"Pani z lodu" R1: Prezent od księcia

Doprawdy nie spodziewałam się, że goście tak tłumnie przybędą na moje trzeciowiecze. Byli wszyscy, którzy być powinni, a mój zamek – jeden z największych na Kontynencie Obrońców Ludzi – wręcz pękał w szwach.

Gwar rozmów nie był w stanie zagłuszyć wesołej muzyki napędzanej podmuchami z ust oraz szarpnięciami palców najbardziej uzdolnionych serafinów siedmiu Skrawków. Oni sami się zgłosili (jak dziesiątki przed nimi), aby uczcić moje święto. Celebrację dnia ich księżnej, opiekunki Skrawka Wieczoru.

Poprawiłam się na tronie, bo mimo iż niebotycznie drogi, potrafił uwierać w tyłek. Na co dzień okładałam go miękkimi poduszkami, czyniąc go chociaż odrobinę wygodniejszym do przesiadywania podczas godzin audiencji. Tego wieczora musiał emanować swoim bogactwem, a nie tanimi, kolorowymi poduszkami. Szkoda było zakrywać złote siedzisko, które tak pięknie współgrało ze szlachetną barwą zdobiącą opierzony kościec moich skrzydeł. Złoto i czerń – bardzo szlachetne połączenie. Uśmiechnęłam się szeroko, witając kolejnego ze znamienitych gości – księcia Adriana, obrońcę Skrawka Zmierzchu, mojego południowego sąsiada.

Opadł na jedno z kolan, witając się ze mną z szacunkiem. Skinął mi głową, nie pozbywając się z ust wyrazu drapieżnego samozadowolenia. Później uniósł czoło, ale jeszcze nie wstał. Skrzyżowaliśmy ze sobą spojrzenia; w jego ciepłych, czekoladowych oczach mogłam dojrzeć iskierkę rozbawienia. Pstryknął, a dwie ludzkie kapłanki dźwignęły skrzynię z ziemi i przeniosły ją pod pierwszy z trzech stopni podwyższenia dla mojego tronu.

– Oto dary Skrawka Zmierzchu dla księżnej Skrawka Wieczoru – zapowiedział, a kobiety ubrane w białe, luźne suknie wyszywane rdzawymi (jak włosy ich księcia) nićmi otworzyły wieko, prezentując złoto i klejnoty. – Ode mnie dla ciebie, Morrigan – wymruczał, unosząc wyżej jeden z kącików ust – trzysta sztuk błyskotek.

Westchnęłam z zachwytem, chłonąc piękno światła wszystkimi kolorami tęczy odbijającego się od podarku. Wielobarwne promienie rozpierzchły się po całej sali tronowej, osiadając na ubraniach zgromadzonych, w ich włosach, na twarzach, a także pstrząc wysoki, biały sufit. Kilkoro serafinów zaklaskało i gwizdnęło z aprobatą. Ja sama również byłam wyjątkowo pocieszona, myśląc o tym, co w przyszłości będzie można stworzyć z tylu kamieni.

Kiwnęłam, nie pozwalając, aby radość zeszła z mojej twarzy.

– Dziękuję Adrianie, to wspaniały dar. Zapewne wkrótce zobaczysz przynajmniej część z niego na mojej szyi – musnęłam delikatnie skórę powyżej mostka – uszach – dotknęłam jednego z płatków (wyjątkowo odsłoniętych, przez związane na tę noc włosy) – a także nadgarstkach – i je otoczyłam swoją pieszczotą.

Nie wątpiłam, że z chęcią powtórzyłby moją pieszczotę, a także, że zrozumiał obietnicę bliskich odwiedzin. Mieliśmy ze sobą wiele wspólnego; na przykład miłość do miłości fizycznej. W ciągu dwóch wieków moich rządów zdążyłam kilkukrotnie nawiązać z nim głębsze stosunki sojusznicze.

– Jestem rad, że klejnoty moich ziem przypadły ci do gustu, pani Skrawka Wieczoru – odparł.

Zachichotałam, biorąc łyk wina, który wyjaśniłby nagły rumieniec gnieżdżący się na moich policzkach. Palił wstydem. Skłoniłam głowę, życząc mu w kolejnych słowach udanej zabawy. Odprowadziłam go rozbawionym wzrokiem. Pożerała mnie ciekawość, czy goście, którzy stali najbliżej, również pojęli dwuznaczność odpowiedzi ognistego księcia Skrawka Zmierzchu. Mniejsza z tym. Nikt nie zabraniał flirtu, a ja wcale go nie unikałam.

Została jeszcze dwójka serafinów z darami. Kobieta i mężczyzna. Nie dziwiłam się, że przepuścili czwórkę książąt przed sobą. Zapewne Tali i Valdrian mieli mi najwięcej do powiedzenia. Oboje byli opiekunami; dzierżyli równie potężne siły, ale na tym podobieństwa się kończyły.

Tali władała Skrawkiem Dnia, a pod sobą miała księciów i księżną Skrawków Świtu, Poranka oraz Południa. Emanowała pewnością siebie, rozglądając się wokół bursztynowymi, bystrymi oczami. Oceniała wystrój sali, stroje gości, wygląd zastawy, czasem marszczyła drobny, lekko zadarty nosek, gdy dobiegały do niej strzępki rozmów. Zawsze wokół jej postaci widziałam promienną aurę; w końcu władała mocą świetlistego dnia. Liczyła sobie prawie szesnaście wieków. Wyprostowana, utrzymująca nienaganną pozycję, odgarnęła złoty, skręcony pukiel włosów i ruszyła przed siebie granatowym dywanem, za nią zaś pognały kapłanki z jej dworu. Nawet śnieżnobiałe skrzydła nie wykonywały podczas przechadzki żadnych zbędnych ruchów.

Valdrian nie zrobił nawet kroku, co mnie zastanowiło. Zwykli składać życzenia i dary razem. Najwyraźniej nie tym razem. Książę Skrawka Nocy przybył sam, bez świty. Cierpliwie czekał na swoją kolej, trzymając wyprostowaną postawę. Wypinał szeroką pierś, a dłonie schował za plecami. Wyciągnięty i sztywny niczym napięta struna górował nad większością zgromadzonych mężczyzn. Był przystojny, mimo iż jego skóra wydawała się nienaturalnie szara i zgaszona; zwłaszcza w kontraście do czarnych, długich do ramion, gładko zaczesanych za uszy, lśniących chłodem włosów. Przeciwieństwo promieniującej Tali. Koło księcia Valdriana można dostrzec mrok; cienie krążące wokół członków jego ciała. Zauważył moje spojrzenie i lekko się uśmiechnął, ale miałam wrażenie, że rzekoma radość nie sięgała jasnych, srebrnych, czasem zlewających się z białkiem oczu. Odwzajemniłam się, po czym przeniosłam uwagę na zbliżającą się kobiecym krokiem Opiekunkę.

On opiekował się mną i księciem Skrawka Zmierzchu. Kiedyś trzy czwarte terenów Skrawka Południa były terenami Skrawka Północy, jednak książe Kasper zawiódł Valdriana, a ten rozdzielił Skrawek Północy między siebie a Tali. Mogli dowolnie kształtować Kontynent Obrońców Ludzi, o ile Stwórca zaakceptował ich decyzje. Zwykle nie protestował.

Przed tronem zatrzymała się Tali. Rozpromieniła się, a ja wiem, że zrobiła to na pokaz. Chciała być przyjaciółką każdego. Wszędzie mieć sojuszników. Jej uszy i oczy. Lubiła wiedzieć o wszystkich i o wszystkim. Nie ufałam takim serafinom. Niedobrze jest się zadawać z osobą, która zawsze znajdzie na ciebie haka. Ale byłam rozsądna. Uśmiechnęłam się równie szeroko co ona. Kiwnęła mi głową w ramach wyrazu szacunku; nie miała zamiaru klękać przed kimś niższym w hierarchii od niej.

– Pozdrowienia, księżno Skrawka Wieczoru. Zapowiada się wspaniała noc pełna radości i zabawy – przemówiła z nienaganną dykcją, akcentując każde słowo uśmiechem. – Dziękuję za zaproszenie na twoje święto.

– To ja dziękuję, że przybyłaś, Opiekunko – natychmiast odpowiedziałam. Choćbym jej nie darzyła sympatią, musiałam ją zaprosić. Tak wypadało. Jej zaś wypadało nie odmówić. I tak oto musiałyśmy się znosić przez cały wieczór. Dobrze, że to były jedyne minuty, gdy miałam nieprzyjemną okazję rozmawiać z nią twarzą w twarz.

– Przyjmij moje najszczersze życzenia z okazji twoich trzechsetnych urodzin. Twoje życie dopiero się zaczyna, a ty już możesz pochwalić się tak wspaniałymi osiągnięciami. Obrona Doliny Mgieł przed ghulami odbiła się szerokim echem, nawet po naszej stronie kontynentu.

– To zaszczyt zostać docenioną przez ciebie, pani.

Gdzieś tam w środku poczułam łaskotanie. Duma z powodu uratowanych ziem to jedno, ale pochwała przy tylu świadkach, to coś zupełnie innego. Ważnego.

– Słyszałam, że walczyłaś tak zacięcie, że zniszczyłaś swoją ulubioną włócznię.

W rzeczy samej. Po wielogodzinnej walce drzewiec pękł, gdy wyszarpałam ostrze z brzucha pomniejszego ghula. Złamał się niczym gałąź nadepnięta nieostrożnym krokiem, a trzask pamiętałam do dziś. Resztę walki prowadziłam za pomocą sztyletów. Jeszcze nie zmusiłam się do zamówienia kolejnego egzemplarza dopasowanej do mnie broni, więc walczyłam tym, czym i moi żołnierze.

– Służyła mi przez ponad wiek. W kuźni Gór Andromedy wytwarzają tylko doskonały rynsztunek.

Tali klasnęła dwukrotnie, a jej kapłanki dotąd zbite w zwartą grupę rozpierzchły się, a następnie jedna z nich podarowała księżnej złotą włócznię. Przyglądałam się broni z szeroko otwartymi oczami, chłonąc i zapamiętując wszystkie zdobienia. Gładki trzon w pewnym momencie tracił swoją nieskazitelność, a z powierzchni wyrastały kolejne gałęzie porośnięte kwiatami, cierniami oraz różnokształtnymi liśćmi. Ostrze, spłaszczone z dwóch stron w formie wydłużonego liścia, dzieliło się na dwie połowy – ząbkowaną oraz zaostrzoną, równą.

Na wyciągniętych dłoniach Opiekunka pokazała mi swój podarek. Nie mogłam go nie docenić. Coś tak pięknego, a zarazem zabójczego, należało do rzadkości.

Wstałam z tronu, schodząc powoli stopień po stopniu. Odebrałam włócznię i zważyłam ją w rękach. Wydawała się lżejsza niż mogłabym zakładać. Tali odsunęła się, zachęcając tym samym, abym przetestowała prezent. Z nieskrywaną fascynacją zamachnęłam się, zatoczyłam okrąg, a na końcu pchnęłam. Była idealna. Wyważona.

– Nie wiem, jak dziękować, Opiekunko – zwróciłam się do niej z najszczerszym szacunkiem, na jaki było mnie stać.

– Wystarczy, że dzięki niej stworzysz kolejne legendy o swojej zwinności i szybkości. To wystarczy.

Jedna z moich służących, zielonooka Kornelia, odebrała z moich rąk włócznię, tak jak robiła to z resztą podarków z innymi serafinami wcześniej. Nie chciałam się rozstawać z tym konkretnym prezentem, a najchętniej wyszłabym na dwór, żeby przyzwyczaić do niej moje dłonie. Aby przyzwyczaić ją do siebie. Okiełznać.

Wróciłam na swoje miejsce, a w tym czasie Valdrian zastąpił Tali. Mój Opiekun klęknął podobnie jak wcześniej książe Adrian. Podniósł czoło, które okoliły kosmyki czarnych jak noc włosów. Roztaczał wokół siebie podobne pokłady pewności siebie co Tali, z tą różnicą, że ta jego przesycona była męską dominacją. Żaden facet w tej chwili znajdujący się na sali, nie mógł mu się równać.

– Witaj, księciu Valdrianie – przywitałam się jako pierwsza. – Mój Opiekunie. Dobrze znów cię gościć na moim dworze.

Nie pojawiał się często. Zazwyczaj wpadał, aby w pośpiechu wyjaśnić nieciekawą sytuację na granicy i zabrać mnie na pole walki. Niemniej, kiedy miał czas na pogawędki, potrafił zgrabnie posługiwać się pikanterią i ostro przyprawiać nasze rozmowy. W odróżnieniu od innych ofiar mojej zadziornej natury nigdy nie posunął się dalej i poprzestawał na słowach. Starszy od Tali zapewne znudził się już tymi wszystkimi kobietami, które pchały się mu do łoża.

– Księżno Morrigan, cieszę się, mogąc cię po raz kolejny ujrzeć. Im starsze wino, tym lepsze. Tak mówią. Ja uważam, że tyczy się to i ciebie. – Jego zęby błysnęły w szelmowskim uśmiechu. – Przybyłem, aby życzyć ci wszystkiego co najlepsze. Niech twoje sukcesy przynoszą nam chwałę. Jest coś, czego szczególnie byś pragnęła?

Zaśmiałam się perliście.

– Więcej wolnego czasu – zażartowałam, a tłum podchwycił rozbawienie.

Istoty nieśmiertelne wyjątkowo bawiły wszelkie żarty dotyczące braku czasu.

– A więc życzę ci więcej wolnego czasu. Mogę wiedzieć, jak go spożytkujesz, gdy już go otrzymasz?

– Będę wyprawiać przyjęcia. Uwielbiam przyjęcia – przyznałam z radością.

– Kto ich nie lubi? – zapytał retorycznie. Wciąż nie powstał z podłogi. – Mam dla ciebie dar wyjątkowy – zaczął, po czym spojrzał na znikającą w tłumie włócznie. – Może nie przebiję nim pomysłowości Tali, jednakże uważam, że jest czymś trudniejszym do zdobycia. Czy mógłbym ci go podarować na osobności?

Zmarszczyłam brwi. Cokolwiek to było, mogło być wyjątkowo małe. Osoby zgromadzone pod podwyższenie wyciągały szyje, próbując dojrzeć to, co i ja.

Dobry humor mnie nie opuszczał, więc chichotając, spytałam:

– Czy to coś nieodpowiedniego dla postronnych oczu?

– W żadnym razie – zaprzeczył. – Myślałem o tobie, proponując ustronne miejsce. Ja się nie wstydzę mojego daru.

Słyszałam rozmowy tłumu, szepty. Byli ciekawi, domagali się wiedzy teraz, już, zaraz. I ja podzielałam ich nastroje. Nigdy nie grzeszyłam cierpliwością. Wyjść, udać się w ustronne miejsce? Musielibyśmy przebyć połowę zamku.

Oparłam się na łokciu i lekko nachyliłam w stronę Valdriana.

– Jeśli mój Opiekun się nie wstydzi, to ja tym bardziej.

Rozciągnęłam usta w kokieteryjnym uśmiechu, nie mogąc się doczekać, aby wreszcie dostać ten dar. Spodziewałam się nowej umiejętności – jako mój Opiekun książe mógł tchnąć we mnie nową moc. Przecież zasłużyłam, będąc wzorem do naśladowania wśród Serafinów. Zakładałam, że mógłby podarować mi też nowe ziemie; oddać kawałek Skrawka Nocy.

Zapadła cisza, jakby kotara opadła, oddzielając nas od wszelkich źródeł dźwięku. Goście czekali. Ja czekałam. Nikt nie śmiał się poruszyć, żeby nie przegapić żadnego ze słów Valdriana. Nikt się nie spodziewał, z czym tak naprawdę do mnie przyszedł.

– Morrigan, odwiedziłem jakiś czas temu Szczyt Świata, a w nim Stolicę Świata. Spotkałem się ze Stworzycielem. – Spotkał się ze Stworzycielem. Musiał prosić go o pozwolenie. Oczy zaświeciły mi z podniecenia. Tylko coś wielkiego wymagało pozwolenia. – Musiał się zgodzić, abym mógł sprezentować ci ten dar. Jak się domyślasz, otrzymałem pozwolenie. Morrigan – spojrzał mi prosto w oczy, a ja byłam zbyt zafascynowana, żeby pojąć uczucia, które wysyłał – chcę ci ofiarować więź ze mną. Zostań moją, Morrigan.

Od wysokich ścian i sufitu odbiło się westchnienie setek serafinów. Odbiło się też coś kompletnie nie pasującego do powagi chwili. Mój śmiech.

Nie mogłam nic zrobić, aby go powstrzymać. Wyrwał się ze mnie, gdy tylko pojęłam, że Valdrian w prezencie chce ofiarować siebie i połączenie trwałe po wsze czasy. To był śmiech pełen zdenerwowania. Żałowałam, że niecierpliwość wygrała. Żałowałam, że nie mogłam mu odmówić na osobności.

Wszyscy na mnie patrzyli, a ja wciąż się śmiałam, nie potrafiąc przestać. Bolały mnie policzki. Bolał mnie brzuch. Parę osób podchwyciło śmiech, zapewne myśląc, że to takie żarty między nami. Przecież księżne i książęta zawsze byli blisko siebie. Śmiech, potężny, szydzący, niezrozumiały nabrał ogromnych rozmiarów, wypełniając cały zamek.

Nie śmiali się tylko nieliczni na czele z Valdrianem. Jak na to, co właśnie zaszło, zachował dziwny spokój.

Postanowiłam obrócić to wszystko w żart, myśląc, że w ten sposób wszystko naprawię.

– Mój Opiekunie, nie sądzę, żeby trzeba było mnie aż tak chronić. – Na potwierdzenie żartu, zaśmiałam się przyjaźnie. – Nie sądziłam swoją drogą, że masz tak wyszukane poczucie humoru.

Omiótł mnie nieokreślonym spojrzeniem, zanim podjął rozmowę.

– Widzisz, ja też się nie spodziewałem. Nie spodziewałem się, że uznasz moją propozycję za żart.

Nie dał się wciągnąć. Pozostał śmiertelnie poważny. Przełknęłam ślinę.

– Zaproszenie do flirtu nie jest zaproszeniem do rytuału złączenia, Valdrianie.

Dalej nerwowo chichotałam. Widziałam żal w twarzach zgromadzonych. Współczuli księciu nieudanych Zawiązków. Ja na jego miejscu zapadłabym się pod ziemię. Moja reakcja była chyba najgorszą, na jaką mógł się przygotować.

Nie potrafiłam powiedzieć „tak”. Nigdy o tym nie myślałam. Uważałam, że jestem na to za młoda. Że jeszcze tyle życia przede mną. Tyle zabawy. Po co miałabym się wiązać z jednym mężczyzną, kiedy mogłam mieć ich setki? To jeszcze mi się nie znudziło. On mógł chcieć stabilizacji. Przeżył osiemnaście wieków.

Może niepotrzebnie z nim flirtowałam? Wydawało mi się, że flirt to nic takiego. Wszyscy to robią. Mimo iż ludzie przypisywali nam same szlachetne cechy na czele z czystością, żadne z nas nie miało problemu z wałęsaniem się z łóżka do łóżka. Młodość chciała się wyszumieć bez zobowiązań.

Przełknął moją uwagę. Widownia znów ucichła.

– Dobrze więc, Morrigan – odezwał się wreszcie. Jego ton pozostał neutralny, nawet jeśli w środku się gotował lub smucił, nie dał tego po sobie poznać. – Dam ci coś innego, równie cennego, ale tym razem odmowy nie przyjmę.

Nie wiedziałam, czy mam się cieszyć, czy może czuć strach. Co mu w głowie siedziało? Tak świetnie krył swoje wnętrze, że trudno było cokolwiek odgadnąć.

– Nie musisz mi nic dawać, opiekunie – próbowałam załagodzić sytuację. – Podarki nie są obowiązkowe.

– Chcę ci coś dać. Naukę. Dam ci jedną bardzo ważną lekcję. Zobaczymy się o dwunastej w twoim gabinecie, a na razie… – rozejrzał się naokoło; siła jego spojrzenia zmuszała innych, aby odwracali wzrok – baw się dobrze, Morrigan. Nie spóźnij się – rzucił, zanim się wyprostował i odszedł sprężystym krokiem.

Tłum się przed nim rozstąpił, a ja odprowadziłam go spojrzeniem aż do schodów biegnących od korytarza.

***

Szybko zapomniałam o incydencie z Valdrianem.

Rzuciłam się w wir zabawy. Piłam drinki, tańczyłam, rozmawiałam, flirtowałam. Nie odważyłam się jednak wyjść z którymś ze znajomych mężczyzn na prywatne spotkanie. Nie po tym, jak odrzuciłam zawiązki Valdriana.

Mimo wszystko przyjemnie spędziłam wieczór.

Potrawy wybierałam od tygodni, kosztując każdą z nich w różnych wersjach. Jedzenie sprawiało mi równą radość co seks. Kuchnia mojego zamku została doskonale zaopatrzona w przyprawy, nawet te z najodleglejszych krain; najtrudniej dostępnych miejsc. I podczas uroczystości sięgałam po smakołyki: główne dania, desery oraz przystawki. Wszystko to ustawiono na długim na całą salę stole. Potrawy podgrzewała i chłodziła magia. Każdy kęs miał odpowiednią temperaturę, dzięki czemu pożywienie rozpływało się w ustach.

Wina. Były wszystkie. Białe, czerwone, czarne. Musujące. Ostre, łagodne i te pośrednie. Słodkie i wytrawne. Czego dusza zapragnie. Ja sączyłam cały wieczór swoje ulubione. Winogrona zbierano w najbardziej wysuniętych na południe ogrodach Skrawku Wieczoru, i tam też fermentował napój. Rozlane wino leżakowało zawsze dziesięć lat, zanim wyruszało z handlarzami w podróż po dworach kolejnych Skrawków. Wódki, burbony, whisky, giny. Piwa. Gust każdego z gości mógł zostać zaspokojony.

Gdy nie rozmawiałam z kolejnymi gośćmi, tańczyłam na parkiecie. Cieszyłam się powodzeniem, nie zostawałam sama nawet na chwilę poza tymi krótkimi minutami, kiedy udawałam się na stronę.

– Księżno Morrigan – usłyszałam i przerwałam obfitującą w żarty wymianę zdań z księciem Skrawka Poranka Hectorem. Odwróciłam się do odzianej w czerń kapłanki. A jednak Valdrian wziął ze sobą eskortę. – Książe Skrawka Nocy już czeka.

Już czeka, powtórzyłam i napięta niczym struna rzuciłam okiem w stronę ogromnego zegara o przezroczystej obudowie, za którą kryły się złote mechanizmy napędzane czarami. Czeka bardzo długo, sprecyzowałam, wręcz czując, jak źrenice rozszerzają się ze strachu.

Wysłał kapłankę, żeby o sobie przypomnieć. Ja o nim zapomniałam.

– Wybacz, Hectorze. Muszę iść – przeprosiłam.

– Ach tak. Odtrącony adorator czeka – zaśmiał się, nie kryjąc złośliwości.

Ja również zarechotałam z jego żartu, nie po to, aby faktycznie wydrwić Valdraina, ale dlatego, że lubiłam towarzystwo Hectora. Hector zaś był łatwym do obrażenia egzemplarzem. Musiałam przy nim uważać na słowa i zachowanie, jednak było warto. Na urodziny dostałam od niego cudowne futra z białych lisów.

Ruszyłam przez salę, uśmiechając się do kolejnych uczestników przyjęcia.

Godzina była późna, nic więc dziwnego, że idąc korytarzem, mijałam pary. Nie zwracali na mnie uwagi, zajęci sami sobą. Szeptali gorące obietnice, umawiali się na ciąg dalszy zabawy.

Wyszłam piętro wyżej. Od ścian odbija się głuchy pogłos zabawy, ledwo cień muzyki i rozmów. Kiedy zostałam sama, ruszyłam biegiem, nie przejmując się rozpadającą się fryzurą, potem wylewającym się z porów mojej skóry. Oby nie musiał czekać dłużej niż to konieczne. Gabinet znajdował się na drugim piętrze, między wyszywanymi przed wiekami gobelinami, zakonserwowanymi magią.

Wpadłam do gabinetu lekko zdyszana.

Istotnie czekał. Nie biernie. Bierne czekanie chyba dawno się mu znudziło. Zastałam go, gdy przeglądał książkę o obyczajach mieszkańców Ziemi Anarchii. Leniwie przewrócił kolejną stronę, nim podniósł na mnie wzrok. Czarne skrzydła za jego plecami zafalowały. Odepchnął się od biurka, o które się opierał, i odłożył wolumin na miejsce, idealnie w przestrzeń między poradnikami o prowadzeniu sztuki wojny, tego samego autora; pisarz wywodził się z Ziem Anarchii, co czyniło go ekspertem od spraw wojaczek i bijatyk, miał też całkiem lekkie pióro, toteż zebrałam całą kolekcję jego dzieł.

Odetchnęłam, nabierając więcej powietrza. Zlustrował moją zapewne zaczerwienioną od biegu twarz; przez jasną skórę zaczerwienienie zawsze łatwo się przebijało. Podczas pospiesznego biegu moja fryzura także ucierpiała.

– Dobrze się bawiłaś? – zapytał, unosząc brew.

Wygładziłam sukienkę. Zakrywała miejsca, które nie powinny być oglądane przez wszystkich, ale w zamian półtransparentny materiał ukazywał nogi oraz brzuch. Nie miała pleców, co było normą, zważywszy na wyrastające przy łopatkach skrzydła. Doskonale widział żebra kurczące i rozszerzające się w pośpiechu.

– Tak, dobrze. Dziękuję, że pytasz – odpowiedziałam.

– Tak dobrze, że o mnie zapomniałaś…

– Ja… przepraszam. – Opuściłam wzrok na złote pantofelki wystające spod lejącego materiału sukni. – Zabawa mnie pochłonęła.

– Widziałem.

Widział? Ja go nie dostrzegałam.

– To co…

– Dość! – zagrzmiał, unosząc rękę. Natychmiast przeszła mi ochota na tłumaczenie. Był moim Opiekunem. Nie powinnam mu teraz przerywać. Dalej posłusznie patrzyłam w dół. – Ośmieszyłaś mnie przed wszystkimi książętami i księżnymi. Przed ich kapłankami. Nie wystarczyło powiedzieć „nie”? Musiałaś ze mnie drwić?

Odpowiedzieć czy nie?

Cisza. Więc powinnam. Nabrałam powietrza.

– Wybacz, mój opiekunie, ale nie powinieneś proponować złączenia przy wszystkich…

– Powiedziałem, że możemy wyjść. Ty nie chciałaś. Wystarczyło powiedzieć „NIE”.

Siła jego głosu dudniła w moich wnętrznościach.

– Tak, wiem. Książe.

– Zaproszenie do flirtu nie jest zaproszeniem do złączenia? – warknął, dokładnie powtarzając moje słowa. – Z każdego byś tak zadrwiła?

– Ja… nie…

– I jeszcze się spóźniłaś. Chciałem ci darować. Mogłaś się zdenerwować. Ale ty po prostu mnie olałaś.

Zacisnęłam powieki, czując pod nimi łzy. Za dużo wina i zbyt wiele emocji.

– Ty byś się nie zdenerwował? – rzuciłam. – Kto cię o to prosił? Byłam w szoku. Nie wiedziałam, jak zareagować.

– Więc drwina wydała ci się najlepszym wyjściem? – Nie szczędził sarkazmu.

– To mnie przerosło.

– Ach tak… Głupie zawiązki cię przerosły? Więc jak chcesz rządzić swoim Skrawkiem?

– To… coś innego.

– Serafin czy serafina zasiadający na tronie Skrawka musi sobie radzić w każdej sytuacji. Ty sobie nie poradziłaś.

Otrząsnęłam się.

– To był jakiś sprawdzian?

– Nie. Moje zamiary co do ciebie były szczere. Chciałem tego.

– Dlaczego?

Uśmiechnął się krzywo, niezbyt ładnie, słysząc moje pytanie.

– Wydałaś mi się odpowiednią partnerką – odparł lakonicznie. – Nie wracajmy do tego. To już za nami. Morrigan, za to co dziś zrobiłaś, powinienem odsunąć cię od władzy.

Wciągnęłam z sykiem powietrze. Nie chciałam tego. Zrozumiałabym jego decyzje, w końcu był opiekunem, a ja go odrzuciłam, ale się z nią nie zgadzałam. Po to się narodziłam. Miałabym stać się zwykłą serafiną? Mieszkać gdzieś na wsi? W biednym dworze? Szkolono mnie od urodzenia. Wpajano prawa i reguły. Mój trening wojskowy pozwalał mi roznieść w pojedynkę pomniejszą armię w pył. Dwa wieki zasiadałam już na tronie, dbając o to miejsce.

– Proszę… nie… – wcięłam się.

– Nie dokończyłem – upomniał mnie. – Przygotowałem dla ciebie lekcję. To czy ją zaliczysz będzie zależeć już tylko od ciebie.

Kiwnęłam głową, zgadzając się; cóż innego miałam zrobić? Cokolwiek wymyślił, będzie to lepsze od zabrania mi Skrawka. Od wiecznego potępienia. Hańby.

– Od ciebie zależy, czy przyjmiesz tę lekcję. Możesz odmówić, a wtedy od razu oddasz mi koronę.

– Co to za lekcja?

– Jako księżna powinnaś wiedzieć, co znaczy miłować inną osobę; powinnaś odczuwać empatię; rozumieć innych. Daję ci sto lat na to, żebyś zakochała się i rozkochała w sobie osobę, która zrani lub zraniła ciebie, twoich przyjaciół, dwór, mieszkańców, twoich poddanych. Kogoś, do kogo będziesz czuła urazę.

Spojrzałam na niego. Emanował spokojem.

To zadanie wydawało się takie… proste. Rozkochać? Zakochać się? Co w tym trudnego? Chyba on też pomyślał w ten sposób. Odsłonił zęby w złośliwym uśmiechu. Doskonale wiedział, gdzie krążą moje myśli.

– Jesteś śliczną kobietą, Morrigan. Twoje włosy – podszedł, sięgając po pasma spływające wzdłuż talii – twoje usta – przesunął kciukiem po czerwieni warg, a ja zadrżałam – oczy – wymieniał, a ja zamrugałam nerwowo, domyślając się niedopowiedzianego – skrzydła. Tych ostatnich wielu ci zazdrości. Ładnie je udekorowałaś – mruknął, przesuwając grzbietem dłoni wzdłuż jednego z nich. Dzwoneczki, klejnociki i ja także; zadygotaliśmy, a cicha muzyczka rozniosła się w gabinecie. Moje drżenie było słyszalne. – Na czym najbardziej ci zależy, Morrigan? Co pragniesz zachować?

– Proszę… nie… – błagałam.

– Więc nie podejmiesz się lekcji? – Ożywił się. – Oddasz swój Skrawek? Jestem zawiedziony. Ty. Kasper. Dlaczego Tali dostała lepiej? – warknął z wyrzutem. – Prócz tego, że odbiorę ci urodę, sprawię, że nie będziesz mogła opuścić murów tego dworu. Nie wyjdziesz dalej niż za bramę. Oczywiście – zaznaczył od razu, widząc, że otwieram usta, aby zadać ważne pytanie – gdy coś będzie grozić twoim poddanym, a ja nie będę mógł pomóc, wtedy wyjątkowo będziesz mogła wyzwolić się z więzienia. Podejmiesz się lekcji czy nie?

Podskoczyłam, słysząc pogardę i groźbę.

– Co po tych stu latach? Jeśli mi się nie uda? – Chciałam wiedzieć. Musiałam.

– Przejmę twoje ziemie, a ty osiądziesz na wsi. Oddam cię za żonę któremuś z serafinów. Nie zostawię cię na pastwę losu, to jasne.

Zbliżył się; oddychaliśmy praktycznie tym samym powietrzem.

– Mogę to przemyśleć?

– Decyzja ma być podjęta tu i teraz. Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę. Jako księżna musisz szybko myśleć.

– Jak teraz powiem „nie”...

– To przejmę twoje ziemie. Ty zostaniesz żoną któregoś z serafinów. Będziesz mieszkać na wsi, gdzie nikt cię nie pozna.

– To ten sam los.

– A za co byś chciała nagrodę? Za samą próbę? – wyśmiał mnie. Wiedział jednak jak mnie zmotywować.

– Odrzuciłam ciebie, więc pchasz mnie teraz w ramiona innego?

Jego śmiech zadudnił w moim wnętrzu. Oddech omiótł czoło. Uniosłam brodę, rzucając mu wyzwanie. To zbyt ciężka kara. Nie mogłam się na to zgodzić.

– Rozumiem więc, że spróbujesz?

– Tak. Spróbuję. Spróbuję i wypełnię lekcję.

Wpatrywał się we mnie, szukając śladów załamania. Nie dałam mu satysfakcji. Sięgnął do mojej twarzy, ale nim dotknął skóry, ja zapytałam:

– Jeśli wypełnię lekcję, to czy… odzyskam moją urodę?

Skrzywił się, ale odpowiedział:

– To dla ciebie tak ważne? Powinnaś się przejmować losem ludu, który chronisz. Jesteś próżna.

– Ale skuteczna.

– Odzyskasz urodę. Odzyskasz też skrzydła. – Z mojej twarzy odpłynęła krew. Tylko nie skrzydła. Łzy znów zebrały między powiekami. – Masz równe sto lat na to, aby obdarzyć miłością i ją otrzymać od osoby, która kiedyś cię zraniła, którą będziesz pogardzać. W tym czasie nie opuścisz Dworu Skrawka Wieczoru w żadnym innym celu niż pomoc poddanym. Masz serce z lodu, musisz je roztopić. W innym wypadku staniesz się nikim.

Spuściłam wzrok, a wtedy on dotknął mojej twarzy. Krzyknęłam, gdy ból przeszył czoło, policzek oraz żuchwę. Tysiące rozgrzanych szpilek kąsało moje oblicze, wbijając się głęboko. Co mi uczynił? Jeszcze nie mogłam dojrzeć. Ledwo cierpienie w jednym miejscu przeminęło, kiedy pojawiło się w kolejnym. Między łopatkami. Moje skrzydła płonęły. Gdy ogień strawił resztki tego, co czyniło mnie serafiną, przeszył mnie dojmujący chłód; rozchodził się po ciele z każdym uderzeniem serca. Gnał tętnicami, przepychał się przez żyły. Sięgał wszędzie od ramion i ud po końcówki palców.

Ból, gorąc, chłód – wszystko to odeszło. Nie czułam nic. Moje serce zamarło.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • konfiguracja miesiąc temu
    "Książe Skrawka Nocy przybył sam, bez świty. Cierpliwie czekał na swoja kolej, trzymając wyprostowaną postawę, wypinając szeroką pierś, a dłonie chowając za plecami. " - książę a nie książe, swoją a nie swoja. Ponadto aż trzy imiesłowy w drugim zdaniu: trzymając, wypinając, chowając - tworzą nienaturalną, usztywnioną składnię.

    Potencjał jest. Warto jednak jeszcze raz przejrzeć zapis, choć sporo pracy w ten tekst już zostało włożone.
    4 z minusem.
  • Multivariate_Ego miesiąc temu
    Fakt. Czasem umykają mi końcówki, nawet jeśli poprawiam tekst dwukrotnie ;/
    Nie wiedziałam, że podobny zapis z imiesłowami jest niepożądany. Postaram się zwracać na podobne kwestie więcej uwagi.
    Bardzo dziękuję za ocenę ;) Na wattpadzie o jakikolwiek komentarz ciężko, nie mówiąc o wytknięciu błędów innych niż ortograficzne i interpunkcyjne.
  • Karawan 3 tygodnie temu
    Nie było mnie trochę więc i komentarzy także. Uwaga pierwsza - prezentowany tekst ma dziesięć stron (czcionka wielkości 12 TNR) lub sześć przy wielkości 10. To dużo. Proszę zobaczyć jakiej długości zwykle są wieloodcinkowe teksty, a dzieje się tak dlatego, że "człowieki" nie lubią się męczyć :)

    Na co dzień okładałam go miękkimi poduszkami, czyniąc go chociaż odrobinę wygodniejszym do przesiadywania podczas godzin audiencji. - tron wiadomo - do siedzenia, moim zdaniem "do przesiadywania" zbędne ;)

    na przykład miłość do miłości fizycznej. - jedna miłość za wiele. może pociąg lub skłonność,... Słownik wyrazów bliskoznacznych bywa bardzo pomocny. :)

    a pod sobą miała księciów i księżną Skrawków Świtu, - dwuznaczne i błędne, może podlegali jej władzy książęta i księżna? Na pewno nie księciów. Książę a nię księć, książęta a nie księci czy księciowie ;)

    Przeciwieństwo promieniującej Tali - promieniujący to jest pierwiastek albo piec. O osobach mówimy, że promienieją ;)

    Rozpromieniła się, a ja wiem, - całość w czasie przeszłym, więc; "wiedziałam" ;)

    Witaj, księciu Valdrianie - ukłoniłam się księciu (książęciu) witaj książę (kto co?, a nie; komu czemu)

    Współczuli księciu nieudanych Zawiązków - czy Związków? o co chodzi? :)

    Ale ty po prostu mnie olałaś. - Serafin? I taka mowa uliczna? Na dworze nieziemskim? Czy to przystoi? Co to znaczy olać kogoś? jakie inne słowo zamiast olać? :)

    – Proszę… nie… – wcięłam się. - i dalej język nie licujący z dworem, książętami, serafinami, elitą. Jakie słowo zamiast wciąć się i co to znaczy wciąć się (dosłownie i w przenośni)?

    Dzwoneczki, klejnociki i ja także; zadygotaliśmy, - zadygotały! nie "śmy" bo bohaterka jedna a oponent nie dygotał!

    Tyle pobieżnych uwag. Odnośnie pomysłu - dobra zapowiedź! Poczytam CD i zobaczę czy zostanie spełniona. Pięć na start i prosze pamiętać, że nie ma nieomylnych, a na błędach się uczymy ;) Powodzenia .
  • Multivariate_Ego 3 tygodnie temu
    Miłość do miłości fizycznej – to cecha charakterystyczna mojego stylu. Specjalnie, z premedytacja użyłam powtórzenia ;)

    Zawiązków. To było dobrze. Słowotwórstwo. Inne określenie na oświadczyny.

    Wyrazy potoczne i współczesne mają swój powód, aby występować w tekście, gdyż akcja dzieje się... w przyszłości.

    Dzięki ;) Zwrócę uwagę i te błędy też poprawię :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania