Pan Anzelm, kurz na szlaku już

Anzelm Perz lubił szlaki turystyczne znakowane. Podobały mu się one, wciągały go w wir zupełnie innego świata, mamiły tajemnicą skrytą gdzieś głęboko w mrokach kniei. Wędrując, skupiał myśli i uciekał przed zalewem bieżącości, nachalną cywilizacją i natłokiem spraw zawodowych oraz domowych. Niestety tułaczki przecinającymi góry ulubionymi wstążeczkami – jak je nazywał – zdarzały się li tylko od święta, to jest w weekendy. Na co dzień zaś musiał się Anzelm parać bardziej przyziemnymi oraz mniej chlubnymi zajęciami, jak na przykład: mopowaniem podłóg w Zakładzie Geodezji, czyszczeniem kibli albo wycieraniem kurzy tamże.

Kurz był wrednawy, podobnie zresztą jak człowiek tu opisywany. Miewał swoje humorki, nawyki, a także rozrywki, o czym doktor sztuki chędożenia – pan o imieniu na literkę „a” – doskonale wiedział. Lubił na przykład rozkładać się wygodnie w pokoju konferencyjnym na i pod kanapą, gdzie znajdował (się) telewizor plazmowy, duży, długaśny, być może największy w całym tym zasyfionym i zapaskudzonym plastikami mieście Wrocławiu, w którym dzieje się akcja opowiadania. Uwielbiał kurz korzystać z kuchni oraz pięciu łazienek – wszystkich, bez wyjątku! Nie to, żeby miał naturalny pociąg do mycia z płukaniem. Co to to nie. Zasadniczo trzymał się z dala od orzeźwiającej mocy wody oraz wódy. Był kurzem, a kurz, by być sobą niby ta dziewka z reklamy podpasek, musi zachować wstrzemięźliwość wobec wszelkich płynów, pewną taką dozę suchości i nie dać się ot, tak po prostu spłukać.

I tutaj warto tak na marginesie zauważyć, że powiedzenie „myślę, więc jestem” musiałoby chyba zostać poddane gruntownej metamorfozie i przeistoczyć się w coś w rodzaju „sypiemy się, sypiemy, a wciąż trwamy… i co nam, bratku, zrobisz?”.

Gościł w najmniej podejrzanych miejscach, skryty przed wścibskim okiem gapiów, albo też – odwrotnie – brał całe kwartały, od dawna już zarezerwowane kwatery, najbardziej reprezentacyjne areały, na których występował homo sapiens, i najprzedniejsze pod słońcem miejscówki, co to – jak tylko zaświeciło wspomniane wyżej (bo przecież nie niżej) słońce – natychmiast stawały się jeszcze bardziej czarne, bardziej zanieczyszczone albo zdawały się być takimi.

Ech, szkoda gadać! Brakowało Anzelmowi nieraz siły – gdy tak stał i podpierał cztery ściany w trzech po kolei kuchniach, które oporządzał – aby walczyć z własną niemocą wobec tego najpowszechniejszego i najnormalniejszego w świecie zjawiska. Na szczęście kiedy tylko nadchodził piąteczek, a pogoda zaczynała sprzyjać borówkowemu szaleństwu – zbieractwu połączonemu ze szwendactwem – pan sprzątający wsiadał w lśniący i jakby rozwonniony tym lśnieniem pociąg i wyruszał w ulubione swoje Góry: Bardzkie, Orlickie, Złote, Bystrzyckie, Kamienne, Bialskie, Stołowe albo Sowie.

Tak miało być i tym razem. Miał skończyć pracę, a po pracy w trymiga się uwinąć, przebrać i popędzić wprost na dworzec, gdzie wsiadłby sobie i spokojnie odjechał w siną dal. Jednakże zwykły przypadek sprawił, że o mały włos albo włosek na białej i czystej podłodze, by się spóźnił. Och, nie! To by było nie do zaakceptowania przez wielkiego miłośnika podsudeckich wycieczek. Widmo oddalającego się pendolino, a wraz z nim – smutny morza gór odpływ wisiały już nad biedną głową bohatera skromnej tej opowiastki niczym grube warstwy pyłu nad biurkiem pani Basi z działu kadr, notabene strasznej flei.

Ale Perz nie należał do tych, co łatwo się poddają. Co to to nie. I nie chciał za nic w świecie jechać późniejszym pociągiem ani nie jechać wcale, toteż umyślnie się nie ogarnął i nie przebrał, a nawet nie ogolił, lecz – wprost przeciwnie – popędził na perony tak jak stał: w ciuchach roboczych oraz – co tu dużo gadać – brudnych. W ten oto prosty sposób zaoszczędził cenny czas, który – podobnie jak kurz – już od dawna nie należał do jego ulubieńców, a wręcz przeciwnie. Zdążył! Kupił bilet i gumę do żucia, potem piwo jasne… a jeszcze potem piwo jasne oraz pismo „Facet z Powerem”, następnie pomachał zasmrodzonemu wieczną zmarzliną smogową Wrocławowi na pożegnanie i odjechał, wykrzykując radosne adieu!

Wysiadł w Bardzie, gdzie zaczynał się, wiodący popod turnie, popod lasy wprost do Jaskini Radochowskiej, szlak turystyczny niebieski. A brudne oraz poplamione cytrusowo-bananową pizzą z odrobiną mortadeli dżinsy, które nosił, wydostały się razem z nim wprost na rykowisko. I w takich to oszałamiających okolicznościach przyrody doszło do jedynego w swoim rodzaju spotkania kurzu ze szlakiem turystycznym znakowanym. Mój Boże, cóż to było za zetknięcie się bytów! Las był do tej pory przecież zadbany i uregulowany, samoczyszczący się z wszelkich brudów i trucheł zwierzęcych. Aż tu nagle: bach! Ale nie wyprzedzajmy faktów.

Dwa tak niesamowicie różne byty, które nagle połączyła więź przyjaźni i braterstwa, a wszystko to za sprawą jakiegoś anonimowego gościa od miotły i łopaty albo łopatki; dwa fenomeny w dwóch różnych kosmosu bezmiarach, zaś pośrodku tych bezmiarów – wielki smok ognisty, mający siedem głów i dziesięć rogów z diademami. Albo i bez. A wszystko je łączyło i nic nie łączyło w tym, co nierozłącznie nie dzieliło.

Kurz jednakowoż miał taką tylko przewagę nad szlakiem turystycznym znakowanym, że istniał niemalże wszędzie, będąc wszystkim, co pokrył, i niczym, czego wcale nie krył, a jego najmniejsza i najwątlejsza cząsteczka sama też była kurzu uosobieniem i uwieńczeniem fraktalnej doskonałości. Miał wiele oblicz i wcieleń, warstw i stanów gęstości, wiele nieboskich postaci w zależności od tego, czy był: kurzem, kórzem, kóżem… A może kużem?

Szlak rekreacyjno-sportowy znamionowany natomiast, by się ziścić jako jedna z kolorowych wici, potrzebował jakiegoś zarania swego i jakiegoś endu, finału albo końca świata. A istniał wyłącznie w wymiarze „od – do”, od linijki do linijki, co jako wielki minus niektórym się jawiło. Plusem zaś jego największym były: owe strzałki (strzał w dziesiątkę kogoś, kto je wymyślił). A! I oczywiście kolorek jaki szlak posiadł tak na dobre i na złe, jakikolwiek by nie był – zielony, czerwony, żółty, czarny – w oczach Boga był dobry i Bóg dobrze o tym wiedział, że taki właśnie był ów na tym pustkowiu zagubiony, a twardy niby skała, bo skała znaczy opoka – jak wiadomo – no i już.

I nagle, koło siedemnastej albo osiemnastej, zapiały wszystkie koguty w okolicy, a hen daleko za Przełęczą Kłodzką zerwał się radosny wiaterek. I zwątpił kurz z wrażenia, zwątpił, zaparł się matki rodzonej i aż przystanął. Rozejrzał się bacznie wokoło, poprószył się, rozpylił po krainie błogosławionej i tak mu się ona spodobała, że postanowił nigdy już nie wracać do najbardziej zapaskudzonego plastykami i papierami miasta Wrocławia, z którego ród jego długowieczny się wywodził. A najbardziej to mu się podobało skrzyżowanie czarnego z niebieskim na wyniosłej górze (niebędącej Górą Oliwną), jawiące się niby sam Chrystus wniebowzięty na płótnie mistrza pejzażu uchwycony, a także okoliczne Chwalisławy – z jednej, i Droszkowy – z drugiej strony.

Nazajutrz po nieprzespanej nocy pełnej gwiazd, wonnej i jaśniejącej światłem prawdy niczym wspaniały świt lipcowy, doszło do porozumienia trójstronnego, a nawet czegoś w rodzaju bezterminowego i bezprecedensowego przymierza. Obyło się bez trąb jerychońskich czy innych baranich dzwonków.

– Ty, miły, jechać do mnie nie możesz – powiedział kurz do nowego na dobre i na złe przyjaciela swego. – Ale nie martw się.

– Nie martwię.

– Zaradzim! Ja już u ciebie na zawsze ostanę – zaciągał tak jakoś ze staropolska, bo był miejscami zastały i zatęchły niby zboże nadmiernie źrałe. – Raz będę błotem, innym razem prochem, zaś jeszcze innym – kwiecia polnego pyłkiem.

I to rzekłszy, zwrócił się kolejno bezpośrednio do pana, który utracił w tym momencie status głównego bohatera opowiastki:

– Ty zaś, mój drogi, wracaj do siebie, wracaj na zawsze i nigdy już nie wra… Nie przyjeżdżaj! Będziesz mógł od teraz podpierać nie jedną, lecz wszystkie po kolei ściany plus ścianki działowe, a i tak twój zakład pracy – Pałac Geodetów stanie się najbardziej lśniącym, najbardziej pachnącym świeżością i najbardziej schludnym miejscem w całym zasmarkanym i zaśmieconym butelkami po piwie i coli mieście Wrocławiu. Zadowolony? No to idź z Bogiem, nim się rozmyślę.

I wszyscy od tej pory żyli, lecz nie uprzedzajmy faktów. Żartowałem! I wszyscy od tej chwili egzystowali zdrowo tak, radośnie tak, ach! Anzelm Perz znalazł sobie inne góry (Beskidy) do eksploracji, w które to góry następnie uparcie oraz wytrwale jeździł, ale tylko od święta, przeważnie w co drugi weekend, gdyż w pozostałe noce i dnie tygodnia musiał zwyczajnie przebywać w pracy, w godzinach pracy. Niektórym wrocławianom poprawił się humor, a także zdrowie, sami nie wiedzieli dlaczego. Tylko niektórym, albowiem jedna jaskółka w mieście Wrocławiu wiosny nie czyni, i to nawet jeśli mowa jest o jaskółce z Pałacu Alchemików-Kartografów – prawdziwych magów od map, geodezji i katastru. I nawet sam król najjaśniejszy wydał ucztę na cześć ukochanej swej córki, tyle, że nie w Polsce, bo to nie był król polski, a jakiś obcy, zagraniczny: holenderski, hiszpański albo szwedzki… Ale to nieważne, to już zupełnie inna bajka, którą kiedyś – mam nadzieję – literka po literce wspólnie odkurzymy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • maciekzolnowski 3 tygodnie temu
    Odważy ktoś coś napisać? ;-)
  • Morus 3 tygodnie temu
    Hm, nadałeś temu całkiem prozaicznemu zjawisku całkiem nowy wymiar. Czytałem z zainteresowaniem i przyznam, że innego zakończenia się spodziewałem.
  • maciekzolnowski 3 tygodnie temu
    He, pierwszy komentarz, to już coś, dzięki! Powiadasz "prozaiczne zjawisko", ja temu prozaicznemu zjawisku mam horror zamiar poświęcić, a na dodatek - pełnokrwisty... no i straszny. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Czasem fajnie jest naskrobać o rzeczach błahych z pozoru i zrobić to w jakiś językowo bardziej lub mniej odkrywczy, ale też i płodny sposób. Dziękuję raz jeszcze i pozdrawiam! Maciek

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania