Oddechy

Biegłem, bo co innego mi zostało a że była noc i ten las, w którym jak się okazało nie było żadnych punktów orientacyjnych, miałem serce w przełyku i to dosłownie. Ktoś, kto wcześniej mówił do mnie luby, teraz chciał mej zguby, ona ma siłę, nie wiesz jak wielką, brzmiało w głowie, ale nie ważne, bo kobieta wspaniała, ładna, młoda i stanowcza deptała mi po piętach a jej oddech mieszał się z moim, wiedziałem, że jest lipiec i musi być przed trzecią w nocy, bo nic, ale to nic nie zwiastowało poranka i tego wszystkiego co ta urocza pora dnia ze sobą niesie, nogi odmawiały posłuszeństwa i upadłbym, jednak wziąłem się w garść, wziąłem w garść najważniejszą część, ale może o tym potem, bo kobieta, dziewczyna, niewiasta, ta dziewka polna (polna?) tupała tak, że moje serce dostawało jakby dodatkowego bodźca, było niejako podbite przez ten jej bieg głośny, bieg tupiącego stukania pełen, bieg przez płotki (płotki?), bieg wśród drapiących skórę badyli, kurzych gałązek, szpetnych łodyg, slalomem, pomiędzy śmiercionośnymi barierami pionowych, twardych jak stal, czarno-nocnych, chciałoby się powiedzieć, że drzew, ale gdzie tam, noc taka czarna, to nie drzewa a mocne nogi jakiegoś czegoś co potwornością swą...mocne nogi? Otóż miałem nieodparte wrażenie, że gonią mnie mega mocne kończyny a wszystko zaczęło się od rowerowej wycieczki, tak, późnym popołudniem żeśmy się wybrali, po pracy, normalnie, bo piątek, nasze prawo do intymności, przyroda zachęcająca, bo w końcu lato no i my, młodzi, tacy w uniesieniu, a wioski, któreśmy mijali budziły skojarzenia z czymś łagodnym i błahym, z obłoczkiem takim sunącym po błękicie, ale ad rem, czuję że mnie ponosi, ba, nawet unosi, funkcjonuję ponad rzeczywistością a to za sprawą dziewuchy tej, która...

Zaczęło robić się ciemno, gdy chlapnąłem coś nieopatrznie. Mieliśmy wtedy postój pod lasem, spowodowany chęcią odcedzenia kartofli i gdy zapinałem rozporek, powiedziałem, że tydzień temu też było tu fajnie. I po tym co rzekłem to zamilkłem. Bo tydzień temu to ja miałem w delegacji być, w pracy znaczy a nie...zacząłem obsesyjnie myśleć o wodzie. Po to by zatrzymać rosnącą we mnie panikę. Woda uspokaja, ale też mówi się o niej, że jest bystra, bystra tak jak ona, która właśnie w straszliwym milczeniu łączyła fakty, mierząc mnie przenikliwym spojrzeniem, wwiercającym mi się w...

-Beata też była tu tydzień temu- powiedziała a raczej wysyczała to z jakimś takim jadem czy czymś, w co nawet nie chciałem się zagłębiać bo było tak straszne i nadzieję wszelką odbierające, że puściłem się jak pies z łańcucha, puściłem w dal siną, ale pomyliłem kierunki i sina dal okazała się być lasem, dość niepokojącym o tamtej porze, bo to już noc prawdziła majaczyć zaczynała a jej przeraźliwość głosowa przekazała mi informację, że zaręczyny właśnie jakiś szkaradny wulgaryzm strzelił i żebym nie myślał, że ujdzie mi to płazem, bo o to się rozchodzi, że nie ujdzie. Czy to mrok był taki straszny, czy ona? Biegłem. Las bił mnie, jak zlałaby ona, ale nie mogła dogonić a te cholerne, cieńkie jak struny gałązki zostały stworzone chyba tylko po to by karcić ludzi, którzy zbłądzili.

-Stój!

-Nie!- a jednak istnieje prawdziwa nienawiść. Zdałem sobie z tego sprawę, gdy po niespełna dziesięciu minutach istnej mordęgi, beznadziejnego latania tam i siam, potykania się o wystające korzenie, bezowocnego wytężania wzroku by pokonać ciemność- ona dalej biegła, polując na mnie jak na zwierzynę. W końcu nastąpił przełom a dotarło to do mnie, gdy znalazłem się w jakimś mateczniku, utrudniającym skutecznie swobodę delikatnych ruchów, cóż dopiero biegu. Będąc zaplątany w krzaki, nie słyszałem ani jej biegu, ani oddechu. Odetchnąłem, wytarłem spoconą i okrwawioną twarz i zasnąłem.

Jeśli gwałtowne przebudzenia są powodem licznych chorób serca, ja na pewno będę miał zawał. Albo coś w tym stylu. Gdy dostałem z liścia i otworzyłem oczy, to przekonałem się, że:

a) była dalej noc

b) ona siedziała na mnie okrakiem i trzymała coś co przypominało osinowy kołek. Albo dildosa, ale taką ewentualność z całą mocą wykluczam. Nie namyślając się zbytnio, puściłem odgiętą wcześniej gałąź, która skutecznie zmiotła ją ze mnie. Korzystając ze sporego przypływu adrenaliny, zacząłem przedzierać się przez gęstwinę leśną z pasją, jakiej pewnie nie doświadczył nawet Bach tworząc Pasję według św. Jana, albo św. Mateusza, ale o czym ja bredzę, jej oddech z moim oddechem, jej oddech na moim karku aż ciarki, ręce jej zagarniające, paznokcie zahaczające o koszulkę, o plecy, które w bliznach, jej usta, które gdzieś za mną, sączące truciznę, ale trucizna ta wcale nie gorzka, nie mdła, może trochę kwaśna, tak, kwaśna na pewno, kwaśno-jakaś tam, słodka? Teren zaczął być stromy a bieg trudniejszy, ja stawałem się większy, ona mniejsza, chociaż chyba było na odwrót, oznaki zmęczenia mojego i jej, odgłosy czystego wyczerpania, głosy tak różne i tak jednakie, same w nocnym lesie, gdzie co i rusz ptak, dzik albo inny tubylec, zwolniłem, bo ona zwolniła, zacząłem dyszeć wręcz jak, jak, ale czy to ważne jak kto? Bieg coraz bardziej przypominał trucht, muzyka miasta w porównaniu do subtelnej nocnej muzyki leśnej, to jak dostać cegłą w głowę, podaj cegłę, podaj cegłę, zbudujemy nowy dom, potknąłem się, upadłem na twarz, poleżałem tak chwilkę oddech łapiąc. Nagle wrzask dziki jak rozrywanie szat przez nieszczęśliwego partiotę:

-Nie myśl, że ci ujdzie!- wreszcie znowu bicz, nowa siła, co jakby z martwych wstała, którą porażona ona i ja, on - mąż nieszczęśliwy, albo po prostu głupi, bo przed babą uciekać się nie godzi i ona -wiedźma, o mokrych ruchach, bo jeśli spocony byłem ja to i analogicznie, ale to oczywistość, batem smagany koń jest posłuszny swemu otyłemu panu, widziałem gwiazdy, księżyc, przede mną jakby przestrzeń, to las się kończył a serce waliło tak mocno, że aż mną miotało, ale to szczegół, bo wszystko byłoby szczegółem przy fakcie, że wziąłem się w garść, wziąłem w garść i nastał cud, bo wbiegłem na ulicę białą od świateł samochodu, czyli, ratunku, ratunku, a oni przejechali jak gdyby nigdy nic, był błysk świateł i nie ma, jest za to kolejny upadek mój spowodowany tym, że jakiś ciężar poczułem ciepły i słodki, lepki i kojący, na plecach ten ciężar, upadłem więc ale upadek ten był najmilszym doświadczeniem w moim życiu. Zasnęliśmy wtuleni na środku szosy.

Średnia ocena: 4.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Aisak ponad tydzień temu
    Ty zdrajco, ty xD
    Podobało mi się, mimo iż z błędami, to spodobało mi się bardzo, gdyż wyobraziłam sobie krótką animację, że
    dwoje rowerzystów On i Ona
    trututu terefere, on coś głupiego palnął a ona zamienia się w wilkołaka i on ucieka, ona go goni, on przez drzewa, krzaki prawie w agonii a ona go goni i kiedy go dopada on resztkami sił opada i na wybacza i razem w siebie wtuleni w sobie zapadnięci nie mają na walkę chęci

    :)
    Błędy popraw.
  • jagodolas ponad tydzień temu
    Dzięki przeczytanie i ocenę
  • e make i ka pololi ponad tydzień temu
    Cudowne.
    Urzekająca końcówka.

    Sposob narracji, pęd wypowiedzi - kojarzy mi sie z tekstami pewnego autora, ktorego wielce cenie.

    Cudowne, licze na wiecej.
  • jagodolas ponad tydzień temu
    Dziękuję. Jeśli w mojej kalarepie (głowie) coś zaiskrzy, to postaram się to zaiskrzenie zapisać.
  • Canulas tydzień temu
    Mnie też się kojarzy z kimś stąd, ale tutaj tych błędów jest od groma.
    No ale poza tym - od strony pędu - całkiem zacne.
  • jagodolas tydzień temu
    Dziękuję a za błędy przepraszam. Czasem czuję się jak analfabeta co wlazł do salonu. W gumiakach.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania