Poprzednie częściOto wielka tajemnica Sherlocka Holmesa!  

Oto wielka tajemnica Sherlocka Holmesa!

Oto wielka tajemnica Sherlocka Holmesa! On był swego czasu żonaty. Niby to nic nadzwyczajnego wśród dżentelmenów. Jednak nie w tym tkwi ciężar sprawy. Jego żoną była Polka – Anna Braclawsky, która przybyła swego czasu do Anglii wraz z ojcem i pozostała tu na kilka następnych lat. Oczywiście wygląda to na jakąś fantazje, ale czy to, czego dowiadujemy się z lekcji historii, jest zawsze prawdą? A czy to, o czym słyszymy, w przekazywanych nam codziennie wiadomościach zawsze zgodne jest z rzeczywistością?

Tu jednak ważną rolę odgrywa nic innego jak tylko dokument, czyli w tym przypadku akt ślubu zachowany w Archiwum Królewskim w Londynie oraz notatki brata Sherlocka – Mycrofta Holmesa.

Sherlock poznał tę niewiastę około roku 1878 roku. To był niby przypadek, ale jak wiemy, rzeczywistością rządzą inne czynniki niż te, które tylko dla własnej wygody nazywamy przypadkiem lub zbiegiem okoliczności.

Pewnego wiosennego dnia w jednym z parków w Londynie odpoczywał sobie na ławce młody Sherlock. Lekko sobie uciął drzemkę, a tu nagle podbiegł do niego mały piesek. Niby nic nadzwyczajnego, bo w parku często można spotkać ludzi spacerujących z pieskami. To zwierze wyróżniało się tym, że oprócz obroży miało smycz. Sherlock od razu domyślił się, że ono urwało się komuś i uciekło. Pies wyglądał na zadbanego, więc nasz mody detektyw pomyślał sobie, że należał zapewne do jakiejś zamożnej rodziny, zwłaszcza że nawet pachniał drogimi perfumami. Sherlockowi nie pozostało nic innego jak zająć się tym psem, to znaczy odnaleźć właściciela. Sprawa nie należała do skomplikowanych, bo na obroży znajdował się napis: Douglas. To było nazwisko znanej londyńskiej rodziny, właścicieli trzech domów towarowych. Zatem nasz detektyw zabrał z sobą psa i postanowił udać się do siedziby tej rodziny. Ubrał się elegancko, jak przystało na londyńskiego dżentelmena, lecz aby bardziej podkreślić swoja indywidualność, użył słynnych francuskich perfum i wziął z sobą najnowszy model fajki, lecz angielskiej.

W godzinach wieczornych pojawił się przed siedzibą rodziny Douglas, stanął przed głównymi drzwiami ich neogotyckiej willi i mocno zapukał do drzwi. Po jakimś czasie pojawił się lokaj.

- Pan do kogo i w jakiej sprawie? – zapytał lokaj, wymawiając słowa powoli, lecz dostojnie.

- Nazywam się Sherlock Holmes. Znalazłem pieska w parku, na obroży jest nazwisko właściciela – równie spójnie i powiedział Holmes. – Oto piesek – wskazał ręką na zwierze.

- Ach tak, zgadza się. Nasz pies zaginął. Jesteśmy panu wdzięczni. Proszę, wejść do środka. Co prawda państwa Douglas teraz nie ma w domu, ale z ich upoważnienia podziękuję panu panna Braclawsky – powiedział lokaj i gestem ręki zaprosił do środka.

Sherlock Holmes wszedł do holu i trochę poczuł się zaskoczony, gdyż wnętrze przypominało coś w rodzaju muzeum. Na ścianach wisiały obrazy o jednolitej tematyce, a mianowicie poświęconej myślistwu. To jakby nie pasowało do wnętrza mieszczańskiej rezydencji, lecz do jakieś zamku lub pawilonu myśliwskiego, no ale o gustach się nie dyskutuje.

Po chwili pojawiła się w holu owa niewiasta. Była to młoda osoba, o silnym i innym uroku niż angielskie panny w jej wieku.

- Pan życzy sobie? – zapytała delikatnie.

Holmes, chociaż zwykł być odpornym na różne wstrząsy mężczyzną, tym razem zamarł z wrażenia. Uroda tej niewiasty sparaliżowała jego umysł, dopiero po chwili doszedł do siebie i opowiedział historyjkę o piesku w parku.

W oczach panny Braclawsky zauważył lekki, tajemniczy uśmiech i nawet pewne zdziwienie. Nic więcej nie powiedział, przekazał jej pieska, podziękował za spotkanie i wyszedł.

Wracając do domu, a poszedł pieszo, bo chciał trochę porozmyślać, zastanawia się głęboko nad urodą tej niewiasty. Od razu stwierdził, że nie jest ona Angielką. Jej uroda miała coś w sobie pociągającego, lecz nie mógł pojąć, czym jest ten sercowy magnes, to uczucie zachwytu ową tajemniczą, lecz uroczą niewiastą.

Gdy przyszedł był już do domu, to usiadł spokojnie do kolacji i dalej rozmyślał o tej pannie Braclawsky. Sherlock był racjonalistą i uważał, że wszystko ma swoją przyczynę a czary i oczarowywanie to sprawa wynikająca jedynie z niezrozumienia praw świata lub skutek żałosnej sztuki oszukiwania. Jednak w tym przypadku jego trzeźwy rozum uległ namiętnościom wzbudzonym urokiem tej panny.

Holmes postanowił dowiedzieć się więcej niej i tenże zamiar, jak się później okazało, miał historyczne znaczenie Była to bowiem jego pierwsza zagadka, co prawda miłosna.

Młody detektyw postanowił posłużyć się kilkunastoma chłopcami londyńskimi, którzy na jego zlecenie mieli dokonać rozpoznania i znaleźć sposób na dotarcie do panny Braclawsky. Ich zadaniem było zdobycie informacji na temat codziennych zwyczajów niewiasty, oczywiście dotyczyło to wszystkiego, co mogło zdarzyć się poza jej domem.

Wysłał więc chłopaków w okolice domu Douglasów i czekał na rezultat. Po trzech dniach zgłosili się do niego owi mali pomocnicy.

- Wiemy sporo i mamy dobre wiadomości. Panna Braclawsky wychodzi każdego popołudnia, dokładnie siedemnastej godzinie, z pieskiem do parku. Przebywa tam około jednej godziny, potem wraca do domu i więcej nie wychodzi – powiedział jeden z chłopaków.

- To mi wystarcza – powiedział Holmes i zapłacił chłopakom za wykonanie zadania. Teraz już wiedział, co ma zrobić, po prostu postanowił udać się o tej porze do parku i spokojnie czekać na to niby przypadkowe spotkanie z panną Braclawsky.

Następnego dnia około siedemnastej godziny siedział Holmes spokojnie na ławce w parku i czytał sobie „Times”, czasami dyskretnie rozglądał się wokoło.

Po jakimś czas zobaczył małego pieska rodziny Douglas prowadzonego przez starszą panią. Zdziwił się bardzo i zdenerwował, nie przewidział takiej zmiany, a przecież jego obserwatorzy przez trzy dni regularnie obserwowali pannę Braclawsky i pieska.

„W życiu przecież wszystko może się raptownie zmienić, zatem muszę od początku sprawdzić, co jest przyczyną tej zmiany” – pomyślał sobie Holmes, zapalił fajkę i dalej spokojnie czytał sobie gazetę. Po chwili jednak zobaczył, że do starszej kobiety z pieskiem podchodzi szybko panna Braclawsky. Holmes ucieszył się i wstawszy z ławki, podszedł spokojnie do tych dwóch pań z pieskiem.

- Witam, szanowne panie! – ukłonił się życzliwie, czekając na odwzajemnienie.

- Ach to pan! – rozpoznała go szybko panna Braclawsky i się uśmiechnęła.

Holmes co prawda nie zaczerwienił się z radości, ale serce mu zabiło mocno. „Od tej chwili zależy wszystko, zatem do dzieła!” – pomyślał sobie Holmes.

- Cieszę się bardzo, że piesek zdrowy i widzę, że panie też zadowolone. Do tego pogoda sprzyja, zatem życzę miłego wypoczynku! – powiedział Holmes i ukłonił się z lekkim, ale radosnym uśmiechem, ale delikatnie spoglądał w stronę panny Braclawsky, szukając w jej oczach odwzajemnienia. Dostrzegł na jej twarzy ciepły i tajemniczy uśmiech, a to mu wystarczyło i zrozumiał, że ma szansę zdobycia jej serca.

Po chwili oddalił się i poszedł do domu. Teraz liczył się dla niego czas, szykował się do następnego spotkania, lecz musiał je tak zorganizować, żeby doszło do dłuższej rozmowy i nawiązania znajomości. Przyjął za stosowne użycie starej zasady w rozwiązywaniu problemów, a mianowicie „przez działanie tym samym na to samo”, ale przy użyciu szoku. Wymyślił sobie, że gdy spotka pannę Braclawsky w parku, to podejdzie do niej z psem. Postanowił pożyczyć od przyjaciela, doktora Watsona, jego rottweilera. Wiedział, że to groźny pies i przyda się do sprowokowania zaczepki. Przypuszczał, że rottweiler zaatakuje psa panny Braclawsky i to zajście wzbudzi emocje oraz spowoduje nawiązanie intensywniejszej rozmowy.

Tak też planując, pojawił się z rottweilerem w parku o godzinie siedemnastej, oczekując spotkania. Spacerując alejkami parku, nagle zobaczył ją i jej pieska. Powoli zbliżył się do niej i w tym momencie jego rottweiler podskoczył do tego małego pieska, zaczął głośno szczekać.

To zamieszanie wykorzystał Holmes i szarpnął za smycz rottweilera, podciągnął ją do siebie. Podszedł szybko do niej i objął ją, sugerując, że chroni ja przed swoim groźnym psem. Zaskoczona tym zdarzeniem panna zaczerwieniła się i lekko odsunęła się od Holmesa.

- Ach, cóż to dzieje się, pan niechże pilnuje swego psa! – powiedziała.

- Droga pani, jakże to wielkim zaszczytem jest dla mnie, że mogę ochronić panią. Mam nadzieje, że nie odmówi mi pani zadośćuczynienia za ten niezamierzony atak? – zapytał pokornie Holmes.

Panna Braclawsky spojrzała na niego lekko zażenowana i trochę się nawet oburzyła. Po chwili, patrząc się na pokorną postawę Holmesa, zamyśliła się, lecz nic nie powiedziała.

- Zapraszam panią jutro wieczorem do opery, akurat jest „Tosca’ Pucciniego. Mam nadzieję, że ta dzieło muzyczne przywróci pani dobre samopoczucie po tym nieszczęsnym ataku – odważnie powiedział Holmes i również poważnie spojrzał na pannę, lecz ona tylko lekko pochyliła głowę na znak zgody. – Pozwoli pani, że przyjdę jutro o osiemnastej i zabiorę panią do opery – dodał stanowczo.

I tak się stało. Następnego dnia Holmes i panna Braclawsky spędzili wieczór w operze. Życie toczyło się w Londynie dalej powolnym swoim nurtem, lecz jedynie życie Holmesa nabrało w tym czasie innego rozmiaru. Do tego bezwątpienia przyczyniły się spacery z panną Braclawsky i odwiedziny różnych teatrów, Aż wreszcie zdarzyło się coś nadzwyczajnego. Oto młody Holmes, mając wtedy dwadzieścia cztery lata poprosił o rękę Annę Braclawsky, dwudziestoletnią pannę o rękę. Siła uczucia, uroda niewiasty oraz młodzieńczy wiek zmieniły życie Holmes. Po kilku miesiącach stanął on i ona na kobiercu ślubnym. Wesele było, co prawda skromne, ale typowe jak na angielskie zwyczaje. Oczywiście świadkiem był dr Watson i jego żona a rottweiler został w domu, lecz otrzymał dobrą porcję weselnej potrawy, gdyż to on przyczynił się do tej sprawy.

Sherlock i Anna Holmes zgodnie ze zwyczajem mieszczańskim udali się w podróż poślubną do Francji. Młody detektyw nie zapomniał zabrać swojej angielskiej fajki…

Tu urywa się opowieść Mycrofta Holmesa, no bo jako dżentelmenowi nie wypadało pisać o sekretach poślubnej podróży, bo wiadomo, z czym się ona kojarzy.

 

Postscriptum

Zdaję sobie sprawę, że ten tekst wzbudzi u Czytelników dziwne uczucia, lecz proszę zrozumieć, że liczy się tu nie demagogia, czy fantazja, lecz dokument. To on zawiera ten podany wyżej opis z życia Holmesa. Dokumentem tym są notatki Mycrofta Holmesa, brata Sherlocka, a "Quod scripsi, scripsi!" – jak to powiedział swego czasu Poncjusz Piłat.

Na tym nie kończy się historia miłości Sherlocka Holmesa, a dalsza jej część nie jest tak radosna, jak ta, lecz tragiczna. O tym w następnym odcinku notatek Mycrofta Holmesa, które znalazłam na strychu mojego domu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Harvey 3 tygodnie temu
    ciekawe

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania