Poprzednie częściTW 3.0#05 Ostateczność — część I  

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Ostateczność — część II

Kontynuacja do TW.3.0 #05.

Gatunek: Opowiadanie drogi.

Tym razem poszło tak: https://www.youtube.com/watch?v=vplX-qr4AIE – to nie muzyka.

 

Ostateczność — część II

 

*

Jadąc do domku wypoczynkowego Offleya, który tak naprawdę był przydrożnym zajazdem, ale o tym później, Henry czuł się niczym cholerna ropa płynąca podmorskim rurociągiem. No dosłownie jak ona. Ciasno i hermetycznie.

Już wcześniej, jeszcze na głównej siedemnastce, śniegu leżało od cholery i ciut. Kiwał więc głową, zgadzając się z głosem VOF-u, jedynej stacji radiowej, jaką jeszcze zdarzyło mu się łapać. A gdy w kakofonicznym szumie wyłowił: "Moi kochani, mamy zimę stulecia", od razu zawtórował: "że, do cholery, tak! Pieprzone Snag przechodzi właśnie kurewską zimę stulecia albo i trzechsetlecia".

Bo tak było.

I nie. Już pal diabli sam mróz, gdyż minus piętnaście w dzień czy dwadzieścia kilka w nocy, nie odbiegało od przyjętej przez mieszkańców normy. Taką temperaturę lokalni kwitowali słowami — "zimno, lecz nie cholernie". — Chodziło o te opady i naprawdę porywisty wiatr. Od ośmiu dni niemal bezustannie padał śnieg.

Henry Castellini, trzydziestoczteroletni sentymentalny rozwodnik (ciągle obrączka na palcu, ciągle jej zdjęcie w portfelu) podciągnął zamek od bardzo ciepłej, acz krępującej nieco ruchy, kurtki i jedną ręką łagodnie wprowadził wóz w coś na kształt zakrętu. Drugą w tym czasie metodycznie ochuchał, skupiając kawał uwagi na każdym z rumianych palców. Nic mu bowiem tak nie marzło jak dłonie i choć z żurnalowych periodyków wyczytał, że może to być zalążkiem jakiegoś podłego choróbska, dotąd nie zrobił nic poza nieznacznym ograniczeniem fajek.

Po jego prawej zamajaczyła trójkątna czapa śniegu, osiadła na dachu Owena Wildberga, jednego z tutejszych myśliwych. Henry dostrzegł ją jedynie fragmentarycznie, w miejscach, gdzie zaspy śnieżne były mniejsze. Po cichu liczył na to, że zobaczy żonę Owena – Karlę lub jeszcze lepiej, stary sam coś będzie dłubał przy obejściu. Gdyby tak zrządził los, wysiadłby niezwłocznie i poprosił go o towarzystwo. Pogadać z kimś zawsze fajnie, a i – zwłaszcza jeśli jedziesz do potencjalnego morderstwa – co dwie strzelby, to nie jedna.

Nikogo jednak nie ujrzał, zostawił więc chałupinę w tyle, dalej sunąc z prędkością pięciu kilometrów na godzinę. Po mniej więcej minucie wykonał kolejny, podobnie łagodny skręt, ochuchał drugą dłoń i pokręcił gałką radia, licząc na drobny cud. Przez nieszczelność szyby zdrętwiała mu żuchwa, zaczął ją więc pocierać. Z początku lekko, ale kiedy niczego nie poczuł – energiczniej. Tarł tak i jechał dalej. Jechał dalej i tarł. Wszystko w lekkiej apatii, zupełnie bez świadomości, że już za niecały kwadrans obuch siekiery strzaska mu szczękę tak, że staw skroniowo-żuchwowy niemal przestanie istnieć, a lewe oko spłynie policzkiem na kurtkę. W tej chwili po prostu jechał, zastanawiając się, co z tym cholernym światem jest nie tak, skoro dwudziesty pierwszy wiek rozpycha się korzeniami, ludzie latają w kosmos, komputery są szybsze od jastrzębi, a tymczasem wystarczy kaprys aury, by cały region znalazł się w ciemnej dupie. To znaczy – białej.

Dziesięć minut temu wjechał w lokalną drogę, która w normalnych warunkach i obopólnej życzliwości kierowców pozwalała wyminąć się dwóm wozom. Teraz jednak jego wysłużony i pordzewiały Dodge Diplomat niemal zawadzał bokami o nawiasowe obrysy utwardzonego śniegu, rosnące nawet pół metra powyżej dachu.

Żeby było ociupinę weselej, odpalił starą składankę. Abba, Cher, Bee Gees – takie rzeczy. Płyta sfatygowana, lecz niezawodna. No, cięła trochę na What is love – Haddaway'a, ale reszta z dwudziestu pięciu utworów leciała jak po sznureczku. Aż noga sama chodziła.

W asyście "Gimme! Gimme! Gimme!" wykonał kolejny, mikroskopijny skręt. Chwilę później ujrzał przed sobą człowieka.

Zwolnił.

 

*

Ciało odnalazł Kurt Flogan, około pięćdziesięcioletni wędkarz, kawaler bez stałego zatrudnienia. Henry trochę faceta kojarzył z tej albo innej spelunki. W pamięci utkwił mu piwny brzuch Flogana, sumiasty wąs i kurtka podszyta misiem. Żadnych ekscesów czy burd z jego udziałem. Ot, statysta.

I teraz miał faceta przed sobą w odległości mniej więcej trzydziestu metrów. Tamten widział go również, bo wymachiwał żywiołowo rękoma. Pomiędzy nimi, choć dużo bliżej Flogana, leżał niewielki kształt nieco przypominający pacynkę. Tylko że gdyby to naprawdę była kukła, Henry wciąż jeszcze byłby w Salamance, siedząc na wysokim, cholernie niewygodnym stołku i rentgenując wzrokiem przezroczystą kieckę Donny. Przed nim zaś leżałby jasnoniebieski talerzyk w kwiecisty wzór i czarny kubek na kawę. Talerz na pewno pusty, bo do tego czasu jagodowy placek dawno pływałby w kiblu, ale w kubku tkwiłaby dolewka. Tymczasem jednak sprawy przybrały niecodzienny obrót.

Sierżant Henry Castellini zabrał ze sobą strzelbę oraz latarkę i niejako odruchowo spróbował wywołać Marlę. Odpowiedziała mu cisza, rzucił więc w eter, że właśnie widzi świadka i wychodzi. Podał godzinę i miejsce. Potem wysiadł.

Śnieg w dalszym ciągu padał i większość dziecięcego ciała przykrywał nalot z puchu. Gruby facet zaczął iść w jego stronę, ale z ostrego wzroku skumał, że to zły pomysł i profilaktycznie uniósł ręce przed siebie. Henry mu skinął i ruszył w kierunku trupa. Następnie ukląkł przy zamarzniętej dziewczynce, jednak tak, by i pechowego wędkarza mieć na oku.

— To średnia córa Offley'a — rzucił tamten i zaterkotał zębami. — Jane, Jassica, Jalanda. W każdym razie na pewno coś na jot.

— W każdym razie na pewno coś na jot — powtórzył Henry w wygasłych oparach mediolańskiego akcentu, starając się nie upieprzyć w plamach krwi, która w kilku miejscach ciągle kwitła na śniegu. Bardzo ostrożnie przetarł ze szronu zamarzniętą twarz dziecka, krzywiąc się na widok fioletowych opuchnięć. Letni sweterek, rajstopy. Na nogach żadnych bucików.

— Tak, panie Castellini. Pewności nie mam, ale tej małej stało chyba Jalanda. Czy Jalonda.

— Znamy się?

Flogan skrzywił twarz w grymasie zakłopotania powleczonego zmęczeniem.

— Ja pana znam — wyjaśnił.

Wszędobylska biel śniegu dodawała otoczeniu światła, zakłamując prawdziwą porę dnia. Wystarczyło jednak rzucić okiem na ciemniejące niebo, by zrozumieć, że niedługo będzie tu naprawdę nieciekawie. Henry wstał i odpalił papierosa. Gruby także poprosił o jednego. Policjant rzucił mu paczkę z zapalniczką w środku.

— To jak mnie pan zna, panie Flogan — odparł, kiedy dym już tańczył w płucach — powie mi pan, co się tutaj stało? Co pan widział i słyszał? Dosłownie wszystko.

— Kurt — przedstawił się Kurt, także zaciągając gwoździem śmierci. — Niewiele tego będzie, proszę pana.

— Ok, Kurt. To i lepiej, bo zaraz zrobi się ciemno. Możesz mi mówić po imieniu, jeśli chcesz. Chcesz?

Tamten przekalkulował.

— Chyba byłoby mi łatwiej, panie Henry. To znaczy... Henry.

Kolejna porcja lodowatego wiatru spowodowała, że sierżant Castellini przypomniał sobie o czapce. Sięgnął więc do kieszeni i...

— Zmarzły ci uszy, Kurt?

Zagadniony przemyślał sens pytania i skinął, podbijając gest w słowach: "zmarzły jak sam skurwysyn, panie Henry". Na dźwięk tych rewelacji jego policyjny rozmówca, a chwilowo dobry samarytanin, rzucił mu ją, dodając z uśmiechem, że rękawiczek na pewno się nie pozbędzie. Obdarowany odparł: "sie wie", wciągnął czapę na łeb i machnął nim energicznie. Tak, żeby kulka pomponu nie przesłaniała widoku tego wielkodusznego dobroczyńcy. Potem zapytał policjanta: "jak wygląda?", spodziewając się nielichego komplementu. Nim jednak ten zdołał go uplasować gdzieś pomiędzy dziesiętnym szczeblem punktacyjnym, grzmotnęło i panu Flaganowi eksplodowała twarz. Dosłownie jakby ktoś przekłuł balonik do pełna wypełniony świńską krwią.

Sierżant Castellini, niemal posrany z przerażenia i (co tu dużo gadać) kompletnie nieprzygotowany na taki obrót spraw, rzucił się pędem przed siebie w kierunku zaparkowanego nieopodal radiowozu. Kątem oka jedynie rejestrując podrygujące ciało, miazgę kości, krwi i grudek mózgu, w której spoczywała jego cholerna czapka – zarazem ostatni prezent, jaki otrzymał od Ann, zanim ta nie nakryła go na pompowaniu ich wspólnej fryzjerki, Mony. Dotarł do samochodu i niczym najprawdziwszy bohater kina akcji napadł plecami na pordzewiałe drzwiczki Diplomata. Wtedy, w asyście charchotliwego oddechu i wylewającego się zewsząd hormonu stresu, zrozumiał, że strzelby nie ma. Przepadła. Zaklął i wyjrzał, kompletnie nie wiedząc, co robić, a miękki śnieg wygłuszył zbliżające się z prawej strony kroki.

Sekundę później wcześniej wspomniany obuch czterokilowej siekiery od Fiskarsa zdemolował mu prawą stronę twarzy. Cała kość jarzmowa, żuchwa i lemiesz praktycznie przestały istnieć. Z oczodołu wypłynęło oko. Mężczyzna wydał z siebie coś na kształt beknięcia powleczonego piskiem i odbijając się od samochodu, upadł. Nim zdołał choćby pomyśleć o czołganiu, kolejne uderzenie rozrąbało mu głowę.

 

*

Śnieżny opad ewoluował w śnieżycę do tego stopnia, że chłopak idący środkiem drogi bardziej przypominał zjawę niż człowieka. Cały pokryty puchem, coś chyba mówił, lecz ten cholerny wiatr rwał jego słowa na niedający się posklejać szum. Dopiero gdy przed nią stanął – w kurtce z kapturem, wojskowym plecakiem zawieszonym na plecach i myśliwskim sztucerem łamanym, trzymanym w dłoniach – zrozumiała sens.

— Nie powinnaś tak ryzykować, Sissy — powtórzył z bliska, panicznym odpryskiem stonowanego krzyku. — Wszystko miałem opanowane. Gdyby coś ci się stało, to...

Nie bacząc na to, że trzyma w dłoniach broń, skoczyła mu na szyję i stracili pod nogami grunt, lądując w zaspie. Poczuł ból w kręgosłupie.

— Sissy, to...

Seria dzikich pocałunków nie pozwoliła mu dokończyć myśli.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 16

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • inkarnacja 5 miesięcy temu
    Fabuła bardzo interesująca. Przeszkadza mi ilość błędów tym razem, począwszy od powtórzeń, a skończywszy na logice. Komentarz krótki, bo brak czasu, ale mieszasz mocno w narracji, plus partykuła "się" wychodzi miejscami na pierwszy plan.
  • Canulas 5 miesięcy temu
    Ok, jeśli czas będzie dla Ciebie łaskawszy, prosiłbym o jakiś konkret - dziena za odwiedziny.
  • Canulas 5 miesięcy temu
    W ogóle, miałem zacząć tą część od słów - "10dni wcześniej", ale, no... Co do reszty będę sukcesywnie treść badał ;)
  • Wrotycz 5 miesięcy temu
    Ha, pamiętam częśc 1., od niej zaczęłam poznawanie:)
    Retardacja, ale opisowo-sytuacyjna po już dokonanej przyszłości, jeśli można tak te użyte zabiegi nazwać, karmi ciekawość mą.
    Kto zabił dziewczynkę i facetów? Sissy? Jej partner? Chyba nie, choć wszystko na to wskazuje.
    Postaci epizodyczne dostały wymiar pierwszoplanowy w tej części.
    Bardzo sugestywne pisanie, tutaj np. jedzie się na siedzeniu obok kierowcy:

    "Po mniej więcej minucie wykonał kolejny, podobnie łagodny skręt, ochuchał drugą dłoń i pokręcił gałką radia, licząc na drobny cud. Przez nieszczelność szyby zdrętwiała mu żuchwa, zaczął ją więc pocierać. Z początku lekko, ale kiedy niczego nie poczuł – energiczniej. Tarł tak i jechał dalej. Jechał dalej i tarł. Wszystko w lekkiej apatii, zupełnie bez świadomości, że już za niecały kwadrans obuch siekiery strzaska mu szczękę tak, że staw skroniowo-żuchwowy niemal przestanie istnieć, a lewe oko spłynie policzkiem na kurtkę."
  • Canulas 5 miesięcy temu
    Dziękuję za wizytę.
    Tak se to szyję, gmatwam, odchodzę od głównego wątku, przeskakuję, przesiadam się w inne oczy i...
    I kopię znowu oraz głębszą studnię.
    No ale, hej przygodo.
    Nawet brak planu może być uznany jako plan.
    Pozdrówka.
  • Wrotycz 5 miesięcy temu
    Gmatwanie jest dla wybrednych zjadaczy.
    Plan? Nigdy nie będzie dobrej literatury na bazie planu.
  • e make i ka pololi 5 miesięcy temu
    Tez tak uwazam.
    Przyjde pozniej przeczytac.
  • Canulas 5 miesięcy temu
    Wystudzony z obaw, podwijam metaforyczny rękaw i działam. Endorfiny z pokładanej we mnie wiary porastają skrzydłami, że aż się muszę na fotelu odchylić.
    dzień-kłuje pięknie
  • Canulas 5 miesięcy temu
    e make i ka pololi - byde czekał
  • Wrotycz 5 miesięcy temu
    Canulas, widzę to, siednij se na taborecie:)
  • Canulas 5 miesięcy temu
    Wrotycz - o proszzz. Święta to nie tylko czas dziękczynnych modlitw, ale i skrzyżowanie dobrych rad :)
    mam tylko puffę, ale jest niestabilna jak... A, nieważne już.
  • Wrotycz 5 miesięcy temu
    Canulas, wyjdź szybko na balkon, endorfiny - maleństwa nietrwałe.
  • Canulas 5 miesięcy temu
    Wrotycz - mój domek jednorodzinny nie ma takiego dobrodziejstwa. Mogę łeb przez dachowe okno wystawić.
  • Ritha 5 miesięcy temu
    Będę tu, skoro świt, gdy zapieje kur! :)
  • Canulas 5 miesięcy temu
    Ritha - byde czekał
  • Ritha 5 miesięcy temu
    Takoż uczyń :)
  • Ritha 5 miesięcy temu
    Oki, kur zapiał ;)
    Link (a raczej to co się pod nim kryje) – miodzio. Do takiego czegoś mogłabym pisać i by mnie może mniej rozpraszało niż mjuzik, muszę spróbować.

    Oki, jadziem.
    „Kiwał więc potakująco, zgadzając się z głosem VOF-u, jedynej stacji radiowej, jaką jeszcze zdarzyło mu się łapać” – nie wiem czy nie dobrze byłoby dodać, że kiwał głową, hm, w sumie nie wiem, ale jak czytałam to tak jakby czegoś w tym stwierdzeniu brakowało, obadaj

    „Bo tak było.
    I nie. Już pal diabli sam mróz, bo minus piętnaście w dzień czy dwadzieścia kilka w nocy, nie odbiegało od przyjętej przez mieszkańców normy” – 2 x „bo” (drugie można zamienić np. na „gdyż”)

    „Od Ośmiu dni niemal bezustannie padał śnieg” – hm, zastanawiam się czemu „Ośmiu” z dużej (być może ma to jakiś ukryty sens, który mi umknął)

    sentymentalny-rozwodnik – taki zapis przeważnie stosuje się, gdy są dwa rzeczowniki (np. rozwodnik-sentymentalista) lub dwa przymiotniki, a tu jest normalny epitet, więc kreseczka wydaje mi się zbędna

    „Po jego prawej zamajaczyła trójkątna czapa śniegu, osiadła na dachu Owena Wildberga jednego z tutejszych myśliwych” – obczaj jakby dać półpauzę po Wildberga (albo przecinek)

    Teraz zgubiłam się tutaj:
    „Po jego prawej zamajaczyła trójkątna czapa śniegu, osiadła na dachu Owena Wildberga jednego z tutejszych myśliwych. Henry dostrzegł ją jedynie fragmentarycznie, w miejscach, gdzie nawalonego śniegu było mniej. Po cichu liczył na to, że zobaczy żonę Owena – Karlę lub jeszcze lepiej, stary sam coś będzie dłubał przy obejściu”
    – kogo dostrzegł? Czapę śniegu? (jeśli tak to dziwne, że „w miejscach, gdzie nawalonego śniegu było mniej”). Chyba chodzi o to, że dostrzegł chałupę, ale wcześniej nic o niej nie ma, jest dach (więc „dostrzegł go” powinno być, ale wtedy zasugeruje to, że może dostrzegł Owena, skoro zaraz jest „Po cichu liczył na to, że zobaczy żonę Owena). Tu brakuje czegoś, może wystarczy tak:
    „Po jego prawej zamajaczyła trójkątna czapa śniegu, osiadła na dachu [chałupy] Owena Wildberga jednego z tutejszych myśliwych. Henry dostrzegł ją jedynie fragmentarycznie, w miejscach, gdzie nawalonego śniegu było mniej. Po cichu liczył na to, że zobaczy żonę Owena – Karlę lub jeszcze lepiej, stary sam coś będzie dłubał przy obejściu”
    Obadaj swoim okiem :)

    „Przez nieszczelność szyby zdrętwiała mu żuchwa, zaczął ją więc pocierać. Z początku lekko, ale kiedy niczego nie poczuł – energiczniej. Tarł tak i jechał dalej. Jechał dalej i tarł. Wszystko w lekkiej apatii, zupełnie bez świadomości, że już za niecały kwadrans obuch siekiery strzaska mu szczękę tak, że staw skroniowo-żuchwowy niemal przestanie istnieć, a lewe oko spłynie policzkiem na kurtkę” – nooo panieee, rozanielić czytelnika, wyciszyć, zwolnić i mimochodem rzucić ot taką informację, cudeńko myk

    „W tej chwili po prostu jechał, myśląc o tym, co z tym cholernym światem jest nie tak” – 2 x „tym” (być może celowo)

    „No, cięła trochę na What is love – Haddaway'a, ale reszta z dwudziestu pięciu utworów leciała jak po sznureczku. Aż noga sama chodziła” :D (super klimat, wyguglałam brykę, pasuje do muzyki, do tego zima za oknem, zmarznięte dłonie, wszystko pięknie układa się w spójną całość)

    „W asyście "Gimme! Gimme! Gimme!" wykonał kolejny, mikroskopijny skręt. Chwilę później ujrzał przed sobą człowieka.
    Zwolnił” – to wiadomo, że mi pasi, kończenie akapitów w Twoim stylu, wstaweczka na koniec, git

    „Ciało odnalazł Kurt Flogan, około pięćdziesięcioletni wędkarz, kawaler bez stałego zatrudnienia. Henry trochę faceta kojarzył z tej albo innej spelunki. W pamięci utkwił mu piwny brzuch Flogana, sumiasty wąs i kurtka podszyta misiem. Żadnych ekscesów czy burd z jego udziałem. Ot, statysta” – to całe, kryminalnie, bohaterowie fajnie ponazywani

    „I teraz miał go przed sobą w odległości mniej więcej trzydziestu metrów. Tamten widział go również, bo wymachiwał żywiołowo rękoma” – 2 x „go”

    „Tylko że gdyby to naprawdę była kukła, Henry wciąż jeszcze byłby w Salamance, siedząc na wysokim, cholernie niewygodnym stołku i rendgenując wzrokiem przezroczystą kieckę Donny” – rentgenując*

    „— W każdym razie na pewno coś na jot — powtórzył Henry w wygasłych oparach mediolańskiego akcentu, starając się nie upieprzyć w plamach krwi, która w kilku miejscach ciągle kwitła na śniegu” – to, całe, z naciskiem na „wygasłych oparach mediolańskiego akcentu” i krwi, która „kwitła na śniegu”

    „— Kurt — przedstawił się Kurt” – a to mi się widzi
    Dialog spoko, luz, lubię.

    „Nim jednak ten zdołał go uplasować gdzieś pomiędzy dziesiętnym szczeblem punktacyjnym, grzmotnęło i panu Flaganowi eksplodowała twarz. Dosłownie jakby ktoś przekłuł balonik do pełna wypełniony świńską krwią” – i to (!)

    Podoba mi się tez stwierdzenie, że wiatr rwie słowa.
    No i końcóweczka! Cudna! Są i bohaterowie z pierwszej części. Kurde, chcę ciąg dalszy.
  • Canulas 5 miesięcy temu
    Z tym tekstem, ciekawa sprawa.
    Po kolei.
    Po napisaniu wydawało mi się, że jest w miarę ok. Naprawdę, chuj już w skromność - miałem poczucie, że gadka z FLoganem , ale i ogólnie sam tekst, jest ok.
    Pierwszą wątpliwość zasiała Inkarnacja, ale że jej zzdanie też szanuję, przystąpiłem do gruntownego obadania. No i fakt. Same słowo: "się" występowało 24 razy. Pozmieniałem, coś podłubałem, ale dopiero Ty, tak dokładnie, pokazujesz mi, gdzie tu są błędy.
    I kurde. Naprawdę nie wiem, czemu tym razem nie dostrzegłem ich sam. Zwłaszcza tych niefrasobliwości z synonimami oraz dookreśleniami.
    Tak samo z czapą śniegu na dachu.
    Chyba za bardzo to widziałem w głowie i jednocześnie uznałem, że czytelnik także to ujrzy. Za sekundę wszystko nareperuję.
    Bardzo dziękuję, Ritha.
  • Ritha 5 miesięcy temu
    Ej, ale tekst jest ok. Jest bardzo okej, fajny klimat, fajna gadka, fajne opisy.
    Ot parę baboli, wielkie rzeczy.
    "Same słowo: "się" występowało 24 razy" :D Oj tam, bo to je popularne słowo w języku polskim ;)
    Cieszę się, że się przydałam.
  • e make i ka pololi 5 miesięcy temu
    Ok.
    Wiec plynnie i przyjemnie. Bardziej podobala mi sie pierwsza czesc, wiecej tam bylo zdan perelek i takiego troche noirowego nastroju. A moze chodzi o to, ze ją odswiezylam i wciaz jestem pod urokiem. A moze chodzi o narracje. Tam bylo z perspektywy tego typa i byl trochę przyblizony watek jego i Sissy, ktorzy mi sie strasznie spodobali. Zawsze mi sie podoba jak konstruujesz pary, szczegolnie w noirach, i oni tez maja w sobie magie. Tutaj bylo ich po prostu duzo mniej, narracja bardziej wszechwiedzaca, sprawnie i gladko poprowadzona, wiec pewnie jestem niesprawiedliwa, pewnie zawadzil mi niedosyt Sissi i typa, by sie zachwycic. Ale czytalo sie dobrze i glodna ich - bede czekac na kolejna czesc. Fajny jest ten zimowy klimat, wiesz. Ostatnio bardzo jestem jakos podatna na takie zimowe teksty, natura osiaga wtedy najwyzsza groze, i tutaj w bardzo udany sposob jest to oddane.
  • Canulas 5 miesięcy temu
    Nooo, ja sie nastawiałem na to, że jednak ugryzienie od strony fabuły, kosztem noirów, spotka się z chłodniejszym przyjęciem. Tak wiec i tak czuję się potraktowany łagodnie i fair.
    Dzienax
    Też mam chęć na zimowy klimat.
  • rubio 5 miesięcy temu
    rozbiję tu swój komentarz na dwa. W pierwszym spytam, czy Ci będzie bardzo miło, jak powycytowywuję miejsca, gdzie jakieś przecinki, literówki, orty, czy trochę miło. Bo jak tylko trochę, to mi się nie chce, sam znajdziesz, jak kiedyś będziesz poprawiał.
    "osiadła na dachu Owena Wildberga jednego z tutejszych myśliwych" - tylko tu, że przecinek po nazwisku, bo wychodzi coś w stylu pewnej znanej i szeroko się udzielającej użytkowniczki.
  • rubio 5 miesięcy temu
    hm... czy mi się wydaje, czy to jak gdyby bardziej płynie, niż zazwyczaj? Dobrze się to czyta. Pamiętam, że czytałem część pierwszą, i przeczytawszy drugą, wezmę się za trzecią, jak będzie.
  • Canulas 5 miesięcy temu
    rubio , chciałbym wierzyć, że płynniej, ale być sędzią we własnej sprawie, to jak se lajkować posty.
    Tak - miło, ale bez napinki. Se poznajduję.
    Już reperuję właśnie.
    Dzienx
  • kalaallisut 4 miesiące temu
    Króciutko: Bryy ale zawiało klimatycznie ...:) Śledzim dalej.
  • Canulas 4 miesiące temu
    Teksty z tej serii dojrzewają, Kall, ale póki co, byde leciał z pińcet chyba.
    Pozdroxon
  • Agnieszka Gu 4 miesiące temu
    Kuźwa, 10 minut na tel wklejalam cytaciki, podniecalam się porównaniami etc i mi się wszystko skasowało! Nie chcę mi się drugi raz pisać i rozwodzić nad tym opkiem.
    No, stres, czeniem polecę - jest ok ( choć tamta cz chyba ciut lepsza jakoś tak, ) ale tu z kolei bardziej swojsko mi się zdaje, klimatyczniej, choć krwi pełno... Brrr
    Oki, tyle :)
    Pozdrowionka :)
  • Canulas 4 miesiące temu
    Znam ten ból. Wkurwić się można. Trochę szkodex, ale i tak dzięki za obecność. Część być może gorsza. Na pewno inna.
  • pasja 4 miesiące temu
    Witam
    Lepiej późno niż wcale. W drugiej części bardziej obrazowa droga i zimowa aura. Masakryczna część, ale wszystko osadzone w konkretnym celu. Nawet zdrętwiała mu żuchwa... znieczulenie przygotowujące do śmierci.
    Ostatni przekładaniec cudny... zima i pocałunki.

    Pozdrawiam
  • Canulas 4 miesiące temu
    Dzięki, Pasją za wizytę.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania