Paryski interes

„PARYSKI INTERES”

 

Po prawie ośmiogodzinnym locie, na płycie lotniska Charles'a De Gaulle'a, wylądował samolot z Nowego Jorku. Ponad trzysta osób ruszyło po odbiór bagaży. Mieszanina starców i dzieci, Amerykanów, Francuzów, o każdym możliwym kolorze skóry, a łączyło ich jedno- chcieli jak najszybciej przejść odprawę i udać się na odpoczynek, czy do do domu, czy do hotelu albo do pubu. Wśród pasażerów była też urocza dziewczyna, która wpadła w oko nie jednemu ze współpodróżnych. Wesoło się uśmiechała, miała błysk w oku i widać było, że jest bardzo podekscytowana. - Ciekawe z czego się tak cieszy? To jest aż zaraźliwe, niedługo sam będę się szczerzył jak głupi, jeżeli dalej będę się jej przyglądał - pomyślał wysoki, przystojny brunet.

Pierwszy raz w Paryżu?- mężczyzna wziął się w garść i zagadnął obiekt swoich obserwacji.

Tak, pierwszy. Nigdy nie wyjeżdżałam poza Wschodnie Wybrzeże- odparła pełna życia nieznajoma.

Kiedyś też się cieszyłem jak tu przyjeżdżałem, teraz przylatuję zawodowo do Paryża prawie co miesiąc i mi już zbrzydł. Życzę miłego zwiedzania. Jest to miasto zarówno piękne jak i straszne. Paryż można pokochać albo znienawidzić. Oh, nie przedstawiłem się, Sean. Sean O'Brean.

Lucy. Jestem Lucy Williams, przyjechałam tu na staż w firmie kosmetycznej. Specjalnie wzięłam urlop bezpłatny jak się dowiedziałam, że mnie przyjęli. Dlatego tak się uśmiecham. Marzyłam o pracy w wielkiej, znanej korporacji. Chciałabym zwiedzić miasto, ale nie wiem czy będę miała na to czas. Staż trwa tylko miesiąc i pewnie długo będę siedziała przy biurku.

Miło było poznać, ale muszę już iść. Wszystkiego dobrego- Sean podał rękę Lucy, która ją uścisnęła i odpowiedziała – Nawzajem – przeszedł ich miły dreszcz.

 

2 miesiące później...

 

Wczesnym południem z piwnicy monumentalnego budynku wybiegła boso dziewczyna. Miała potargane włosy, wyświechtane ubranie i paniczny strach w oczach. Biegła przed siebie nie zważając na przechodniów, samochody. Pobiegła prosto wzdłuż kamienic, ominęła wejścia do metra, liczne kafejki, restauracje, potykała się o własne stopy i zaparkowane na chodnikach rowery. Dobiegła do wielkich niebieskich drzwi, rozejrzała się, starając sobie coś przypomnieć i skręciła w lewo, potem na wielkim skrzyżowaniu w prawo. Po kolejnych minutach ucieczki znalazła się nad Sekwaną. Łapiąc z trudem oddech potruchtała do najbliższego mostu, przedostała się nim na drugą stronę rzeki. Znalazła się na terenie Luwru. Zaczęła się nerwowo rozglądać. Nie mogła sobie przypomnieć, gdzie ma biec. Przykucnęła, zamknęła oczy i starała się skupić. Zerwała się nagle, jakby coś ją wystraszyło. Przebiegła pod Łukiem Triumfalnym na placu Karuzeli, ile sił w nogach biegła przez przyległy do Luwru park. Jak w amoku przebiegła pomiędzy krążącymi po Placu Zgody samochodami, cudem nie wpadła pod koła ciężarówki rozwożącej świeże warzywa. Wiedziała, że cel jest już blisko. Ostatkiem sił dobiegła do budynku wokół którego na straży stały wielkie kasztanowce.

Proszę, pomóżcie-załkała do uzbrojonego strażnika- jestem Amerykanką, zostałam porwana.- z płaczem upadła mu pod nogi. Nie słyszała jego wymiany zdań z osobą po drugiej stronie słuchawki w uchu. Po chwili została wprowadzona do budynku. Ze względów bezpieczeństwa przeszukano ją, ale nic nie znaleziono.

Po schodach zeszła kobieta w średnim wieku o miłym wyglądzie, niosła w rękach ciepły koc.

Co się stało Kochana, jak możemy Ci pomóc? Tu w pokoju za rogiem usiądziemy i wszystko mi opowiesz- powiedziała łagodnym głosem pracownica ambasady USA i przykrywając Lucy kocem, zaprowadziła ją do pokoju.

Jestem Anne Robertson. Za twoim pozwoleniem będę nagrywać naszą rozmowę. Może coś do picia, do jedzenia Ci podać? -zapytała.

Poproszę, umieram z głodu i z pragnienia. - odparła. Otuliła się szczelniej kocem i starała się podwinąć go aż pod bose stopy.

Och, biedactwo, nie masz nic na nogach! -zauważyła dyplomatka, gdy przez telefon zamawiała obiad dla niespodziewanego gościa. - Jeszcze jakieś buty przynieście, byleby szybko.

Lucy ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać, gdy jej towarzyska próbowała dowiedzieć się, jak się nazywa. Nagle drzwi się otworzyły i do środka weszła pulchna starsza pani z wielką porcją obiadu na tacy, dzbankiem napoju i z ciepłymi kapciami „I love USA” w drugiej ręce. Zostawiła wszystko na stoliku i wyszła. Gdy drzwi się zamknęły, uciekinierka podniosła głowę, ze łzami w oczach sięgnęła po mięciutkie kapcie. Wręcz rzuciła się na sok i z wilczym apetytem w mig pochłonęła solidną porcję domowych żeberek z ziemniakami i surówką. Anne nie odzywała się, dała czas dziewczynie, żeby zaspokoiła głód. Wiedziała, że zacznie mówić, potrzebuje tylko trochę czasu.

Przepraszam. Byłam głodna. Od kilku dni nic nie jadłam, prawie nie piłam- zaczęła swoją opowieść. Anne postawiła przed nią pudełko z chusteczkami i ruchem dłoni dała znać, żeby kontynuowała.

Jestem Lucy Williams. Nie mam dokumentów. Wszystko mi spalili- mówiła z trudem, połykała łzy, wydmuchiwała nos, ledwo łapała oddech.- Przyleciałam trzeciego kwietnia z Nowego Jorku. Boże, nawet nie wiem jaki jest dzisiaj dzień. Możecie sprawdzić. Byłam na liście pasażerów. Na pewno jestem gdzieś nagrana. Przyleciałam na staż. Dostałam maila, bilety. Przyjęli mnie na miesiąc,a to była ściema- mówiła coraz szybciej - Podstawili samochód. Zasnęłam. Chyba coś mi dosypali, ale ja nic nie piłam, to może rozpylili. Nie wiem. Obudziłam się w obskurnym pokoju. To bardziej jak klatka w więzieniu była. Stara prycza, betonowa podłoga i słabe światło. I maleńkie zabite dechami okienko. To była piwnica. Nie miałam butów, ani walizki. Strasznie mi się w głowie kręciło. Okazało się, że mnie porwali do jakiegoś burdelu. Domu publicznego.- znowu zakryła twarz w dłoniach i się rozpłakała. Anne podała jej chusteczki i ujęła jej dłoń. Gdy Lucy się uspokoiła zaczęła mówić dalej.- To był wielki budynek. Bardzo elegancki, wytworny, jak z dawnej epoki, pięknie zdobiony. W piwnicach przetrzymują dziewczyny, chyba z każdego kraju. Jest też kilka, które są tam z własnej woli, dla zarobku. Co weekend przyjeżdża muzyka, catering. Robią bal. Mężczyźni i kobiety przychodzą z zaproszeniami. Wszyscy elegancko ubrani. Dobrze się bawią, jedzą, piją, tańczą. Każdy wybiera sobie dziewczynę i idzie z nią do pokoju. Na spotkania są inne pokoje niż te, w których nas trzymali. Piękne, aksamitne. Ciągle mi coś dawali do picia, że mi się w głowie kręciło. Raz przyszli do mnie właściciele. Chyba. Ines i Jacques. Spalili moje dokumenty. Ubrania, laptop. Wszystko. Butów nie ma żadna dziewczyna, żeby nie uciekła. Jak ja nie chciałam tam być! Głodzili mnie, bili. Uszyto dla mnie strój. Wszystkie miały takie balowe suknie, prawie jak za Marii Antoniny. Kazali się wdzięczyć, uśmiechać. Och to było straszne. Jak miałam zacząć.... pracować... to kazali trzymać mi język za zębami. Powiedzieli, że mają znajomego inspektora w policji, że nigdzie nie ucieknę, że mi nikt nie pomoże. Byłam przez kilka dni przygotowywana. Uczyli mnie jak się malować, zachowywać, co mówić, robić Na balu wybrał mnie jeden facet. Jak ja się bałam. Gdy zostaliśmy sami w pokoju, to zaczęłam płakać i prosić żeby mi pomógł. Szybko wyszedł. Myślałam, że uciekł. A niedługo później Jacques przyniósł jego głowę!! Słyszysz?? Obcięli mu głowę bo chciał mi pomóc. Powiedział, że następna to będzie moja głowa pływała w Sekwanie. Znowu zaczęli mi podawać jakiś narkotyk, nie wiem co się ze mną działo przez kilka albo kilkanaście dni. Jutro znowu ma być bal. Uciekłam. Okienko w klitce było strasznie wysoko, zabite deskami, ale przystawiłam po ścianie łóżko, wdrapałam się, palcami i widelcem wyrywałam gwoździe. Zobacz jakie mam poranione ręce. Wyrwałam te deski. Podciągnęłam się i jakość przecisnęłam się na zewnątrz. Wiedziałam mniej więcej gdzie jest ambasada, bo mijałam ją jak mnie wieźli na przymiarkę sukni. Starałam się zapamiętać trasę.

W międzyczasie pulchna kobiecina dwa razy przyniosła dzbanki z sokiem i talerz z kanapkami. Wszystko zostało momentalnie pochłonięte. Dwa piętra niżej w specjalnym pomieszczeniu, cała rozmowa była nagrywana. W jej trakcie, pracownik, który się jej przysłuchiwał, zadzwonił po współpracującego z amerykańskimi władzami Inspektora policji oraz po będącego akurat w mieście pracownika FBI.

Lucy, straszne jest to co przeżyłaś, niewyobrażalne wręcz. Oczywiście pomożemy Ci. Zostaniesz przez kilka najbliższych dni tu w ambasadzie. Mamy pokój dla gości. Nic się nie martw. Niedługo będziesz mogła odpocząć. Ubranie, buty też dostaniesz. Nasz pracownik już pojechał do sklepu. Właśnie się dowiedziałam, że przybył też Inspektor. Spokojnie. To na pewno nie ten, o którym mówiłaś. Z Inspektorem Francoisem De Chillon współpracujemy od lat, nasze FBI go dogłębnie prześwietliło. Wraz z Inspektorem przyjdzie z tobą porozmawiać wyższy rangą pracownik FBI. Czy chciałabyś, żebym była przy Tobie? Oni właśnie czytają stenogramy z tego co powiedziałaś. Nie będziesz musiała tego wszystkiego powtarzać. Inspektor może zapytać Cię o jakieś dodatkowe szczegóły. Wystarczy, że podpiszesz stenogram i to, co dopowiesz. Takie zeznania wystarczą i dla nas i dla francuskiego sądu w razie procesu gdyby ich złapali. Czekamy aż przyjdą papiery od federalnych z twoich odcisków palców, jak się będzie wszystko zgadzać to niedługo otrzymasz nowy paszport. Panowie zajmą Ci tylko chwilę. Potem odprowadzę Cię do pokoju. Będziesz mogła się umyć a wieczorem przyjdzie lekarz żeby Cię zbadać i pobrać krew do laboratorium. To niestety jest konieczne do protokołu. - Anne wychodząc z pokoju minęła się z dwoma mężczyznami w drzwiach.

Pierwszy wszedł starszy mężczyzna, przywitał się i usiadł naprzeciw młodej kobiety. Za nim do pokoju wszedł Amerykanin. Serce mocniej mu zabiło. W tej szarej twarzy, zapadniętych policzkach i kasztanowych włosach, rozpoznał dziewczynę z lotniskach. Patrzyła na niego beznamiętnym wzrokiem, musiała go nie poznać. Przywitał się grzecznie i krótko. Usiadł obok policjanta.

Zapoznałem się ze stenogramem. Mam tylko trzy pytania. Po pierwsze, za chwilę pokażę Ci zdjęcie człowieka wyłowionego tydzień temu z rzeki, a właściwie jego głowy, czy to o nim mówiłaś? Po drugie, czy potrafisz odtworzyć swoją drogę ucieczki, tak, żebyśmy wiedzieli, gdzie byłaś przetrzymywana i po trzecie: czy któregoś z tych inspektorów widziałaś na przyjęciu- tu położył przed Lucy tablet z małymi zdjęciami mężczyzn w służbowych uniformach. Lucy ostrożnie wzięła urządzenie do ręki i powoli zaczęła przeglądać.

Ten. Tylko tego widziałam. Innych nie- odpowiedziała cicho i zerknęła na zamyślonego nad jakimiś kartkami Seana.

A tego Pana rozpoznajesz?- kontynuował Pan Francois.

Tak, o Boże. To on, to jemu obcięli głowę. Przeze mnie- załkała.

Oj taki święty to on nie był. Dobrze znany był policji i dużo kasy wisiał różnym bandziorom. Prędzej czy później tak by skończył. A teraz spójrz jeszcze na mapę w internecie. Chciałbym zrobić jutro obławę na tym balu. Mam nadzieję, że mi pomożesz i wskażesz ten budynek - podał jej tablet. Wzięła w trzęsące się ręce i zaczęła palcami poruszać się po mapie. Po kilku zmianach trasy, po kilkunastu minutach powiększyła zdjęcie budynku: - To tu. Na sto procent. Tylko teraz jest cały zabity deskami. I wygłuszony.

Zgadza się moja droga. To Teatr Odeon. Jest zabity deskami. Kilka lat temu został przeniesiony do nowoczesnego budynku na obrzeżach miasta. Ten budynek stoi pusty. A właściwie, stał, bo jak słyszę to tam niezły cyrk jest. Czy potwierdzasz wszystko co dziś powiedziałaś? Jeżeli tak, to zaraz przyniosą stenogram z całości. Podpiszesz i ja się pożegnam.

Tak. Wszystko potwierdzam. Wszystko podpiszę- odpowiedziała i spojrzała pytająco na drugiego mężczyznę- Pana kojarzę. Przylecieliśmy do Paryża tym samym samolotem.

Dobrze Pani pamięta. Jestem teraz tu by potwierdzić Twoją tożsamość. Mam wydruk z systemu. Powiedz mi proszę gdzie mieszkasz, jaką szkołę skończyłaś, data urodzenia, imiona rodziców. Mam przed sobą cały Twój życiorys i zdjęcie. Wiem, że to Ty, ale dla formalności musisz odpowiedzieć na te pytania.

Podczas gdy Lucy mówiła o sobie, dostarczono dokument z przesłuchania do podpisu i pożegnano się z Inspektorem. Kobieta powiedziała więcej niż Sean chciał wiedzieć, ale wszystko sprawdzić z informacjami, które otrzymał. Nie podlegało żadnej dyskusji, że przed nim siedzi Lucy Williams.

Do jutra, jutro też porozmawiamy, ale na przyjemniejszy temat. Omówimy Twój powrót do domu- pożegnał się i przekazał Lucy w ręce Anne. Ta, zaprowadziła ją do pokoju, w którym czekał czyste posłanie, świeże ubranie, buty i piżama. Na stoliku stała kolacja i butelka wody.

Jak się wykąpiesz to zadzwoń do mnie. Numer jest przy telefonie. Na stoliku nocnym. Zaprowadzę Cię do gabinetu lekarskiego. Jest piętro niżej. Kosmetyki są w łazience. Gdybyś chciała jeszcze z kimś porozmawiać. Ze mną lub z psychologiem, to tylko powiedz.

Dziękuję, wygadałam się dziś za wszystkie czasy. Z chęcią się wykąpię. Chcę mieć jak najszybciej lekarza za sobą i iść spać- skinęła głową do Anne i weszła do łazienki.

Następny dzień Lucy prawie cały spędziła w łóżku, wychodziła tylko do jadalni na posiłki. Po obiedzie dowiedziała się, że wykryto w jej krwi narkotyk. To wiedziała już wcześniej. Wieczorem przyjechał Sean O'Brean. Omówili jej powrót do kraju. Pojutrze będzie wracać razem z nią rządowym samolotem. Zaczęli rozmawiać na luźne tematy, o tym, że nie dane jej było zwiedzić miasta, że Sean ma dwa psy i nie cierpi francuskiej kuchni. Gdy poruszali kolejne niezobowiązujące tematy, nawet nie zauważyli, że minęła północ. Koło pierwszej zjawił się znany już Lucy Inspektor De Chillon. Przedstawił jej plik zdjęć z zapytaniem czy kogoś rozpoznaje. Lucy podzieliła zdjęcia na cztery grupy: klientów, którzy przychodzili się zabawić, panie do towarzystwa, osoby zarządzające całym tym burdelem i osoby obce. Ucieszyła się, że Inspektorowi udało się wyłapać całą kadrę zarządzającą i znęcającą się nad niewolnicami. Podpisała kolejny papierek i mogła spokojnie iść spać.

Rano zadzwonił telefon: - Lucy, tu Sean, obudziłem Cię? - Nie skądże, nie śpię- skłamała.- Czy coś się stało?- dodała po chwili.

Nie nic. Wszystko dobrze. Dzwonię, żeby Ci powiedzieć, że mam już Twój paszport. Jutro o 8 rano wylatujemy. No właśnie hmm.. -zawahał się – no i ten, no chciałem się zapytać, czy może chciałabyś podjechać dziś do jakiegoś sklepu, jakieś ubranie kupić na jutro, na drogę? Oczywiście ambasada stawia- teraz on skłamał.

Chętnie, jak pojedziesz ze mną. Nie chcę sama chodzić po Paryżu. Jeszcze się boję. Ubranie jak ubranie. Buty bym chciała kupić bo dostałam kapcie i tenisówki, ale są za małe, chociaż to mój rozmiar. Mogę kupić też buty?

Oczywiście, podjedziemy do jakieś galerii. Nie znam się, ale zapytam się Anne gdzie najlepiej się udać. Podjadę po Ciebie za 2 godziny dobrze?

Jak najbardziej. Zaczynam się szykować. Do zobaczenia- odłożyła słuchawkę i się uśmiechnęła. Poczuła coś dziwnego. Motylki w brzuchu? Niemożliwe!

Sean nie spóźnił się ani minuty. Pojechali do dużego kompleksu. Gdy Lucy wybierała naprędce buty, ubranie i bieliznę, stał w bezpiecznej odległości pomiędzy regałami, pilnował jej i jednocześnie nie chciał się naprzykrzać. Zanieśli torby z zakupami do samochodu.

Jutro wyjeżdżasz, wiem, że pewnie nie chcesz nawet patrzyć na Paryż, ale co byś powiedziała na zwiedzenie Luwru? Mam bilety.

Ogrody zwiedziłam biegiem, ale muzeum z chęcią odwiedzę- odparła.

Sean znowu zobaczył w jej oczach ogniki, gdy z uśmiechem na twarzy podziwiała dzieła sztuki. Było już późne popołudnie gdy wychodzili z muzeum, zaproponował żeby coś zjedli nim wrócą do ambasady. Zgodziła się, nie wiedziała, że zaprasza ją do restauracji mieszczącej się na wieży Eiffla.

Spójrz, masz Paryż jak na dłoni. Chciałbym byś miała chociaż jedno miłe wspomnienie z tego miasta. Choć jest małym ziarenkiem piasku przy tym co cię spotkało, to liczę, że kiedyś się uśmiechniesz, gdy wspomnisz ten dzień.

Czyli to jest Paryż, który można pokochać? Pamiętam. Tak mi powiedziałeś, gdy się spotkaliśmy na lotnisku- uśmiechnęła się i upiła łyk wina.

Powoli musimy się zbierać. Mam jeszcze trochę papierkowej roboty przed wylotem. Posłuchaj, nie wiem jak to powiedzieć, eee...- zająknął się- ale w chwili gdy Cię pierwszy raz zobaczyłem, to spodobałaś mi się. Wiem, że potrzebujesz czasu, ale jak dojdziesz do siebie w domu, to chciałbym zaprosić Cię na prawdziwą randkę. Proszę, to mój numer telefonu, ten na odwrocie jest prywatny- podał jej służbową wizytówkę z odręcznie napisanym drugim numerem telefonu- Proszę odezwij się do mnie.

Czyli teraz jesteśmy na takiej niby randce? Wiedziałam, że coś jest nie tak. Jaka ambasada funduje zwiedzanie muzeum i takie pyszności na kolację?- schowała wizytówkę do kieszeni - Dziękuję Ci za wszystko. Odezwę się do Ciebie. Muszę tylko ochłonąć, spokojnie sobie to poukładać.

Rano Lucy pożegnała się ze wszystkimi poznanymi pracownikami ambasady, wyściskała Anne i pulchniutką kucharkę.

Szczęśliwa zajęła miejsce w samolocie obok Seana.

Zamknij oczy, wystaw rękę- polecił jej- mam małą niespodziankę.

Lucy otworzyła oczy i zobaczyła prześliczną kulę śnieżną z zabytkami Paryża. To nie była zwykła kula a pozytywka, która grała francuską piosenkę, tę samą, którą słuchali podczas kolacji na wieży Eiffla. Uśmiechnęła się. - Dziękuję. Dziękuję za wszystko- odparła. Niedługo po starcie zasnęła, oparła głowę na ramieniu darczyńcy. Razem przespali prawie cały lot. Przytuleni do siebie, z uśmiechami na ustach. Ciężko im się było rozstać na lotnisku, ale O'Brean musiał pilnie pojechać do biura, a Lucy miała zapewniony przez rząd transport.

 

5 miesięcy później...

 

Jeszcze dwa tygodnie temu, za każdym razem, gdy ktoś dzwonił na jego prywatny numer telefonu, Seanowi zatrzymywało się serce. Gdy widział numer zastrzeżony, albo nieznany, to nie mógł złapać oddechu. Ciągle miał nadzieję, że zadzwoni ona. Dziewczyna z Paryża. Dziewczyna, w której się zakochał i, o której nie mógł przestać myśleć. Jednak po kolejnym rozczarowaniu, że to nie ona a jakiś ankieter, stwierdził, że nie ma co czekać. Było przecież tak miło, mogła już dawno zadzwonić.

Pogrążony nad jakąś papierkową robotą, odebrał od niechcenia telefon, który przed chwilą zadzwonił: - Sean O'Brean, słucham...

-Sean? Tu Lucy. Lucy Williams. Pamiętasz mnie?

Jego serce pamiętało.

 

Kilka minut wcześniej...

 

Elegancka fryzura, markowe ciuchy i te zalotne spojrzenie. Odeszła od lustra, paznokciami z dopiero co zrobionym manicurem zaczęła stukać po klawiaturze laptopa.

Jedna lokata, dobrze, druga, ok, trzecia, czwarta.... wszystko się zgadza- podliczyła sumy na kalkulatorze, wylogowała się z kilku stron bankowych. Spojrzała jeszcze raz na wynik dodawania – Hmm... nieźle, trochę ponad pięć milionów, opłacało się zamknąć paryski interes- powiedziała sama do siebie, po chwili dodała:- zobaczymy, czy można mieć też szczęście w miłości.

Wzięła komórkę do ręki, wystukała zachowany numer telefonu: - Sean? Tu Lucy. Lucy Williams. Pamiętasz mnie?

 

KONIEC

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania