"To jest zbyt poetyckie", słyszę przy tekstach, które z poetyką niewiele wspólnego miały, na oczy jej nigdy nie widziały, a całą poetyckością (błędnie postrzeganą i myloną z literackością) jest fakt, że język nie jest pisany z myślą o typowym Sebie z osiedla. I mam wątpliwość - czy to serio ludzie zgłupieli, czy też twórcy zaczęli uważać odbiorcę za kretyna?

 

____________________

>Simple writing<

____________________

 

W pracy staram się pisać prostym językiem - unikam inwersji, unikam skomplikowanych metafor (prostych używam też od święta), unikam przyrównywania produktów, przedmiotów lub sytuacji do dzieł artystycznych albo postaci literackich. Tworząc storytellingowe opowieści również nauczyłem się, że w branży marketingowej (jak i wielu innych branżach - ba, nawet książkowej) storytelling nie oznacza literackości - opowiadanie historii również musi być łopatalogiczne, bo idea simple writingu zwyczajnie się sprzedaje. I w porządku, rozumiem to - rozumiem, że najważniejsza w tekście jest idea i to ideę trzeba przekazać dalej w eter.

 

Ale tutaj zagwozdka - czyli to, czego nie rozumiem - czemu, zwłaszcza w przedstawianiu historii, odpuścić sobie odrobinę literackiej formy? Nawet jeśli to na Facebooka, na bloga. Nawet jeśli to do reklamy, przecież magia książek nie polega tylko na fabule, na pokonywaniu konfliktów, na więzi z bohaterami, ale też na sposobie, w jaki to zostało napisane. Równanie wszystkiego do simple writingu, do jednolitego, powszechnego stylu pisania sprawia, że dzieło... w gruncie rzeczy nie wyróżnia się niczym pod względem stylistyki. Nie przyciąga elegancją, bo jest szyty niczym mundurki szkolne - byleby wyglądały jednakowo, trans-gender i aseksualnie.

 

Styl to seks kreatywności. Styl to coś, co może złapać uwagę czytelnika i sprawić, że lekki storytelling w reklamie, na FB albo na blogu błyśnie całkiem inaczej niż setka innych "skrojonych" historii, które mają ruszać serce. I tego stylu - jak mi się ciągle powtarza - "nikt nie zrozumie". Bo zamiast napisać, że "Światła latarni i samochodów błąkały się po mieście niczym świetliki" muszę napisać "Bohater obserwował miasto z góry, widział latarnie i światła samochodów, świeciły w ciemnościach miasta" - powód banalny - bo przecież nie każdy wie, czym jest świetlik.

 

No kurwa.

 

____________________

>Odbiorcy kumaci<

____________________

 

Porównajmy teraz powyższą sytuację - kiedy lekkiej, prostej metafory człek internetowy nie zrozumie - z sytuacją na Facebooku albo YouTube. Konkretniej kulturową. Setki fanpage'y i kanałów traktujących o:

 

!serialach (np. Zwierz Popkulturalny),

!filmach (np. Mysza Movie albo Filmy, które ryją banie zbyt mocno, Kinofilia),

!książkach (np. fanpage Szczepana Twardocha z jego wpisami, które przecież dla konsumentów są - rzekomo - tl;dr),

!sztuce i kulturze (np. Kulturą w płot, Wertruizm, Lizanie dobrej sztuki podczas picia kawy),

!wykorzystujących sztukę w humorystyczny sposób (np. Sztuczne Fiołki, Satyra Polityczna, Bohater),

!kinematografii (np. Off Camera, Na Gałęzi),

!muzyce (np. Zapętlone),

!popkulturze (np. Mistycyzm popkulturowy).

 

I jeszcze mógłbym wymieniać. Setki tysięcy (!!!) osób, które - czytają, oglądają, piszą, tworzą, potrafią nawet znajdywać odniesienia do innych dzieł, zrozumieją humor porównania np. Marvela do DC albo kojarzą Wiedźmina, Grę o Tron, Avengersów, Sherlocka Holmesa. Ta grupa - wszak złożona z osób w różnym wieku, o zróżnicowanych poglądach i profilach zawodowych, miejscach zamieszkania - to grupa, która POLUBIŁA te fanpage'e. Trzeba tutaj jeszcze dodać tych, którzy z różnych powodów nie polubili fanpage'y albo oglądają, znają i słyszeli, ale nie widzieli (jak np. ja z Grą o Tron - widziałem parę odcinków, reszta mnie znudziła, książki napisane zbyt... trepanacyjnie jak dla mnie, ale wiem, o co chodzi i fabułę znam - z memów i Internetów).

 

I tutaj powstaje dysonans w mojej głowie - być może zakrzywienie środowiskowe - bo w takim razie dla kogo ja tworzę? Dla mitycznych matek ze Spotted: Madka, które walczą o darmowe wózki i świeże świeżaki? Dla pracowników fizycznych, którzy nie mają czasu na filmy, seriale ani śledzenie FB i czytanie storytellingu? Czy dla tej grupy ludzi na Facebooku, którzy jednak czytają, znają i trochę się orientują w świecie popkultury i kultury? Na Teutatesa, jak rzekłby Asterix (w tym momencie ktoś mi powinien zwrócić uwagę, że nie powinienem nawiązywać do Asterixa, bo nikt nie zrozumie), gdzie jest mój głupi, nierozumiejący, nieposiadający Googla, zbyt leniwy, by coś wyszukać, odbiorca?

 

____________________

>Objawia się w niedziele i święta?<

____________________

 

Nie? W takim razie - czego nie rozumieć w metaforze i symbolice, którą przecież ci odbiorcy chłoną każdego dnia - w filmach, serialach, książkach, sztuce, NAWET MEMACH, których humor w znacznej mierze jest abstrakcyjny, bareistyczny, symboliczny i opiera się na odniesieniach do polityki, kultury, popkultury, ba, nawet znajomości "ponglisza", czyli mieszanki polsko-angielskiej. Memy, demotywatory, śmieszne gify - zdecydowana większość do zrozumienia WYMAGA znajomości jakiegoś tematu, zagadnienia - podstawowego, nieskomplikowanego wykształcenia.Wystarczy spojrzeć na Polemical Polish Memes, by zrozumieć, że fenomen internetowego humoru nie jest wcale taki prosty i nie jest to szambo spływające po wyrafinowanych, ale prostych, storytellingowych żartach z pogranicza marketingu i opowieści.

 

Gdzie te debile, dla których mam wszystko upraszczać? Pytam ludzi - znają idiotów, ale nie aż takich. Pytam moją dziewczyną - ona też nie wie. Pytam siebie - fakt, zdarza mi się czegoś nie zrozumieć, ale jest przecież kontekst, który w 97% (badania nieprofesjonalne) pozwala mi zrozumieć żart i śmiechnąć albo przejść dalej.

 

Gdzie jesteś, mój kochany, nierozumiejący, nieoglądający seriali, niemający podstawowego wykształcenia, nietrzymający w życiu książki, niezaznany nawet z Szeregowcem Ryanem, odbiorco?

 

____________________

>W głowie twórców. Marketerów. Storytellerów. W głowie tych, którzy muszą się postawić wyżej niż odbiorca, żeby być w stanie coś stworzyć.<

____________________

 

Im więcej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że model głupiego, skretyniałego, nieznającego niczego - istna tabula rasa - odbiorcy powstał w głowie komercyjnych pisarzy, marketingowców i storytellerów, ogółem wszystkich tych, którzy chcą mieć jak największą grupę odbiorców. A jak stworzyć sobie taką grupę odbiorców? To proste - zrównać do niczego. Bo przecież jak układamy język pod osobę, która nie zna niczego, jest białą kartą do zapisania (oczywiście przez rzeczonego twórcę, marketera albo opowiadacza historii), to wszyscy zrozumieją. Wszyscy poczują. Wszyscy uznają.

 

I wszystkich to dotknie. Szkoda tylko, że nie tak dobrze, jak przekaz skierowany do inteligentnego odbiorcy. Odbiorcy, który chodzi/chodził do szkoły, był na studiach, który nie patrzy na kino jak na burdel stojący obok instytucji zwalczania chorób wenerycznych. Odbiorcy, który zrozumie przekaz, a jednocześnie doceni formę. Odbiorcy lojalnego, o którego nie trzeba walczyć cały czas skierowaną do nikogo treścią. A przecież jak do nikogo - to też nie do niego.

 

I to jest odbiorca, do którego piszę tutaj. Na blogu. W moich opowiadaniach. W książce.

 

Bo ja, Ciebie, odbiorco, mam za inteligentną bestię, która w razie czego potrafi użyć Google'a, Facebooka, Spotify i oporządzić się w wiedzę. A jeśli nie - to chociaż wychwycić kontekst i sens. Bo idea najważniejsza jednak, prawda?

 

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że tworzenie inteligentnych treści tworzyłoby inteligentnych odbiorców. Odbiorców, którzy przystosowaliby się do tego, że treści wymagają zrozumienia, a nie tylko zeżarcia jak kanapka z pasztetem storytellingowym, krojonym od linijki, dwa centymetry emocji proszę na wynos, panie marketingowy. A tak, tworząc treści prostackie, mamy prostackich odbiorców, którzy - rzekomo - kulturowo i popkulturowo zatrzymali się gdzieś na poziomie człowieka, który malował bizony na skale.

 

Chociaż nie. Jego również nikt nie zrozumiał.

 

Dzisiejszy bóldupizm uważam za zakończony. Przynajmniej w tej chwili.

 

Zróbmy sobie dzień dobry!

 

________________________________________________________________________________________________

Tekst pochodzi z bloga: http://rozpisany.pl/

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Tanaris 2 tygodnie temu
    Czuć w tekście frustrację, ale nie ma się co dziwić. To co opisujesz jest naprawdę szczere i podparte trafnymi przykładami.
    "Bo ja, Ciebie, odbiorco, mam za inteligentną bestię, która w razie czego potrafi użyć Google'a, Facebooka, Spotify i oporządzić się w wiedzę." – tak powinno być, jeśli chce się zrozumieć przekaz, zwłaszcza jak się ma pewne wątpliwości. Ale większości nie chce się czegokolwiek rozumieć... A może wynika to z lenistwa!
    Bardzo ciekawy artykuł, zostawiam 5 ;D
  • Arysto ponad tydzień temu
    Obstawiam lenistwo. Lenistwo i rozszczeniową postawę wobec świata :)
    dziękuję!
  • Karawan 2 tygodnie temu
    Nieładnie podsłuchiwać cudze myśli ;)) Gdybym był dziewczyną to zdanie brzmiałoby; "nadajemy na tych samych falach" ;))
    Daleko mi do Twojego poziomu. Daleko mi "wogle" do poziomu, ale pytania są te same, bo przecież chciałbym by mnie ktoś czytał i nie o sławie czy życiu z pisania myślę ale o zwykłej ludzkiej chęci bycia z zainteresowaniem wysłuchanym (przeczytanym), wzbudzenia refleksji.
    Z jednej strony, myślę sobie, świat idzie w kierunku wizji; tele, komikso, wizji. Język kurczy się i ewoluuje w kierunku ( tak oceniam) zaniku. Pismo próbuje nadążać; zamiast "for" piszemy "4" , zamiast trzyzgłoskowej cholery wprowadziliśmy dwuzgłoskową kurwę. Slang wyparł dawne słowa. Jak w tym wszystkim Czytelnik ma "zaczaić"? Czytelnik zaś, jeśli już na tyle zboczony, że po papier sięgnie (bo wszyscy przecie mają Kindlo podobne ustrojstwa!) - czyta kilkanaście wyrazów i odkłada dzieło, bo "nic się nie dzieje".
    Prawda zaś jest taka, że dzieje się, ale nie na tej płaszczyźnie. To jest to słowo - płaszczyzna! Spłaszczyły się szerokie rzesze i Autor albo zniży się do poziomu odbiorcy albo zacznie malować pokoje, bo lepiej na tym wyjdzie a i pisać będzie mógł nadal... dla nielicznych wdzięcznych. Grupy odbiorców nie warto moim zdaniem tworzyć. Najpiękniejsze twory ludzkich umysłów i rąk powstawały z miłości do dzieła. Tak jest piękna legenda i myślę sobie, że warto jej zawierzyć. Pisać z miłością, bo kochać to znaczy dawać bezwarunkowo.
    Dziękuję Ci Arysto za tekst i zakończę czymś co kiedyś powiedziałem zestresowanemu ojcu; "Tato, nie łam się! Dzierżyński się nie łamał, drewnianą łyżką się golił, a i tak mu pomniki postawili" Pozdrawiam serdecznie. Musi być lepiej, by mogło być gorzej. :))
  • Arysto ponad tydzień temu
    Jako lingwistę to była pierwsza rzecz jakiej nauczyli mnie na studiach: usta są leniwe, język dąży do uproszczeń, nie chce nam się gadać. Mniej więcej. Mowa tutaj przede wszystkim o skodyfikowanym systemie znaków o określonym znaczeniu fonetycznym - a prościej, alfabecie i języku pisanym.
    Na szczęście u mnie w okolicy tych Kindli jeszcze niewiele. Szanuje papier! :D

    Proszę i do napisania! Ja dziękuję za komentarz :)
  • Zaciekawiony 2 tygodnie temu
    Równanie w dół to żadna nowość. Produkt mający niski próg przyswajalności ma szansę na znalezienie większej ilości odbiorców. Widać to choćby po amerykańskich filmach, gdzie wszyscy się starają aby kasowe produkcje spełniały wymagania najniższej klasy wiekowej. Na podobne jak u ciebie wymagania zamawiających wobec copywriterów, narzekał w latach 40. Raymond Chandler, który dorabiał sobie pisaniem scenariuszy i tekstów reklamowych. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy wskutek tego upraszczania, produkt dla bardziej wymagających staje się trudno dostępny. Gdy w telewizji możesz znaleźć dziesiątki tanich seriali, programy o oczyszczaniu organizmu i diecie odchudzającej a misję realizują programy o skakaniu w łyżwach do basenu, zaś dobrego dokumentu nie obejrzysz, bo w ramówce nie znaleźli na to czasu.
    Ci, którzy uważają widza/czytelnika za głupca, w dużej mierze mają rację, bowiem widz został na podobnej papce wychowany. Jeśli wyjdziesz poza znany schemat, możesz oczekiwać niezrozumienia. Stąd nawet jeśli teksty mają dotyczyć czegoś mniej znanego, to okrasza się je łatwo przyswajalnymi stereotypami i "mądrościami". Czy pisząc tekst reklamy wycieczki do Chin, powiesz o "państwie środka" i Zakazanym Mieście? Nie, lepiej zaprosić ludzi do "krainy chińskiego muru" i dorzucić, że to jedyna budowla widoczna z kosmosu, ale ty nie możesz tam polecieć, więc przyleć z nami i zobacz na własne oczy.

    Odnośnie istnienia odbiorców, którzy nie kojarzą nawiązań - a pytałeś w starszym pokoleniu? No bo wiesz, jeśli pytałeś znajomych w podobnym wieku, to może być trudno znaleźć kogoś, kto nie słyszał o popularnych serialach z Netflixa czy HBO. Ale mamy w kraju spore grono osób, których znawstwo kultury zamyka się na TVP i Polsat. Zresztą, ja sobie słucham praktycznie wyłącznie wybranej muzyki z internetu i dopiero niedawno dowiedziałem się, że ponoć na świecie był latem jakiś szał na Despacito.
    Obstawiam, że w pokoleniu 50+ więcej osób będzie kojarzyć Sherlocka z książkami lub ekranizacjami z lat 80.-90., niż z nowym serialem, a Grę o Tron brać za jakąś grę komputerową

    To swoją drogą smutne, że za objaw inteligencji uważa się nawiązanie do blockbusterów i seriali z maksymalnie 5 lat wstecz. Stokroć bardziej by mnie ucieszyło nawiązanie do opery Mozarta, niż do trzeciego sezonu czwartego serialu z kanału filmowego, którego nie oglądam. Dawniej w dobrym tonie było nawiązywać do znanych poematów, klasycznych powieści i myśli filozofów starożytności, dziś najwyżej możemy nawiązać do lektury szkolnej, bo tą prawdopodobnie większość odbiorców trochę kojarzy.
  • Arysto ponad tydzień temu
    I to jest dla mnie problem - że to żadna nowość. Powód, dla którego równa się w dół też poruszyłem w tekście, więc daruję sobie omawianie go również w komentarzu.

    Raymonda Chandlera muszę nadrobić. Raz - że lubię Chandlera z Friends, dwa, że chętnie uzupełnię luki w myśleniu od kogoś bardziej doświadczonego. Zgadzam się również, ze produkt dla bardziej wymagających - i widzę to w marketingu - jest obecnie praktycznie niespotykany i trzeba do niego docierać.

    Wspominanie o telewizji, która, moim zdaniem, odchodzi od klasycznego modelu telewizyjnego znanego jeszcze 10 lat temu, to praktycznie archaizm. Streamingowe usługi obecnie rządzą i będą rządziły, a telewizja obecnie przegrywa z Internetem na każdym polu. Zdaję sobie jednak sprawę z popularności głupich rzeczy nad mądrymi.

    Problem dokładnie mam z uznaniem równania w dół i głupoty za schemat, który należy powtarzać, by się dopasować. Zamiast mielić świat na mądrzejsze, liczy się jedynie mielenie na tutejsze. Z tym mam problem. Z indywidualnością ludzkiego umysłu i dbania jedynie o swoje - dlatego jestem za technokracją i warunkowaniem rzeczy intelektualnych oraz wymogów względem odbiorcy. Bo jeśli ktoś mi mówi, że de gustibus est non disputandum, to z miejsca traci w moich oczach - o czym tutaj dyskutować, jeśli nie o gustach?

    Zakazane Miasto jest niezrozumiałe? Witki mi opadły, jeśli tak. Z drugiej strony smutniejsze jest to, że ostatecznie nawet zaskoczenie jest wymuszone resztkami wiary, a nie szczerością.

    Starsze pokolenie traci głos - jak na starsze pokolenie przyznało. Nie nadąża, nie jest atrakcyjną grupą docelową, nie stanowi dla mnie wartości przebijającej, budującej pomnik ze spiżu albo utrwalającej wartości. Ja lubię katalizatory i hybrydy - lubię pokolenia przejściowe, które rozumie, co było, ale jest up-to-date z tym, co jest. Katalizatory, czyli roczniki 90-93. Między starym a nowym, na pograniczach światów. To jest pokolenie przejściowe.

    Też słucham jedynie spersonalizowanych kanałów i wybranych twórców na Spotify. Nie ma inaczej - nie zniosę radia, bo mam gust dosyć wymagający. Culluma nie usłyszę w radiu. Saute też nie. Ani Einaudiego. Ale od Despacito słyszałem, bo pracuję z ludźmi. Niestety.

    A poruszając kwestię - 50+ - zamykanie się na kulturze z czasów młodości uważam za błąd nostalgii i nadmiernego przywiązania. Czego faktem jest demonizowanie wszystkiego, co nowocześniejsze i wyrastające na nowoczesnych rozwiązaniach. Lubię dinozaury. Ale w muzeum. Wiem, że to krzywdzące w tej chwili dla starszych ludzi, ale jestem zdania, że starsze pokolenia powinny być języczkiem u wagi, a nie nośnikiem zmian i wyznacznikiem kulturowym. Nie, kiedy kończą czterdziestką i są zmęczeni.

    Objawem inteligencji jest rozpoznawanie wzorców. Niekoniecznie blockbusterów i seriali (rocznik 93 tutaj, a kojarzę pierwsze Twin Peaksy, pierwszego Blade Runnera, Friends, Monty Pythona, itd, znam dziedzictwo popkulturowe...i kulturowe, bo Mozart, Chopin i Bach nie są mi opcji. Ale wolę Einaudiego), lecz także kulturowych uwarunkowań i wpływów dzieł starszych. Osobiście bardziej będę szanował żart rzucony względem np. pomnika ze spiżu, triumwiratu albo historycznego uwarunkowania Jezusa (sprawa dla wtajemniczonych) niż względem Stranger Things.

    Poza tym - Ty nie oglądasz. Ergo - nie jesteś w targecie.
    Tylko wtedy - kto jest? Znów stado zer?

    Dla kogo tworzyć?
    Gdzie publika?
    Te pytania dalej pozostają.
  • Zaciekawiony ponad tydzień temu
    Arysto
    No to z Chandlera poszukaj książki "Mówi Chandler" - to zbiór listów, artykułów i rozproszonych notatek z okresu gdy już był znany jako autor kryminałów. Pisał tam dużo w kwestii listów od czytelników, dogadywania się z wydawcami na niełatwym rynku, współpracy z reżyserami którym pisał scenariusze (zwłaszcza bardzo nerwowa współpraca z Hithcockiem), przerabianiu powieści itp. Bardzo mi się spodobały teksty na temat struktury kryminałów.
  • Arysto ponad tydzień temu
    Zaciekawiony Dzięki wielkie, wyśledzę sobie to :)
    I poczytam!
  • betti 2 tygodnie temu
    Bardzo dobry tekst i moim zdaniem bardzo potrzebny, żeby sobie pewne rzeczy przed samym sobą uświadomić. Gdzie zaczyna się błąd edukacji, bo gdzie się kończy, to wiemy. Wydaje mi się, że ''czym skorupka za młodu..'' czyli rodzinny dom. Czego mogą nauczyć rodzice, którzy wieczory spędzają przy serialach typu ''świat według Kiepskich''? Tak to się mniej więcej kręci... moim zdaniem.

    Pozdrawiam.
  • Elorence 2 tygodnie temu
    Nie zgodzę się. To nie jest tak, że wina leży po stronie rodziców, bo np. po mnie widać, że jestem ulepiona z zupełnie innej gliny niż większa część mojej rodziny. Zawsze wymagałam od siebie więcej, ciągle dążyłam (dalej dążę) do bycia najlepszą, więc takie generalizowanie nie ma najmniejszego sensu.
    Przyszła moda, aby być takim jak wszyscy i to jest problem. Nikt nie chce się wyróżniać, bo to ciągnie za sobą konsekwencje ciągłego bycia "na językach". Nikt nie lubi indywidualistów, a jak masz ambicje to na "dzień dobry" dostajesz obuchem w głowę, bo jak śmiesz chcieć czegoś więcej od życia.
  • Elorence 2 tygodnie temu
    Chociaż, patrząc z drugiej strony, gdy rodzice nie biorą udziału w wychowaniu dziecka i wychowuje się ono same to zaczyna szukać wzoru do naśladowania, no i trafia na celebrytów, którzy kompletnie nie nadają się do tej roli.
    Przykre.
  • Arysto ponad tydzień temu
    Ja jestem chłopakiem ze wsi ogólnie. Powinienem być prostym chłopkiem roztropkiem, ubijałem świnie, dbałem o kury, wyprowadzałem krowy, ogólnie taki typowo wiejski chłopak z niezdrowym zainteresowaniem głupotami jak literatura.

    W domu babci oglądało się M jak miłość, Złotopolskich, Klan albo skoki narciarskie, mecze i programy popularnokulturowe.

    I jednak opór sprawił, że praktycznie wychowałem się sam - ot, dzisiaj cenię sobie długie, skomplikowane sekwencji symboliki w Blade Runnerze 2049, cenię sobie skomplikowaną literaturę Wattsa albo filozoficzne rozważania Schmitta. Cenię sobie komentarz o współczesnych Hitlerach z książki "On wrócił" albo oglądam astronomiczne programy po nocach.

    Rodzice mają wpływ, nie przeczę. Ale ostatecznie od dziecka zależy czy będzie wygodnicko leżało w tym samym bajorku, czy też wybierze się samo w podróż.
  • Ozar ponad tydzień temu
    Arysto Masz całkowita racje, ale to tez niestety, lub stety zależy od poziomu inteligencji. Znam takich głupoli, także w rodzinie, którzy nie rozumieją tak cirka 70% tego, co do nich mówię. Są po prostu na to za głupi i kropka. Kiedyś starałem się im tłumaczyć tak prosto, ale w końcu zrozumiałem, że to nie ma sensu. Ja praktycznie tego co wiem nauczyłem się sam czytając pewnie z tysiąc książek i innych źródeł. Tylko trzeba tego chcieć i rozumieć co się czyta. Rodzice mają wpływ, ale jak sami należą do Homo Kretynus, to ich potomstwo nie wiele od nich wyniesie.
  • Elorence 2 tygodnie temu
    Bardzo dobry artykuł i tak, jak wspominałam wyżej, przyszła moda na bycie takim jak wszyscy. Wystarczy spojrzeć na bestsellery z ostatnich lat, które są bardzo kiepsko napisane, ale mają ogromną grupę odbiorców, którzy zachwalają te "dzieła" pod niebiosa. To boli, bo jestem świadoma, że bardzo ciężko cokolwiek wydać, a wydać coś z czego będzie się dumnym to już w ogóle sztuka.
    Niby powinniśmy się cieszyć, że ludzie czytają cokolwiek, no ale... bez przesady.
    I nie, nie krytykuje czytelników - niech sobie czytają co chcą, ale niech wydawnictwa zaczną robić prawdziwą selekcję, bo wina głównie leży po ich stronie. Dopuszczają do druku całkowicie świadomie coś z niższej półki, bo liczą tylko na pieniądze. W ostatnim czasie wyszło naprawdę mało dobrych książek... I jak tak myślę o przyszłości to zaczynam się obawiać, że nawet dobrzy pisarze postanowią obniżyć swój poziom pisania, aby przypodobać się masie...
  • Zaciekawiony 2 tygodnie temu
    Moda na bycie "jak wszyscy" to stały trend zauważalny w historii od dawna. Zawsze istniała grupa która znajdowała swoje powołanie w kontynuowaniu tego co robili ich rodzice, i mniejsza grupa buntowników, którzy chcieli czegoś innego. I to o tych drugich najczęściej słyszymy, bo oni wywołują sprzeciw, prowokują konflikty. Czasem ci buntownicy tworzą trend, który po uproszczeniu staje się popularny.
  • Arysto ponad tydzień temu
    Bycie jak wszyscy w niczym nie przybliży nikogo do zmiany świata. Bycie jak wszyscy to bezpieczny wyznacznik tego, by nie zostać wyśmiany i by nie stać się obiektem boostowania ego przez zakompleksione madki-polki albo januszy-cebularzy.

    Zgadzam się, że wyrównywanie poziomu powinno zacząć się od góry. Od wydawnictw i twórców - jeśli nic wartościowego dzieło nie wnosi do kultury, to do kasacji. Nie ma wydawania gniotów pokroju Greya, Zmierzchu albo wywłokowych romansów o kutasach i pindach.

    Wychodzi na to, że jestem za segregacją kulturową i elitaryzacją kultury. Obawiam się, że taka próba skończyłaby się jak Wielka Rewolucja Francuska - przegraną inteligencji i elity kulturowej z upierdolonym gównem i bajorem motłochem.
  • Ozar ponad tydzień temu
    Arysto. Niestety masz racje. To temat rzeka, ale napisze jak ja to rozumiem. Od kilkunastu lat w mediach panuje totalny prymitywizm we wszystkim. Przekazy są tak redagowane, jakby na przeciwko ekranu siedział średnio inteligentny Goryl. Żadnych głębszych, czy bardziej skomplikowanych tekstów. Taka medialna papka 24 h. Widz, który czerpie wiedzę tylko z takich mediów wykorzystuje ułamek procenta mózgu, bo reszta jest niepotrzebna.
    Po kilku latach praktycznie zanika myślenie – po co myśleć, kiedy wszystko jest objaśniane w TV.
    Podobnie jest w literaturze, muzyce (ja od lat nie słucham radia, żadnego, bo tam lecą tylko disco podobne utwory tylko z pozoru udające muzykę).
    Co do wydawanych książek, to ktoś już napisał że są takie, których wręcz nie da się czytać.
    Dam przykład. Dostałem od pewnego wydawnictwa w nagrodę za komentarz do książki o wojnie, kilka książek polskich pisarek. Nie podam nazwisk, bo dwie z nich są w tej chwili na topie. Przeczytałem tak może ze 30/40 stron z każdej i dalej już nie mogłem się zmusić.
    Ale myślę sobie, może to nie moje klimaty i dałem kilku paniom znajomym do przeczytania.
    I co????
    Żadna nawet nie doszła tak daleko jak ja. Po prostu totalne gnioty i koniec – taka była ich reakcja.
    Podobnie jest np. z tzw. kinematografią. Wiesz co powiedział jeden z amerykańskich scenarzystów (nota bene – zdobywca Oscara)?
    Cytuje z pamięci „Amerykański widz jest już tak głupi i ograniczony, że scenariusz do filmu dla niego nie może przekraczać 3/4 stron. Czyli Ty mnie zabijesz, ja ucieknę, a potem będę Cię gonił przez resztę filmu”
    To pokazuje jak spłyca się pojęcie sztuki, wszelkiej sztuki. Ma być prosto, głupio i zabawnie.
    Napisałeś
    „Bo ja, Ciebie, odbiorco, mam za inteligentną bestię, która w razie czego potrafi użyć Google'a, Facebooka, Spotify i oporządzić się w wiedzę. A jeśli nie - to chociaż wychwycić kontekst i sens. Bo idea najważniejsza jednak, prawda?
    Hm... to idealizm, na który ja też choruje od lat, choć śmiech słychać już chyba na Alasce.
    A właściwie rechot z głupka, który pisze coś w miarę mądrego, myśląc że trafi na mądrych odbiorców. Owszem tacy się zdarzają, ale generalnie mózgi chyba kurczą się u coraz większej populacji ludzi. Następuję marsz stadem, jak Owce lub Krowy byle do przodu i nie oglądać się na boki.
    Arysto, może tak musi być co ileś tam lat ?
    Może trzeba znowu jakiegoś wielkiego konfliktu, wielkiej traumy, żeby ludzie na nowo zaczęli myśleć.
    Obecnie na drodze ewolucji Homo Kretynus zdecydowanie wypiera Homo Sapiens.
  • Arysto ponad tydzień temu
    Cóż, Ozar, zgadzamy się - nie lubię, gdy goryle siedzą przed telewizorem. Goryle powinny siedzieć w zakładzie edukacyjnym, ale PKB ktoś musi wyrabiać.

    Unikam osobiście popularnych platform kulturowych, które nie dają możliwości personalizacji i segregacji dóbr. Nie lubię radia, nie lubię programów telewizyjnych, nie lubię telewizji, nie lubię ogólnikowych gazet, które chciałyby wydawać opinie, ale się boją, bo jeszcze będą niezrozumiane.

    Niezrozumienie stało się, z jakiegoś powodu, objawem choroby umysłowej i głupoty. Tymczasem zapomniano, że nierozumienie jest pierwszym krokiem do zaspokojenie ciekawości i zadania pytania. Przecież jako dzieci uczymy się właśnie dzięki nierozumieniu jak działa świat, wiatrak, elektryczność, żywioły. Niezrozumienie to droga do mądrości, wiedzy, do doskonalenia pasożyta inteligencji na mózgu.

    Więc skąd ten pocisk na nią?

    Współczuję książek. A Amerykański widz niech wraca do ya-hoo Texasu i się wystrzela w końcu :)

    ALEŻ DZISIAJ JADU ZE MNIE PŁYNIE.
  • Ozar ponad tydzień temu
    Arysto Moim zdaniem to, co się dzieje idzie "z góry". Jak mawiali już Rzymianie "Im naród głupszy, tym łatwiej nim sterować" a dodam jeszcze Goebbelsa "Masy z natury są głupie i można z nimi zrobić, co się chce. Wymaga to, tylko czasu"
    Ci na samej górze dobrze o tym wiedzą i dlatego wprowadzają to w życie. I nie chodzi i o polityków, a o tych, którzy nimi kierują.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania