Opuszczone Wesoło Miasteczko

Stałam przed siatką i zastanawiałam się czy jednak nie zrezygnować, ale mój honor mi nie pozwalał na to. Do tej pory nie wiem jak mogłam przegrać, wygrana w tym zakładzie była pewnikiem. A jednak stało się odwrotnie. Jestem pewna, że Andrzej oszukiwał, ale nie mam na to żadnych dowodów. Więc chcąc nie chcąc muszę wywiązać się, jednak jak wrócę do domu zabije swojego brata. Rozumiem obrzucenie jajkami domu sąsiada lub zrobienie psikusa wrednej sąsiadce, lecz to - przegięcie. Mój wspaniałomyślni braciszek w ramach przegranej w zakładzie wymyślił, że mam sama spędzić Noc Halloween w Wesołym Miasteczku. Niby nic strasznego, gdyby nie świadomość iż owe miejsce jest zamknięte od wielu lat. Wszystko powoli niszczeje i popada w zapomnienie. Jak byłam młodsza, często tam chodziłam z moją paczką, ale po pewnym incydencie stwierdziłam, że moja noga już tam nigdy nie powstanie. I ta gnida dobrze wiedziała o tym. Od lat krążą o tym miejscu legendy, że jest przeklęte. Podobno klątwę miała rzucić cyganka, której dziecko zginęło w wypadku na młyńskim kole. Nie wierzyłam w nie, aż do tego feralnego dnia. Stop...tamte wspomnienie mi w niczym nie pomoże. Muszę myśleć racjonalnie.

- Idziesz czy tchórzysz. - Usłyszałam za swoimi plecami drwiący głos Andrzeja.

- Dajesz maleńka - krzyknął mój najlepszy kumpel Wojtek. - Pokaż temu gówniarzowi kto tu rządzi.

- Jasne że mu pokażę. - Prychnęłam znacząco.

Sprawdziłam czy mam naładowany telefon, latarkę i gaz pieprzowy - tak na wszelki wypadek. Już miałam przejść przez dziurę w siatce, gdy poczułam czyjeś dłonie na mojej talii i ciepły oddech blisko szyi.

- Kotku, jak nie chcesz tam wchodzić, to nie rób tego. - Marek szepnął mi do ucha. Przywarłam plecami do niego, by choć przez chwilę poczuć jego ciało. Pomogło. Wiedziałam, że w razie czego mój chłopak ruszy mi na ratunek. Już mniej się bałam. Odwróciłam się do niego i spojrzałam na jego ciemne jak noc tęczówki.

- Nie ma mowy, idę. - Pocałowałam go, jakby miał to być nasz ostatni i wkroczyłam do Miasteczka. Przeszkody są po to aby je pokonywać, a strach jest w nas. Nie wolno jemu się poddawać. Powiedziałam sobie w duchu słowa, które często powtarzał mi ojciec. Za sobą usłyszałam dzikie wrzaski moich znajomych. Gra się rozpoczęła.

Od dłuższego czasu wędrowałam po zniszczonym miasteczku nudząc się straszliwie. Myślałam że będzie gorzej. Jednak widok w nocy nie był wcale straszny, lecz bardziej przygnębiający. A kiedyś te pustke alejki były wypełnione śmiechem i muzyką. Z tych niewesołych rozmyślań obudził mnie zimny powiew wiatru, który przyniósł ze sobą cichą melodię. Zaczęłam się przysłuchiwać, brzmiała jak ta irytująca muzyka z karuzeli dla dzieciaków. Postanowiłam sprawdzić skąd dochodzi dźwięk, choć pewnie rozsądnie byłoby pójść w przeciwną stronę, bo tak zazwyczaj w horrorach zaczynają się problemy. Ku memu zdziwieniu nieopodal faktycznie znajdowało się to ustrojstwo, które wykonywało swoje makabryczne piruety. Musiałabym skłamać, że nie poczułam jak zimny strach skrada mi się po karku. Muzyczka przyspieszyła, a wraz z nią karuzela. Kręciła się jak szalona, coraz szybciej i szybciej. W pewnym momencie wydawało mi się że w jej środku zamajaczył mi jakiś ludzki kształt, ale musiało mi się wydawać. Ta moja paranoja przed tym miejscem. Już kiedyś to przeżyłam, wtedy też mi się wydawało że kogoś zobaczyłam. Nie miałam zamiaru czekać, kiedy to upiorne narzędzie rozrywki się zatrzyma i odeszłam jak najdalej od niego. Po chwili dotarłam pod namiot, z którego dochodziły dziwne odgłosy. Oczywiście musiałam sprawdzić co tam się dzieje. W środku grała wesoła melodia, a jakiś głos z megafonu zapraszał na pokaz klaunów. W tej chwili poczułam istne przerażenie, co tutaj się działo? Czy to jakiś chory kawał mojego braciszka?

Wybiegłam z namiotu spanikowana, gdy stwierdziłam że faktycznie za ciężką kotarą coś się poruszyło. Od tamtego dnia nienawidziłam ich, panicznie się ich bałam, a teraz miałam nagle sama stanąć w oko w oko sama jednym z nich. Niedoczekanie. Biegłam przed siebie ile miałam sił w nogach ku dziurze w siatce, lecz nie było mi to dane. Zatrzymałam się w pół kroku, gdy nagle przede mną stanął najprawdziwszy klaun. Ten jego upiorny czerwony uśmieszek i wielkie oczy, oraz kolorowy strój sprawiły że poczułam jak mi nogo miękną. Znowu byłam w tym piekielnym sklepie i z każdej strony atakował mnie śmiech tych potworów. I znowu zobaczyła upiorną twarz jednego z nich, który się nade mną pochylał, a z jego oczu wyzierała żądza mordu. Ostatkiem sił krzyknęłam z przerażenia, a klaun wypuścił kolorowe baloniki i wyciągnął ku mnie swoje dłonie odziane w białe rękawiczki. Odwróciłam się do niego plecami i zaczęłam uciekać na oślep. Dopadłam pierwszych lepszych drzwi i je szybko zaryglowałam. Wszędzie panowała nieprzenikniona ciemność. Wyciągnęłam telefon, ale ku mojej zgrozie okazało się że nie ma zasięgu. Zapaliłam latarkę i o mało się nie upadłam, gdy przede mną pojawiła się kreatura nieludzko powykrzywiana. Lecz po chwili zdałam sobie sprawę, że to jestem ja. Z mojego gardła wyszedł przerywany rechot, który szybko znikł. Znajdowałam się w sali luster. Zaczęłam powoli przesuwać się do przodu mając nadzieję, że po drugiej stronie znajduje się wyjście. Już byłam w połowie sali, gdy ktoś złapał mnie za dłoń. Wrzasnęłam i odwróciłam się gwałtownie, o mało nie wpadając na niego. Przede mną znowu stał klaun, a jego ciepły oddech delikatnie drażnił moją twarz doprowadzając mnie do paniki. W strachu rzuciłam w niego tym co miałam w ręku i zaczęłam biec ku światełku, który zamigotał mi w oddali. Miałam gdzieś, co tam spotkam. W tej chwili chciałam znaleźć się jak najdalej stąd. Dopadłam metalowych drzwi i znalazłam się na zewnątrz. Moją twarz owiało zimne powietrze, które momentalnie mnie otrzeźwiło. Nadal biegnąć starałam się zorientować gdzie jestem. Po chwili stwierdziłam, że się zgubiłam. Ponownie wyciągnęłam telefon i z ulgą stwierdziłam że mogę zadzwonić. Sekundy ciągnęły się w nieskończoność, ale w końcu usłyszałam po drugiej stronie głos mojego chłopaka.

- Marek pomóż mi - wrzeszczałam do słuchawki.

- Słonko co się dzieje?

- Goni mnie jakiś psychopata przebrany za klauna. - Starałam się skupić myśli choć nie było to łatwe.

- Psychopata, o czym ty mówisz. - Usłyszałam przerażenie w jego głosie. - Gdzie jesteś?

- Nie wiem zgubiłam się. - Zaszlochałam mu do słuchawki. - Przyjdź po mnie, proszę. Na serio strasznie się boję.

- Spokojnie, już idziemy po ciebie. - Zapadła cisza. - Nie rozłączaj się i spróbuj znaleźć coś znajomego.

- OK, pośpiesz się.

Szłam przed siebie i słuchałam głosu mojego rycerza, który próbował mnie uspokoić. Aż nagle ucichł. Zaczęłam wołać go, ale nikt mi nie odpowiedział. W pewnym momencie coś zgrzytnęło po drugiej stronie i usłyszałam szept.

- Idziemy po ciebie, koteczku. - I zapadła głucha cisza. Teraz to już miałam wszystko gdzieś, co oni zrobili im? Czy są cali? Te i wiele innych myśli krążyło po mojej głowie. Zaczęłam rozglądać się nerwowo gotowa na atak z każdej strony, lecz nikogo nie było, tylko karuzele i inne ustrojstwa po których igrał mroczne cienie w świetle księżyca. Podniosłam jakiś kij i poszłam przed siebie. W końcu dotarłam do miejsca, które znałam. Lecz tam czekał na mnie on - mój koszmar, lecz byłam gotowa, jak rzucił się na mnie zdzieliłam go w łeb i pobiegłam do wyjścia. Nigdy nie czułam się tak szczęśliwa jak teraz. Już miałam przejść przez dziurę, gdy usłyszałam, jak ktoś woła o pomoc. To był mój brat, a zaraz potem usłyszałam Marka i Wojtka. Oni nadal tam byli i potrzebowali mnie. A ja nie wiedziałam, czy potrafię im pomóc. Patrzyłam na upiorną sylwetkę Wesołego Miasteczka przede mną i zastanawiałam co mam zrobić. Jednak nie miałam wyboru i ...

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania