"Pani z lodu" R5: Imigranci

Podkreśliłam linię rzęs węglem. Cienkim zakończeniem rysowałam wzdłuż włosków, aby następnie rozmazać kreskę w górę do pożądanego cieniowania. Za każdym razem odsuwałam się nieznacznie, aby podziwiać z daleka swoje dzieło. Od czasu do czasu zaciskałam usta, które z lepkością się następnie od siebie odklejały – te postanowiłam ukryć za cielistą, lekko tłustą szminką. Było całkiem nieźle. Maska obserwująca każdy mój ruch, nie powiedziała mi o tym nic. Uśmiechała się tylko wyciętymi ustami, z lekko uniesionym kącikiem. Dziś wybrałam całkowicie białą – kontrast do głęboko-czarnej, długiej sukni z zabudowaną górą i długimi rękawami. Bardzo skromny model.

Sięgnęłam po tusz w kamieniu, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Co jest? Nawet jeszcze nie zjadłam śniadania, a ktoś się do mnie dobijał? Zdziwiłam się i zerknęłam na zegar ustawiony nad kominkiem. Cichutko tykał napędzany magią – wskazywał kwadrans przed siódmą szczupłymi strzałkami na rdzawo-złotej tarczy.

– Taak? – rzuciłam w stronę drzwi, równocześnie przybliżając się do lustra, aby podkreślić rzęsy. Były całkiem długie i kusząco podkreślone.

Klamka opadła, kiedy służący spróbował wejść. Nie wiedział, że chodziło mi o to, aby powiedział mi przez drzwi, po co przybył. To oznaczało tylko jedno – niedawno zaczął mi służyć. A idąc dalej tym tropem… to Ferris został wysłany, aby przekazać mi wiadomość.

Nikt prócz mnie nie mógł otworzyć drzwi od sypialni. Nikt też nie mógł do niej wejść, chyba że na to pozwoliłam. Nikt prócz Valdriana, który to dostał od Stworzyciela moc znoszenia naszych czarów. Taką samą posługiwała się Tali. Musieli nad nami jakoś panować. Na szczęście dla mnie rzadko korzystał ze swoich superumiejętności. Raczej był ugodowym i sprawiedliwym facetem, który najpierw szukał konsensusu, a dopiero później się rządził.

– Pani Morrigan? – Uśmiechnęłam się, wiedząc, ile trudu kosztuje go zwracanie się do mnie w ten sposób. Najczęściej używał tytułu: księżna.

– Już – odparłam.

Sięgnęłam po maskę, żeby biedaczek przedwcześnie się nie przestraszył. Czary załaskotały, przebiegając po skórze twarzy, jakby pieściła ją dłoń kochanka. Ostatni raz przeglądnęłam się w lustrze. Ach! Zapomniałabym… Musiałam podkreślić rzęsy w drugim oku. Wygładziłam materiał sukni, podziwiając swoją sylwetkę. Przynajmniej to mi pozostało. Zakryłam zwierciadło płachtą.

Stanęłam przed drzwiami, nabierając więcej powietrza. Spokojnie. Masz dobry humor. Promieniejesz szczęściem. Zachęć go ładnym uśmiechem. Powtarzałam w myślach afirmacje. Ładnym, połowicznym uśmiechem – dodała druga strona mojej osobowości, sprowadzając mnie na ziemię. Położyłam dłoń na klamce, a czar, rozpoznając swoją zaklinaczkę, puścił.

Otworzyłam, uśmiechając się uprzejmie – niezbyt szeroko, żeby nie wziął mnie za wariatkę. Ważne, że nie przywitałam go z grobową miną.

Rzucił na mnie dość niedbałe spojrzenie, jakby spieszył się do pracy i czekanie, aż łaskawie mu otworzę, niespecjalnie mu pasowało. To nie wróżyło niczego dobrego, a wręcz zapowiadało, że moje starania spełzną na niczym.

– O co chodzi? – zachęciłam, udając, że wcale jego obojętność mnie nie dotknęła.

– Przybył jakiś gość z jakiegoś portu. – Bardzo konkretnie, prychnęłam w duchu. – Czeka przed gabinetem.

Odwrócił się, mając zamiar odejść.

– Wiesz – zaczęłam, a on się zatrzymał i spojrzał przez ramię – że mogłeś to powiedzieć przez drzwi. Służba tak robi.

– Nie powiedzieli mi. Następnym razem tak zrobię.

Cholera. Nie ma to jak zacząć od pouczania. No brawo, Morrigan. Pracownicy – ludzie z krwi i kości, ze swoim własnym systemem wartości, a także i jakimkolwiek rozumem – nie lubili, gdy ich poprawiałam. Dawno powinnam się wyzbyć tej cechy charakteru, jednak cóż poradzić, gdy lubiłam wszystko kontrolować?

Ruszył, oddalając się. Jak miałam go zatrzymać chociaż na minutę? Brakowało mi pomysłów.

– Nie mówię, że zrobiłeś źle – oznajmiłam, chcąc naprawić błąd.

Znów się zatrzymał. Tym razem zwrócił się całym ciałem w moją stronę. Przyglądał się mi bez słowa. Tym razem uważniej. Może próbował zrozumieć, dlaczego go zatrzymuję. Co działo się w jego głowie? Zapewne twierdził, że jestem wyjątkowo upierdliwą szefową. Tego bym się spodziewała.

– A ja wcale nie czuję, że to było złe. Następnym razem uszanuję bardziej twoją prywatność i nie będę cię odrywał od… cokolwiek tam robiłaś.

– Malowałam się – mruknęłam. Czułam się głupio, mówiąc cokolwiek, aby przedłużyć tę chwile razem. – W niczym mi nie przeszkodziłeś.

– Dobrze wiedzieć. – Zatrzymał wzrok na mojej twarzy. Oceniał. – Ładnie się pomalowałaś – rzucił wymuszony komplement.

Trudno było się mi uśmiechać, kiedy wiedziałam, że robię z siebie… No właśnie kogo? Bo czułam się jak idiotka. Podziękowałam mu cicho, starając się nie myśleć o tym, że zmusiłam go do zwrócenia uwagi na moją – aktualnie wątpliwą – urodę.

Dlaczego, kiedy najbardziej potrzebowałam tematów do rozmowy, one umknęły z mojej świadomości? Szukałam inspiracji, patrząc na niego, na obrazy. Głupio było mi zauważyć, że ładną mamy pogodę. Uznałby mnie za nudziarę… Sztywną, nudną, czepiającą się o byle co szefową.

Odkaszlnął, gdy znów zapadła cisza.

– Mam obowiązki.

Tak, powinniśmy zakończyć ten pokaz żenady, zgodziłam się w duchu.

– Ja też.

– Dobrego dnia, księżno.

– Tobie także.

Już go nie zatrzymywałam. Karciłam się za to w duchu za tę głupią rozmowę. Żeby tylko nie pomyślał, że jestem głupią, napastliwą serafiną. Pokręciłam głową.

Wdech.

Wydech.

Pora wrócić do obowiązków. Ja też je miałam, a pierwszy aktualnie już na mnie czekał.

***

Gość oczekiwał mnie przed drzwiami gabinetu, kontemplując gobelin, na którym przedstawiono wszystkie ludzkie rasy według hierarchii. Na samej górze wyszyto Stwórcę pod postacią promieni spływających z nieba, kąpiących w swoim blasku resztę istot. Nikt nie wiedział, jak naprawdę wygląda Stwórca. Każdemu ukazywał się w innej postaci, najczęściej wdziewając skórę naszej ukochanej osoby. Tuż pod jasnością za ręce trzymały się dwie wróżki o motylich skrzydełkach i niebiesko-srebrzystej skórze. Niżej byliśmy my – serafini – zaś zaraz pod nami gnieździły się szarawe diabelce. Później kolejno piętra zajmowali kattowie na równi z raptusami, wampiry, diabliki, wilkołaki, a na samym dole – kłaniający się wyższym formom życia – zwykli ludzie.

Ralph Ados oderwał niebieskie niczym morze oczy od obrazka, przenosząc je na mnie. Jego brudnobrązowe skrzydła zafalowały, a na ustach zakwitł uśmiech. Zarządzał portem w Kropli Adriaty, dość dużym mieście położonym nad brzegiem oceanu. Miał pod sobą strażników i to on koordynował przypływy i odpływy statków pasażerskich oraz tych z towarami. Skłonił się w pas, zamiatając podłogę kapeluszem z piórami – oznaką najnowszej mody wśród mojego ludu. Kiwnęłam mu głową.

– Piękny dzień, księżno Skrawka Wieczoru – przywitał się. – Gdybym tylko miał lepsze wieści.

– Cokolwiek się stało, zaraz temu zaradzimy – oznajmiłam pozytywnie.

Wszedł za mną do gabinetu. Usiadłam za blatem, położywszy przed sobą dłonie. Pokazałam, że go słucham.

– Istna plaga – zaczął. – Dzieci Kontynentu Dantego stały się wyjątkowo bezczelne.

– Tak?

– Nie ma dnia, żebyśmy nie łapali którejś z ich ras na ulicach. Przybyłem, ponieważ chcę prosić o oficjalne pozwolenie na sprawdzanie każdego wpływającego do portu statku towarowego.

Zgodziłam się jednym kiwnięciem.

– Przyniosłeś statystyki?

– Tak. Jeden z twoich doradców już je przejął.

– Yhym – mruknęłam.

Klasnęłam, wysyłając do doradców wiadomość. Potrzebowałam, żeby któryś przybył i wspomógł mnie w rozmowie oraz decyzjach.

Uśmiechnęłam się uprzejmie do mojego gościa. Czasem, ale bardzo rzadko, fatygowali się do mnie osobiście. Problem musiał być palący.

– Jak tam twoja rodzina, Ralph? – zapytałam, aby zająć nas czymś, póki nie przyjdzie wezwany doradca.

Dotąd raczej poważny Ralph rozpromienił się, jakby myśl o jego kobiecie i dziecku sprawiała mu niewymowną radość. Opadł na fotel.

– Kaitlyn niedługo osiągnie pełnoletność. Jej dwudzieste urodziny! Wyobrażasz to sobie? Co prawda został jeszcze ponad rok, ale Valeria już planuje uroczystość – opowiadał dumny ojciec. – To za wcześnie… ale już myślimy o kolejnym dziecku. Trzeba zacząć wcześnie się starać…

– Tak, wiem, wiem – zaśmiałam się – sprawy administracyjne, a później sam… akt.

Staranie się o dziecko należało rozpocząć od wystosowania prośby do Stworzyciela o pozwolenie. My, nieśmiertelne rasy, serafini, diabolce i wampiry, mieliśmy ściśle uregulowany współczynnik narodzin. Zazwyczaj decyzja o zgodzie na spłodzenie kolejnego dziecka następowała, gdy któryś przedstawiciel danej rasy poległ. A i po otrzymaniu oficjalnego pisma, wcale nie było łatwo. Spłodzenie potomka mogło zająć lata lub dziesięciolecia. Okres płodny wśród serafin zdarzał się raz do roku, w najkorzystniejszych warunkach środowiskowych i trwał maksymalnie tydzień. Mimo iż jego objawów nie dawało pomylić się z niczym innym, często po prostu się nie udawało. Podobno winny był stres. Wyjątkiem od reguły “istoty za istotę” były wróżki – również nieśmiertelne; one jednak rodziły się na tyle rzadko, że na świecie obecnie żyło jedynie dwanaście ich przedstawicielek. Rozmnażały się wyłącznie przed „czasem grozy” i wybierały sobie na partnerów najsilniejszych mężczyzn z innych ras. Ich biologia była przy tym… najdziwniejszą wśród wszystkich.

Sama nie znosiłam czasu płodności. U mnie zazwyczaj pojawiał się on w lecie. Chodziłam wtedy po ścianach, zwłaszcza przez ostatnie stulecie, kiedy nie mogłam pozwolić sobie na obcowanie z mężczyzną. Niezaspokojona żądza trwająca przez tydzień okazywała się istnym koszmarem bez pomocy zaprzyjaźnionego członka. A ręce czasem mi już odpadały… metaforycznie.

– Ach! Ta druga część to już sama przyjemność – zażartował zarządca portu.

Zawtórowałam mu, chichiocząc niczym zawstydzona dzierlatka.

Gdzież ten doradca się podziewa?

Przeszliśmy do tematu pogody. Przez okno widziałam całkiem ładnie oświetlony słońcem krajobraz. Rozmawialiśmy o nadchodzącym, ciepłym lecie. Zapowiadało się naprawdę dobrze. Mówił, że ryby ciągną do powierzchni, a kutry przynoszą rekordowe dostawy. To dlatego ostatnio tak często serwowali mi owoce morze.

Wreszcie jeden z doradców raczył się pojawić. Ten serafin miał za sobą setki lat życia, czego na pierwszy rzut oka oczywiście nie można było dostrzec. Miał na imię Lotan i towarzyszył moim rządom od samego ich początku. Wyjątkowo doświadczony potrafił być uparty i nieustępliwy, a przy tym wyjątkowo zjadliwy. Ubrany w białą togę – symbol oświecenia – powolnym krokiem wkroczył do gabinetu. W ramionach ściskał zwoje i księgi; aż dziw, że nie załamał się pod ich ciężarem. Odłożył je na stoliku Dadarena i bez słowa rozwinął część z nich.

– Lotanie? – przypomniałam mu o swoim istnieniu, a on zamrugał, jakby właśnie obudził się z głębokiego snu. Zapewne pływał w morzu swoich myśli, ustawiając wcześniej swoje ciało na automatyzm. Ja jeszcze tego nie potrafiłam. To przychodziło dopiero po kilkunastu lub kilkudziesięciu wiekach.

– Pani – przywitał się, pochylając tułów. – Zarządco Ralph.

– Czy już przeanalizowaliście materiały otrzymane od Ralpha? – zapytałam, wychylając się z mojego miejsca, żeby lepiej widzieć.

– Tak. To proste dane. Wystarczyłby jeden z nas – odparł. – Niepotrzebnie tamci zawracali sobie głowy. Mogłem sam dokonać obliczeń – narzekał.

– Raport?

Doradca wyprostował się, wypinając przed siebie pierś. Wyciągnął głowę wysoko, niemal ją zadzierając. Wraz z Ralphem obserwowaliśmy ten pokaz. Lotan zawsze wyróżniał się na tle innych doradców, i nie powiem, żebym lubiła z nim pracować. To, czy go darzyłam sympatią było jednak nieważne, kiedy okazywał się najskuteczniejszym z nich wszystkich. Pozostało mi go tolerować i jak najrzadziej wchodzić mu w drogę.

– Całe zachodnie wybrzeże Skrawka Wieczoru odnotowało trzykrotny wzrost liczby imigrantów w tym tygodniu, porównując go do poprzedniego miesiąca. Zarządcy portów i miast są zaniepokojeni i żądają podjęcia radykalnych kroków.

– Co sugerujesz? – Przekrzywiłam głowę.

– To jasne, że trzeba wprowadzić kontrolę nadpływających statków z towarami przychodzącymi z Kontynentu Dantego. – Na to sama wpadłam, ale tylko skinęłam mu, zgadzając się i czekając na dalsze sugestie. – Niewielka część imigrantów przybywa z innych Skrawków. Najprawdopodobniej przesiadają się w ich portach na kolejne statki. Od nas również wypływają imigranci. Szukają najlepszego miejsca na osiedlenie. Powinienem porównać te dane z danymi pochodzącymi z innych nadbrzeżnych Skrawków, ale przewiduję, że imigranci osiedlają się w podobnym stopniu w każdym z zachodnich państw. – Ponownie kiwnęłam, aby kontynuował. – Do kontroli statków towarowych należy dołożyć kontrolę pasażerskich.

– Będziemy niepokoić naszych obywateli? – sprzeciwił się Ralph. – Branża turystyczna na tym straci. Mieszkańcy wypływają, żeby zażyć spokoju, a nie denerwować się przy odprawie.

Uniosłam rękę, zatrzymując słowa Ralpha. Doskonale znałam arystokrację. Każda próba mącenia w ich życiu, kończyła się skargami oraz jeszcze większą obrazą. Byli najtrudniejszą klasą do ujarzmienia.

– Wątpię, żeby imigrantów było stać na najdroższe bilety. Ograniczcie swoje kontrolę do klasy drugiej i trzeciej oraz magazynów – poleciłam Ralphowi.

Przyjął moje polecenie z odrobinę większym spokojem.

– Co jeszcze? – zwróciłam się do Lotana.

– Należy szukać imigrantów na ulicach miast. Sugeruję, aby podwoić patrole.

Westchnęłam.

– Stać nas na to?

– W koszarach zalega sporo nieużytków. Młodej krwi. Potraktujmy to jak praktyki.

Wiedziałam, że Lotan mówi poważnie, ale mimo to prychnęłam śmiechem na myśl o żółtodziobach, którym dowódcy będą wmawiać, że patrolowanie ulic sprawi, że staną się lepszymi wojownikami.

Doradca spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami. Nie miał poczucia humoru. Machnęłam ręką.

Dalej.

– Raporty wskazują na to, iż obywatele Kontynentu Dantego czasem przebywają ocean na własną rękę we własnych łodziach. – Tutaj mnie zadziwił. O tym jeszcze nie słyszałam. – Wysiadają na dzikich plażach. Warto się tym zająć.

– Wyślemy patrole na plaże?

– I tak. I nie. – Opuścił wzrok, na chwilę porzucając przeprostowaną pozę. Popatrzył na stół Dadarena. – Niech pokazuje pani nielegalne próby przekroczenia naszych granic.

Tak. Mógł to zrobić, wystarczyło wyrazić życzenie. Stolik Dadarena był wspaniałym wynalazkiem.

– Zajmę się tym. Coś jeszcze?

Przetoczyłam spojrzeniem od jednego mężczyzny do drugiego. Milczeli.

– W porządku. Lotanie, prześlij raporty do Valdriana i opróżnij koszary z młodzików. Skontaktuj się także z doradcami innych Skrawków. Zdaje się, że imigranci stali się poważnym problemem. Pomyśl też nad innymi rozwiązaniami. Ralph, wprowadź kontrole. Statki towarowe i pasażerskie… – wydałam polecenia. Obaj się zgodzili. – Możecie odejść – odprawiłam ich.

Bez zbędnych pożegnań opuścili gabinet, zostawiając mnie samą.

Westchnęłam. Tyle kłopotów na zakończenie moich rządów… Znów te posępne myśli. Jakbym nie miała dość problemów z własnym życiem, imigranci musieli zacząć się przelewać na nasze ziemie. Nie potrzebowaliśmy kolejnych gęb do wykarmienia. Nie wątpiłam, że niektórzy pracowaliby sumiennie na swoje utrzymanie. Nigdy nie wrzucałam wszystkich do jednego wora. Jednak chodziło też o różnice kulturowe. Tam… za oceanem… panowały inne, luźniejsze zwyczaje. Często prymitywne.

Wstałam, wychodząc zza biurka. Powoli przeszłam przez całą długość gabinetu, żeby zatrzymać się przed mapą przybita do ściany. Przedstawiała dwa kontynenty – Dantego i Obrońców Ludzi. Kiedyś, bardzo dawno, przed tym gdy nasza cywilizacja odrodziła się po apokalipsie, świat podzielony był na siedem kontynentów: Europę, Azję, dwie Ameryki, Antarktydę, Australię oraz Afrykę. Wybuchy, deszcze meteorów, ruchy tektoniczne zniszczyły tamten glob i uformowały go na nowo. Stare dzieje spisano na kamiennych tabliczkach i umieszczono w pierwszej bibliotece, wokół której wyrosła Stolica Świata w granicach Szczytu Świata. To stamtąd ocalali, przepełnieni magią pierwsi ludzie różnych ras rozeszli się, ustalając nowy porządek. Pierwszy zasiedlili Kontynent Dantego, popełniając masę błędów. Stworzyciel, widząc ból ciemiężonych ludzi, ustanowił, iż Serafini, kattowie i raptusi przeniosą się wraz z ludźmi na ten drugi, niezdominowany jeszcze przez tubylców fragment świata. Dlatego nazwał go Kontynentem Obrońców Ludzi.

Na Kontynencie Dantego prócz Szczytu Świata, znajdowały się inne państwa zarządzane przez królów – Królestwo Ognia, Królestwo Skał i Królestwo Cieni. Plamą na historii i mapie od zawsze pozostawały Ziemie Anarchii, gdzie zsyłano groźnych łamaczy prawa. Żyli tam według własnych zasad, najczęściej opierając się na prawie silniejszego. W granicach Ziemi Anarchii mogli robić wszystko; byli wolni, ale równocześnie musieli walczyć o przeżycie. Żyło tam najwięcej wampirów, gdyż wysysanie innych istot uchodziło im na sucho.

Mój kontynent, mój dom, miał siedem Skrawków odpowiadających porom dnia i nocy. Ten podział, jak powiedział sam Stworzyciel, miał być metaforą walki dobra i zła. Czerni i bieli. Ciemności i jasności. Dnia i nocy. Walką, jaką przeszła natura, aby wytępić szkodniki i odzyskać równowagę.

Pozostałości po ludziach czasów przed apokalipsą trzymano w muzeach. Oglądano wytworzone przez nich przedmioty. Tę całą elektronikę, dziwne ubrania, fragmenty budynków, przedmioty codziennego użytku. Stworzyciel nie pozwolił nam na rozwój, twierdząc, że wszystko, czego potrzebujemy, daje nam sama natura. To ona obdarzyła nas magią, więc to magia zastępowała wynalazki przeszłego człowieka. Stworzyciel nadzorował wszystko, co było przez nas wytwarzane. Analizował odkrycia i decydował, czy mogą zostać zastosowane, czy może jednak nie powinny. Wszystko to robił po to, aby natura nie obróciła się przeciwko ludziom po raz kolejny.

Położyłam dłoń na szorstkim materiale mapy. Była wykonana ze skóry. Opuszki palców ześlizgnęły się, zaznaczając kontury Skrawka Wieczoru. Obok Skrawka Poranka był największym z pomniejszych na naszym kontynencie. Oczywiście to Skrawek Nocy i Dnia zajmowały najszersze tereny. Uśmiechnęłam się, myśląc o wspaniałościach kryjących się na ziemi.

Współczułam ludziom, że musieli kiedyś żyć w kamiennych miastach, często całe życie nie widząc zieleni. My mieliśmy jej aż nadto. Zgadzałam się ze Stworzycielem – powinniśmy bronić równowagi, czerpać z natury rozsądnie i nigdy jej nie dominować.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania