Ostatni na ziemi — cz. II

Obserwowałem wszystkie wskazania przez miesiąc, ale nie uległy zmianie. Prawie nie spałem, nie chcąc przegapić momentu, w którym coś się wydarzy, lecz wszystko na nic. Ani razu nie padał deszcz, wiatr prawie ustał. Doskwierał mi brak informacji z zewnątrz, oraz niepewność co do tego, jak wygląda świat. Same dane liczbowe nie były wystarczające, nie wiedziałem, czy ktoś przeżył. Wziąłem ze spiżarni ostatnią puszkę konserwy, którą zjadłem na zimno. Zebrałem notatki, spakowałem razem z kilkoma butelkami wody i krakersami.

Opuściłem azyl. Drzwi otworzyły się z trudem, wypaczone przez ciepło. Suche powietrze drapało płuca, przez co ciężko było oddychać, lecz wiedziałem, że albo się przyzwyczaję, albo mogę wracać do schronu, zwinąć się w kłębek i poddać. Wybrałem pierwszą opcję. Zdjąłem koszulkę, założyłem czapkę z daszkiem i wyszedłem frontowymi drzwiami na spotkanie z palącym słońcem.

Wszystko wyglądało, jakby się roztopiło. Kształty były zamazane, zniknęły ostre krawędzie. Okolica ucichła. W pierwszym odruchu poszedłem do sąsiadów, lecz nie odpowiadali na pukanie, ani nawoływania. Obszedłem dom dookoła, czując, jak pot leje mi się po plecach. Sucha trawa trzeszczała pod stopami. Dom wydawał się opuszczony. Biorąc pod uwagę wszechobecną pustkę, wybiłem okno i wszedłem do środka.

— Halo! Jest tu ktoś? — zawołałem dla pewności, lecz odpowiedź nie nadeszła.

Skierowałem się do kuchni, mijając wiszące w przedpokoju kurtki i przestępując nad rozrzuconymi zabawkami, lecz zamarłem w progu. Pośrodku jasnego drewnianego stołu stała patelnia pełna zwęglonej jajecznicy. Na jednym z krzeseł spoczywał kształt, który przyciągał wzrok, wręcz hipnotyzował. Jak wskazywała wtopiona w ciało biżuteria, była to moja sąsiadką. Jej wygląd nie dawał nadziei, co do tego, że ktoś ocalał. Zdążyłem dostrzec jeszcze podeszwy stóp, kiedy wybiegałem zwymiotować w ogrodzie.

 

Wróciłem chwiejnym krokiem do domu. Próbowałem włączyć telewizor, lub radio, ale nie było prądu. Działała tylko komórka, lecz wyświetlała komunikat o braku dostępu do sieci.

Wygrzebałem z dna szafy stary plecak podróżny. Obchodząc dom zabierałem najpotrzebniejsze rzeczy, żegnając się z każdym kątem. Nie sądziłem, żebym miał do niego wrócić. Za priorytet uznałem znalezienie jedzenia, a potem ocalałych. Powtarzałem sobie jak mantrę, że nie mogę być ostatni na ziemi.

Wychodząc potknąłem się o dziennik leżący na ganku. Przenikająca cisza podkreśliła przyspieszone tętno, kiedy serce zabiło mocniej. Chciałem go zabrać, zachować świadectwo świata, jaki znałem do tej pory, lecz w ostatecznym rozrachunku wygrał strach. Wyobraźnia podsunęła niezliczoną ilość scenariuszy, w których napotkani ludzie odnajdują przy mnie przyznanie, że jestem głównym sprawcą katastrofy. Raczej nie byliby zachwyceni. Schowałem dziennik do torebki foliowej i zakopałem pod martwym drzewem, z którego zwisał sznurek pozostały po roztopionej słoninie.

 

Z braku lepszego pomysłu poszedłem do pobliskiego sklepu. Po drodze wypatrywałem jakichkolwiek oznak życia. Na marne. Wiatr był tak słaby, że nie poruszał nawet najdrobniejszych gałązek. Domy wokół patrzyły na mnie martwymi oknami, nieprzyjaźnie odbijając oślepiające słońce. Widok, który zastałem w delikatesach, nie należał do najprzyjemniejszych, lecz po tym, co zobaczyłem u sąsiadów, byłem na niego przygotowany.

Zapach zepsutego mleka i mięsa, wyczuwalny już od wejścia, zdradzał, że nie było potrzeby sprawdzać lodówek. Pomimo niechęci przeszukałem półki w poszukiwaniu jedzenia. Większość opakowań rozpłynęła się, zalewając zawartość plastikiem, ale udało mi się odnaleźć suchary, które po oderwaniu stopionego opakowania nadawały się do spożycia, oraz kilka puszek. Uchowały się też wszystkie produkty w szklanych butelkach, nie narzekałem więc na brak wody i alkoholu.

 

Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając cienie na alejki sklepu. Dom już pożegnałem, bojąc się, że jeśli choć raz spojrzę za siebie, cała determinacja wyparuje. Zanocowałem więc w sklepie. Ku mojemu zdziwieniu, pierwszy raz od dawna byłem zrelaksowany. Całe napięcie i niepewność zniknęły, odkąd znałem swoje położenie. Przynajmniej miałem motywację do działania. Odkorkowałem najdroższe wino, nalałem do kubka z pingwinem w czapce Mikołaja i usiadłem na zewnątrz.

— Za nowy dzień! — Uniosłem kubek ku słońcu. Upiłem łyk, krzywiąc się z niesmakiem – wino było zdecydowanie zbyt wytrawne. Wylałem resztę, odszukałem tańsze i o wiele smaczniejsze, po czym wróciłem na dwór.

Niebo powoli ciemniało, kiedy popijałem słodkie wino. Nie miałem co liczyć na pokaz barw, aż po horyzont nie było widać najmniejszej chmurki.

— Za dwa tygodnie święta — powiedziałem do siebie, ocierając pot z czoła — a jest gorąco jak na Karaibach.

Chwilę siedziałem, uśmiechając się do absurdu sytuacji, gdy z pobliskich krzaków dobiegło nieśmiałe cykanie świerszcza. Zaśmiałem się na głos, czując, jak wilgotnieją mi oczy.

— Cześć, maluchu — zawołałem. — Nawet nie wiesz, jak miło cię słyszeć.

Dopiłem resztę wina i rozpłakałem się na dobre. Zasnąłem zwinięty w kłębek.

 

Obudziło mnie łupanie w czaszce. Wdzięczny, że słońce dopiero wschodzi, otworzyłem zapuchnięte oczy i przeciągnąłem obolałe od spania na ziemi ciało. Skarciłem się w myślach za wypicie całej butelki wina. Dobrze, że przynajmniej nie oddaliłem się od sklepu, w którym były zbawienne tabletki na kaca. Wziąłem od razu trzy, popijając dużą ilością wody.

Uznałem, że nadszedł moment na założenie nowego dziennika. Z niewielkiego działu papierniczego, składającego się z dwóch półek, wziąłem zeszyt z namalowanym na okładce czerwonym robotem. Nie był w moim stylu, lecz do wyboru miałem jeszcze wróżkę z przejrzystymi skrzydełkami lub pluszowego misia. Uznałem za nawet zabawne, że będę wiecznym piórem zapisywał historię końca świata w zeszycie dla dzieci.

— Przynajmniej będę mógł udawać, że mówię do ciebie — powiedziałem patrząc na uśmiechniętego robota. — To dopiero ironia losu. Kiedyś wiele bym dał, żeby dano mi pracować w spokoju. Unikałem kontaktu z innymi, a teraz gadam do zeszytu, bo brakuje mi ludzkiego głosu.

Nie chciałem przebywać w sklepie dłużej, niż potrzeba, mdliło mnie od wszechobecnego odoru rozkładu. Wyszedłem z zeszytem w garści na zewnątrz, usiadłem w cieniu i na pierwszej stronie wyrysowałem schemat mapy. Zaznaczyłem dom i sklep, strzałkami określiłem kierunki okolicznych miast. Postanowiłem kierować się do oddalonego o trzydzieści kilometrów Monachium, skąd dalej mógłbym próbować szczęścia w głównej siedzibie projektu, która znajdowała się w bazie lotniczej w Lechfeld. Liczyłem, że nie będę musiał wędrować dalej. Największe nadzieje pokładałem w największym mieście w okolicy.

— Myślisz, że damy radę? — zwróciłem się do robota, który dalej uśmiechał się z okładki.

***

 

17 grudnia 2026r.

Upał znacząco mnie spowolnił, lecz dotarłem do obrzeży Monachium. Zajęło to cały dzień. Nie próbowałem wchodzić głębiej w miasto, nagrzane budynki promieniują nieznośnym ciepłem. Nawet, jeśli ktoś przeżył schowany w piwnicy, lub metrze, nie ma szans na przetrwanie. Jestem pewien, że gdybym wszedł między wieżowce, ugotowałbym się żywcem.

Ruszam do Lechfeld.

 

24 grudnia 2026r.

Jestem w bazie od wczoraj. Z początku miałem problem dostać się do środka, posterunków pilnowali martwi strażnicy, a przez brak prądu nie działały wejścia elektroniczne. Przełamałem jednak odrazę i zacząłem szukać kluczy do bocznego wyjścia awaryjnego, które zawsze miał przy sobie dowódca warty. Nie było to łatwe, strażnicy byli nie do rozpoznania, musiałem posiłkować się nieśmiertelnikami, które nieraz były wtopione w ciało. Odnalezienie Wulfrika wypompowało ze mnie wszystkie siły, długo zbierałem się do przeszukania go. Na szczęście klucze trzymał w kieszeni.

Dzisiaj wigilia. Przynajmniej tak wynika z moich obliczeń. Dawno nie obchodziłem świąt, ale w obecnej sytuacji myślę, że zrobię sobie parę dni wolnego. Rozejrzę się, powinienem tu znaleźć co najmniej kilka przydatnych rzeczy. Może nawet uda mi się uruchomić radiostację.

 

***

Baza lotnicza okazała się być całkowicie nietrafionym pomysłem. Cały sprzęt był najnowszej generacji, opierał się na geolokalizacji i komunikacji satelitarnej. Oba systemy wymagały połączenia z segmentami naziemnymi, które bez prądu nie działały. Jednak nie byłem jeszcze gotów pożegnać się z nadzieją. Podzieliłem się z nią kubkiem gorącej czekolady i postanowiłem wędrować z miasta do miasta, w poszukiwaniu ocalałych. Wiedziałem już, że nie przetrwały żadne zwierzęta, jedynie owady radziły sobie w nowej rzeczywistości.

Samotność powoli stawała się nie do zniesienia, więc zacząłem budować robota. Początkowo był prostą konstrukcją sterowaną ręcznie, lecz z każdym odwiedzonym miejscem rozbudowywałem go i udoskonalałem. Kiedy tylko czułem wzbierającą frustrację, włamywałem się do stojącego samotnie domu, czy nawet fabryki i szukałem części, które będą mogły się przydać. Jako pierwsze dałem mu działające dłonie. Dokładnie zaplanowałem i wyciąłem elementy, łącząc przeguby śrubami. Podłączyłem pneumatyczne siłowniki, aby mógł nimi poruszać. Po jakimś czasie skonstruowałem mały agregat, dzięki któremu zyskałem towarzysza wędrówek. Nazwałem go Gustaw.

Średnia ocena: 4.9  Głosów: 10

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Dekaos Dondi 3 miesiące temu
    Oj. Pkropko. Absolutnie na Tak!!! Znowu poruszyłaś wyobraźnię. Bardzo. Jakbym tam był. A poza tym płynnie się czyta.
    Tak trochę Twój tekst - w sensie stylu, treści i specyficznego klimatu - jarzy mi się z moim ulubionym - dawnym autorem - John Wyndham.
    Tak subiektywnie odczułem→5+..Pozdrawiam
  • pkropka 3 miesiące temu
    Dziękuję Dekaosie :D
    Będę musiała zapoznać się z Twoim dawnym ulubionym. Polecasz coś konkretnego od niego?
    Pozdrawiam <3
  • Dekaos Dondi 3 miesiące temu
    Najbardziej ulubione me, to ''Dzień tryfidów'' i ''Poczwarki'' Albo jest film - ''Wioska przeklętych''
    Najlepiej wyguglaj nazwisko:)) Twój tekst... to raczej z tą pierwszą, chociaż przyczyna dziwnej sytuacji inna. No ale wiesz... rzecz gustu:)
  • pkropka 3 miesiące temu
    Dziękuję :D poczytam i ocenię ;)
  • Mane Tekel Fares 3 miesiące temu
    Zrobiłem sobie przerwę w pisaniu, żeby poczytać i chyba przerwa będzie dłuższa. -:) Ach, ten warsztat i wyobraźnia. Podziwiam.
    Na dwie uwagi sobie pozwolę. 1) jest "okna parzyły" chyba literóweczka. 2) ostatnio dużo spaceruję. 5km w godzinę to spacerek. Przy ciężkich warunkach i problemach wydolnościowych myślę, że 12 h to bardzo dużo na 30 km odległość. Dwa dni to zdecydowanie za dużo.
    No może jeszcze jedno do ewentualnego zastanowienia się. Skoro jest tlen, to jest pewnie jakaś atmosfera. Przy ekspozycji słonecznej gorąco, ale pod koniec dnia, kiedy ziemia oddaje ciepło to powinno być prawdziwe piekło. Za to w nocy temperatura gwałtownie spada. To charakterystyczne zjawisko dla obszarów pustynnych.
  • pkropka 3 miesiące temu
    Czytaj i pisz na zmianę. To pisałam czytając Twoja serię (jeszcze muszę ją skończyć w wolniejszej chwili) ;) i dzięki za miłe słowa.
    Ad. 1. Poprawione - dobre oko.
    Ad. 2. Też najpierw dałam mu dzień na 30 km, ale w sumie to 35stopni, pół dnia miałby pewnie kaca i nie wie kiedy uzupełni zapas wody. Plus bagaż na plecach... Pomyślę, ale wydaje mi się to zasadne.
    Nie pomyślałam o spadku temperatury w nocy. Poczytam trochę więcej, ale pewnie masz rację i będę musiała wprowadzić jakieś małe poprawki. Pewnie zmarzłby tak spiąć na ziemi. Dzięki wielkie za sugestię <3
  • Mane Tekel Fares 3 miesiące temu
    pkropka Włącz stoper i przejdź 10 km. Wyjdzie Ci na zdrowie, a będziesz mieć porównanie.
    Z mojego doświadczenia: 12-14 minut na pokonanie kilometra po łakach, piachach i lekkich górkach. Po asfalcie kilometr to max 9 minut.
    Zmierz to sobie,..
    Kurde, tylko mam nadzieję, że nie wyszedłem na czepialskiego.
  • pkropka 3 miesiące temu
    Spoko, takie "czepialstwo" jest potrzebne ;)
    Ja tylko chodzę :p ale faktycznie jeszcze to sobie rozpiszę i przemyślę. Nie upieram się, póki nie przeliczę.
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    Po raz kolejny sprawiłaś, że widziałem to wszystko oczyma wyobraźni.
    Bardzo fajne pomysły. Notes z robotem, smak najdroższego wina, radość z odgłosu świerszcza.
    Normalnie nie mogę się doczekać kolejnej części.
    Jeśli mógłbym zauważyć, to było trochę błędów. Po pierwsze przed "lub" nie stawiamy przecinka. Po drugie było kilka literówek, ale na tyle dobrze się czytało, że tylko jeden błąd zacytowałem:
    "Pomimo niechęci przeszukałem półki w poszukiwaniu jedzenia."
    Przeszukałem w poszukiwaniu - trochę masło maślane.

    Podobało mi się.

    Pozdrawiam.
  • pkropka 3 miesiące temu
    Witaj Antoni!
    Bardzo mi miło <3
    Serio przed "lub" nie stawiamy przecinka? :o ja go nagminnie wpycham, w sumie sama nie wiem czemu. Aż poczytam co i jak. Dziękuję.
    Masz rację z masłem. Poprawię przy okazji przecinków.
    Dzięki raz jeszcze i też pozdrawiam :)
  • Ritha 3 miesiące temu
    „Na jednym z krzeseł spoczywał kształt, który przyciągał wzrok, wręcz hipnotyzował. Jak wskazywała wtopiona w ciało biżuteria, była to moja sąsiadką” – świetne!

    „— Za nowy dzień! — Uniosłem kubek ku słońcu” – świetna puenta wcześniejszych akapitów
    „Chwilę siedziałem, uśmiechając się do absurdu sytuacji” – i to mi się podoba

    „— Cześć, maluchu — zawołałem. — Nawet nie wiesz, jak miło cię słyszeć.
    Dopiłem resztę wina i rozpłakałem się na dobre. Zasnąłem zwinięty w kłębek” – i to, klimat 10/10

    „Kiedyś wiele bym dał, żeby dano mi pracować w spokoju. Unikałem kontaktu z innymi, a teraz gadam do zeszytu, bo brakuje mi ludzkiego głosu” – creepy (i najgorsze, że gdzieś tam się identyfikuję, w ogóle opko w me gusta, to już pisałam w pierwotnej wersji tej historii, gdy była jeszcze tw, a rozszerzenie tylko wzbogaca)

    Postapo, dziennik z dziecięcym motywem, szkic mapy, matko bosko opowijsko, aż mnie szturcha, że Cmyka nie piszę. Pisz, pisz dalej. Może mnie zmotywuje.

    „zrobię sobie kilka dni wolnego. Rozejrzę się, powinienem tu znaleźć co najmniej kilka przydatnych rzeczy” – 2 x kilka

    „Podzieliłem się z nią kubkiem gorącej czekolady i postanowiłem wędrować z miasta do miasta, w poszukiwaniu ocalałych. Wiedziałem już, że nie przetrwały żadne zwierzęta, jedynie owady radziły sobie w nowej rzeczywistości.
    Samotność powoli stawała się nie do zniesienia, więc zacząłem budować robota” – Jestem legendą <3 (gdy pies, ostatni towarzysz, mu zdychał wyłam na całe mieszkanie, a Twoje opko idzie w ten klimat)

    Bardzo mi się podoba, Pkropka. Bardzo.
  • pkropka 3 miesiące temu
    Dzień dobry Ritho :)
    Niech Cię szturcha, bo ja podtrzymuję zdanie, że z chęcią bym postawiła Cmyka na półce.
    Ale myślę, że dużo mi nie zostało. Góra trzy części.
    Bardzo mnie cieszy, że Ci się podoba. Dziękuję <3
  • Kapelusznik 3 miesiące temu
    Niestety muszę dać 4
    Skala wydaje mi się trochę przesadzona - mimo że w poprzednim odcinku chwaliłem logikę, tutaj już ucieka

    Główne uwagi:
    1. Machina do kontrolowania pogody to broń, prawda? Czemu użyto ją na celach cywilnych w ojczyźnie? Ograniczone testy, tam gdzie mieli też bomby atomowe lepiej by zadziałały - wydaje mi się że używasz logiki gwiezdnych wojen - użyć gwiazdy śmierci na własnych cywilach - którzy płacą podatki - NIE MA SENSU! - To tak jakby w USA, Kannsas było powstanie = a amerykanie rozpierdoliliby atomówkami cały teksas!
    2. Wychodzi na to że większość ludzi zginęła - najpewniej i ci którzy obsługują cholerną maszynę też - jeśli żyją - czemu jej nie wyłączyli, jeśli nie żyją - jak maszyna utrzymuje swoją działalność, wystawiona nie tylko na wpływ wulkanu, ale też i słońca
    3. Czy machina wpływa na cały świat? Jeśli nie - inne państwa już prowadziłyby jakieś operacje by zakończyć istnienie maszyny, bo ameryka to wielki kontynent i warto cholerstwo kolonizować
    4. W jaki sposób maszyna wojskowa o takiej mocy nie miała awaryjnego wyłącznika?
    5. Nawet tak szybkie przejście na 50 stopni ludzi by nie zabiło - w Dolinie śmierci było ponad 50 stopni i ludzie przetrwali.

    No i tyle z uwag
    na razie 4
    Pozdrawiam
    Kapelusznik
  • pkropka 3 miesiące temu
    Witaj Kapeluszniku,
    Miło Cię gościć i cieszę się, że zaangażowałeś się w historię. Fajnie, że masz tak daleko idące przemyślenia. Tylko jedna sprawa, może trochę rozjaśni - maksymalna temperatura wyniosła 150 stopni. Nie 50.
    Jeżeli chodzi o testy - biznes, szybkie tempo - wystarczy nie przewidzieć jednej rzeczy. Oczywiście, że nie zamierzali atakować, ani jechać od razu na taką skalę.
    Co do reszty świata, też o tym myślałam, bo potrzebuję wiedzieć jak wyglądałby świat ogółem. Ale opowiadanie jest o jednym człowieku, pośrodku tego wszystkiego, który nie wie co się dzieje i nie ma dostępu do informacji. Myślę, że w którejś kolejnej części będzie o tym wspomniane ale na razie na to za wcześnie ;)
    Dziękuję serdecznie za wizytę i pochylenie się nad treścią.
    Pozdrawiam cieplutko.
  • Mia123a 2 miesiące temu
    Noo i co ja Ci mogę tu ten... powiedzieć? Nie wiem no, piszesz tak obrazowo, że czytelnik wszystko widzi, kolejne fragmenty, kolejne wędrówki, etapy tworzenia robota. Poruszyłaś wyobraźnię. Cudowne opowiadanko!
    Pozdrawiam :)
  • pkropka 2 miesiące temu
    Dzięki śliczne Mia za wizytę i miłe słowa.
    Teraz tylko muszę utrzymać poziom do końca (albo iść w górę). Chyba to jest to, co mnie przeraża w seriach.
  • kalaallisut 2 miesiące temu
    Jestem i tu:) Fajny pomysł z robotem. Ładne opisy bardzo plastyczne i klimatyczne. I zeszyt dla dzieci również;) Lecę do 3 części.
  • Aga jednostrzały miesiąc temu
    I tutaj też przyjemnie :) płynnie i lekko się czyta xd podlece jeszcze dalej...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania