Opowieść Wigilijna

<bajka współczesna - nie mam akurat nic o Wielkanocy, więc będzie o Wigilii, ale święta to święta>

 

Dwudziestego czwartego grudnia P., małe miasteczko w północnej części Polski, całkowicie pochłonięte było przygotowaniami do Wigilii. Ludzie robili ostatnie zakupy, kończyli porządki, gotowali tradycyjne potrawy, pakowali prezenty, ubierali choinki, wyciągali najlepsze zastawy stołowe wycierając je przy okazji z kurzu. Nielicznych przechodniów dobiegały dźwięki kolęd oraz zapachy pieczonych ciast. Atmosferę świąt wyczuwało się w każdym zakątku. Pogoda także sprzyjała. Było mroźnie, ale bezwietrznie. Bladożółte słońce świeciło nisko, na ulicach, chodnikach i trawnikach zalegał świeży śnieg.

 

Krzątający się mieszkańcy nie zwrócili uwagi na samotnego pasażera, który wysiadł z autobusu na przystanku w centrum miasteczka. Ubrany w stary, zniszczony płaszcz, przybrudzony kapelusz oraz znoszone buty sprawiał wrażenie wielce strudzonego. Nieogolona, ogorzała twarz i smutne oczy dopełniały wątpliwego uroku mężczyzny. Przyjezdny trzymał w ręku małą, wysłużoną torbę turystyczną. Porozglądał się chwilę, po czym usiadł na pobliskiej ławce. Nie minęła chwila, a podszedł do niego równie zaniedbany człowiek o przekrwionych oczach i przetłuszczonych włosach. Najwyraźniej ciągnął swój do swego.

 

– Wesołych świąt, kierowniku – zagadnął. – Nie ma pan papierosa?

– Nie palę – odpowiedział przyjezdny, uśmiechając się przepraszająco, lecz zaraz dodał. – Ale mam coś innego.

Wyjął z torby butelkę taniej wódki, dużą małpkę i odkręcił kapsel.

– Wypijemy pod te święta?

Miejscowemu zaświeciły się oczy. Lekko drżącą, brudną ręką wziął od nieznajomego flaszkę. Solidnie pociągnął, skrzywił się, chuchnął i podziękował. Oddał buteleczkę mówiąc:

– Darek jestem.

– Bogdan.

– Przyjechałeś do kogo w odwiedziny? Na święta?

– Tak. Właściwie, to mam nadzieję, że tak. Dawno tu nie byłem, nie wiem czy mnie przyjmą...

Podróżny wypił łyka, znów podał butelkę towarzyszowi i zagadnął:

– Jesteś stąd?

– Tak – padła odpowiedź. – Mieszkam tu niedaleko, z dwoma synami.

Wskazał na starą, zaniedbaną kamienicę nieopodal przystanku.

– Widzisz? Tam, na trzecim piętrze, pod szesnastym – powiedział przechylając flaszkę do ust. Przełknął trunek i wciągnął ustami mroźne powietrze.

– Przynajmniej ktoś na ciebie czeka – westchnął Bogdan. Odebrał od mężczyzny butelkę i dopił resztę wódki.

– Wiesz co? – powiedział Darek. – Jakbyś się nie miał gdzie dziś podziać, to przyjdź do nas. Skoro jest dla trzech, będzie i dla czwartego.

– Może przyjdę – uśmiechnął się słabo podróżny.

 

Darek wstał i udał się w kierunku domu. Bogdan, głęboko nad czymś zadumany, został jeszcze chwilę na ławce. Zmierzchało. W oknach okolicznych domów zapaliły się światła, widać było też lampki choinkowe. Ulicami przejeżdżały nieliczne samochody, wypełnione odświętnie ubranymi pasażerami, śpieszącymi na kolację wigilijną do rodziny. Gdy słońce całkowicie schowało się za horyzontem, na niebie pojawiła się pierwsza gwiazda. Bogdan wstał i powoli ruszył w kierunku ulicy K..

Pod numerem drugim znajdowała się piękna willa. Na tablicy, tuż przy wejściu, wisiała tabliczka "Ginekologia – Położnictwo. Dr n. med. Ewa M.". Zadzwonił do bramy. Po chwili pojawił się postawny ochroniarz.

– Słucham pana?

– Ja do... Do pani Ewy.

– Był pan umówiony? Zaproszony?

– Nniee.

– Proszę przyjść po świętach. Dziś pani doktor nie ma czasu. Wigilia jest przecież.

– Nie wpuści mnie pan?

– Nie mogę. Nie da rady.

– Ale... A co z miejscem przy stole dla niespodziewanego gościa?

 

Odpowiedział mu śmiech. Bogdan wiedział, że nic nie wskóra, odwrócił się i życząc ochroniarzowi wesołych świąt odszedł. Mijając numer czwarty, mały, elegancki domek postanowił zadzwonić. Po chwili do ogrodzenia podszedł pan z wydatnym brzuszkiem, wyraźnie niezadowolony z faktu, że przeszkodzono mu w rodzinnym spotkaniu. Zobaczywszy niechlujnie ubranego gościa rozzłościł się jeszcze bardziej.

– Słucham?!

– Czy znajdzie się miejsce przy wigilijnym stole dla strudzonego wędrowca?

– Nie, nie znajdzie się! – krzyknął gruby pan i wrócił do domu.

 

Bogdan ruszył dalej. Przy numerze szóstym, dużym piętrowym domu z czerwonej cegły, znów zadzwonił do bramy. W drzwiach pojawiła się jakaś kobieta.

– Czego pan sobie życzy?

– Czy znalazłoby się miejsce przy wigilijnym stole dla pielgrzyma?

– Och... wie pan, właśnie skończyliśmy kolację. – Wyraźnie nie mówiła prawdy. – Tak mi przykro. Ale może przynieść panu kilka pierożków?

– Nie, dziękuję. Nie chcę sprawiać więcej kłopotu – odrzekł Bogdan i odszedł.

 

Pod numerem ósmym znajdowała się kamienica. Dostępu do drzwi wejściowych bronił domofon. Mężczyzna na chybił trafił wcisnął przycisk jednego z mieszkań.

– Kto tam? – odezwał się ciepły, kobiecy głos.

– Szczęść Boże! Proszę pani, czy nie znalazłoby się miejsce przy wigilijnym stole dla dodatkowego gościa?

 

Nastała cisza. Po chwili kobieta odpowiedziała "Głupi kawał" i odłożyła słuchawkę domofonu. Zrezygnowany Bogdan ruszył dalej. W kolejnej kamieniczce nie było domofonu, mógł zapukać bezpośrednio do drzwi. Spróbował na parterze, lecz w odpowiedzi dobiegło go jedynie szczekanie psa. Wszedł na piętro, zadzwonił do mieszkania po prawej stronie. Zauważył, że poruszyła się klapka wizjera, ale nikt nie otworzył. Bogdan zrezygnował. Wyszedł na zewnątrz i wrócił na przystanek autobusowy, gdzie spotkał wcześniej Darka.

W zamyśleniu popatrzył na zniszczoną kamienicę, w której mieszkał niedawno poznany mężczyzna.

– Może więc… – mruknął do siebie, wziął głęboki oddech i postanowił skorzystać z zaproszenia.

 

Darek wyraźnie ucieszył się na jego widok. Zaprosił do środka i przedstawił synów. Starszy, Przemek poruszał się na wózku inwalidzkim. Młodszy, Bartek, wyraźnie ociężały umysłowo, siedział za skromnie zastawionym stołem, nie zwracając uwagi na otoczenie. Może na własne szczęście. Mieszkanie było bardzo biednie urządzone, stare meble i odrapane, zapleśniałe miejscami ściany sprawiały przygnębiające wrażenie.

– Czym chata bogata – zaprosił gospodarz i wskazał Bogdanowi miejsce. – Nie jest to może wystawna kolacja, ale musisz nam wybaczyć. Nie wiedzie nam się dobrze. Przemek kilka lat temu spadł z dużej wysokości i jest sparaliżowany. Bartka pobili chuligani, miał poważny uraz głowy. Jego mózg nie funkcjonuje prawidłowo. Żonę śmiertelnie potrącił samochód. A ja jestem bezrobotny.

– Jednak mimo tego, gościcie mnie. Dziękuję. Po stokroć dziękuję.

 

Na stole pojawiła się zupa grzybowa, zapewne z torebki, grzanki, sałatka śledziowa, naleśniki z kapustą i kompot wiśniowy. Podróżnego zdziwiło, że gospodarze nie odmówili modlitwy przed posiłkiem, w mieszkaniu nie było też żadnych symboli religijnych. Po kolacji, kiedy gospodarz postawił na stół tanią nalewkę, Bogdan zdecydował się zapytać:

– Jesteście niewierzący?

– To trudno jednoznacznie odpowiedzieć – odparł wymijająco Darek. – No, nie kultywujemy chrześcijańskich tradycji.

– "Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili" powiedział nasz Pan – oświadczył uroczyście Bogdan. – Odwiedziłem dziś wielu ludzi, którym powodzi się dobrze, ale nikt nie przyjął pielgrzyma na wigilijną kolację. Dopiero wy. Jedyni, którzy chcieli mnie ugościć.

 

Powiódł wzrokiem po zebranych i wstał. Rozłożył ręce, jego postać w mgnieniu oka zaczęła się przemieniać. Urósł, spotężniał, wyprostował sylwetkę. Zniknęły zaniedbane ubrania. Emanował teraz jasnością, miał na sobie długą szatę bielszą niż cokolwiek na świecie. Jego włosy i broda stały się jak ze złota.

– I to was zdradziło! – zawołał donośnie. – Jestem archanioł Rafał, a wy...

– Wiemy, kim jesteś, stary durniu – przerwał mu z diabelskim uśmieszkiem gospodarz. – Przecież czekaliśmy na ciebie.

Darek, Przemek i Bartek przeistoczeni odpowiednio w Azazela, Mefista i Beliala rzucili się na swego gościa. Ten nie pozostał dłużny...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shogun 2 miesiące temu
    Kurcze, no takiego zakończenia się nie spodziewałem, choć w sumie mogłem się spodziewać pamiętając o Bajkopisarzowym stylu :D i zamiłowaniu do nie do końca dobrych zakończeń. Wrobiłeś mnie :D ja tu się spodziewałem happy endy, a dostaję walkę sił niebieskich z demonicznymi. Doprawdy zaskoczenie było :)
    Ogólnie bardzo dobra bajka, która pokazuję, jaka to jest tak naprawdę ta nasz rzeczywistość, gdyż to co opisałeś może wydarzyć się w prawdziwym świecie i zapewne dzieję się. Czytało się płynnie i przyjemnie dzięki dobrej narracji.
    Pozdrawiam ;)
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Cały ten przydługi, sztampowy wstęp ma uśpić czujność, żeby zakończenie wyszło lepiej ;) Ono w sumie jest pozytywne. Dzięki za odwiedziny.
  • Antoni Grycuk 2 miesiące temu
    O żeż Ty w mordę!
    Już tu spodziewałem się taniego rozwiązania rodem z opowieści wigilijnych czy cóś, a tu proszę.
    Czyli: kto sie lubi ten sie czubi, choć w tym wypadku dokładnie od tyłu: kto się czubi, ten sie lubi :)
    Bardzo fajny tekst.
    Pozdrawiam
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Cieszę się, że udało się zaskoczyć :) A czy oni się lubią i czubią jak posłowie w Sejmie, to zostawiam do własnej interpretacji.
  • Antoni Grycuk 2 miesiące temu
    Bajkopisarz
    ja widzę takich antagonistów znacznie bliżej, tyle że tam dżuma walczy z trądem, a nie anioł z diabłem ;)
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Antoni Grycuk - no też racja ;)
  • Dekaos Dondi 2 miesiące temu
    Bajkopisarzu→No faktycznie. Dobrze się czytało. Klimat, opisy i zakończenie... takie jak lubię. Nietuzinkowe raczej:))
    Starzy znajomi→"Sami swoi" nie sami. W sumie nie wiadomo, jak to będzie po wszystkim?
    Pozdrawiam:))→5
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Po wszystkim? Zależy kto wygra, ale wydaje się, że gorzej nie będzie ;)
  • LeeaThorelli 2 miesiące temu
    I już czekam na jakieś łzawe, szczęsliwe zakończenie z głębokim morałem, a tu zonk. :D
    No końcówka zasługuje na ogromny plus, naprawdę, tego się nie spodziewałam. :)
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Dzięki!
    Tam w sumie można wyszukać szczęśliwe zakończenie i nawet jakiś wniosek-morał ;)
  • Bożena Joanna 2 miesiące temu
    Przypomniałeś stare imiona upadłych aniołów, sięgnęłam do słownika mitów i tradycji kulturowych aby sprawdzić dwa imiona, Azazel i Belial. Towarzystwo Mefista wrżyło, że są to wysłannicy piekieł. Odwieczna walka dobra ze złem trwa jak dawniej. Zaskoczenie totalne, gdy zbliżamy się do finału. Już mamy łzy w oczach, gdy biedacy przyjmują strudzonego wędrowca. Pokazujesz jednocześnie dwa oblicza współczesnego świata, tak zwani poważani dobrzy obywatele nie przyjmą pod swój dach podejrzanego jegomościa, choćby okazał się archaniołem. Diabelski świat przyjmuje swojego dawnego współbrata, ale nie ze względów humanitarnych. Zakończenie jak w horrorze lub zawikłanym filmie akcji, gdzie wszystko wyjaśnia się w ostatnich scenach. Godne Hitchckoka. Spokojnych świąt mimo wszystko!
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Dziękuję za obszerny komentarz. Zostawiam do interpretacji czego/kogo właściwie szukał podróżny i dlaczego nikt go nie chciał przyjąć ;)
    Bardzo się cieszę, że to zakończenie tak zaskakuje, bo w sumie to jest jak zawsze prosta bajka, nawet z pozytywnym przesłaniem.
  • Beatka 2 miesiące temu
    Niesamowicie wciągające, podoba mi się. I jeszcze taki fajne zakończenie. 5, i to jeszcze z plusem.
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Dziękuję bardzo :)
  • Beatka 2 miesiące temu
    Bajkopisarz :)
  • Clariosis 2 miesiące temu
    Bardzo dobrze napisane, a zakończenie faktycznie zaskakujące! Tutaj już człowiek się spodziewa wzruszającej historii o tym jak to nikt biedaka nie przyjął, a tu nagle biedny gospodarz którego spotkało tyle nieszczęść się zlitował... By zaraz wyskoczył archanioł i upadłe anioły. :'D Ciekawi mnie teraz bardzo jak musiała wyglądać ich walka, jaki harmider narobili, bo pewnie widowisko musiało być iście intrygujące.
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Dzięki! Ciekawe pytanie, jakby ta bójka wyglądała - może coś jak walka Gohan vs Cell w Dragon Ball Z?
  • CynicznaCecylia 2 miesiące temu
    "całkowicie pochłonięte było przygotowaniami do Wigilii" - "całkowicie pochłaniały przygotowania". Unikamy "być", gdzie się tylko da, bo używanie go może zgubić.
    "Było mroźnie, ale bezwietrznie. Bladożółte słońce świeciło nisko, na ulicach, chodnikach i trawnikach zalegał świeży śnieg." - CHCĘ TAKIEJ ZIMY.
    Bardzo mi się podoba końcówka - trochę przypomina mi opowiadanka "Powiedz jak mnie zabijesz" z Facebooka, swoja drogą polecam. Tylko, znając życie, niewykluczone ze mogło się to po wstępnym mordobiciu skończyć przebieżka po pubach i wspólnym użalaniem się nad ludzkością przy butelce "ty wiesshhh, że oni tera sami, bez żadnego kuszenia? Normalnie cała praca straciła sen, kompletnie to fffszystko bez sensu, bez szadnego znaczenia..."
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    No, tak, ubijam zaimki, a wykiełkowało "być" :) Utłukę.

    Czy wyskoczą razem do knajpy? Nie. Archanioł przyjechał się z nimi definitywnie rozprawić. To, że nikt go nie wpuścił na wigilijną kolację, utwierdziło przybysza w przekonaniu, że zło się w miasteczku zalęgło i zaczadziło serca mieszkańców, więc trzeba je wyplenić. Trójca zdradziła się tym, że jako jedyni okazali dobroć (pozorowaną, ale jednak).

    Nie wiadomo jedynie, czy dał radę sam na trzech ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania