"Pani Zima" to ja. Wspomnienie :)

Pani Zima – to ja. Wpierw jednak parę zapamiętanych z dzieciństwa obrazków…

Ilustracja pierwsza: styczeń (słoneczne przedpołudnie) roku pięćdziesiąt którego; szyb Regis pilotowany przez uginające się pod śnieżnymi nawisami, sosny.

I w brązowym aksamitnym garniturku (kurteczka z kapuzą plus porcięta na okrętkę) skrzat płci żeńskiej, którego kobiecość wyraźnie podkreśla zawiązana pod brodą bladoróżowa taftowa wstążka (ale i tak nieznajomi brali mnie za małego – ku mojej wściekłej rozpaczy – faceta!) trzymana za rączkę przez uśmiechniętego dżentelmena w futrze. Ten pan, to mój Tata.

Tata głośno zachwyca się zimą; ja (ssąc bladozieloną landrynkę) milcząc (bo w międzyczasie gadając za dużo na mrozie, zdążyłam się popluć i trzeba było mi czyścić kapotkę zlodowaciałym śniegiem oraz Tatusiną chustką do nosa) - również.

Ponieważ Szczęście wyglądało jak Pani Zima, a że największym moim marzeniem było przynoszenie innym bliżej nieokreślonego szczęścia, w związku z czym i zgodnie z moją ówczesną ułomną, zwaną dewizą, arytmetyką: ja to Pani Zima, natomiast Pani Zima to ja!

 

Widoczek drugi: koniec stycznia początek lutego roku niezapamiętanego. Maszerujemy z Tatą w rytm słyszanych z daleka dzwonków kuligu, w stronę Parku Mickiewicza. Koronkowy błękit śniegu i pod sosnami ciemnoszafirowy cień. Zamarzły staw, wchodzę na puszystą taflę, chcąc dobrnąć do wysepki, jednak przerażony Łojciec stanowczo zabrania, więc idziemy sobie dalej tym wczesnym niedzielnym popołudniem dokąd biała przestrzeń pól (od dawna nieistniejących) właściwie – donikąd. Mimo to jest pięknie; jest tak pięknie, że po dwu godzinach wspólnej kontemplacji roziskrzonego (jeszcze wtedy otwartego) horyzontu i pomimo skostniałych z mrozu kończyn, wciąż chce się tu pozostać. Tata straszy zamarznięciem, przeto, dzierżąc na pociechę w swej sztywnej i chudej łapce pęk ściętych z lodem pokrytej glinianki suchych trzcin – (nie)chętnie wracamy.

Po czym w przytulnym od buchających ciepłem kaflowych pieców, domu, głośno zawodząc na modłę orientalnych płaczek, grzeję pod strumieniem zimnej wody (nie)swoje, nazywane palcami, patysie, gdy tymczasem Mama wykorzystawszy nieuwagę szczęśliwej posiadaczki przyniesionych suchelców, z trudem niejakim upycha do pieca moje roztrzęsione botaniczne trofeum…

 

Propagandowa zima typu mróz, śnieg, szron wraz z innymi widowiskowo pejzażowymi akcesoriami nie zdarza się w Wieliczce zbyt często (dawniej podobno przez te cholerne ruskie sputniki z żałośnie wyjącą Łajką, teraz z kolei przez „klimatyczne zmiany”), za to co roku – i to aż w nadmiarze – Przyroda funduje nam idealną pogodę dla lokatorów Łysej Góry.

 

Zima bezśnieżna dopiero potrafi być piękna; intensywnie wiejący Halny to odgania, to przytula; prowokujące marzenia senne na długo, długo zapadają w pamięć tuwimowskiego „Snu złotowłosej dziewczynki” (ileż kosztowało mnie niegdyś zachodu, żeby „[za]pachnieć jak [nieznane mi z autopsji] tuberozy”!). Natomiast bezustanna gonitwa myśli i wrażeń coraz to nowe podsuwa(ła) wiersze:

 

Gdyby nie

wiosny apokaliptycznej

styczniowe krystalizacje –

to one by się

tak wegetatywnie

nie rozmnażały - -

nie kiełkowały

nie pączkowały

nie zieleniły

tak nerwowo nie kwitły - - -

Nie oddychały

drzewnie i bezlistnie.

Nie przekręcały

ze źdźbła

na źdźbło oziminy.

Nie migotały.

Nie pachniały

różowym cyklamenem -

i ziemią mokrą…

 

Tupię z Tatą na wieczorny spacer. Ponieważ jest ciemno, więc chwilowo nie muszę wysłuchiwać jego katastroficznych biadań na temat bliskiego końca świata. Machinalnie liczę skądś spadające gwiazdy i światła latarń na biegnącej powyżej szosie. Mimo pozornego ciepła przenika mnie studzienny chłód, bo właśnie pomyślałam o swojej najbliższej przyszłości: po kolacji Rodzice znów zaczną sobie nawzajem przeszkadzać, ja natomiast pobiję się z moją-już-dorosłą-Siostrą. O koszmarze szkolnym (na wszelki wypadek) wolę zapomnieć, bowiem w chwili, gdy napomknę o migrenie, to od razu i nadprogramowo przypisany mi zostanie bolący palec.

 

Mimo to, prócz niecodziennej Wieliczki w śniegu, kiedy gdzieś w cholerę się podziewają różne mechaniczne pojazdy, zaś przygniecione litościwym śniegiem rozmaite budo-garaże (zwłaszcza na ulicach X Goliana oraz Legionów) sprawiają wrażenie zapadniętych w ziemię, jeszcze (czy może przede wszystkim?) wyjątkowo „ubogaca” moje duszne klimaty: Wieliczka we mgle oraz Wieliczka w szadzi.

 

Osobliwym i czarodziejskim zjawiskiem jest szadź, która w przeciwieństwie do chowającej i zacierającej wszystkich oraz wszystko, mgły, wyostrza i uwypukla, a co ważniejsze – upiększa wszelkie kontury i detale. I to zawsze we wszystkich możliwych odcieniach srebra. Szron i mgła stworzyć potrafią i niebo dla Eskimosów, i czyściec dla zimolągów, i piekło dla tropiku. Ja w każdym razie ilekroć oglądam swoje miasto czy to we mgle, czy w szadzi, czy wreszcie w jednej i drugiej równoczesnej odsłonie, jestem nader i wielce uradowana! Szczęśliwa dlatego, albowiem tu po raz n-ty ziszczać się poczyna mój rzeczywisty sen. Tylko trwaj mi chwilo jak najdłużej!

 

styczeń 2011

Średnia ocena: 3.6  Głosów: 8

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • befana_di_campi 3 tygodnie temu
    Ooo, trolle się uaktywniły :-D Co tam wirus bez korony, skoro tutaj krętki blade nic a nic nie próżnują :-D
  • wicus 3 tygodnie temu
    Przepiękne, poruszające wspomnienie! Muszę przyznać, że szczególnie urzekła mnie ta zawsze wielka litera pojawiająca się w opowiadaniu o Rodzicach.
  • befana_di_campi 3 tygodnie temu
    Bardzo dziękuję :-)

    Serdecznie :)))
  • polskischeuring 3 tygodnie temu
    Slabe
  • befana_di_campi 3 tygodnie temu
    To wzmocnij sznurkiem ;-) Najlepiej - konopnym :-D
  • Bożena Joanna 3 tygodnie temu
    Ładny obrazek z dzieciństwa i prawdziwa zima, za którą nieco tęsknię (może nie taka jak w 1978 roku). Pozdrowionka!
  • befana_di_campi 3 tygodnie temu
    Nawet zachowała się pożółcona oraz mocno sfatygowana fotografia z tego zdarzenia :)

    Serdecznie :)
  • pasja 3 tygodnie temu
    Bardzo elegancki, rodzinny i ciepły (choć zima) otulony miłością obrazek. Malarz mógłby stworzyć pejzaż z dziewczynką z bladoróżową taftową wstążką.
    Przekładaniec z wierszem.
    Pozdrawiam
  • befana_di_campi 3 tygodnie temu
    Czuję się dowartościowana :) Piękne, staropolskie "Bóg zapłać" :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania