Oczy Oskarii - I - Podróż

Gdzie okiem nie sięgnąć, wszędzie leży śnieg. Śnieżne czapy pokrywają pobocze drogi, z iglastych drzew sypie się mroźny pył. Środkiem ścieżki wydeptanej przez zdeterminowanych wędrowców i kupców idzie postawny mężczyzna opatulony w szeroki płaszcz. U jego boku stąpa kary wierzchowiec. Nazywa go Iskrą. Wbrew opinii innych uważa, że imię jest urocze. “Co mnie podkusiło, by udać się tam właśnie w taką pogodę?”, myśli. Dobrze wie, pytaniem chce jedynie zabić myśli, które uparcie i bezczelnie zmierzają w jej kierunku. Pamięta noc sprzed kilku dni. Zatrzymał się w Samotni, stolicy Skyrim – mroźnej krainy. Musiał załatwić parę spraw, spotkać się z przyjacielem i dopilnować, by interesy, które całkiem niedawno rozpoczął toczyły się odpowiednim torem. Zatrzymał się w Karczmie Pod Ślizgaczem. Mają niezły miód, pozwalający zapomnieć o troskach życia, a w jego przypadku – o problemach, które napotkał od momentu przyjazdu. Ledwie zaczął rozpływać się nad smakiem i aromatem napoju, kiedy został poproszony na zewnątrz. Pamięta poirytowanie, tym większe kiedy na zewnątrz ujrzał dwóch mężczyzn odzianych w skórzane zbroje. Dobrze zapamiętał jeden szczegół, na piersiach mieli zawieszony symbol słońca z pokrzywionymi ramionami, w złoto-pomarańczowym odcieniu. To musiała być ona. Oskaria. Żywy ogień. Twarze mężczyzn zakryte były chustami, które związali z tyłu głowy, na połowie wysokości karku. Na pierwszy rzut oka zwykli bandyci, po przejrzeniu ich postaw – zaufani agenci. Jeden z nich podszedł do Esmonda, wyciągnął zza pazuchy kopertę i mu ją przekazał.

 

– Od Lady Oskarii – wyszeptał. Mężczyzna patrząc na list wyraźnie zbladł. Pieczęć, papier koperty. Wszystko się zgadzało. Zabawne. Oskaria jest jedyną osobą w Skyrim, a może i na całym kontynencie, która do korespondencji używa innego niż wszyscy papieru. Gramatura. Dotyk. Wszystko dało się wyczuć palcami. Młoda badaczka pracowała nawet nad przekazywaniem wiadomości poprzez dotyk, o czym Esmond nie wiedział. Najbardziej intymna i zmysłowa forma komunikacji. Podniósł oczy ku górze. Agenci zniknęli, nie było po nich żadnego śladu. Jak kamień w wodę. Wrócił myślami do dnia dzisiejszego.

 

– Iskra! Dobrze się spisałaś. Przeszliśmy przez największe śniegi! – powiedział do wierzchowca kiedy przeszli przez zaspy. Koń zarżał przyjaźnie i schylił łeb. Esmond przykłada do niego głowę a po chwili z wdziękiem wspina się na grzbiet. Razem ruszają cwałem w kierunku północnym.

 

Co było w liście? Oficjalnie – zaproszenie. Nieoficjalnie – wezwanie. Posiadłość Oskarii LaCroix leży głęboko w Bieli, najbardziej śnieżnym rejonie Skyrim. Kobieta nie przepada za nadmiernym mrozem i śniegiem. Usadowiła się tutaj dlatego, by mieć spokój od natrętów a klimat koi jej ognistą naturę. “Spotkaj się ze mną u mnie. Jak najszybciej”. Od tych słów nie było odwrotu. Przyciąga go niczym magnes.

 

Mężczyzna jest coraz starszy a mimo to nadal jest jedną z atrakcyjniejszych partii do ożenku. Nie tylko pod względem wyglądu, acz należy przyznać, że jest przystojną osobą, do której w młodości wiele kobiet uroczo wzdychało. Pozostał sam. Zajęty pracą. Odnosząc mniejsze zwycięstwa i większe porażki. Wspominając dawne przygody przerzedza kruczoczarne włosy przez, które przedzierają się pojedyncze siwe pasemka. “Teraz będzie jedynie gorzej, co?”, mówi w myślach nie oczekując odpowiedzi. Ludzie zawsze go zapamiętywali, nawet jeśli spotkali go jedynie raz w życiu. Nie, nie pamiętali imienia. Nie pamiętali twarzy. Jedynie oczy. Jasny błękit, lodowe oczy. Mówiono, że ma wzrok tak przenikliwy, że w każdym może zasiać ziarno wątpliwości. Z wiekiem ich kolor nabierał coraz większej intensywności.

 

– Wiesz Iskierko. Zawsze taka była. Tajemnicza, enigmatyczna. Niektóre osoby nigdy się nie zmienią. – Esmond został uderzony siłą wspomnień. Znali się już parę ładnych lat. Kiedy przybyła do Skyrim z Wysokiej Skały był jedną z pierwszych osób, które poznała. Zaciągnął się do niej na służbę najemniczą. Dobrze płaciła. Praca nie była ciężka. Kobieta chciała jedynie założyć przyczółek do badań i interesów. Nie zajęło jej to długo. Zaledwie w ciągu kilku lat stała się jednym z najważniejszych graczy politycznych w rozbitym królestwie. Ona. Kobieta. Obcokrajowiec. Badacz. Misja kiedy Esmond pozyskał dla niej przychylność earla Angana, jednego z wielu synów Bolverka, okazała się początkiem ich gorącej przyjaźni.

 

Na horyzoncie majaczy posiadłość sporych rozmiarów. Duży dom z dwoma strzelistymi wieżami położonymi na skrzydłach. Przed budynkiem był ogród, obok którego prowadziła ścieżka do drzwi. Mężczyzna zsiada z konia, chwyta za wodze i odprowadza konia do stajni. Rzucia młodemu chłopakowi jednego smoka zastrzegając, by zaopiekował się wierzchowcem. “Jest w tym coś ciekawego i zabawnego. Imperium Septimów upadło setki lat temu, a my nadal korzystamy z monet z wygrawerowanym symbolem ich dynastii. Lubimy bawić się w tradycje”, krąży myślami wokół.

 

Stoi przed drzwiami, już ma zapukać w drzwi, kiedy niespodziewanie się otwierają. W progu ukazuje się blada kobieta z lekko różowymi policzkami. Ma na sobie biało-czarny strój służki. “Pewnie już mnie wypatrzyła i wezwała sługi”, myśli.

 

– P-p-pani Oskaria już czeka. P-p-proszę wejść – kobieta z drżącymi rękami wskazuje wnętrze. Esmond uśmiecha się pod nosem.

 

– Jestem tam gdzie zawsze? Na górze? – pyta uprzejmie.

 

– T-t-t-tak. – kobieta w momencie znika w zawiłych korytarzach posiadłości.

 

Mężczyzna wchodzi do środka, zamyka drzwi i otrzepuje ubranie. Dobrze zna to miejsce. Bywał już tu dziesiątki razy. Kieruje się w stronę schodów powoli wchodząc po stopniach. Od desek odbija się jasny poblask. Musiała być blisko. Wślizguje się do jednego z jej prywatnych pokoi. Widok jest…wyjątkowy. Wzdłuż szerokiej sali stoi podłużny stół. Na nim – pełno jedzenia. Owoce, mięso. Wszędzie ustawione są półmiski i puchary. Prawdopodobnie z winem. W środku na wielkim talerzu spoczywa upieczony jeleń. Wygląda to tak, jakby organizowała ucztę dla wielu osób, a była ich tu tylko dwójka. Może miał zjawić się ktoś jeszcze. Na ścianach wiszą podobizny wielu mężczyzn, jej przodków.

 

Jest i ona. Oskaria siedzi na jednym z krańców stołu. Obok kominka. Gęste, miedziany włosy opadają jej na plecy, którymi zwrócona jest do drzwi. Nie widzi kto wszedł do pokoju. Słyszy szuranie butów. Patrzy na ogień w kominku. Wokół jej ciała krąży malutka, metalowa kulka o radośnie trzepocących skrzydełkach. Twarz Oskarii w połowie jest pokryta półcieniami, a na drugiej połowie toczy się niesamowity spektakl świateł. Jedyna w swoim rodzaju mozaika światła emanująca z latającego stworzonka. Bije od niej zapach wanilii. Esmond nieznacznie chrząka chcąc zwrócić jej uwagę. Odwraca głowę. Mężczyzna spostrzega klucz zawieszony na ozdobnym łańcuszku na szyi. Kobieta uśmiecha się. Zagryza wargę.

 

– Już jesteś, Esmondzie? Czekałam na Ciebie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania