Pamiętna plaża

Po deszczowym poranku widok Lizbony z baszty starego zamku prezentował się imponująco. Słoneczna mgła nie raziła w oczy, a kontury miasta rysowały się wyraziście. Joanna potrafiła odnaleźć znane sobie budowle. Szerokie wody Tagu przyciągały wzrok, a panorama miasta nigdy nie była tak wspaniała.

Kobieta trzymała się kurczowo wystającego blanku, gdyż wymagały tego zasady bezpieczeństwa. Organizatorzy prosili aby zwiedzający poruszali się ostrożnie, gdyż wszelkie ekstrawagancje groziły upadkiem z wysokości około dziesięciu metrów. Przyjaciółka Joanny cierpiąca na lęk wysokości zrezygnowała ze zwiedzania tej niewątpliwej atrakcji stolicy Portugalii.

Joanna przystanęła przy kamiennym zębie, oczami wyobraźni widząc pomiędzy wolnymi przestrzeniami w murze stojących łuczników celujących z łuku w stronę wroga. Stała zamyślona, gdy nagle usłyszała przyjazny ciepły głos nieznanego mężczyzny.

— Czy nie za lekka ta kurteczka na dzisiejszą wyprawę? Masz kaptur i rękawiczki, ale drżysz z zimna.

Nie pytając o zgodę, zarzucił jej szybko na plecy włochaty pled. Ogarnęło ją przyjemne ciepło, a silny uścisk rąk przyprawił o lekki zawrót głowy. Nie przyznała się do wzruszenia ani nie protestowała, gdy musnął jej policzek wilgotnymi ustami. Obejmował ją coraz mocniej, dotykając delikatnie piersi. Zaniepokoił ją ten błogostan.

Znasz trochę to miasto, nieprawdaż? Opowiedz mi co nieco o jego zabytkach!

W tejże chwili wyręczył ją przewodnik, który omawiał poszczególne budowle i sekrety miasta.

— Myślę o wydarzeniach, które zrujnowały ten zamek. Niewiele z niego pozostało.

— Przez ostatnie trzy lata starałem się bez przerwy zdobyć twoje względy. Nazywam się Andrzej Pilichowski. Wiem, że masz na imię Joanna i nagminnie mnie unikasz. Czy jestem taki straszny? Zabijam wzrokiem jak bazyliszek?

— Kilkakrotnie zwracałeś się do mnie po angielsku. Sądziłam, że jesteś Holendrem, patrząc na te ciemnoblond włosy i nieskazitelnie błękitne oczy.

— Miałem nadzieję, że jako Anglik zyskam twoją sympatię, ale myliłem się. Ten czarujący Marcello Mastroianni wpatrywał się w ciebie jak w dwunastą muzę. Nie szczędziłaś mu uśmiechu, a mnie zbagatelizowałaś. Dlaczego uciekasz przede mną?

— Wprawiasz mnie w zakłopotanie, mój piękny panie. Czułe gesty, dźwięcznie brzmiący baryton…

Miłe przekomarzanie się przerwał ich opiekun, prosząc o ustąpienie miejsca drugiej grupie.

Zwracając się ku swojemu towarzyszowi, Joanna pechowo postawiła stopę i wykręciła ją w kostce. Andrzej przytrzymał ją w talii. Lekko kulała. Strażnik obiektu chciał wezwać pomoc, ale kolega wziął ją w ramiona i powoli zeszli na trawnik. Noga lekko bolała, ale Joanna uniknęła zwichnięcia. Na wszelki wypadek Andrzej obandażował ją elastyczną opaską.

— Dziękuję, jesteś przygotowany na wszystko.

— Do usług, miła koleżanko!

Zaskoczona zaistniałą sytuacją pomyślała, że doznaje uczucia niezwykłej lekkości bytu. Nie drażnił ją ten zagadkowy mężczyzna, podziwiała muskularne ramiona, przytulała się do szerokiej piersi, gdy niósł ją na rękach. Lgnęła do niego jak zwariowana nastolatka, a ona przecież przekroczyła już czterdziestkę. Jej wewnętrzny spokój uległ zakłóceniu, ta podróż zaczęła przybierać inny wymiar. Turystyka zeszła na drugi plan. Kusiło ją to atletyczne ciało. W duchu kilkakrotnie powtarzała sobie pytanie, czy on nie drwi z niej.

 

***

W czasie wycieczki byli przypisani do miejsc w dwóch różnych autokarach. Spacerując po mieście obejmowali się jak para znająca się od dłuższego czasu. Pod wysokim figowcem całowali się pod osłoną szeroko rozpostartych gałęzi.

— Moja babcia wyhodowała w swoim ogrodzie podobną roślinę, która zakwitła na różowo podobnie jak to drzewko. Dostałam ją w prezencie, ale musiałam wyrzucić, gdyż opanowało ją robactwo.

Ich szczery zachwyt wzbudził tulipanowiec o żółtych kwiatostanach do złudzenia przypominających swoich imienników.

W klasztorze Hieronimitów przykuły ich uwagę złote figury świętych i bogate wyposażenie świątyni. Niektórych protestantów raził ten widok. Oprowadzający podjął ten wątek. Do siedemnastowiecznej Portugalii wpływały karawele pełne szlachetnych metali z nowo zdobytych kolonii, które obfitowały w złoża cennego kruszcu i kamieni szlachetnych.

Andrzej szepnął jej do ucha:

— Będę musiał założyć ci na palec wielki złoty pierścionek z perełką i sieczką diamentów na wspomnienie tego kraju. Odrzucisz mnie ze skromniejszym darem. Kobiety uwielbiają błyskotki i przechwalają się biżuterią.

— Nie wygłupiaj się, wariacie. Nie znasz mnie jeszcze.

 

***

Przechadzkę zakończyli w stylowej restauracji, której ściany zdobiły niezliczone scenki rodzajowe z „azulejos”, biało-niebieskich płytek ceramicznych. Niektóre domy mieszkalne były też nimi udekorowane. Zimą i jesienią spada wiele opadów deszczu w tym nadmorskim mieście.

Andrzej i Joanna nie zasiedli przy jednym stole, gdyż organizatorzy spotkania postarali się, aby zbliżyć do siebie przedstawicieli różnych narodowości. Na gości czekały upominki w postaci wypalanych kafelków o różnymi wzorach.

Joanna długo rozmawiała z Czechem z Kroměříž’a. Pochwaliła uprzejmość mieszkańców tego regionu. Tam zrealizowała czeki podróżne, których gdzie indziej nie honorowano z uwagi na nieidentyczny podpis. Jej tata zakupił tam ciekawe płyty z oryginalnymi nagraniami Enrico Caruso.

Jiří podzielił się z nią wspomnieniami z pobytu na stypendium w Warszawie, gdy szalała inflacja. Ambasada Czechosłowacji wspierała jak mogła swoich rodaków. Pomimo ewidentnych trudności materialnych nie chciał wrócić do Pragi. Codziennie chodził do kina, gdyż większość amerykańskich filmów, które wyświetlano w Polsce, była niedostępna u naszych południowych sąsiadów, wręcz zakazana. Od tamtego czasu stał się nałogowym kinomanem. Już wybrał seanse, na które wybierze się wieczorem.

Joannę ciągnęło w stronę wybrzeża Atlantyku, kurortów Escoril lub Cascais z eklektycznymi zamkami. Rozglądała się za Andrzejem, ale nowy przyjaciel jakby zapadł się pod ziemię. Ogarnęło ją zwątpienie w szczerość jego wyznań. Serwowano piwo, napój, za którym nie przepadała. Zerknęła na rozkład jazdy. Za pół godziny odjeżdżał pociąg do Cascais. Pożegnała się ze znajomymi i z raną w sercu odeszła.

***

Mama często jej powtarzała, że w życiu kieruje się za nadto emocjami a nie zdrowym rozsądkiem. W głębi duszy przyznała rację swej rodzicielce. Zaczęła realizować przygotowany wcześniej plan poznawania wybrzeża. Snuła się po siedzibie hrabiego de Castro Guimaraes, urzekły ją oryginalne drewniane sklepienia i kompozycje z „azulejos” widoczne nawet na kominkach.

Popłakiwała nieco na ławce w parku, winiła się za łatwowierność i naiwność, której jako dorosła kobieta nie powinna ulegać. Jej dawny chłopak powiedział jej w szkole, że żyje w swoim własnym nierealnym świecie. Niewątpliwie miał rację. On wychował się w rozwiedzionej rodzinie, a ona była rozpieszczaną jedynaczką.

Ominęła latarnię morską i zboczyła z malowniczej promenady w stronę plaży. Morskie fale rozbryzgiwały się z szumem, który ją uspokajał. Dawał wytchnienie rozżalonemu sercu. Nieopodal dwie Angielki skakały z radością przez rozhukane grzywacze. Królowały trzy kolory, błękit nieba, granat spienionych fal i biel.

W odległości około dwustu metrów zauważyła budkę telefoniczną. Postanowiła porozmawiać z tatą, ale marynarz okupujący telefon nie zamierzał szybko skończyć rozmowy. Mógł wyruszać w rejs i czekało go długie rozstanie z dziewczyną. Spokojnie czekała bawiąc się zebranymi muszelkami. Młody chłopak przeprosił ją za niegrzeczne zachowanie. Nie miała mu tego za złe.

Opowiedziała o wrażeniach z podróży stęsknionemu ojcu, którego zaintrygował głośny świst wiatru i odgłosy morza. Wystawiła słuchawkę na zewnątrz, aby tata odczuł niepowtarzalną atmosferę tego miejsca.

Ledwo zdążyła zamknąć drzwi, gdy dobiegło ją głośne nawoływanie Andrzeja.

— Dlaczego uciekasz przede mną? Na szczęście Jiří zdradził mi twoje plany, kochana złośnico! Czy ja cię kiedykolwiek ujarzmię?

— Nie przemawiaj do mnie tekstami z Szekspira! Po prostu zostawiłeś mnie, kłamco!

— Jest w tym jedno pocieszenie, trochę zależy ci na mnie. Dziekan Wydziału Farmacji zaprosił mnie do osobnej sali na rozmowę o współpracy, która nieco się przedłużyła. W restauracji pozostało jeszcze kilka osób, głównie Czechów, którzy znali twoje zamierzenia. Przyjaciel pożyczył mi samochód i dotarłem w końcu do ciebie. Zwątpiłaś we mnie. Spójrz mi prosto w oczy! Zaklinam się, mówię prawdę!

— Rozglądałam się za tobą, ale zaginął wszelki ślad.

— Dokąd zmierzamy, niestrudzona wędrowniczko?

— Do Boca do Inferno czyli do Ust piekieł

— Niesamowita nazwa, wolałbym do raju!

Pogodzeni ze sobą weszli do niewielkiej jaskini, gdzie kotłowała się morska kipiel. Przez stosunkowo niewielki otwór w skale przelewały się wody oceanu, tworząc swoistą mgiełkę. Usiedli razem na kamieniu, aby podziwiać niepowtarzalny spektakl natury. Andrzej pocałunkami spijał słone krople wody z jej twarzy. Jedna z Amerykanek uznała ich za świeżo poślubionych małżonków w trakcie miesiąca miodowego. Nie sprostowali pomyłki. Wzajemne obcowanie dawało im poczucie szczęścia. Czas mijał niepostrzeżenie. Warto było pomyśleć o powrocie.

Pod murami mauretańskiej części zamku rozciągała się maleńka plaża. Brodzili po płytkiej wodzie bosymi stopami, z entuzjazmem witając każdą napływającą łagodną falę. Zostawili plecaki w samochodzie. Mieli zamiar odpocząć w okolicznej zatoczce. Tam nie waliły morskie bałwany, a ocean przypominał pomarszczoną taflę jeziora tuż przed zmrokiem. Spora grupka młodzieży korzystała z uroków tego miejsca.

Andrzej zaproponował aby się wykąpali w bezpiecznym zakątku Atlantyku. Większość dziewczyn nie miała stroju kąpielowego. W zachodzącym słońcu błyszczały różnokolorowe części damskiej bielizny. Jedna z kobiet wskazała Joannie maleńki kiosk, który oferował kostiumy o niewygórowanych cenach. Andrzej wyposażył ich w niezbędne akcesoria.

Z przyjemnością zanurzyli się w morzu. Joanna nieźle pływała. W wodzie czuła się jak w swoim żywiole, wszak urodziła się pod znakiem raka. Andrzej podziwiał jej zgrabne ruchy, przypatrywał się silnym odbiciom stóp i okrężnym zamachom rąk w delfinie. Zbliżył się i wpatrywał w jej długie wysmukłe nogi.

— Dajmy spokój brawurze, fale uderzają coraz silniej. Dopłyńmy do brzegu!

Zatrzymali się, gdy nogi Andrzeja sięgnęły gruntu. Bawił się mokrymi włosami Joanny. Układał je na plecach i piersiach. Pozostali sami w kąpielisku. Mężczyzna unosił ją ponad wodą jakby nic nie ważyła. Stanęła mu na ramionach i wskoczyła do wody w salcie. Przytulał ją coraz mocniej. Delikatna bryza zachęcała do chlapania się w wodzie. Przeważyła troska o partnerkę, opuścili przyjazne im środowisko. Otulił ją prześcieradłem, które uwydatniło jej krągłości.

— Jesteś moim ideałem, piękną Heleną de Fourment, narzeczoną Rubensa o barokowych kształtach i ciemnej cerze.

Nagle przestał owijać ją białą tkaniną, zmienił kierunek ruchu, pragnął odsłonić jej nagość. Rozłożył kocyk na piasku. Chroniła ich przed widokiem obcych dorodna pinia. Padli sobie w objęcia jak dwoje zagubionych kochanków wśród nocnej ciszy i odgłosu oceanu.

Dotarło do nich światło latarni, które w różnym natężeniu odkrywało tajemnice ich ciał. Amatorskim aparatem Andrzej pstrykał zdjęcia ukochanej, jej nabrzmiałe piersi jakby istniały osobno, długie włosy zasłaniały brodawki i zakrywały raz jeden sutek raz drugi. Ziarna piasku lśniły jej na plecach jak wiórki kamieni szlachetnych.

— A jeśli ktoś nas obserwuje, uprawianie seksu na publicznej plaży chyba jest niedozwolone.

— Każdy kiedyś zbłądził. My przeżywamy naszą pierwszą noc majową w bajkowej scenerii. Cieszmy się każdą chwilą. Ona nie powróci jak ta fala.

W tym momencie zawładnęła aparatem i zrobiła serię bajecznych fotografii Andrzejowi o wyprostowanej sylwetce z ramionami w górze.

— Mam cię, mój Heraklesie. Jesteś niesamowitym atletą niczym Dawid Michała Anioła, nawet przystojniejszy.

— Zapomniałaś o listku figowym!

— Nie bądź bigotem! Masz fantastyczną rzeźbę ciała jak antyczne posągi!

— W młodości uprawiałem lekkoatletykę, nawet uczestniczyłem w mistrzostwach Polski w rzucie oszczepem i zająłem trzecią lokatę. Potem rozpocząłem studia, a sport zszedł na drugi plan. Ty nie trenowałaś pływania?

— Nie zakwalifikowałam się na zawodniczkę. Wada wzroku wykreśliła mnie z sekcji pływackiej na uniwerku. W stylu dowolnym nie rokowałam nadziei, tak się skończyła moja kariera sportsmenki.

Nagle oślepiło ich ostre światło. Andrzej przykrył prześcieradłem przerażoną partnerkę. Zdecydowali się opuścić plażę, gdzie rozkwitła ich miłość. Joanna zastanawiała się, czy wzajemne oczarowanie przetrwa na długo. Jej ciało zamieniło się w imperium dotyku, ciągle pragnęła nowych pieszczot.

— Zanocujmy w pawilonie u przyjaciela, muszę odstawić mu samochód.

— Wolałabym powrócić do hotelu, wolę prywatność sam na sam. Mam dwa bilety powrotne do Lizbony, ostatni pociąg odchodzi za pół godziny. Jeszcze zdążymy.

Instynkt samozachowawczy podpowiadał jej, że należy odrzucić propozycję noclegu u Polaka tymczasowo zamieszkującego w parku hrabiego.

— Zgoda. Będę mógł stale patrzeć na ciebie, a nie na drogę i mijające auta.

 

***

Wysiedli z metra, skąd mogli podziwiać iluminowane ruiny zamku. Znaleźli ukrytą ławeczkę przy ścieżce pnącej się w górę ku najstarszej dzielnicy Lizbony „Baixa”, którą oszczędziło nawet silne trzęsienie ziemi w osiemnastym wieku. Nad nimi powiewały wiązki czerwonych kwiatów, których nazwa była im obca. Andrzej podarował jej maleńki bukiecik ze świeżego kwiecia o drobnych płatkach. Zrobił kilka zdjęć, po czym Joanna poczuła frenetyczne pocałunki na szyi. Nie chciała odejść z zacisznego miejsca, bała się, że te chwile odejdą na zawsze.

— Jesteś nieobecna duchem, co się stało?

— Zdałam sobie sprawę, że wkrótce możesz mnie porzucić, wrócisz do własnego życia.

— Straszna pesymistka z ciebie, nie rozumiem.

— Nigdy nie urodzę ci dziecka. Panowie w twoim wieku myślą o potomstwie. Chcą zachować swój ród. Liczy się progenitura, co leży w prawdziwej naturze człowieka.

— Moje biedne maleństwo. Zaliczyłem trzy lata medycyny. Wyczułem prawie niewidoczny szew na podbrzuszu. Domyślam się, że przeszłaś ciężkie chwile, operację i bolesne terapie. Pojmuję twój lęk, ale już dawno porzuciłem myśli o dzieciach. Mam dwoje siostrzeńców, których uwielbiam. Marzę spędzić resztę moich dni u twego boku i dalej prowadzić badania w zakresie nowych leków zwalczających nowotwory.

— Obawiam się, że przyznasz się, że jesteś żonaty. Miałam kiedyś romans ze słomianym wdowcem. Wpadłam w niezły stres, który trwał ponad trzy lata. Bez rodziny nie wyszłabym na prostą.

— Przypominasz bezbronne stworzenie, które boi się zaryzykować i postawić na właściwą kartę. Twój facet cię uwiódł, a potem zostawił. Straciłaś wiarę w siebie i nadzieję na lepsze jutro. Twoja psychika niepotrzebnie uległa załamaniu, a mnie czeka walka o wyprowadzenie cię ze stanu zwątpienia. Z pozoru sprawiasz wrażenie niedostępnej kobiety, ale potrafisz oddać się namiętności. Chętnie dałbym w mordę twojemu byłemu amantowi za straty moralne.

— Nie ma potrzeby, on już odszedł z tego świata. Przy rozstaniu powiedział mi, że byłam niebywale łatwą zdobyczą. Nie musiał odwoływać się do strategii kwiatkowej i wyszukanych metod uwodzenia.

— Cóż, typowy macho. Poddałbym cię hipnozie, abyś zapomniała o tych przykrych doświadczeniach, które zatruwają ci życie. Marzniesz, chodźmy do baru napić się ciepłej kawy. Głowa do góry! Grają fado przy akompaniamencie gitary. Może o nas?

***

Andrzej nie mógł pozostawić Joasi samej w hotelowym pokoju. Zbyt wiele goryczy zatruło jej życie. Zamówił lody, które kelner postawił przed nią na stoliku. Wzajemnie karmili się smacznym deserem. Ich twarze umorusane były śmietaną i resztkami owoców. Joanna promieniowała radością. Wzięli prysznic, a on rozczesywał jej długie włosy, które potem nawijał na wałki. Pierwsza zasnęła Joanna zmęczona nadmiarem wrażeń. Nad ranem jej ręce nieprzerwanie wędrowały po kręgosłupie ukochanego, który od czasu do czasu pomrukiwał z zadowolenia.

— Doskonale odgadujesz moje pragnienia. Seks partnerski nie ma dla ciebie tajemnic. Pożądasz mnie tak jak ja ciebie. Nie dam ci dłużej marnować czasu.

Kochali się przez cały poranek. W ostatniej chwili zdążyli na śniadanie.

Andrzej dotrzymał towarzystwa Joasi w czasie spotkania na Wydziale Inżynierii. Przez chwilę znaleźli się w komorze dźwiękoszczelnej. Chętnie pozostaliby tam dłużej odizolowani od zewnętrznego świata. Każdy krok tłumiły ściany i podłoga pokryte gąbczastym materiałem. Podziękowali gospodarzom za miłe przyjęcie. Joanna została jeszcze na spotkanie ze studentem aby dopełnić obowiązki służbowe, a Andrzej podążył na Wydział Farmacji.

Wieczorem oboje poszli na koncert fado, typowej portugalskiej pieśni miłosnej o niezwykle dramatycznym charakterze, z reguły o tragicznym zakończeniu. Tańczyli jak dwoje kochanków przytulonych do siebie jakby mieli się nigdy więcej nie zobaczyć. Rytm fado ma to do siebie, że wyzwala namiętność i tęsknotę.

W hotelu Andrzej długo całował Joannę po rękach, po czym klęknął i z niezwykle poważną miną poprosił ją o rękę, zakładając pierścionek na palec serdeczny.

— Twoje oświadczyny są przyjęte, ale musimy je powtórzyć przy moim tacie.

— Czy odda mi swój największy skarb?

— Przekonaj go!

— Postaram się.

— Jedno pytanie. Czy tam na uczelni odkryliście tajemnicę kamienia filozoficznego?

— Moja tajemnica. Nieraz cię jeszcze zaskoczę – powiedział rozpinając jej czerwoną sukienkę ze złotą sprzączką.

***

Ich wspólne życie przebiegało jak sielanka, którą przerwała długotrwała choroba ojca. Joanna spędzała długie godziny w szpitalu, do domu wracała późno, zazwyczaj w ponurym nastroju. Widziała jak nić życia ukochanego rodzica bliska jest przerwania. Andrzej otaczał ją otuchą i zrozumieniem. Nie skarżył się, że zaniedbuje dom.

Ostatnie słowa ojciec wypowiedział do Andrzeja, ściskając go za rękę.

— Dziękuję Bogu, że moja córka znalazła w tobie oparcie. Kochaj ją, bo na to zasługuje.

— Tato, nie zawiodę cię.

 

***

Joanna przetrwała pięć lat bez przerzutu nowotworu. Fortuna jednak zadrwiła z niej. U Andrzeja wykryto białaczkę. Nadaremnie szukano dawcy szpiku kostnego. Ironia losu polegała na tym, że mogłaby nim zostać jego żona. Niestety, odpadła z listy kandydatów z uwagi na choroby, które ją nękały, rak i cukrzyca. Nie można było przeszczepiać chorych tkanek. Siostrzeniec Andrzeja zgłosił się do szpitala, lecz badania wykluczyły także jego kandydaturę.

Żona nie ustawała w wysiłkach aby szukać ratunku, obwiniała siebie za zły stan zdrowia. Andrzej odważnie podjął walkę z chorobą. Prowadził nadal badania nad szczepionką przeciwrakową, ale zabrakło mu siły aby doprowadzić je do końca.

Odszedł w cierpieniach w ramionach Joanny, którą siłą oderwano od zwłok. Przyjaciel z Lizbony przyjechał na pogrzeb, ale ograniczył się tylko do wypowiedzenia kilku słów kondolencji.

 

***

Wdowa pielęgnowała pamięć o mężu, częste odwiedziny na cmentarzu i świeże kwiaty. Często sięgała po pamiątkowe zdjęcia, zwłaszcza te z Lizbony. Wydawało jej się, że brakuje sporo ujęć. Z czasem mogły się uszkodzić, zatrzeć w czasie. Nowoczesne technologie nie gwarantują w pełni zachowania nagranych obrazów na wszystkich nośnikach, szczególnie na płytkach CD, które ulegają rozmagnetyzowaniu.

W pewien sierpniowy wieczór odebrała telefon od Arka. Zaprosił ją do Cascais na tydzień. Robiąc porządki w samochodzie, znalazł fotograficzną kartę pamięci, która nie należała do niego. Sprawdził jej zawartość na komputerze. Poczuł się nieswojo z uwagi na intymny charakter zapisu. Zadecydował zwrócić ją osobiście Joannie, która z dużym wahaniem przyjęła jego zaproszenie. Odczuwała pewną nieufność w stosunku do kolegi męża.

Odnalezione zdjęcia przeniosły ją w klimat dawnych doznań. Odżyły wspomnienia dawnych przeżyć, które wywoływały rumieńce na twarzy. Nie odczuwała wstydu tylko żal, że nieuchronny los ich rozdzielił.

Czekała ją jeszcze jedna niespodzianka. Arek wręczył jej plik zdjęć przetworzonych artystycznie, które wykonał im z ukrycia. Przechadzał się samotnie po ustronnych miejscach znanych tylko sobie, gdy dostrzegł parę w trakcie stosunku. Wyjął aparat z kieszeni i rozkoszował się widokiem roznamiętnionych ciał. Nie pomyślał, że przekroczył granicę przyzwoitości, artyści nie traktują pornografii jako wykroczenia. Wtargnął w życie intymne dwojga osób, które okazały się jego bliskimi znajomymi. Nie śmiał wyjawić przyjacielowi tego sekretu. Po pogrzebie Andrzeja zaczęły go dręczyć wyrzuty sumienia i chciał naprawić winę.

Joanna zaszlochała, zabrała zdjęcia i wybiegła na dwór. Nie posądzała Arka o podobną podłość. Nie potrafiła wytłumaczyć sobie, dlaczego nie skasował tych zdjęć i nie wyrzucił odbitek do kosza. Tak postąpiłby każdy uczciwy człowiek, a on poddał je obróbce z uwydatnieniem poszczególnych partii jej ciała. Nie była przecież modelką i nie wyraziła zgodny na podobne traktowanie swoich piersi, pośladków i narządów płciowych przyszłego męża.

Spakowała bagaż i ruszyła w podróż powrotną. Nie wsiadła od razu do pociągu, lecz jeszcze raz przeszła na piechotę pamiętną trasę. Długo obserwowała przelewające się masy wody w Boca do Inferno.

— Nasze życie obfitowało w wybuchy namiętności. Przepłynęliśmy przez nie podobnie jak te fale oceanu rozbijające się o brzeg. Nie wszyscy dostąpili rozkoszy spełnienia w sferach intymnych, dlatego szukają zaspokojenia w sztuce. Arek szukał podniety w podpatrywaniu innych w trakcie scen erotycznych podobnie jak kilkunastoletni chłopcy. Nigdy nie osiągnął orgazmu sam na sam z kobietą. Realizował swoją seksualność w sposób szokujący dla normalnych ludzi — snuła rozważania, idąc wolno po kamienistej plaży.

Nad jej głową przeleciały hałaśliwe mewy, którym rzuciła okruchy herbatników. Doznała uspokojenia.

— Zachowam te zdjęcia jako autentyczny dowód miłości, która nas złączyła pewnego dnia na zachodnim skraju Europy . Nie wrzucę ich do oceanu rybom na pożarcie — zdecydowała na gwałt wbrew poprzednim postanowieniom.

Od dawna po raz pierwszy pojawił się na jej twarzy uśmiech. Powróciło uczucie lekkości bytu i minionego szczęścia.

 

Bożena Joanna

Marzec 2020

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Szpilka miesiąc temu
    Szkoda, że takie smutne zakończenie, ale cóż, nieszczęścia nie chodzą po dachach, ale po ludziach.

    Przeczytałam z zaciekawieniem 😉
  • Bożena Joanna miesiąc temu
    Dziękuję za wizytę i komentarz. Serdecznie pozdrawiam!
  • pasja miesiąc temu
    Jak zwykle miłość w przepięknej oprawie. Miłość w podróży nieplanowana, spontaniczna i do bólu prawdziwa. Dziękuję ci Bożenko za podróż do Mauretanii. Jedyny smutek to te skorupiaki niszczące to co mamy najcenniejsze; zdrowie
    .
    Pozdrawiam ciepło
  • Bożena Joanna miesiąc temu
    Miło mi było Cię gościć. Dziękuję i pozdrawiam serdecznie!
  • Bajkopisarz miesiąc temu
    „przyprawił ją o lekki”
    Ją – zbędne , bo wiadomo kogo
    Ogólnie rzecz biorąc to masz zaimkozę zaawansowaną w tym fragmencie
    „się jak para znająca się od dłuższego czasu. Pod wysokim figowcem całowali si”
    3 x się
    „podobną roślinę, która zakwitła na różowo podobnie”
    Podobną – podobnie
    „Tam zrealizowała czeki podróżne,”
    Tam – czyli w Kroměříž’ach? Zaimek do tego się odnosi. O to chodziło?
    „Jej dawny chłopak powiedział jej”
    2 x jej
    „Andrzej wyposażył ich w niezbędne akcesoria.”
    Znaczy: kupił, czy miał w kieszeni?
    „się w morzu. Joanna nieźle pływała. W wodzie czuła się jak w swoim żywiole, wszak urodziła się pod znakiem raka. Andrzej podziwiał jej zgrabne ruchy, przypatrywał się silnym odbiciom stóp i okrężnym zamachom rąk w delfinie. Zbliżył się”
    5 x się
    „podstawił przed nią”
    Postawił

    Bardzo ładna, nostalgiczna opowieść o chwilach tak miłych, że choćby nadszedł koniec świata, to będą wciąż w pamięci. Doznaniach tak mocnych, że nie wyprze ich nic, bo właściwie nie ma szans na coś mocniejszego. To jak wypić czysty spirytus – owszem, kiedyś później nalewka pigwowa może być smaczniejsza, ale już nie będzie tak mocna.
  • Bożena Joanna miesiąc temu
    Dziękuję za wnikliwą analizę moich niedociągnięć i nadużywania zaimków, która we francuskim nie razi, a w moim ojczystym języku jest niezręczna. Pomyślę o poprawkach.
    Podoba mi się podsumowanie moje opka. Serdecznie pozdrawiam!
  • Dekaos Dondi miesiąc temu
    Bożeno Joanno→Jak zwykle przeczytałem wolno, bo takich tekstów, nie można szybko.
    Szkoda, że takie zakończenie, ale cóż. Nie zawsze los, dopasowany do oczekiwań człowieka.
    I trza się odnaleźć jakoś→Pozdrawiam:)→5
    ''gdyż organizatorzy spotkania postarali się''
    Ciutkę za dużo powtórek→ją i się:)→zdaniem mym:)
  • Bożena Joanna miesiąc temu
    Dziękuje bardzo za wizytę i komentarz. Pomyślę jak unikać "ją" i "się". Literówkę poprawiłam. Serdecznie pozdrawiam!
  • Antoni Grycuk 2 tygodnie temu
    Tekst przesycony róznymi informacjami - np o sposobie realizacji czeków - a akt oświadczyn Andrzej ujęty w jednym lakonicznym zdaniu:
    W hotelu Andrzej długo całował Joannę po rękach, po czym klęknął i z niezwykle poważną miną poprosił ją o rękę, zakładając pierścionek na palec serdeczny.
    Jak to śpiewał Lady Punk: wszystko tu jest, nawet dziecko i pies, ale nie ma okien ani drzwi.
    Bo takie oświadczyny to jedna z chwil, którą należałoby uwypuklić, a tu jeden wielki plask. I tyle. Zero klimatu.
    Interpunkcja do poprawy.
    Powtórzeń, z którymi sam mam problemy, też masz całkiem dużo.
    A poza tym historia ładna, mogłaby być ciekawa, gdyby dodać jej głębi, zdaniem mym.

    Pozdrawiam.
  • Bożena Joanna 2 tygodnie temu
    Dziękuję za wizytę i uwagi krytyczne. Serdecznie pozdrawiam!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania